Tag:
2026
Są ludzie, co się nie martwią niczym i są ludzie, co się martwią wszystkim. Jak już niejednokrotnie wspominałam, należę do tej drugiej grupy, 0.8 Filifionki. Może mniej przejmuję się szeroko pojętym końcem świata, katastrofą klimatyczną, wojnami i tym, że o polityce największych krajów świata decydują psychopaci, ale nie mogę spać, bo trzymam kreden^W^W analizuję idiotyczne scenariusze typu co jutro muszę zrobić przed wyjściem do biura i w jakiej kolejności. Poradnik Tallisa niekoniecznie dał mi 100% receptę na wyłączanie niepokoju, ale dał kilka narzędzi.
Otóż martwię się, bo tak mam. Nie zmienię tego. Mogę najwyżej skrócić czas martwienia się przez: (1) zdefiniowanie, co konkretnie mnie martwi, (2) ustalenie, czy muszę się z tym rozliczyć właśnie teraz (zwykle nie, ale powiedz to mózgowi o 2 w nocy), (3) oszacowanie prawdopodobieństwa, czy czarny scenariusz zajdzie, (4) przygotowanie rozwiązania. Brzmi łatwo i podobno im dłużej się “trenuje”, tym krótszy czas między rozpoczęciem martwienia się a wyjaśnieniem głowie, że już jest zaopiekowany temat, idź spać.
Nie jest to długa książka, warto sobie przeczytać, trochę układa. Oczywiście nie oznacza to recepty na każde natarczywe zmartwienie, ale im mniej, tym lepiej. Oraz, wiadomo, życie lepsze dzięki chemii.
#117
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 8, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nietypowo, chociaż są przestępstwa i dwa trupy, to nie jest w zasadzie kryminał, ale historia dorastania osieroconej Pelagii. Niemowlę zostało podrzucone pod dom dziecka, z karteczką z personaliami i kilkoma artefaktami, między innymi złotym medalionem ze zdjęciem pięknej kobiety, pieczołowicie przechowanym dla niej w kolejnych placówkach wychowawczych. Ale nie jest to słodka bajka, bo to lata 60. w rozkwicie PRL-u. Brzydkie, wycofane, dzikie dziecko przechodzi przez kolejne placówki, pragnąc tylko przynależeć do kogoś, kto za to nie dostaje pensji. Po czym pojawia się Nonna, elegancka dama, która z niewiadomych przyczyn interesuje się małą Pelką, ale potem znika; Pelka zaczyna uciekać, żeby ją odnaleźć. Po kilku próbach odnajduje i wrasta w dziwną przestępczą rodzinę, która docenia Pelkową zręczność; przyuczają ją do roli kuny - włamywaczki. Po początkowych sukcesach sprawa się sypie, Pelka wraca do systemu, ale już jako pensjonariuszka zakładu poprawczego, gdzie ma na swoją obronę tylko pięści, spryt i szybkość. To ostatnie daje jej niespodziewanie przepustkę do klubu sportowego i nadzieję, że zmieni swoje dotychczasowe życie. Oczywiście nastolatka nie zaprzestaje szukania swojej matki, mimo że wszyscy twierdzą, że jej nie odnajdzie.
W zasadzie to jedna z tych historii, gdzie przestają być istotne realia, a na pierwszy plan wychodzi psychologia dorastania i wpływu otoczenia na kształtowanie się czyjejś osobowości. Dorastanie bez miłości jest trudne, nie dziwi specjalnie, że Pelka, zwana później Kuną i Mustelą, lgnie do każdego, kto okazuje jej choć minimum zainteresowania, nie analizując motywów. W tle przemiany - stan wojenny, który Pelkę przypadkiem odnajduje za granicą, co pozwala skontrastować zachodni blichtr z tym, co w Polsce. Dobroczynność, działacze sportowi i resortowi, prostytucja i złodziejstwo, przy czym ci drudzy wcale nie są aż tak mniej moralni od pierwszej grupy. Podsumowując, przyszłam po tanią rozrywkę, a dostałam historię, od której nie mogłam się oderwać.
Się kupuje: komplet Doroszewskiego za ogromną cenę na warszawskim wolumenie, materac z gąbki w Pewexie.
Się pije: brandy, czerwone Nebbiolo z Piemontu, Orvieto białe słodkie i wytrawne z Umbrii, Veuve Clicquot z Szampanii (zlewki z lokalu klasy LUX), bełt, różowe musujące węgierskie i wódkę, kawę, jabłecznik, soki owocowe i mokkę (na pokazie mody), wódkę zaprawioną zielem trojanki.
Się je: pulardę w maladze, zupę, dzwonko sielawy, chłodnik na chlebowym kwasie, pieczone mięso i truskawkowe lody, kiszkę pasztetową i płonące naleśniki, befsztyk, frytki, pieczoną kurę z sałatą i winem; przystawki, melbę i sery (na francuskim przyjęciu); zupę regeneracyjną z puszki z mięsem dzika, doprawianą tymiankiem i rozmarynem, zacierkową na mleku.
Się idzie na francuski targ:
Sałata francuska, chińska, podobna do liści mniszka, belle dame, piękna pani czyli srebrzysta lebioda, szparagi i najróżniejsze łodygi, kłącza, bulwy, jakich nigdy nie widziałam.
Owoce z Francji i całego świata. Jabłka z Normandii i afrykańskie ananasy z zielonym czubem, obłe awokado obok ociekających sokiem melonów. Greckie oliwki prosto z beczki, nabuzowane słońcem pomidory z Majorki.
I owoce morza. Pryzmy jeży morskich, krewetek, raczków, muli z Langwedocji hodowanych w ,morskich rozlewiskach; różowe kraby obłożone morszczyną, langusty jak potwory ze złego snu.
Szynki westwalskie, ze Szwarcwaldu, z Yorku, paryskie, parmeńskie, z Piemontu, suche wędliny, salami z Owernii. Wieprzowina i wołowina podzielone wedle gatunków, tusze baranie i jagnięcie, drób nadziewany orzechami, śliwkami, cząstkami pomarańczy i całe stosy małych ptaszków, każdy otulony płatkiem słoniny.
Inne tej autorki.
#116
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 7, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 4 komentarze
- Skomentuj
Chistiania, koniec XIX wieku. Narratorowi, bezimienny literatowi (dziennikarzowi?) kończą się pieniądze, nie pierwszy raz i nie ostatni, gospodyni niedwuznacznie sugeruje, że mógłby zapłacić, nie bardzo już ma co zastawić w lombardzie, ale przecież zaraz za chwilę napisze taki artykuł, że będzie opływał w pieniądze. Tylko musi coś zjeść, bo bez jedzenia nie jest w stanie pisać. Ale skąd pieniądze, nie będzie żebrał, ma swoją godność.
Mam już zwycięzcę w konkursie na tegorocznego Najbardziej Męczącego Bohatera. Typ zajmuje się, jak w żydowskim szmoncesie, kręceniem dookoła pracy, bo nie pracą. Tu pójdzie, tam przyśnie, tu się uniesie honorem, napisałby taki artykuł, ale nie ma świecy, tu zastawi ostatnią kamizelkę, a uzyskane walory roztrwoni, a jak jest głodny, to żuje drewniane wióry, albo się kaleczy, wszak krew jest odżywcza. Z zasobów została mu źle pojmowana duma, więc odmawia pomocy nawet jak ją mu ktoś proponuje, a dodatkowo nie przyznaje się, w jak bardzo kiepskiej sytuacji jest. W zasadzie to chciałby umrzeć, ale jednak nie umiera, do tego zakochuje się w przypadkowo poznanej na ulicy pannie. Po czym ucieka na statek, żeby zacząć nowe życie.
Dla słabszych (to ja) książka zaopatrzona jest w posłowie wyjaśniające ważną rolę tej powieści w literaturze norweskiej, kontrast z mieszczańską stabilizacją, łamanie norm i społecznych tabu:
Zmory egzystencji inteligenckiego proletariusza, jego dumne gesty niezależności i wisielczą grę z własną nędzą, z sytym otoczeniem, z losem przeciwnym, z niezrozumieniem mieszczanina dla jego aspiracji (...)
Witold Nawrocki
Nie dziękujcie. Jedyna zaleta - jest krótka i jak już myślałam, że pójdę po gumkę, żeby strzelać bohaterowi w ucho za każdym razem, jak zrobi coś głupiego, to się skończyła. No nie zachwyt.
#115
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 5, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Anarchiści bronią opuszczonej zabytkowej willi nad Wannsee[1] przed zniszczeniem przez nieuczciwego dewelopera[2], podczas siłowej ewakuacji w piwnicy zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny. Jak się okazuje, umarła z powodu krwotoku po niefachowo wykonanej aborcji. Komisarz Katarzyna Ledermacher wprawdzie właśnie jedzie na wakacje, ale już po tygodniu nie może wytrzymać i wraca, żeby dowiedzieć się, że sprawa dotyka ją osobiście - jej konkubent, znany z lewackich sympatii oraz 17-letnia córka wspierają okupujących budynki, bynajmniej nie postrzegając ich jako terrorystów, a sprawiedliwość społeczną - stają się podejrzani w sprawie, a mieszkanie, w którym we troje mieszkają, “przeszukane”. Te dwa wątki - wywłaszczania mieszkańców i niszczenia zabytkowych budynków, żeby na ich miejscu postawić hotele bądź apartamentowce i zyskać na ulgach podatkowych oraz podziemie aborcyjne przeplatają się aż do finału.
Kiedyś podobała mi się warstwa obyczajowa - wyluzowana matka-policjantka, która pozwala nieletniej córce wynieść się do pustej kawalerki, gdzie bez nadzoru może przejść inicjację seksualną. I Berlin Zachodni, od dziecka miałam dużo sympatii do Berlina.
Się choruje: na grypę jelitową.
Się je: keksy (w samolocie), grzanki z marmoladą agrestową lub salami (śniadanie w łóżku), rogaliki z masłem, sałatę, lasagne al forno, zupę jarzynową z mięsem (w domu), kanapki z szynką, kurczaka.
Się pali: również w samolocie, cigarillo, fajkę.
Się pije: słabą herbatę, herbatkę miętową, wino na szklanki, koniak caliente, czystą wódkę (do obiadu), kawę, hiszpańskie wino o oplatanej butelce, potrójną “Bloody Mary” (znajoma striptizerka na śniadanie), wodę mineralną, sok pomarańczowy, neskę, mleko, sok owocowy.
Się napada na bank: banda z Domu Starców. Rześcy staruszkowie, zamaskowani i występujący pod nazwą OPS, Organizacji dla Polepszenia Samopoczucia, napadli na kilka banków i spokojnie usadowili się ze zdobytymi pieniędzmi na Majorce. Korzystając z dobrej opieki prawnej do dziś żyli sobie beztrosko w pięknych, komfortowych willach nad morzem.
Się nie zamawia: rozbierającego się starszego służącego w hotelu w celach rozrywkowych.
Się kupuje na ryneczku: trzy funty śliwek za jedną markę, kwiaty, obrazy z nagimi kobietami z rozkraczonymi nogami i szczegółowo przedstawionymi detalami (jego obrazy szły jak świeże bułeczki (sic!)).
Się jeździ: Orient-Expressem, „czosnkowym” metrem, łączącym turecką dzielnicę w Kreuzbergu ze śródmieściem.
Się przesłuchuje drag queen (który z pasją przebiera się za Katarzynę):
- Ach, te świnie, co go zamordowały. Cudzoziemcy! Przeklęte pedały!
- Pedałowaci cudzoziemcy?
- Ach - rzekł Phelz zmieszany. - To tylko takie wyzwisko, wie pani. Jak się to mówi. Ostatecznie co jest w
naszym społeczeństwie gorszego od pedałów i cudzoziemców. Odkąd nie mamy już do dyspozycji Żydów. Prawda? W rzeczywistości ci dwaj nie byli ani pedałami, na to mam ostatecznie oko, ani cudzoziemcami, to się przecież też widzi.
Inne z tej serii.
[1] Ha, wiem, gdzie to! Oczywiście kiedy pierwszy raz czytałam ten kryminał w końcówce lat 80., wszystko opisane było jak inny świat, również wyjazd Katarzyny na wakacje na Lanzarote.
[2] Jak widać, niektóre choroby transformacji były już wcześniej w RFN, nie musieliśmy wyważać otwartych drzwi w latach 90.
#113
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 2, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Końcówka grudnia, kilka dni przed Wigilią. Tereskę Trawną wraz z synem wywiało do rodzinnej miejscowości jej ojca, której nie odwiedzała od wielu lat, co niespecjalnie dziwi, pamiętając o babci Briżit i rozwodzie. W teorii mieli przyjechać na 90. urodziny pra(pra)babci Przybysławy, ale na miejscu niespodziewanie okazało się, że trafili na pogrzeb. I wściekłą babcię Wandę. Poza spisem postaci na początku, dość nieużytecznym w audiobooku, Tereska wyjaśnia Maciejce dokładnie, kto jest kim, w którym pokoleniu i dlaczego jego dwie kuzynki mają na imię Ola. Oraz dlaczego dom jest tak cholernie skomplikowany architektonicznie. Nie zdąża wyjaśnić, czemu atmosfera nie jest najlepsza, bo tuż po udanej próbie wejścia do domu przez okno skręca boleśnie kostkę na kocie o dźwięcznym imieniu Bigos. Zabandażowana kostka unieruchamia bohaterkę, bo nie wróci do domu samochodem, a Andrzej został w domu z powodu infekcji pęcherza, więc jest słabo mobilny. I wtedy zaczyna się ciąg dziwnych wydarzeń - w domu pojawia się nieznajomy mężczyzna, przedstawiający się jako notariusz, ale ponieważ nie ma kworum, wychodzi, po czym następnego dnia zostają znalezione jego zwłoki. Kolejny notariusz, już bardziej znajomy, dawny absztyfikant jednej z ciotek, informuje wszystkich o dziwnym testamencie pradziadka, który zmarł jeszcze w latach 60. Do tego w domu zaczynają się dziać dziwne wypadki; czy to wystarczy Teresce i Maciejce do zaangażowania się w śledztwo? Oczywiście.
Klimatycznie, choć na szczęście nie humorem, intryga przypomina nieco te wczesne, udane książki Chmielewskiej. Jest mocno skomplikowana, toksyczna rodzina z nielicznymi sensownymi jednostkami, dużo historycznych waśni i trudna historia powojenna, która dopiero współcześnie wychodzi na jaw. Oczywiście nie raz cierpła mi skóra i świerzbiły ręce, bo babcia Wanda nie jest najsympatyczniejszą osobą, a o mężu ciotki Agniesi, dwojga imion Janie Jakubie, nawet nie wspomnę. Oczywiście można byłoby całą fabułę rozwiązać szybciej, a pra(pra)babcia Przybysława nie musiała wcale chować testamentu w bezpiecznym miejscu, ale nie byłoby wtedy rozmowy z jodłą i kalesonów dla Maciejki.
Inne tej autorki.
#111/#19
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 30, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Narrator, emerytowany lekarz, pan Braithwaite, wielki fan Flauberta, usiłuje poznać swojego ulubionego pisarza poprzez analizę śladów, jakie ten po sobie zostawił. Robi to wbrew woli autora, który chciał, żeby oceniać go przez pryzmat książek, jakie napisał, a nie jak żył. Odwiedza muzea, gdzie znajduje nie jedną, a dwie papugi, które Flaubert wypożyczył z muzeum, czyta ocalałą korespondencję, analizuje zapiski znajomych i fakty z życia pisarza. Oczywiście ma poczucie, że cała ta praca i tak nie pozwoli na całkowite zrozumienie tego, kim był i co myślał człowiek, który dodatkowo pieczołowicie budował swoją legendę i cenzurował zapiski.
Od razu powiem, że nie czytałam nic Flauberta, więc niekoniecznie jestem w stanie czerpać przyjemności z treści książki w sposób, jaki zapewne założył autor. Ale nawet bez znajomości lektur źródłowych to opowieść o poszukiwaniu śladów przeszłości w tym, co zostało i konfrontacja, czy rzeczywiście warto byłoby się spotkać ze swoim idolem. Już nie pamiętam gdzie przeczytałam, że czytelnik chciałby, żeby pisarz był dla niego wzorem, konsekwentnym, moralnym i żyjącym higienicznie, żeby nie było wstyd się z takim spotkać; niekoniecznie zaakceptuje nawet najlepiej piszącego zwyrodnialca, który na przykład strzelał do ptaków. Barnes rozważa to podejście, nie kończy jednak książki werdyktem.
Inne tego autora.
#110
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 28, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 1 komentarz
- Skomentuj
1980, masakra w Gwangju. Studenci i uczniowie rozpoczynają protesty przeciwko zamknięciu uniwersytetu, uważając, że władza się wycofa. Okupują budynki, uzbrojeni w jakieś mizerne resztki broni, bardziej na pokaz niż żeby odeprzeć ewentualny atak. Ale rząd się nie waha - wysyła wojsko, które bez wahania zabija większość protestujących i przypadkowych przechodniów, a ocaleńców torturuje, żeby wtem wypuścić na mocy amnestii, złamanych i zniszczonych. Ofiary są zrzucane na stosy, czasem pojawiają się bliscy, żeby rozpoznać swoich, czasem zmarli po prostu są zakopywani bez śladu. Różni narratorzy, w większości beznamiętnie opowiadają o czymś, czego nawet po latach nie są w stanie zrozumieć. Czemu ich rodacy bez wahania zaczęli strzelać, czemu nagle traktowali ich jak wrogów, skąd okrucieństwo, skąd zajadłość. I jak można, jeśli w ogóle, wrócić do normalnego życia po tym, jak przeżyło się koszmar albo z poczuciem winy, że nie udało się uratować dziecka.
Ostatnia z narratorek, może sama autorka, opowiada o odkryciu albumu ze zdjęciami z masakry, które jej ojciec przywiózł z ich dawnego domu w Gwangju, domu, gdzie podobno mieszkał zamordowany Tong-ho. Opisuje, że ślad po zbrodni zostaje, bez względu na to, czy odpowiedzialni za nią zostali rozliczeni, czy nie. To przerażająca historia, niestety nieunikalna, patrząc nawet na historię Polski (“To partia strzela do robotników”) czy byłej Jugosławii. Niekoniecznie dobra lektura na wakacje, ale ważna.
Inne tej autorki.
#109
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 27, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj
2020, początek pandemii. Sasha Senderovsky, rosyjski emigrant, zaprasza swoich przyjaciół ze studiów - również emigrantów - do swojej posiadłości na wsi, żeby wzorem “Dekameronu” odcięli się od zapadającego na COVID świata w bezpiecznej enklawie. Gromadzą się ludzie, związani z filmem, literaturą, nauką czy IT, którzy do niedawna spędzali czas przenosząc się z miejsca na miejsce, współcześni wysoko opłacani nomadzi cyfrowi; nagle stracili możliwość zarabiania i mobilność. Sam Senderovsky zaprasza nieco kontrowersyjnego aktora, z którym próbuje napisać scenariusz, to ważne, bo wyczerpały mu się dotychczasowe źródła dochodu. Goście jedzą wyrafinowane jedzenie, piją drogie alkohole, oglądają różne reality show, niektórzy czytają, niektórzy romansują ze sobą. Dookoła jest amerykańska prowincja z lokalnymi nacjonalistami, ludźmi, którzy nie patrzą napływowym w oczy i są ewidentnie nastawieni do nich wrogo. I pandemia, zbierająca w USA coraz większe żniwo.
Z jednej strony to bardzo udany reportaż, pokazujący ludzkie zachowania z początków pandemii, kiedy jeszcze nie było nic wiadomo poza tym, że odszedł świat, który wszyscy znali. Delfiny w weneckich kanałach, uratujemy środowisko, bo zmniejszył się ślad węglowy chaotycznie latających globtroterów, samowystarczalność wspólnot, nowe sposoby komunikacji. Spoiler alert: ten świat nie odszedł, bardzo szybko wrócił, patrząc z perspektywy 2026, nic się nie zmieniło. Ale w efekcie pandemii pojawiło się kolejne rozwarstwienie społeczne, jak w rosyjskich powieściach, gdzie szlachta gromadziła się na uciechach i rozrywkach, pozwalając obsługiwać się służbie (tu: pracownikom pierwszej linii). Z drugiej autor jest bardzo skupiony na znanym sobie wycinku społecznym, dość ubogim mimo pozornego zróżnicowania, dodatkowo w ramach opisu śmierci z powodu wirusa wchodzi w opisy deliryczne i metaforyczne, które ze spokojem można pominąć przy czytaniu. Nie jest źle, na pewno lepiej się czyta niż “Historię miłosną”, zwłaszcza że literatury o pandemii jest raczej mniej niż więcej.
Inne tego autora.
#108
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 26, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Dwie linie czasowe, które się przeplatają. 1962, Włochy. Do zapyziałego miasteczka koło Cinque Terre, gdzie na skałach znajduje się tylko kilka rybackich chałup i zaniedbany hotel, przypływa łódź z piękną amerykańską aktorką, Dee. Kobieta przybyła prosto z planu filmowego “Kleopatry”, jest chora, lekarz podejrzewa raka żołądka. Dla lokalnego lekarza, sprowadzonego przez właściciela hoteliku, Pascuale’a, sprawa jest jednak oczywista - Amerykanka jest w ciąży, a jej wyprawa na zadupie ma ukryć romans między nią a Richardem Burtonem, do którego doszło na planie. Współcześnie, Los Angeles; do wytwórni Michaela Deane’a trafia jednocześnie młody scenarzysta i stary mężczyzna, Włoch, słabo mówiący po angielsku. Oczywiście to Pasquale, który po latach szuka Dee, a Deane - jak się okazuje - stał za spiskiem mającym odsunąć Dee od Burtona, żeby ratować jego słynny związek z Liz Taylor. Cała ekipa rusza na poszukiwania aktorki.
Starałam się znaleźć w tej powieści to “coś”, co sprawia, że na okładce pojawia się słowo “bestseller” czy “epopeja godna Marqueza”, ale nie znalazłam. Niespecjalnie mnie obchodzą bohaterowie, ich związki, dzieci i kulisy działania Hollywood z wszechmogącymi wytwórniami, gdzie sztuka jest produktem. Da się przeczytać, ale niekoniecznie warto.
#107
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 25, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Od kiedy pamiętam, od kiedy wymyślono ten cholerny wyświetlacz, cała się trzęsę, kiedy dzwoni telefon. Każda rozmowa to niewiadoma, w którym momencie pojawi się to rozdygotanie, ten brak pewności, ta wściekłość, że ktoś ci zadaje pytanie, którego wcale nie chcesz słyszeć, a już na pewno nie chcesz na nie odpowiadać i czujesz wszechogarniającą złość na rozmówcę, że co się przypierdala.
Magda idzie przez życie z wkurwem, nie żeby tego chciała, ale to jej zaszczepiły poprzednie pokolenia, które tylko furią były sobie w stanie dać radę ze sobą i ze światem. Owszem, ma poczucie wygranej w każdej potyczce, ale kosztem tego jest jej szczęście. W pewnym momencie Magda uczy się słuchać Leny, swojego spokojnego alter ego i razem z nią chce zespolić się w bardziej zrównoważoną Magdalenę.
To zbiór felietonów o moim pokoleniu kobiet, kobiet, które musiały być zawsze przygotowane na wszystko, czym rzuca w nie życie, czego kosztem było wieczne rozedrganie i niepokój. O pokoleniu, które zaczęło zadawać sobie pytanie, czy zawsze trzeba być w konflikcie ze wszystkimi i jak to zrobić bez utraty siebie. Co znamienne, zaczęłam tę książkę czytać kilka lat temu, w czasach, kiedy każdy telefon - jak u Kubryńskiej - oznaczał tylko złe wiadomości, a jeśli się go wyłączyło, było tylko gorzej. Wtedy jej nie skończyłam, dziś już chyba tyle wypoziomowałam, że mogłam.
Inne tej autorki.
#106
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 23, 2026
Link bezpośredni -
Tag:
2026
- 0 komentarzy
- Skomentuj