Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Jeżyce

Przed pracą pojechałam do banku, żeby odzyskać dostęp do konta. Mission failed, albowiem najbliższy bank czynny od 10. Ale ja nie o tym. Idę na przystanek, lokalizuję brak biletu, wchodzę do śmierdzącego przeraźliwie sklepiku spożywczego w piwnicy. Wygrzebuję monety, żeby kupić bilet. Za mną przebiera w prasie szmatławej starsza, chudziutka, siwowłosa pani. "Co, Faktu już nie ma?! A tak się spieszyłam. Bo pani kochana, ja najbardziej lubię ten po weekendzie, bo jest najwięcej wypadków. No ale jak nie ma, to pani kochana daj mi dwie paczki Poznańskich".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 3, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Moje miasto, Projekt Jeżyce - - 3 komentarze - Skomentuj


Prenatalnie

Jestem starą kobietą w wieku lat 34, więc wysłali mnie na badania prenatalne. Według lekarza miałam się udać między 11 a 13 tygodniem, według www - między 10 a 14. Krakowskim targiem, poszłam dziś po zakończeniu 11 tygodnia. Heil publiczna służba zdrowia. Pani w rejestracji spuściła mnie na drzewo, oznajmiając, że prenatalne robią tylko w 12 tygodniu i wcześniej mam się nie pokazywać. Czy tylko ja czegoś nie rozumiem? Chyba odpuszczę i zainwestuję w prywatne laboratorium, bo osobista rejestracja między 8 a 9 rano bez gwarancji, że się dostanę tego dnia na badania i mogę się nie zmieścić w "okienku", to jednak jest nie na moje nerwy, dziękuję bardzo.

Poza tym zygota ma się dobrze, nie spodobała się jej jedynie ryba w sosie cytrynowym na pokładzie w drodze powrotnej, co zamanifestowała zaraz po posiłku. 30 stopni i dużo spacerów robi bardzo dobrze.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 2, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: C is for cinnamon - - 0 komentarzy - Skomentuj


Prenatalnie

Jestem starą kobietą w wieku lat 34, więc wysłali mnie na badania prenatalne. Według lekarza miałam się udać między 11 a 13 tygodniem, według www - między 10 a 14. Krakowskim targiem, poszłam dziś po zakończeniu 11 tygodnia. Heil publiczna służba zdrowia. Pani w rejestracji spuściła mnie na drzewo, oznajmiając, że prenatalne robią tylko w 12 tygodniu i wcześniej mam się nie pokazywać. Czy tylko ja czegoś nie rozumiem? Chyba odpuszczę i zainwestuję w prywatne laboratorium, bo osobista rejestracja między 8 a 9 rano bez gwarancji, że się dostanę tego dnia na badania i mogę się nie zmieścić w "okienku", to jednak jest nie na moje nerwy, dziękuję bardzo.

Poza tym zygota ma się dobrze, nie spodobała się jej jedynie ryba w sosie cytrynowym na pokładzie w drodze powrotnej, co zamanifestowała zaraz po posiłku. 30 stopni i dużo spacerów robi bardzo dobrze.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 2, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Prenatalnie

Jestem starą kobietą w wieku lat 34, więc wysłali mnie na badania prenatalne. Według lekarza miałam się udać między 11 a 13 tygodniem, według www - między 10 a 14. Krakowskim targiem, poszłam dziś po zakończeniu 11 tygodnia. Heil publiczna służba zdrowia. Pani w rejestracji spuściła mnie na drzewo, oznajmiając, że prenatalne robią tylko w 12 tygodniu i wcześniej mam się nie pokazywać. Czy tylko ja czegoś nie rozumiem? Chyba odpuszczę i zainwestuję w prywatne laboratorium, bo osobista rejestracja między 8 a 9 rano bez gwarancji, że się dostanę tego dnia na badania i mogę się nie zmieścić w "okienku", to jednak jest nie na moje nerwy, dziękuję bardzo.

Poza tym zygota ma się dobrze, nie spodobała się jej jedynie ryba w sosie cytrynowym na pokładzie w drodze powrotnej, co zamanifestowała zaraz po posiłku. 30 stopni i dużo spacerów robi bardzo dobrze.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 2, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: C is for cinnamon - - 0 komentarzy - Skomentuj


Z powrotem w śnieg

Mały ciepły kot na zmianę leży mi na kolanach albo pod biurkiem. Wszystkie trzy sępią o żarcie. TŻ blisko. Domowa herbata. W kolejności dowolnej. I nie ma tego hałasu, który miałam w uszach przez ostatnie ponad 20 godzin. Wprawdzie na rozkładanym do poziomu siedzeniu da się wyspać, a jedzenie w biznesie Lufthansy jest naprawdę bardzo przyzwoite (i z menu! a w menu sery, suszone owoce, dżemik, wędliny, rybka w sosie cytrynowym i inne dobra), ale w samolotowej łazience nie da się umyć i człowiek na kolejne lotnisko wychodzi nieco cuchnący i połamany (nie wspominając o stratach moralnych, spowodowanych przebywaniem w bliskiej okolicy ponad setki dziewcząt w wieku lat nastu, odzianych w identyczne koszulki i plastikowe uszka Myszek Miki, drące się i śpiewające ożywcze pieśni po hiszpańsku, nagradzające każdą piosenkę brawami i okrzykami). Frankfurt tym razem mnie zirytował, bo nie dość że bramki przylotowe były umieszczone na różnych poziomach przeciwległych krańców lotniska, to jeszcze po kontroli paszportowej przepuścili mnie przed bramki, na których uprzejmy pan celnik zatrzymał mi kilogramowe opakowanie Dulce du Leche, albowiem "jest trochę płynne". Germańscy oprawcy. Wybuchnę kremem krówkowo-mlecznym samolot, jasne. Z drugiej strony... Trochę żal mi słońca, żal mi tego, czego nie zobaczyłam, tego, czego nie kupiłam (przekazuję tu serdeczne pozdrowienia Citibankowi) i czego nie byłam w stanie zjeść z powodu posiadania tylko jednego żołądka. Ja wiem, że wrócę, chociaż pewnie nie za prędko. Dbajcie tam o te koty w Jardín Botánico Carlos Thays de la Ciudad Autónoma de Buenos Aires, nie?

Będzie jeszcze trochę zdjęć z Puerto Madero, ale to jak się odgruzuję.
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.

PS Też macie takie natręctwo, że Wam się różne słowa kojarzą z piosenkami? Zobaczyłam na mapie koło Buenos Ensenadę i "Detonation Boulevard" chodził za mną kilka dni. A w międzyczasie w Sheratonie gra Doctor Jeep.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 1, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: 2009, argentyna - 3 komentarze - Skomentuj


Z powrotem w śnieg

Mały ciepły kot na zmianę leży mi na kolanach albo pod biurkiem. Wszystkie trzy sępią o żarcie. TŻ blisko. Domowa herbata. W kolejności dowolnej. I nie ma tego hałasu, który miałam w uszach przez ostatnie ponad 20 godzin. Wprawdzie na rozkładanym do poziomu siedzeniu da się wyspać, a jedzenie w biznesie Lufthansy jest naprawdę bardzo przyzwoite (i z menu! a w menu sery, suszone owoce, dżemik, wędliny, rybka w sosie cytrynowym i inne dobra), ale w samolotowej łazience nie da się umyć i człowiek na kolejne lotnisko wychodzi nieco cuchnący i połamany (nie wspominając o stratach moralnych, spowodowanych przebywaniem w bliskiej okolicy ponad setki dziewcząt w wieku lat nastu, odzianych w identyczne koszulki i plastikowe uszka Myszek Miki, drące się i śpiewające ożywcze pieśni po hiszpańsku, nagradzające każdą piosenkę brawami i okrzykami). Frankfurt tym razem mnie zirytował, bo nie dość że bramki przylotowe były umieszczone na różnych poziomach przeciwległych krańców lotniska, to jeszcze po kontroli paszportowej przepuścili mnie przed bramki, na których uprzejmy pan celnik zatrzymał mi kilogramowe opakowanie Dulce du Leche, albowiem "jest trochę płynne". Germańscy oprawcy. Wybuchnę kremem krówkowo-mlecznym samolot, jasne. Z drugiej strony... Trochę żal mi słońca, żal mi tego, czego nie zobaczyłam, tego, czego nie kupiłam (przekazuję tu serdeczne pozdrowienia Citibankowi) i czego nie byłam w stanie zjeść z powodu posiadania tylko jednego żołądka. Ja wiem, że wrócę, chociaż pewnie nie za prędko. Dbajcie tam o te koty w Jardín Botánico Carlos Thays de la Ciudad Autónoma de Buenos Aires, nie?

Będzie jeszcze trochę zdjęć z Puerto Madero, ale to jak się odgruzuję.
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.

PS Też macie takie natręctwo, że Wam się różne słowa kojarzą z piosenkami? Zobaczyłam na mapie koło Buenos Ensenadę i "Detonation Boulevard" chodził za mną kilka dni. A w międzyczasie w Sheratonie gra Doctor Jeep.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 1, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Z powrotem w śnieg

Mały ciepły kot na zmianę leży mi na kolanach albo pod biurkiem. Wszystkie trzy sępią o żarcie. TŻ blisko. Domowa herbata. W kolejności dowolnej. I nie ma tego hałasu, który miałam w uszach przez ostatnie ponad 20 godzin. Wprawdzie na rozkładanym do poziomu siedzeniu da się wyspać, a jedzenie w biznesie Lufthansy jest naprawdę bardzo przyzwoite (i z menu! a w menu sery, suszone owoce, dżemik, wędliny, rybka w sosie cytrynowym i inne dobra), ale w samolotowej łazience nie da się umyć i człowiek na kolejne lotnisko wychodzi nieco cuchnący i połamany (nie wspominając o stratach moralnych, spowodowanych przebywaniem w bliskiej okolicy ponad setki dziewcząt w wieku lat nastu, odzianych w identyczne koszulki i plastikowe uszka Myszek Miki, drące się i śpiewające ożywcze pieśni po hiszpańsku, nagradzające każdą piosenkę brawami i okrzykami). Frankfurt tym razem mnie zirytował, bo nie dość że bramki przylotowe były umieszczone na różnych poziomach przeciwległych krańców lotniska, to jeszcze po kontroli paszportowej przepuścili mnie przed bramki, na których uprzejmy pan celnik zatrzymał mi kilogramowe opakowanie Dulce du Leche, albowiem "jest trochę płynne". Germańscy oprawcy. Wybuchnę kremem krówkowo-mlecznym samolot, jasne. Z drugiej strony... Trochę żal mi słońca, żal mi tego, czego nie zobaczyłam, tego, czego nie kupiłam (przekazuję tu serdeczne pozdrowienia Citibankowi) i czego nie byłam w stanie zjeść z powodu posiadania tylko jednego żołądka. Ja wiem, że wrócę, chociaż pewnie nie za prędko. Dbajcie tam o te koty w Jardín Botánico Carlos Thays de la Ciudad Autónoma de Buenos Aires, nie?

Będzie jeszcze trochę zdjęć z Puerto Madero, ale to jak się odgruzuję.
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.

PS Też macie takie natręctwo, że Wam się różne słowa kojarzą z piosenkami? Zobaczyłam na mapie koło Buenos Ensenadę i "Detonation Boulevard" chodził za mną kilka dni. A w międzyczasie w Sheratonie gra Doctor Jeep.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 1, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: 2009, argentyna - 3 komentarze - Skomentuj


Kierowcy autobusów są craaazy

Oni tu wszyscy niby jeżdżą zgodnie z kierunkiem jazdy, ale trąbią, nieledwie ocierają się o siebie, ruszają z piskiem przy zmianie świateł. Do autobusu trzeba machać, bo inaczej się nie zatrzyma, na przystankach nie ma rozkładów (tylko czasem jest podana trasa), bardzo pomaga zapytanie w hotelu w recepcji, jak dojechać tu i tam, bo metro nie wszędzie jeździ. Autobusy tanie, ale trzeba mieć monety, których brakuje, bo wszyscy wydają resztę w banknotach 5 i 2-pesowych (przyznam, że najzabawniejsza myśl, jaka mi przeszła przez głowę, to złupienie żebraka bądź w wersji humanitarnej wymiana jego monet na papierek). Dość zabawne jest, że wszyscy grzecznie po wejściu przednimi drzwiami wrzucają monety do automatu z tyłu za kierowcą, odbierają kwitek, a dopiero potem siadają, przy czym stojący w drzwiach tłumek się nie niecierpliwi, jak ktoś ciurka 5 i 10-centavosowymi monetami. Na zakrętach żołądek wychodzi i siada obok, nie wyobrażam sobie, jak można jechać takim autobusem bez trzymania (a byli tacy!). Ale mimo trąbienia i kawalerskiej jazdy, autobus dowozi, gdzie trzeba (a potem, jak wspominałam gdzie indziej, zajmuje się na przykład migdaleniem z bonita chica na pętli).

Autobusem dojechałam do La Boca - obrazkowo latynoskiej dzielnicy, pomalowanej tęczowo, z tańczącymi tango na ulicach, nachalnymi zapraszaczami do sklepów i do knajp (dopadł mnie jeden w koszulce chyba Dimmu Borghir(?) i na wejściu zapytał, czy aby nie jestem z Polski, bo tak właśnie wyglądam (omg! podobno widać po twarzy i włosach); wymieniliśmy parę uprzejmości, wyjaśniłam, że za "czecie piwo" dziękuję, bo nie pijam i nie, nie zostanę na kolacji[1]). Dzielnica biedna, brudna, pełna wałęsających się luzem psów i psich kup, ale kolorowa. Pułapka na turystów, ale z wdziękiem. Do tego wielki narodowy stadion La Boca Junior, drużyny w niebiesko-żółtych barwach rodem z IKEI.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Może i nawet bym została, ale a) upatrzyliśmy sobie wczoraj knajpę na Paraguay[2], b) w La Boca przy porcie wali jak misiowi spod pachy i mimo chusteczki przy nosie miałam ochotę rozprowadzić zawartość żołądka po trotuarze. Miliony martwych ryb i ścieków nie mogą się mylić.

[2] Knajpka droga (nie wiem, może nie umiem trafić na tanie, ale nie udało nam się jeszcze wyjść z rachunkiem niższym niż 100 pesos ~= 100 zł na dwie słabe kobiety), ale bardzo miła, z polskim akcentem (wódka wyborowa w barze) i z dużym wyborem doskonałego jedzenia (steki na cały talerz!). Wiem, wstyd, zjadłam pizzę, ale na swoje usprawiedliwienie mam, że lokalną (pizza a la piedra) - na cieniutkim, kruchym cieście, z serem i oliwkami.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 29, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: 2009, argentyna, buenos-aires - 6 komentarzy - Skomentuj


Kierowcy autobusów są craaazy

Oni tu wszyscy niby jeżdżą zgodnie z kierunkiem jazdy, ale trąbią, nieledwie ocierają się o siebie, ruszają z piskiem przy zmianie świateł. Do autobusu trzeba machać, bo inaczej się nie zatrzyma, na przystankach nie ma rozkładów (tylko czasem jest podana trasa), bardzo pomaga zapytanie w hotelu w recepcji, jak dojechać tu i tam, bo metro nie wszędzie jeździ. Autobusy tanie, ale trzeba mieć monety, których brakuje, bo wszyscy wydają resztę w banknotach 5 i 2-pesowych (przyznam, że najzabawniejsza myśl, jaka mi przeszła przez głowę, to złupienie żebraka bądź w wersji humanitarnej wymiana jego monet na papierek). Dość zabawne jest, że wszyscy grzecznie po wejściu przednimi drzwiami wrzucają monety do automatu z tyłu za kierowcą, odbierają kwitek, a dopiero potem siadają, przy czym stojący w drzwiach tłumek się nie niecierpliwi, jak ktoś ciurka 5 i 10-centavosowymi monetami. Na zakrętach żołądek wychodzi i siada obok, nie wyobrażam sobie, jak można jechać takim autobusem bez trzymania (a byli tacy!). Ale mimo trąbienia i kawalerskiej jazdy, autobus dowozi, gdzie trzeba (a potem, jak wspominałam gdzie indziej, zajmuje się na przykład migdaleniem z bonita chica na pętli).

Autobusem dojechałam do La Boca - obrazkowo latynoskiej dzielnicy, pomalowanej tęczowo, z tańczącymi tango na ulicach, nachalnymi zapraszaczami do sklepów i do knajp (dopadł mnie jeden w koszulce chyba Dimmu Borghir(?) i na wejściu zapytał, czy aby nie jestem z Polski, bo tak właśnie wyglądam (omg! podobno widać po twarzy i włosach); wymieniliśmy parę uprzejmości, wyjaśniłam, że za "czecie piwo" dziękuję, bo nie pijam i nie, nie zostanę na kolacji[1]). Dzielnica biedna, brudna, pełna wałęsających się luzem psów i psich kup, ale kolorowa. Pułapka na turystów, ale z wdziękiem. Do tego wielki narodowy stadion La Boca Junior, drużyny w niebiesko-żółtych barwach rodem z IKEI.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Może i nawet bym została, ale a) upatrzyliśmy sobie wczoraj knajpę na Paraguay[2], b) w La Boca przy porcie wali jak misiowi spod pachy i mimo chusteczki przy nosie miałam ochotę rozprowadzić zawartość żołądka po trotuarze. Miliony martwych ryb i ścieków nie mogą się mylić.

[2] Knajpka droga (nie wiem, może nie umiem trafić na tanie, ale nie udało nam się jeszcze wyjść z rachunkiem niższym niż 100 pesos ~= 100 zł na dwie słabe kobiety), ale bardzo miła, z polskim akcentem (wódka wyborowa w barze) i z dużym wyborem doskonałego jedzenia (steki na cały talerz!). Wiem, wstyd, zjadłam pizzę, ale na swoje usprawiedliwienie mam, że lokalną (pizza a la piedra) - na cieniutkim, kruchym cieście, z serem i oliwkami.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 29, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Kierowcy autobusów są craaazy

Oni tu wszyscy niby jeżdżą zgodnie z kierunkiem jazdy, ale trąbią, nieledwie ocierają się o siebie, ruszają z piskiem przy zmianie świateł. Do autobusu trzeba machać, bo inaczej się nie zatrzyma, na przystankach nie ma rozkładów (tylko czasem jest podana trasa), bardzo pomaga zapytanie w hotelu w recepcji, jak dojechać tu i tam, bo metro nie wszędzie jeździ. Autobusy tanie, ale trzeba mieć monety, których brakuje, bo wszyscy wydają resztę w banknotach 5 i 2-pesowych (przyznam, że najzabawniejsza myśl, jaka mi przeszła przez głowę, to złupienie żebraka bądź w wersji humanitarnej wymiana jego monet na papierek). Dość zabawne jest, że wszyscy grzecznie po wejściu przednimi drzwiami wrzucają monety do automatu z tyłu za kierowcą, odbierają kwitek, a dopiero potem siadają, przy czym stojący w drzwiach tłumek się nie niecierpliwi, jak ktoś ciurka 5 i 10-centavosowymi monetami. Na zakrętach żołądek wychodzi i siada obok, nie wyobrażam sobie, jak można jechać takim autobusem bez trzymania (a byli tacy!). Ale mimo trąbienia i kawalerskiej jazdy, autobus dowozi, gdzie trzeba (a potem, jak wspominałam gdzie indziej, zajmuje się na przykład migdaleniem z bonita chica na pętli).

Autobusem dojechałam do La Boca - obrazkowo latynoskiej dzielnicy, pomalowanej tęczowo, z tańczącymi tango na ulicach, nachalnymi zapraszaczami do sklepów i do knajp (dopadł mnie jeden w koszulce chyba Dimmu Borghir(?) i na wejściu zapytał, czy aby nie jestem z Polski, bo tak właśnie wyglądam (omg! podobno widać po twarzy i włosach); wymieniliśmy parę uprzejmości, wyjaśniłam, że za "czecie piwo" dziękuję, bo nie pijam i nie, nie zostanę na kolacji[1]). Dzielnica biedna, brudna, pełna wałęsających się luzem psów i psich kup, ale kolorowa. Pułapka na turystów, ale z wdziękiem. Do tego wielki narodowy stadion La Boca Junior, drużyny w niebiesko-żółtych barwach rodem z IKEI.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Może i nawet bym została, ale a) upatrzyliśmy sobie wczoraj knajpę na Paraguay[2], b) w La Boca przy porcie wali jak misiowi spod pachy i mimo chusteczki przy nosie miałam ochotę rozprowadzić zawartość żołądka po trotuarze. Miliony martwych ryb i ścieków nie mogą się mylić.

[2] Knajpka droga (nie wiem, może nie umiem trafić na tanie, ale nie udało nam się jeszcze wyjść z rachunkiem niższym niż 100 pesos ~= 100 zł na dwie słabe kobiety), ale bardzo miła, z polskim akcentem (wódka wyborowa w barze) i z dużym wyborem doskonałego jedzenia (steki na cały talerz!). Wiem, wstyd, zjadłam pizzę, ale na swoje usprawiedliwienie mam, że lokalną (pizza a la piedra) - na cieniutkim, kruchym cieście, z serem i oliwkami.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 29, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: 2009, argentyna, buenos-aires - 6 komentarzy - Skomentuj