Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Sztuczki

Bardzo śliczne. Archetypowe lato w małym miasteczku (przynajmniej dla mnie - tak zawsze pamiętam dzieciństwo, mimo że rzadko bywałam w małych miasteczkach), kilkuletni Stefek wypuszcza gołębie, ustawia wartowników na torach i nieustannie ucieka spod opieki 17-letniej siostry Elki. Któregoś dnia na dworcu spotyka mężczyznę, który wygląda jak ojciec (kilka lat temu zostawił matkę i odszedł). Wpada na pomysł doprowadzenia przypuszczalnego ojca do matki, żeby wrócił i został z nimi już na zawsze. Żeby nie było za prosto, przekupuje szczęście, żeby przypadek zaprowadził wszystkich tam, gdzie trzeba.

Ciepłe, dowcipne, nietypowo jak na polski film dobry dźwięk i obraz. Kilka uniwersalnych prawd o kobietach, dużo nostalgicznych scen małego miasteczka i słońce. To wszystko było też w "Zmruż oczy", ale tam zabrakło mi scenariusza. Tutaj jest i scenariusz.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 4, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Sztuczki

Bardzo śliczne. Archetypowe lato w małym miasteczku (przynajmniej dla mnie - tak zawsze pamiętam dzieciństwo, mimo że rzadko bywałam w małych miasteczkach), kilkuletni Stefek wypuszcza gołębie, ustawia wartowników na torach i nieustannie ucieka spod opieki 17-letniej siostry Elki. Któregoś dnia na dworcu spotyka mężczyznę, który wygląda jak ojciec (kilka lat temu zostawił matkę i odszedł). Wpada na pomysł doprowadzenia przypuszczalnego ojca do matki, żeby wrócił i został z nimi już na zawsze. Żeby nie było za prosto, przekupuje szczęście, żeby przypadek zaprowadził wszystkich tam, gdzie trzeba.

Ciepłe, dowcipne, nietypowo jak na polski film dobry dźwięk i obraz. Kilka uniwersalnych prawd o kobietach, dużo nostalgicznych scen małego miasteczka i słońce. To wszystko było też w "Zmruż oczy", ale tam zabrakło mi scenariusza. Tutaj jest i scenariusz.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 4, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Sztuczki

Bardzo śliczne. Archetypowe lato w małym miasteczku (przynajmniej dla mnie - tak zawsze pamiętam dzieciństwo, mimo że rzadko bywałam w małych miasteczkach), kilkuletni Stefek wypuszcza gołębie, ustawia wartowników na torach i nieustannie ucieka spod opieki 17-letniej siostry Elki. Któregoś dnia na dworcu spotyka mężczyznę, który wygląda jak ojciec (kilka lat temu zostawił matkę i odszedł). Wpada na pomysł doprowadzenia przypuszczalnego ojca do matki, żeby wrócił i został z nimi już na zawsze. Żeby nie było za prosto, przekupuje szczęście, żeby przypadek zaprowadził wszystkich tam, gdzie trzeba.

Ciepłe, dowcipne, nietypowo jak na polski film dobry dźwięk i obraz. Kilka uniwersalnych prawd o kobietach, dużo nostalgicznych scen małego miasteczka i słońce. To wszystko było też w "Zmruż oczy", ale tam zabrakło mi scenariusza. Tutaj jest i scenariusz.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 4, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Hotel Splendide

Miało być drugie Delicatessen, ale coś nie zagrało. Na jednej ze skalistych angielskich wysepek stoi pensjonat-sanatorium, prowadzony przez dziwną rodzinę. Co miesiąc przypływa prom, przywożąc niegdyś kuracjuszy, teraz już w zasadzie nie przywożąc nikogo. "Zdrowa" kuchnia, siermiężne warunki, zabiegi i zasady, ogłaszane najpierw przez nestorkę rodziny, a po jej śmierci z płyty, utrzymywały mieszkańców w zdrowiu i czystości (w tym cielesnej). Kiedy na wyspę przypływa Kath i zaczyna gotować smaczne rzeczy, zaburza równowagę pensjonatu i już wiadomo, że będzie nagły koniec. Jak na horror za mało strasznie, jak na obyczajówkę - za nudno, jak na pejzażyki - za posępnie. Doskonała Toni Colette, średni Daniel Craig. Efekt mocno psuły niedoróbki techniczne (mikrofon pojawiający się w kadrze) i przewidywalność (no jak rany, jak ktoś cały film pieczołowicie montuje feniksa z zapałek, to jest to aluzja równie czytelna jak majtki na abażurze). Może lepiej się odbiera w kinie, w TV dość traci na nastroju, a w zasadzie tylko nastrój coś buduje.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 4, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Hotel Splendide

Miało być drugie Delicatessen, ale coś nie zagrało. Na jednej ze skalistych angielskich wysepek stoi pensjonat-sanatorium, prowadzony przez dziwną rodzinę. Co miesiąc przypływa prom, przywożąc niegdyś kuracjuszy, teraz już w zasadzie nie przywożąc nikogo. "Zdrowa" kuchnia, siermiężne warunki, zabiegi i zasady, ogłaszane najpierw przez nestorkę rodziny, a po jej śmierci z płyty, utrzymywały mieszkańców w zdrowiu i czystości (w tym cielesnej). Kiedy na wyspę przypływa Kath i zaczyna gotować smaczne rzeczy, zaburza równowagę pensjonatu i już wiadomo, że będzie nagły koniec. Jak na horror za mało strasznie, jak na obyczajówkę - za nudno, jak na pejzażyki - za posępnie. Doskonała Toni Colette, średni Daniel Craig. Efekt mocno psuły niedoróbki techniczne (mikrofon pojawiający się w kadrze) i przewidywalność (no jak rany, jak ktoś cały film pieczołowicie montuje feniksa z zapałek, to jest to aluzja równie czytelna jak majtki na abażurze). Może lepiej się odbiera w kinie, w TV dość traci na nastroju, a w zasadzie tylko nastrój coś buduje.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 4, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Hotel Splendide

Miało być drugie Delicatessen, ale coś nie zagrało. Na jednej ze skalistych angielskich wysepek stoi pensjonat-sanatorium, prowadzony przez dziwną rodzinę. Co miesiąc przypływa prom, przywożąc niegdyś kuracjuszy, teraz już w zasadzie nie przywożąc nikogo. "Zdrowa" kuchnia, siermiężne warunki, zabiegi i zasady, ogłaszane najpierw przez nestorkę rodziny, a po jej śmierci z płyty, utrzymywały mieszkańców w zdrowiu i czystości (w tym cielesnej). Kiedy na wyspę przypływa Kath i zaczyna gotować smaczne rzeczy, zaburza równowagę pensjonatu i już wiadomo, że będzie nagły koniec. Jak na horror za mało strasznie, jak na obyczajówkę - za nudno, jak na pejzażyki - za posępnie. Doskonała Toni Colette, średni Daniel Craig. Efekt mocno psuły niedoróbki techniczne (mikrofon pojawiający się w kadrze) i przewidywalność (no jak rany, jak ktoś cały film pieczołowicie montuje feniksa z zapałek, to jest to aluzja równie czytelna jak majtki na abażurze). Może lepiej się odbiera w kinie, w TV dość traci na nastroju, a w zasadzie tylko nastrój coś buduje.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 4, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Złodziej czasu

Nie umiem ocenić, czy każdy kolejny Pratchett jest dobry, lepszy czy gorszy. Niektóre podcykle wolę bardziej (o Straży i Wiedźmach), niektóre mniej (o Magach czy o Susan, mimo że trochę tam więcej Śmierci). "Złodziej czasu" ma trochę goodies (Śmierć, epizodyczne - ale zabawne - pojawienie się Niani Ogg, niepozorny sprzątacz - mnich czasu), acz więcej "zwykłej" akcji, kiedy to Susan ratuje świat przed Audytorami, którzy chcą doprowadzić do zatrzymania czasu. Trochę parodii mnichów z filmów karateckich, gdzie to przychodzi zdolny uczeń i terminuje u mistrza, trochę o indywidualności kontra tłumie. I o spustoszeniach, jakie mogą poczynić dobrze wycelowane czekoladki.

I dwie dygresje - jedna a propos czekoladek. Dawno temu mieszkaliśmy na osiedlu Piastowskim i chodziliśmy z TŻ na przystanek obok straganów z różnymi goodies (warzywami, ciuchami i słodyczami). Prawie codziennie zatrzymywałam się, żeby kupić 10 deko wiśni w likierze (6 sztuk). Po jakimś czasie, kiedy TŻ sam wracał do domu/szedł na uczelnię, zaczepił go pan od słodyczy, pytając, czy dać wisienki dla przynależnej pani (mnie, znaczy).

Druga bardziej z Pratchettem związana - audytorzy byli naprawdę źli, acz niezbyt obeznani z abstrakcyjnym myśleniem, więc łatwo było ich wyprowadzić w pole sprzecznymi logicznie komunikatami, na przykład takim, jak poniżej. Długo zastanawiałam się, co w tym obrazku jest nie tak.

           |\ 
 __________| \
|             \
|   W LEWO     >
|__________   /
           | /
           |/

Inne tego autora tutaj.

#52

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 3, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2007 - 6 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Złodziej czasu

Nie umiem ocenić, czy każdy kolejny Pratchett jest dobry, lepszy czy gorszy. Niektóre podcykle wolę bardziej (o Straży i Wiedźmach), niektóre mniej (o Magach czy o Susan, mimo że trochę tam więcej Śmierci). "Złodziej czasu" ma trochę goodies (Śmierć, epizodyczne - ale zabawne - pojawienie się Niani Ogg, niepozorny sprzątacz - mnich czasu), acz więcej "zwykłej" akcji, kiedy to Susan ratuje świat przed Audytorami, którzy chcą doprowadzić do zatrzymania czasu. Trochę parodii mnichów z filmów karateckich, gdzie to przychodzi zdolny uczeń i terminuje u mistrza, trochę o indywidualności kontra tłumie. I o spustoszeniach, jakie mogą poczynić dobrze wycelowane czekoladki.

I dwie dygresje - jedna a propos czekoladek. Dawno temu mieszkaliśmy na osiedlu Piastowskim i chodziliśmy z TŻ na przystanek obok straganów z różnymi goodies (warzywami, ciuchami i słodyczami). Prawie codziennie zatrzymywałam się, żeby kupić 10 deko wiśni w likierze (6 sztuk). Po jakimś czasie, kiedy TŻ sam wracał do domu/szedł na uczelnię, zaczepił go pan od słodyczy, pytając, czy dać wisienki dla przynależnej pani (mnie, znaczy).

Druga bardziej z Pratchettem związana - audytorzy byli naprawdę źli, acz niezbyt obeznani z abstrakcyjnym myśleniem, więc łatwo było ich wyprowadzić w pole sprzecznymi logicznie komunikatami, na przykład takim, jak poniżej. Długo zastanawiałam się, co w tym obrazku jest nie tak.

           |\ 
 __________| \
|             \
|   W LEWO     >
|__________   /
           | /
           |/

Inne tego autora tutaj.

#52

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 3, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2007 - 6 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Złodziej czasu

Nie umiem ocenić, czy każdy kolejny Pratchett jest dobry, lepszy czy gorszy. Niektóre podcykle wolę bardziej (o Straży i Wiedźmach), niektóre mniej (o Magach czy o Susan, mimo że trochę tam więcej Śmierci). "Złodziej czasu" ma trochę goodies (Śmierć, epizodyczne - ale zabawne - pojawienie się Niani Ogg, niepozorny sprzątacz - mnich czasu), acz więcej "zwykłej" akcji, kiedy to Susan ratuje świat przed Audytorami, którzy chcą doprowadzić do zatrzymania czasu. Trochę parodii mnichów z filmów karateckich, gdzie to przychodzi zdolny uczeń i terminuje u mistrza, trochę o indywidualności kontra tłumie. I o spustoszeniach, jakie mogą poczynić dobrze wycelowane czekoladki.

I dwie dygresje - jedna a propos czekoladek. Dawno temu mieszkaliśmy na osiedlu Piastowskim i chodziliśmy z TŻ na przystanek obok straganów z różnymi goodies (warzywami, ciuchami i słodyczami). Prawie codziennie zatrzymywałam się, żeby kupić 10 deko wiśni w likierze (6 sztuk). Po jakimś czasie, kiedy TŻ sam wracał do domu/szedł na uczelnię, zaczepił go pan od słodyczy, pytając, czy dać wisienki dla przynależnej pani (mnie, znaczy).

Druga bardziej z Pratchettem związana - audytorzy byli naprawdę źli, acz niezbyt obeznani z abstrakcyjnym myśleniem, więc łatwo było ich wyprowadzić w pole sprzecznymi logicznie komunikatami, na przykład takim, jak poniżej. Długo zastanawiałam się, co w tym obrazku jest nie tak.

           |\ 
 __________| \
|             \
|   W LEWO     >
|__________   /
           | /
           |/

Inne tego autora tutaj.

#52

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 3, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Peter Mayle - Prowansja od A do Z

Śniło mi się lato. Takie zapamiętane z dzieciństwa - boczne drogi wśród łanów zboża, rozświetlony las, motyle, łąka, małe wzgórza, na które wjeżdża się krętą drogą. Ciepło, ale nie gorąco. Białe domy, czerwone dachy, pachące zioła. Nie jestem wielką fanką tego, co się teraz pokazuje za oknem, dlatego jakby były jakieś wybory, żeby znormalizować u nas pory roku (zgadzam się na lato przez 3/4 roku, resztę czasu może być późna wiosna i wczesna jesień, zimę wykreślam), to dajcie znać.

Wracając do mojej teorii snów, sen sponsorowała mi książka, którą skończyłam przed zaśnięciem (no, tę część widowiskowo-letnią, bo oprócz tego coś się działo z przestępcami, jelly beansami i jakąś skomplikowaną akcją w opuszczonym pensjonacie na pięterku, ale to jakby wypływa z mojej pokręconej psychiki). Mayle umie naszkicować miejsca w taki sposób, że da się je poczuć, zobaczyć, powąchać i zacząć myśleć teraz już natychmiast o tym, żeby pojechać do Prowansji. W książce (w zasadzie leksykonie) nie ma akcji i bohaterów pierwszoplanowych, są za to alfabetycznie poukładanie wspomnienia, historie i miejsca, które na prowansalskiej prowincji koniecznie trzeba zobaczyć. Gdzie jest najlepsza kiełbasa, czemu lawenda pachnie inaczej w zależności od wysokości miejsca rośnięcia, po co są we francuskich miasteczkach fontanny, kto wpadł na pomysł robienia owoców kandyzowanych i mnóstwo innych useless trivia, o których się człowiek dowiaduje, jak już gdzieś trochę pomieszka.

Pomieszkiwanie w różnych miejscach, wąchanie świata, próbowanie lokalnego smaku, wpasowanie siebie w ramy innej rzeczywistości i pisanie o tym, to jest to, co tygrysy chciałyby robić (zwłaszcza jakby ktoś chciał mi za to płacić). Wysuwa mi się to na plan pierwszy w kategorii dream-job, chwilowo dystansując bycie rentierem lub właścicielem nastrojowej restauracji.

Inne tego autora tu.

#51

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 27, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2007, podroze - 0 komentarzy - Skomentuj