Tag:
kryminal
Mieszkający na Florydzie Eddie Rico, najstarszy z braci, jest “księgowym” - pod przykrywką legalnego biznesu zbiera haracz z kontrolowanego przez mafię hazardu. Jednocześnie przychodzi list od matki z Nowego Jorku i niespodziewanie pojawia się u niego jeden z braci, Gino, który również oddaje usługi Organizacji - jest sprawnym zabójcą. Pół roku wcześniej razem z trzecim bratem - kierowcą Tonym - przeprowadzili udaną akcję zlikwidowania jednej z przeszkadzających osób. Z listu matki Eddie już wie, że Tony zniknął, a od brata dowiaduje się, że Organizacja podejrzewa go o przeciek i usiłuje go znaleźć. Gino odmawia zabicia brata i ucieka, Eddie zaś myśli, że rzecz go nie dotyczy. Ale jest w błędzie, bo dostaje zadanie odnalezienia Tony’ego i przeprowadzenia z nim rozmowy “naprawczej”. Eddie sam nie wie jeszcze, co wybierze - wierność rodzinie czy mafii, ale wie, że przy każdej opcji ma wiele do stracenia.
Nietypowo, to nie powieść detektywistyczna, a thriller moralnego niepokoju, do tego dziejący się w USA, a nie we Francji. Nie ma śledztwa ani tajemnicy, wszystko dzieje się w głowie protagonisty, który wie, że bez względu na to, co wybierze, będzie żałował, bo albo pogrąży brata, albo straci swoją żonę i dzieci oraz pozycję, na którą latami ofiarnie pracował.
Inne tego autora, inne z tego cyklu.
#126/#23
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 23, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Akcja zaczyna się dość niepozornie - malarz podaje się za znajomego dyrektora Galerii Trietiakowskiej i dzięki temu nikt nie niepokoi go, kiedy kopiuje akwarele Chagalla. Oczywiście po zakończeniu prac okazuje się, że spryciarz zabrał oryginały, a zostawił całkiem dobre kopie. Milicja w osobach pułkownika Sierpuchowa - starszego, bardziej elastycznego funkcjonariusza - i podporucznika Karsawina - młodego gniewnego (“jesteś w Polsce trzy godziny i już ci się wszystko nie podoba”), który chciałby szybko, szybko oraz zadaje dużo pytań - rozpoczyna śledztwo, które szybko utyka po znalezieniu zwłok malarza. Panowie sprawnie typują, że obrazy mogą wyjechać za granicę i rzeczywiście - trop wiedzie do Polski, a potem na Węgry, skąd dzieła i morderca mogą przemieścić się przez Jugosławię do Włoch, a potem nawet do USA. Dzięki temu radzieccy milicjanci odwiedzają Warszawę, Budapeszt i Szeged, gdzie mają czas na zawieranie przyjaźni (również bliższych, z piękną recepcjonistką), ucztowanie w najbardziej polecanych lokalach i nieco śledztwa. Sporo pościgów, zwrotów akcji, kolejny denaci znaczą ślad ucieczki mózgu całej operacji, na szczęście przestępca nie jest sprytniejszy od organów.
Się przynosi: paniom bukieciki kwiatów, kilka owoców, czekoladki, panom dobre słowo, co wystarczy oprócz odrobiny tupetu, żeby uzyskać dostęp do muzeum.
Się pije: kawę i koniak, kompoty i soki owocowe, soplicę, gruziniak, Egri Leányka.
Się je: pielmienie z masłem (najlepsze na prospekcie Leningradzkim w Moskwie), rybę w galarecie.
Się przywozi: radziecki koniak i czerwony kawior z Moskwy oraz haftowaną serwetkę od mamusi.
Się uprawia rozrywkę:
(...) - Pojedziemy do kongresowej, tam jest striptiz.
- A tfu! - żachnął się Sierpuchow. - Za stary jestem, żebym gołe baby oglądał.
Podporucznik Ksarsawin nie był od tego daleki, żeby jednak obejrzeć te gołe baby.
Się uczy języków: [Karsawin narzeka, że w Polsce nie ma otczestwa i nie wie, jak się zwrócić do poznanej atrakcyjnej recepcjonistki, wtedy słyszy o tym, że jest przydatna fraza “pani”, co go nieco irytuje] U nich nawet zwykły tofel to pantofel.
Inne tego autora.
#120/#21
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 11, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Imperium co roku zbroi się na porę deszczową. Wtedy pod chroniące miasto mury podpływają niebezpiecznie blisko lewiatany, niewyobrażalnie wielkie morskie potwory, które - jeśli się przedostaną - na trwałe niszczą ziemię i wszystko, co na niej się znajduje ze względu na swoją niesamowitą krew. Dopóki mury są solidne i obstawione przez armię, niebezpieczeństwa można uniknąć, ale wystarczy, że pójdzie coś nie tak i świat się posypie. Problem pojawia się niespodziewanie bliżej centrum Imperium, gdzie w luksusowej rezydencji bogatych Hazów zostają znalezione zwłoki jednego z urzędników, brutalnie zabitego przez skażenie szybkorosnącą trawę, przerastającą żywe ciało w ciągu minut. Na miejscu nieco niepewnie wizję lokalną przeprowadza mnemorytnik Kol, początkujący asystent ekscentrycznej detektyw Dolabry. Młody wącha fiolkę i z precyzją nagrania zapamiętuje wszystko, co widzi, Dolabra dostaje więc pierwszorzędną relację bez wychodzenia z domu; twierdzi, że nadmiar bodźców przeszkadza jej w rozumowaniu. Chwilę później ekipa dociera na obrzeża, gdzie tuż przed pojawieniem się lewiatana zawaliła się część murów, również z powodu zamordowania grupy ludzi przez zakażenie ich trawą. Teraz to nie tylko tajemnica do rozwikłania, ale bezpośrednie niebezpieczeństwo dla całego Imperium.
Już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam zachwycona, bo to połączenie odjechanego ni to magicznego, ni to biotechnicznego świata jak u Mievilla z sarkastycznym humorem powieści detektywistycznej. Imperium, gdzie domy są zbudowane z przetworzonego papieru, pije się rytualnie herbatę, trzęsienia ziemi, drewniane sandały, gdzieś już to widziałam. Do tego ludzie są uszeregowani w sztywnej hierarchii, nie tylko na podstawie urodzenia, ale umiejętności i modyfikacji, osiąganych metodą prób i błędów przez aplikację substancji z magicznej (a może tylko umiejętnie przetworzonej) krwi lewiatana. Wspomniany mnemorytnik ma wzbogaconą pamięć, inni mają podbite zdolności do walki, szybkość czy wyczuwanie zapachu; wiadomo, zawsze są efekty uboczne, rozwinięcie jakiejś zdolności może oznaczać ograniczenie innych funkcji lub zmiany wyglądu. Ale najlepszym elementem są dialogi, zwłaszcza jeśli uczestniczy w nich złotousta, choć nieokrzesana detektyw Dolabra, jebaniutka.
Mam od jakiegoś czasu trudną do określenia obawę przed sf, że bariera wejścia, że sztafaż przykrywający mizerną intrygę nie wystarczy - tu absolutnie tego nie miałam, od razu weszłam w świetnie skonstruowany, egzotyczny świat, b. zadowolona. Czekam na kolejne tomy, drugi już jest po polsku.
#118
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 9, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 1 komentarz
- Skomentuj
Nietypowo, chociaż są przestępstwa i dwa trupy, to nie jest w zasadzie kryminał, ale historia dorastania osieroconej Pelagii. Niemowlę zostało podrzucone pod dom dziecka, z karteczką z personaliami i kilkoma artefaktami, między innymi złotym medalionem ze zdjęciem pięknej kobiety, pieczołowicie przechowanym dla niej w kolejnych placówkach wychowawczych. Ale nie jest to słodka bajka, bo to lata 60. w rozkwicie PRL-u. Brzydkie, wycofane, dzikie dziecko przechodzi przez kolejne placówki, pragnąc tylko przynależeć do kogoś, kto za to nie dostaje pensji. Po czym pojawia się Nonna, elegancka dama, która z niewiadomych przyczyn interesuje się małą Pelką, ale potem znika; Pelka zaczyna uciekać, żeby ją odnaleźć. Po kilku próbach odnajduje i wrasta w dziwną przestępczą rodzinę, która docenia Pelkową zręczność; przyuczają ją do roli kuny - włamywaczki. Po początkowych sukcesach sprawa się sypie, Pelka wraca do systemu, ale już jako pensjonariuszka zakładu poprawczego, gdzie ma na swoją obronę tylko pięści, spryt i szybkość. To ostatnie daje jej niespodziewanie przepustkę do klubu sportowego i nadzieję, że zmieni swoje dotychczasowe życie. Oczywiście nastolatka nie zaprzestaje szukania swojej matki, mimo że wszyscy twierdzą, że jej nie odnajdzie.
W zasadzie to jedna z tych historii, gdzie przestają być istotne realia, a na pierwszy plan wychodzi psychologia dorastania i wpływu otoczenia na kształtowanie się czyjejś osobowości. Dorastanie bez miłości jest trudne, nie dziwi specjalnie, że Pelka, zwana później Kuną i Mustelą, lgnie do każdego, kto okazuje jej choć minimum zainteresowania, nie analizując motywów. W tle przemiany - stan wojenny, który Pelkę przypadkiem odnajduje za granicą, co pozwala skontrastować zachodni blichtr z tym, co w Polsce. Dobroczynność, działacze sportowi i resortowi, prostytucja i złodziejstwo, przy czym ci drudzy wcale nie są aż tak mniej moralni od pierwszej grupy. Podsumowując, przyszłam po tanią rozrywkę, a dostałam historię, od której nie mogłam się oderwać.
Się kupuje: komplet Doroszewskiego za ogromną cenę na warszawskim wolumenie, materac z gąbki w Pewexie.
Się pije: brandy, czerwone Nebbiolo z Piemontu, Orvieto białe słodkie i wytrawne z Umbrii, Veuve Clicquot z Szampanii (zlewki z lokalu klasy LUX), bełt, różowe musujące węgierskie i wódkę, kawę, jabłecznik, soki owocowe i mokkę (na pokazie mody), wódkę zaprawioną zielem trojanki.
Się je: pulardę w maladze, zupę, dzwonko sielawy, chłodnik na chlebowym kwasie, pieczone mięso i truskawkowe lody, kiszkę pasztetową i płonące naleśniki, befsztyk, frytki, pieczoną kurę z sałatą i winem; przystawki, melbę i sery (na francuskim przyjęciu); zupę regeneracyjną z puszki z mięsem dzika, doprawianą tymiankiem i rozmarynem, zacierkową na mleku.
Się idzie na francuski targ:
Sałata francuska, chińska, podobna do liści mniszka, belle dame, piękna pani czyli srebrzysta lebioda, szparagi i najróżniejsze łodygi, kłącza, bulwy, jakich nigdy nie widziałam.
Owoce z Francji i całego świata. Jabłka z Normandii i afrykańskie ananasy z zielonym czubem, obłe awokado obok ociekających sokiem melonów. Greckie oliwki prosto z beczki, nabuzowane słońcem pomidory z Majorki.
I owoce morza. Pryzmy jeży morskich, krewetek, raczków, muli z Langwedocji hodowanych w ,morskich rozlewiskach; różowe kraby obłożone morszczyną, langusty jak potwory ze złego snu.
Szynki westwalskie, ze Szwarcwaldu, z Yorku, paryskie, parmeńskie, z Piemontu, suche wędliny, salami z Owernii. Wieprzowina i wołowina podzielone wedle gatunków, tusze baranie i jagnięcie, drób nadziewany orzechami, śliwkami, cząstkami pomarańczy i całe stosy małych ptaszków, każdy otulony płatkiem słoniny.
Inne tej autorki.
#116
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 7, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 4 komentarze
- Skomentuj
Mężczyzna, zwany niegdyś “Dymitrem”, opowiada narratorowi historię sprzed kilkudziesięciu lat, z czasów świeżo po wojnie. Zostaje warunkowo zwolniony z więzienia, z aluzji można się domyślić, że za działalność w AK w czasie wojny i dostaje zadanie do wykonania. Ma pojechać do Bagnisk, miejsca rządzonego przez jego dawnego dowódcę z oddziału, Zygmunta, który był dla niego wzorem i ma potwierdzić teorię, iż dowódca jest zdrajcą, Złowrogim, który wydawał Polaków Niemcom. Przed nim był już w Bagniskach tajny agent, ale został zdekonspirowany i zabity. Zabiera jednego z współaresztowanych towarzyszy, stosik pieniędzy i jedzie, ale raczej żeby oczyścić imię Zygmunta z podejrzeń. Na miejscu znajduje piękną panią fryzjerkę, z którą tak zupełnie przy okazji wchodzi w bliższe stosunki, również kulinarne, oraz więcej znajomych z czasów okupacji. Sprawa rozwiązuje się podczas partii pokera w nocnym lokalu, a narrator zachwyca się pięknymi nogami dorosłej już córki “Dymitra”.
To dość nietypowy kryminał, mimo udziału milicji, taki bardziej rozliczeniowo-westernowy. Sporo czasu zajmują zachwyty damską anatomią i nocne dyskusje Polaków o pryncypiach. Jeden z bohaterów zastępuje frazą "batożę to" jeden z pospolitszych czasowników, trochę ubolewam, byłoby barwniej bez cenzury.
Się je: niedogotowany kapuśniak z chlebem, wiejską kiełbasę, pieczoną kurę, grzybki w occie, ogórki z beczki i sery rozmaite, jabłka z własnego ogródka, placki kartoflane, jajecznicę, zimne mięsa, sałatkę, pączka, bułkę z masłem, jajka po wiedeńsku.
Się nie je: sandacza pod beszamelem, śledzia po japońsku, rolmopsów, indyka w maladze, czerwonego kawioru astrachańskiego (bo nie ma).
Się pali: papierosy Triumf, gitany, “Magyara”.
Się pije: herbatę z termosu, samogon, starowin, wódkę, burgund, gdański gold-wasser, sok grapefruitowy, koniak, zbożową kawę, wodę borżomi (najlepszą na kaca), kawę z mlekiem.
Się leży: na rekamierce.
Inne z tej serii.
#114
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 4, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Anarchiści bronią opuszczonej zabytkowej willi nad Wannsee[1] przed zniszczeniem przez nieuczciwego dewelopera[2], podczas siłowej ewakuacji w piwnicy zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny. Jak się okazuje, umarła z powodu krwotoku po niefachowo wykonanej aborcji. Komisarz Katarzyna Ledermacher wprawdzie właśnie jedzie na wakacje, ale już po tygodniu nie może wytrzymać i wraca, żeby dowiedzieć się, że sprawa dotyka ją osobiście - jej konkubent, znany z lewackich sympatii oraz 17-letnia córka wspierają okupujących budynki, bynajmniej nie postrzegając ich jako terrorystów, a sprawiedliwość społeczną - stają się podejrzani w sprawie, a mieszkanie, w którym we troje mieszkają, “przeszukane”. Te dwa wątki - wywłaszczania mieszkańców i niszczenia zabytkowych budynków, żeby na ich miejscu postawić hotele bądź apartamentowce i zyskać na ulgach podatkowych oraz podziemie aborcyjne przeplatają się aż do finału.
Kiedyś podobała mi się warstwa obyczajowa - wyluzowana matka-policjantka, która pozwala nieletniej córce wynieść się do pustej kawalerki, gdzie bez nadzoru może przejść inicjację seksualną. I Berlin Zachodni, od dziecka miałam dużo sympatii do Berlina.
Się choruje: na grypę jelitową.
Się je: keksy (w samolocie), grzanki z marmoladą agrestową lub salami (śniadanie w łóżku), rogaliki z masłem, sałatę, lasagne al forno, zupę jarzynową z mięsem (w domu), kanapki z szynką, kurczaka.
Się pali: również w samolocie, cigarillo, fajkę.
Się pije: słabą herbatę, herbatkę miętową, wino na szklanki, koniak caliente, czystą wódkę (do obiadu), kawę, hiszpańskie wino o oplatanej butelce, potrójną “Bloody Mary” (znajoma striptizerka na śniadanie), wodę mineralną, sok pomarańczowy, neskę, mleko, sok owocowy.
Się napada na bank: banda z Domu Starców. Rześcy staruszkowie, zamaskowani i występujący pod nazwą OPS, Organizacji dla Polepszenia Samopoczucia, napadli na kilka banków i spokojnie usadowili się ze zdobytymi pieniędzmi na Majorce. Korzystając z dobrej opieki prawnej do dziś żyli sobie beztrosko w pięknych, komfortowych willach nad morzem.
Się nie zamawia: rozbierającego się starszego służącego w hotelu w celach rozrywkowych.
Się kupuje na ryneczku: trzy funty śliwek za jedną markę, kwiaty, obrazy z nagimi kobietami z rozkraczonymi nogami i szczegółowo przedstawionymi detalami (jego obrazy szły jak świeże bułeczki (sic!)).
Się jeździ: Orient-Expressem, „czosnkowym” metrem, łączącym turecką dzielnicę w Kreuzbergu ze śródmieściem.
Się przesłuchuje drag queen (który z pasją przebiera się za Katarzynę):
- Ach, te świnie, co go zamordowały. Cudzoziemcy! Przeklęte pedały!
- Pedałowaci cudzoziemcy?
- Ach - rzekł Phelz zmieszany. - To tylko takie wyzwisko, wie pani. Jak się to mówi. Ostatecznie co jest w
naszym społeczeństwie gorszego od pedałów i cudzoziemców. Odkąd nie mamy już do dyspozycji Żydów. Prawda? W rzeczywistości ci dwaj nie byli ani pedałami, na to mam ostatecznie oko, ani cudzoziemcami, to się przecież też widzi.
Inne z tej serii.
[1] Ha, wiem, gdzie to! Oczywiście kiedy pierwszy raz czytałam ten kryminał w końcówce lat 80., wszystko opisane było jak inny świat, również wyjazd Katarzyny na wakacje na Lanzarote.
[2] Jak widać, niektóre choroby transformacji były już wcześniej w RFN, nie musieliśmy wyważać otwartych drzwi w latach 90.
#113
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 2, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Końcówka grudnia, kilka dni przed Wigilią. Tereskę Trawną wraz z synem wywiało do rodzinnej miejscowości jej ojca, której nie odwiedzała od wielu lat, co niespecjalnie dziwi, pamiętając o babci Briżit i rozwodzie. W teorii mieli przyjechać na 90. urodziny pra(pra)babci Przybysławy, ale na miejscu niespodziewanie okazało się, że trafili na pogrzeb. I wściekłą babcię Wandę. Poza spisem postaci na początku, dość nieużytecznym w audiobooku, Tereska wyjaśnia Maciejce dokładnie, kto jest kim, w którym pokoleniu i dlaczego jego dwie kuzynki mają na imię Ola. Oraz dlaczego dom jest tak cholernie skomplikowany architektonicznie. Nie zdąża wyjaśnić, czemu atmosfera nie jest najlepsza, bo tuż po udanej próbie wejścia do domu przez okno skręca boleśnie kostkę na kocie o dźwięcznym imieniu Bigos. Zabandażowana kostka unieruchamia bohaterkę, bo nie wróci do domu samochodem, a Andrzej został w domu z powodu infekcji pęcherza, więc jest słabo mobilny. I wtedy zaczyna się ciąg dziwnych wydarzeń - w domu pojawia się nieznajomy mężczyzna, przedstawiający się jako notariusz, ale ponieważ nie ma kworum, wychodzi, po czym następnego dnia zostają znalezione jego zwłoki. Kolejny notariusz, już bardziej znajomy, dawny absztyfikant jednej z ciotek, informuje wszystkich o dziwnym testamencie pradziadka, który zmarł jeszcze w latach 60. Do tego w domu zaczynają się dziać dziwne wypadki; czy to wystarczy Teresce i Maciejce do zaangażowania się w śledztwo? Oczywiście.
Klimatycznie, choć na szczęście nie humorem, intryga przypomina nieco te wczesne, udane książki Chmielewskiej. Jest mocno skomplikowana, toksyczna rodzina z nielicznymi sensownymi jednostkami, dużo historycznych waśni i trudna historia powojenna, która dopiero współcześnie wychodzi na jaw. Oczywiście nie raz cierpła mi skóra i świerzbiły ręce, bo babcia Wanda nie jest najsympatyczniejszą osobą, a o mężu ciotki Agniesi, dwojga imion Janie Jakubie, nawet nie wspomnę. Oczywiście można byłoby całą fabułę rozwiązać szybciej, a pra(pra)babcia Przybysława nie musiała wcale chować testamentu w bezpiecznym miejscu, ale nie byłoby wtedy rozmowy z jodłą i kalesonów dla Maciejki.
Inne tej autorki.
#111/#19
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 30, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Rozczarowanie roku - tomik KAW z czerwonej serii mam niekompletny, brakuje zakończenia. Na szczęście można zapolować na audio na YT.
Milicja w osobie nieco pechowego majora, a potem podpułkownika Makowskiego, przez kilka lat usiłuje odkryć, kto stoi za serią napadów rabunkowych w Warszawie. Rzecz zaczyna się w 1965 roku od morderstwa w podwarszawskim Zygmuntowie, gdzie ginie funkcjonariusz, a jego służbowa broń zostaje skradziona. Potem przez kolejnych kilka lat, aż do lat 70., powtarza się scenariusz - na konwojentów napada mężczyzna z pistoletem, zwykle zabija jednego ze strażników, resztę rani i sprawnie ucieka. Mimo że napady odbywają się w biały dzień, świadków jest zwykle mało, a ich zeznania są mało wiarygodne. Wreszcie pewien przełom następuje po tym, jak Makowski radzi się swojego kolegi, profesora filozofii Żywieckiego, który buduje profil grupy przestępczej. Niestety, to bardziej beletryzacja przebiegu śledztwa, więc sprawa kończy się w momencie aresztowania zbrodniarzy na gorącym uczynku; nie wiadomo, jak planowali swoje zuchwałe ataki i czemu to robili.
Się nie zabezpiecza: pocisków po zabójstwie Kennedy’ego (a milicja i owszem).
Się nie produkuje: czarnych wartburgów i trabantów, żeby się nie myliły z mercedesami jak głosi żartobliwa plotka.
Się kupuje: półtora kilo polędwicy i pół kilo szynki (co oczywiście budzi podejrzenia).
Się pali: amerykańskie Morrisy.
Się nosi: amerykańskie szelki (ratują życie!).
Się zataja zdrady przed żoną: w imię męskiej solidarności (taki sobie kociak, w miarę przyjemny, w miarę głupi).
Inne tego autora.
#105/#18
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 21, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wszystko zaczęło się od tego, że w lodówce państwa Trawnych dało się słyszeć odgłosy pożycia intymnego sąsiadów. Andrzej, człowiek-labrador, spontanicznie a okazyjnie zakupił dom na prowincji i wywiózł tam całą rodzinę - Teresę, księgową o cholerycznym usposobieniu, 17-letnią Zoję, uosobienie rozsądku, 12-letniego Maciejkę, leniwego fana gier komputerowych oraz zaawansowaną wiekiem suczkę typu PON o dźwięcznym imieniu Pinacolada[1]. Na miejscu dołączyła do nich matka Andrzeja, Mira, kobieta mikrych rozmiarów, ale ogromnej energii. Nowy dom okazał się mieć kilka wad - niedziałający pilot do garażu, obrzydliwy kolorystycznie dywan zostawiony przez poprzednich właścicieli i tego jednego sąsiada, który wszystkim robi na złość. Ale niedługo, bo tuż po pierwszych scysjach Tereska i Mira znalazły zwłoki sąsiada zawinięte w ich dywan (patrz tytuł), zdecydowały się więc zrobić wszystko, żeby oddalić potencjalne podejrzenie od Andrzeja, którego sąsiad wyprowadził z równowagi.
Druga część opisuje przygody pań Trawnych oraz matki Tereski, wielojęzycznej Brigitte, która wtem organizuje wyjazd do spa Angelique w Dzierzążni Zdrój. Na miejscu ma być relaks, który się Teresce należy po traumatycznych wydarzeniach z pierwszej części, ale zamiast tego Mira i Tereska wpadają na trop kolejnego przestępcy - sąsiada z drugiej połowy domku, zwanego ze względu na walory zewnętrzne Żelingtonem. Podejrzewają, że dżentelmen zamordował swoją małżonkę, a teraz usiłuje pozbyć się zwłok. Jedyną osobą, która niczego nie podejrzewa, jest Brigitte. Warto po kolei, bo wątki z pierwszej części wspominane są często w drugiej.
Jest i część trzecia, ale jeszcze nie słuchałam.
Nie oczekiwałam wiele, a miło się zaskoczyłam. Bywa zabawnie, aczkolwiek nie na tyle, żeby głośno chichotać (albo może już jestem za stara na takie reakcje, ech). Bohaterki (bo głównie to książki o paniach) są niegłupie, przeważnie nie irytujące - nawet do Brigitte można się przyzwyczaić, aczkolwiek trudno mi uwierzyć w funkcjonowanie dorosłej osoby mówiącej jednocześnie po francusku, polsku i rosyjsku. Intrygi są ciekawe i, co mi się chyba najbardziej spodobało, ludzie ze sobą rozmawiają ze zrozumieniem.
[1] Trochę mi zgrzytało, że była zdrabniana do Pindzi, ale kimże ja jestem, żeby oceniać.
Inne tej autorki:
- (1) Dywan z wkładką
- (2) Efekt pandy
- (3) Zawsze coś
#103-104 / #16-17
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 12, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Janina Duszejko mieszka we wsi pod Kudową, tuż przy granicy z Czechami. Miała dwa psy, ale jakiś czas temu zniknęły, szukała, ale przepadły. Brzydkie podejrzenia oczywiście kierowała w stronę lokalnych myśliwych, dla których wszystko, co się rusza, to dzik, ale za rękę nie złapała. I tak sobie żyje, w środy uczy angielskiego w pobliskiej szkole, czasem spotyka się ze znajomym z aspiracjami literackimi, który tłumaczy wiersze Blake’a, zimą pilnuje domów letniskowych tych, którzy wolą miejskie wygody. I wtem zaczyna się czarna seria - ginie jeden z jej sąsiadów, nie żeby go żałowała, kłusownik i morderca zwierząt, potem kolejni. W dziwnych okolicznościach, zwykle dookoła są tropy zwierząt. Nie wspominałam, że pani Duszejko nieustająco wysyła listy do wszystkich władz z uprzejmymi pytaniami o morderstwa, podpierając się swoim autorytetem astrolożki; nie wiedzieć czemu, nikt jej nie odpowiada, chociaż ustawowo powinni. I tu już czytelniczka się orientuje, że została koncertowo wprowadzona w maliny, bo bohaterka jest, cóż, zwyczajną starą wariatką i to nie dlatego, że jest przeciwko zabijaniu zwierząt i polowaniom.
Jak już przyzwyczaiłam się do pewnej maniery - pisania nazw Zwierząt wielką literą i niejakiej egzaltacji - to bardzo mi się spodobało, bo to pełnowartościowy kryminał, aż do momentu, kiedy nie wjechała astrologia. Wtedy zaczęłam nieco przewracać oczami, zastanawiając się, czemu autorka zdecydowała się wyposażyć swoją postać w tak eklektyczny zestaw poglądów - ezoteryka przy bardzo twardym stąpaniu po ziemi, nie kleiło mi się to. Obawiałam się nawet wejścia w tematykę nadprzyrodzoną, ale nie, finał - choć przewidywalny - nagradza lekturę. Niekoniecznie cenię formę, ale obserwacja świata doskonała.
Inne tej autorki.
#100
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 9, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj