Jest coś uspokajającego w starych cmentarzach. Mocne, wysokie drzewa. Równe rzędy nagrobków. Zielona trawa. Okazjonalna kępka lawendy czy ostrej trawy. Liście lipy zasypujące ścieżki. Od kilku lat zbieram się, żeby wyprowadzić nikona na spacer na Ogrody i tamtejszy cmentarz. Łatwiej już iść na Cytadelę, na mój ulubiony cmentarz żołnierzy brytyjskich. Nie wiem czemu takie cmentarze nieprawomyślnie kojarzą mi się z doskonałym miejscem piknikowym.
PS Drugie zdjęcie z jesieni. Zdecydowanie jesienią lepiej niż ciemną zimą.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 6, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
No nie zachwyciło. Jakoś nie trafiłam jeszcze na dobry francuski kryminał. W pociągu przyjeżdżającym z Marsylii do Paryża kolejarz znajduje zwłoki młodej kobiety. Chwilę potem zaczynają ginąć pozostali pasażerowie przedziału sypialnego. Na okładce ambitna notka zapowiada, że wartka akcja, że czytelnik emocjonuje się śledztwem, a mnie nie rusza. Na tyle, że dwa razy książkę zaczynałam, ale dopiero za drugim skończyłam. Prowadzący śledztwo policjant czeka na awans za kilka miesięcy, ma też żonę i syna, nawet na samym początku żona narzeka, że obiecał synowi w niedzielę zoo, a zamiast tego idzie do pracy.
Są jakieś naprawdę dobre francuskie kryminały? Takie, co mnie zachwycą i zmuszą do czytania przez pół nocy?
Inne z tej serii, inne tego autora:
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 4, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2009, kryminal, z-jamnikiem
- 4 komentarze
- Skomentuj
No nie zachwyciło. Jakoś nie trafiłam jeszcze na dobry francuski kryminał. W pociągu przyjeżdżającym z Marsylii do Paryża kolejarz znajduje zwłoki młodej kobiety. Chwilę potem zaczynają ginąć pozostali pasażerowie przedziału sypialnego. Na okładce ambitna notka zapowiada, że wartka akcja, że czytelnik emocjonuje się śledztwem, a mnie nie rusza. Na tyle, że dwa razy książkę zaczynałam, ale dopiero za drugim skończyłam. Prowadzący śledztwo policjant czeka na awans za kilka miesięcy, ma też żonę i syna, nawet na samym początku żona narzeka, że obiecał synowi w niedzielę zoo, a zamiast tego idzie do pracy.
Są jakieś naprawdę dobre francuskie kryminały? Takie, co mnie zachwycą i zmuszą do czytania przez pół nocy?
Inne z tej serii.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 4, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2009, kryminal, z-jamnikiem
- 4 komentarze
- Skomentuj
No nie zachwyciło. Jakoś nie trafiłam jeszcze na dobry francuski kryminał. W pociągu przyjeżdżającym z Marsylii do Paryża kolejarz znajduje zwłoki młodej kobiety. Chwilę potem zaczynają ginąć pozostali pasażerowie przedziału sypialnego. Na okładce ambitna notka zapowiada, że wartka akcja, że czytelnik emocjonuje się śledztwem, a mnie nie rusza. Na tyle, że dwa razy książkę zaczynałam, ale dopiero za drugim skończyłam. Prowadzący śledztwo policjant czeka na awans za kilka miesięcy, ma też żonę i syna, nawet na samym początku żona narzeka, że obiecał synowi w niedzielę zoo, a zamiast tego idzie do pracy.
Są jakieś naprawdę dobre francuskie kryminały? Takie, co mnie zachwycą i zmuszą do czytania przez pół nocy?
Inne z tej serii.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 4, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Fama głosi, że nie ma to jak małe sklepiki. Że tradycja, że rodzinny interes, że świeże warzywa w przeciwieństwie do tych molochów, w których zgniłek zgniłka pogania, że wędlinka pachnąca dymem, a nie konserwantem. Jak byłam młoda i naiwna, to wierzyłam, a teraz to już nie. Domyślam się, że są gdzieś takie miejsca. Ba, nawet w kilku byłam - w piekarenkach, sklepach z mięsem i wędlinami, straganach z warzywami. Co z tego, jak nie w Polsce. Wiem, wojna była. A mi żal.
Przycisnęło mnie dzisiaj na tyle, że musiałam jedną czerwoną paprykę i to natychmiast. Jedyna opcja na wsi to sklep w bloku, ostatnia deska ratunku. Long story short, zaryzykowałam. Szlag mnie trafił na widok 4 nędznych papryk, podeschniętych, miękkich, nieco opleśniałych, z brązowymi plamami, ale dumnie obklejonych naklejkami z ceną. Dumałam nad nimi przez sekund trzy, przeszło mi przez głowę skojarzenie z wysiedlonym jeżem, wybrałam najmniej zużytą i wróciłam. Male sklepiki mają sposób na takich frajerów jak ja, co zapomnieli kupić w sensowniejszym miejscu.
PS Uczciwie dodam, że sklepik ma fantastyczne ciasto o dźwięcznej nazwie "Domowe". Co z tego, jak tylko w piątki.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 15 komentarzy
- Skomentuj
Fama głosi, że nie ma to jak małe sklepiki. Że tradycja, że rodzinny interes, że świeże warzywa w przeciwieństwie do tych molochów, w których zgniłek zgniłka pogania, że wędlinka pachnąca dymem, a nie konserwantem. Jak byłam młoda i naiwna, to wierzyłam, a teraz to już nie. Domyślam się, że są gdzieś takie miejsca. Ba, nawet w kilku byłam - w piekarenkach, sklepach z mięsem i wędlinami, straganach z warzywami. Co z tego, jak nie w Polsce. Wiem, wojna była. A mi żal.
Przycisnęło mnie dzisiaj na tyle, że musiałam jedną czerwoną paprykę i to natychmiast. Jedyna opcja na wsi to sklep w bloku, ostatnia deska ratunku. Long story short, zaryzykowałam. Szlag mnie trafił na widok 4 nędznych papryk, podeschniętych, miękkich, nieco opleśniałych, z brązowymi plamami, ale dumnie obklejonych naklejkami z ceną. Dumałam nad nimi przez sekund trzy, przeszło mi przez głowę skojarzenie z wysiedlonym jeżem, wybrałam najmniej zużytą i wróciłam. Male sklepiki mają sposób na takich frajerów jak ja, co zapomnieli kupić w sensowniejszym miejscu.
PS Uczciwie dodam, że sklepik ma fantastyczne ciasto o dźwięcznej nazwie "Domowe". Co z tego, jak tylko w piątki.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 15 komentarzy
- Skomentuj
Fama głosi, że nie ma to jak małe sklepiki. Że tradycja, że rodzinny interes, że świeże warzywa w przeciwieństwie do tych molochów, w których zgniłek zgniłka pogania, że wędlinka pachnąca dymem, a nie konserwantem. Jak byłam młoda i naiwna, to wierzyłam, a teraz to już nie. Domyślam się, że są gdzieś takie miejsca. Ba, nawet w kilku byłam - w piekarenkach, sklepach z mięsem i wędlinami, straganach z warzywami. Co z tego, jak nie w Polsce. Wiem, wojna była. A mi żal.
Przycisnęło mnie dzisiaj na tyle, że musiałam jedną czerwoną paprykę i to natychmiast. Jedyna opcja na wsi to sklep w bloku, ostatnia deska ratunku. Long story short, zaryzykowałam. Szlag mnie trafił na widok 4 nędznych papryk, podeschniętych, miękkich, nieco opleśniałych, z brązowymi plamami, ale dumnie obklejonych naklejkami z ceną. Dumałam nad nimi przez sekund trzy, przeszło mi przez głowę skojarzenie z wysiedlonym jeżem, wybrałam najmniej zużytą i wróciłam. Male sklepiki mają sposób na takich frajerów jak ja, co zapomnieli kupić w sensowniejszym miejscu.
PS Uczciwie dodam, że sklepik ma fantastyczne ciasto o dźwięcznej nazwie "Domowe". Co z tego, jak tylko w piątki.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 2, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wiem, że słabe, ale nie mogłam się oprzeć filmowi, w którym Bruce Willis gra dwie role - starszawego policjanta i gładkiego androida z grzywką; oczywiście w obu rolach obrywa. Film należy tak trochę do hollywoodzkiego kina moralnego niepokoju, który poddaje widzowi pod rozwagę drażliwą kwestię, czy życie za pomocą androidów to będzie prawdziwe życie. Oczywiście tak podane pytanie zasługuje tylko na jedną odpowiedź: tak, życie wirtualne jest o wiele gorsze niż prawdziwe, ale ludzie są wygodni i jeśli bez wychodzenia z domu mogą przeżywać to, czego nawet wychodząc nie przeżyją, to w to wejdą za każdą cenę.
W przyszłości każdy będzie mógł mieć substytuta - spersonalizowanego manekina (oczywiście w ramach posiadanych zasobów finansowych), którego będzie mógł wysyłać do pracy, na randki i po zakupy, a samodzielnie leżeć sobie w fotelu z klapkami na oczach i kierować substytutem. Prawa biologii i fizyki trochę się zawiesiły, bo ludzie nie ruszający się od lat (poza wyjściem do toalety, a i to nie wszyscy) z foteli nadal są sprawni, szczupli i nie mają nawet odrobiny atrofii mięśni, a substytuty pozwalają na skakanie po dachach, pogonie za samochodami i prawie że bieganie po ścianach. I wszystko jest fajnie do momentu, kiedy okazuje się, że do tej pory bezpieczne chowanie się za substytutem bezpieczne już nie jest, bo zabicie substytuta smaży też operatora. Jak w "Szklanych pułapkach" dzielny policjant Bruce Willis ratuje świat. Z małą pomocą drugoplanowego grubego pizzożernego geeka. Zabawne, ale niekoniecznie wejdzie do klasyki świątecznej jak wspomniane "Szklane pułapki".
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Wiem, że słabe, ale nie mogłam się oprzeć filmowi, w którym Bruce Willis gra dwie role - starszawego policjanta i gładkiego androida z grzywką; oczywiście w obu rolach obrywa. Film należy tak trochę do hollywoodzkiego kina moralnego niepokoju, który poddaje widzowi pod rozwagę drażliwą kwestię, czy życie za pomocą androidów to będzie prawdziwe życie. Oczywiście tak podane pytanie zasługuje tylko na jedną odpowiedź: tak, życie wirtualne jest o wiele gorsze niż prawdziwe, ale ludzie są wygodni i jeśli bez wychodzenia z domu mogą przeżywać to, czego nawet wychodząc nie przeżyją, to w to wejdą za każdą cenę.
W przyszłości każdy będzie mógł mieć substytuta - spersonalizowanego manekina (oczywiście w ramach posiadanych zasobów finansowych), którego będzie mógł wysyłać do pracy, na randki i po zakupy, a samodzielnie leżeć sobie w fotelu z klapkami na oczach i kierować substytutem. Prawa biologii i fizyki trochę się zawiesiły, bo ludzie nie ruszający się od lat (poza wyjściem do toalety, a i to nie wszyscy) z foteli nadal są sprawni, szczupli i nie mają nawet odrobiny atrofii mięśni, a substytuty pozwalają na skakanie po dachach, pogonie za samochodami i prawie że bieganie po ścianach. I wszystko jest fajnie do momentu, kiedy okazuje się, że do tej pory bezpieczne chowanie się za substytutem bezpieczne już nie jest, bo zabicie substytuta smaży też operatora. Jak w "Szklanych pułapkach" dzielny policjant Bruce Willis ratuje świat. Z małą pomocą drugoplanowego grubego pizzożernego geeka. Zabawne, ale niekoniecznie wejdzie do klasyki świątecznej jak wspomniane "Szklane pułapki".
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Wiem, że słabe, ale nie mogłam się oprzeć filmowi, w którym Bruce Willis gra dwie role - starszawego policjanta i gładkiego androida z grzywką; oczywiście w obu rolach obrywa. Film należy tak trochę do hollywoodzkiego kina moralnego niepokoju, który poddaje widzowi pod rozwagę drażliwą kwestię, czy życie za pomocą androidów to będzie prawdziwe życie. Oczywiście tak podane pytanie zasługuje tylko na jedną odpowiedź: tak, życie wirtualne jest o wiele gorsze niż prawdziwe, ale ludzie są wygodni i jeśli bez wychodzenia z domu mogą przeżywać to, czego nawet wychodząc nie przeżyją, to w to wejdą za każdą cenę.
W przyszłości każdy będzie mógł mieć substytuta - spersonalizowanego manekina (oczywiście w ramach posiadanych zasobów finansowych), którego będzie mógł wysyłać do pracy, na randki i po zakupy, a samodzielnie leżeć sobie w fotelu z klapkami na oczach i kierować substytutem. Prawa biologii i fizyki trochę się zawiesiły, bo ludzie nie ruszający się od lat (poza wyjściem do toalety, a i to nie wszyscy) z foteli nadal są sprawni, szczupli i nie mają nawet odrobiny atrofii mięśni, a substytuty pozwalają na skakanie po dachach, pogonie za samochodami i prawie że bieganie po ścianach. I wszystko jest fajnie do momentu, kiedy okazuje się, że do tej pory bezpieczne chowanie się za substytutem bezpieczne już nie jest, bo zabicie substytuta smaży też operatora. Jak w "Szklanych pułapkach" dzielny policjant Bruce Willis ratuje świat. Z małą pomocą drugoplanowego grubego pizzożernego geeka. Zabawne, ale niekoniecznie wejdzie do klasyki świątecznej jak wspomniane "Szklane pułapki".
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 1, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj