Tag:
podroze
W 1999 roku 49 województw zostało zastąpione w nowym podziale przez 16, w efekcie ponad 30 miast utraciło swoją dawną pozycję. Zmiana jednak nie nastąpiła tylko na poziomie urzędowym, ale - w wielu przypadkach - oznaczała pogarszająca się jakość życia, mniej pieniędzy na rozwój, upadek gospodarczy i stopniowe starzenie się mieszkańców. 15 lat po wprowadzeniu aktualnego podziału, Springer przez kilka miesięcy jeździ z miasta do miasta, rozmawia z mieszkańcami, obserwuje pogłębianie się podziałów między miejscami, gdzie spływają pieniądze z inwestycji centralnych i tymi, gdzie już - według władz - nie warto inwestować. Czasem aktualna kondycja miasta jest efektem jednej decyzji sprzed lat (np. prestiżowa organizacja Dożynek czy ekspresówka przez środek miasta), czasem - zbiorem wielu. Sporo miejsca zajmują - jak to częste u autora - budynki i architektura, ale porównywalnie też sporo jest o ludziach, którzy w mniejszych miastach żyją (i dlaczego). Zdarzają się i historie pozytywne, bo i w mniejszych miastach da się zrobić coś unikalnego i cennego; problem w tym, że rzadko o tym wiadomo. Są zdjęcia, bardzo ciekawe.
Pochodzę z Włocławka, dawnego miasta wojewódzkiego, zdegradowanego obecnie do niczego, jako że województwo kujawsko-pomorskie rozdzieliło większość urzędów między Toruniem a Bydgoszczą. U Springera o Włocławku jest mało - bohaterką jest niszczejąca i zaniedbana okolica ulicy 3 Maja, niegdyś reprezentacyjnego deptaku, teraz miejsca, gdzie nie warto się za głęboko w bok zapuszczać (trochę można zobaczyć tu). Szkoda, że tylko tyle.
Inne tego autora.
#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 2, 2021
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W 1999 roku 49 województw zostało zastąpione w nowym podziale przez 16, w efekcie ponad 30 miast utraciło swoją dawną pozycję. Zmiana jednak nie nastąpiła tylko na poziomie urzędowym, ale - w wielu przypadkach - oznaczała pogarszająca się jakość życia, mniej pieniędzy na rozwój, upadek gospodarczy i stopniowe starzenie się mieszkańców. 15 lat po wprowadzeniu aktualnego podziału, Springer przez kilka miesięcy jeździ z miasta do miasta, rozmawia z mieszkańcami, obserwuje pogłębianie się podziałów między miejscami, gdzie spływają pieniądze z inwestycji centralnych i tymi, gdzie już - według władz - nie warto inwestować. Czasem aktualna kondycja miasta jest efektem jednej decyzji sprzed lat (np. prestiżowa organizacja Dożynek czy ekspresówka przez środek miasta), czasem - zbiorem wielu. Sporo miejsca zajmują - jak to częste u autora - budynki i architektura, ale porównywalnie też sporo jest o ludziach, którzy w mniejszych miastach żyją (i dlaczego). Zdarzają się i historie pozytywne, bo i w mniejszych miastach da się zrobić coś unikalnego i cennego; problem w tym, że rzadko o tym wiadomo. Są zdjęcia, bardzo ciekawe.
Pochodzę z Włocławka, dawnego miasta wojewódzkiego, zdegradowanego obecnie do niczego, jako że województwo kujawsko-pomorskie rozdzieliło większość urzędów między Toruniem a Bydgoszczą. U Springera o Włocławku jest mało - bohaterką jest niszczejąca i zaniedbana okolica ulicy 3 Maja, niegdyś reprezentacyjnego deptaku, teraz miejsca, gdzie nie warto się za głęboko w bok zapuszczać (trochę można zobaczyć tu). Szkoda, że tylko tyle.
Inne tego autora.
#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 2, 2021
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wydanie tej pozycji - bo ciągle nie zdecydowałam, czy jest to pozycja książkowa, czy jednak wydawnictwo typowo turystyczne - poprzedzał spory hype w mediach, przynajmniej tych, które czytam. Po przeczytaniu (i obejrzeniu) uważam, że uzasadniony - tl;dr, warto przeczytać przed wizytą w Pradze.
Słowem kluczowym z tytułu jest “osobisty”. Poza historiami ciekawych miejsc - architektonicznie, kulturowo, historycznie, Szczygieł opisuje swoje wizyty w Pradze również w kontekście wydarzeń i ludzi (Havel, Gott, Hrabal czy dojmująco smutne opowieści o zagładzie praskich Żydów). Mam ochotę wyciągnąć zarówno Gottland (czytany w 2008), jak i “Zrób sobie raj” (2011, ale i tak nic nie pamiętam), żeby jeszcze chwilę pogrzać się w ciepłym opisach Szczygła. Z punktu widzenia turysty, w “Przewodniku” jest spora lista adresów, gdzie warto - na przykład dla mnie to rzeźby Černego, winda typu paternoster w ratuszu czy kilka z obiektów architektonicznych - secesyjnych czy kubistycznych, które mnie zachwyciły po samym opisie.
I tu niestety muszę przejść do tego, na co się najbardziej cieszyłam, czekając na “Przewodnik” i co jednocześnie mnie najbardziej rozczarowało, czyli zdjęcia Filipa Springera. Jeśli ktoś z Was pamięta jakość zdjęć na Instagramie w okolicy 2014 - zaciemnionych “nastrojowymi” filtrami, z ziarnem, takich, że raczej się można było domyślać, co jest sfotografowane niż to wiedzieć, to właśnie takie są zdjęcia w wydawnictwie. Na matowym papierze, który jeszcze pogarsza widoczność. Niektóre z miejsc opisanych znam (ściana Lennona, Kampa, Lucerna czy Synagoga Pinkasa), więc dośpiewałam sobie, co na zdjęciu jest, innych miejsc nie znam i tak wydrukowane zdjęcia mi niewiele dały. Szkoda, zwłaszcza że Springer wystawił na aukcje odbitki zdjęć i wyglądają o niebo lepiej niż w druku.
Inne tego autora tu.
#69
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 7, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wydanie tej pozycji - bo ciągle nie zdecydowałam, czy jest to pozycja książkowa, czy jednak wydawnictwo typowo turystyczne - poprzedzał spory hype w mediach, przynajmniej tych, które czytam. Po przeczytaniu (i obejrzeniu) uważam, że uzasadniony - tl;dr, warto przeczytać przed wizytą w Pradze.
Słowem kluczowym z tytułu jest “osobisty”. Poza historiami ciekawych miejsc - architektonicznie, kulturowo, historycznie, Szczygieł opisuje swoje wizyty w Pradze również w kontekście wydarzeń i ludzi (Havel, Gott, Hrabal czy dojmująco smutne opowieści o zagładzie praskich Żydów). Mam ochotę wyciągnąć zarówno Gottland (czytany w 2008), jak i “Zrób sobie raj” (2011, ale i tak nic nie pamiętam), żeby jeszcze chwilę pogrzać się w ciepłym opisach Szczygła. Z punktu widzenia turysty, w “Przewodniku” jest spora lista adresów, gdzie warto - na przykład dla mnie to rzeźby Černego, winda typu paternoster w ratuszu czy kilka z obiektów architektonicznych - secesyjnych czy kubistycznych, które mnie zachwyciły po samym opisie.
I tu niestety muszę przejść do tego, na co się najbardziej cieszyłam, czekając na “Przewodnik” i co jednocześnie mnie najbardziej rozczarowało, czyli zdjęcia Filipa Springera. Jeśli ktoś z Was pamięta jakość zdjęć na Instagramie w okolicy 2014 - zaciemnionych “nastrojowymi” filtrami, z ziarnem, takich, że raczej się można było domyślać, co jest sfotografowane niż to wiedzieć, to właśnie takie są zdjęcia w wydawnictwie. Na matowym papierze, który jeszcze pogarsza widoczność. Niektóre z miejsc opisanych znam (ściana Lennona, Kampa, Lucerna czy Synagoga Pinkasa), więc dośpiewałam sobie, co na zdjęciu jest, innych miejsc nie znam i tak wydrukowane zdjęcia mi niewiele dały. Szkoda, zwłaszcza że Springer wystawił na aukcje odbitki zdjęć i wyglądają o niebo lepiej niż w druku.
Inne tego autora tu.
#69
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 7, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 2 komentarze
- Skomentuj
Robert przez trzy lata zbierał pieniądze na podróż dookoła świata, zlikwidował dotychczasowe mieszkanie, rozdysponował rzeczy na czas podróży, wreszcie z plecakiem ruszył w podróż. Sam. Z oczekiwaniem, że podczas kilku miesięcy w drodze zrozumie, jak jest być wolnym.
Chronologicznie to opowieść o rosyjskich pociągach (kolej transsyberyjska!), Syberii (gdzie deportowano jego dziadka[1]), Tajlandii (urocza historia rudego psa), Malezji, Nowej Zelandii, Peru czy wreszcie Wyspie Wielkanocnej. Wszystkie miejsca są prominentne w opowieści, ale to bagaż doświadczeń autora wysuwa się na plan pierwszy; nadmiar kontaktów z ludźmi, lata zaprzeczania i terapii, treningu, żeby się wpasować, to wszystko blokuje przed wolnością. Doskonała, refleksyjna narracja sprawia, że książkę się doskonale czyta. Intymne, prywatne zdjęcia ją wzbogacają.
Mój ulubiony fragment (z pozdrowieniami od wewnętrznej Filifionki):
Od podróży z plecakiem znacznie bardziej heroiczne i wymagające uważania na siebie wydaje mi się słuchanie wiadomości, chodzenie do pracy, która zabiera osiem, a z dojazdami dziesięć godzin, płacenie rachunków, życie historią ludzi z telewizora, których nigdy nie spotkałem, ale w imię których gotów jestem znienawidzić innych ludzi, którzy wybrali historię innych ludzi z telewizora, gromadzenie rzeczy i wyposażanie domu, martwienie się, ciągłe martwienie się o to, co może się wydarzyć, jak się do tego przygotować, co powinienem mieć, osiągnąć, kim być, zwłaszcza w porównaniu z tymi, którzy – co wyraźnie potwierdzają ich osie czasu na Facebooku – już kimś są.
[1] Mojego również, ale ja nie miałam okazji z nim o tym rozmawiać.
Inne tego autora tutaj.
#96
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 7, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Robert przez trzy lata zbierał pieniądze na podróż dookoła świata, zlikwidował dotychczasowe mieszkanie, rozdysponował rzeczy na czas podróży, wreszcie z plecakiem ruszył w podróż. Sam. Z oczekiwaniem, że podczas kilku miesięcy w drodze zrozumie, jak jest być wolnym.
Chronologicznie to opowieść o rosyjskich pociągach (kolej transsyberyjska!), Syberii (gdzie deportowano jego dziadka[1]), Tajlandii (urocza historia rudego psa), Malezji, Nowej Zelandii, Peru czy wreszcie Wyspie Wielkanocnej. Wszystkie miejsca są prominentne w opowieści, ale to bagaż doświadczeń autora wysuwa się na plan pierwszy; nadmiar kontaktów z ludźmi, lata zaprzeczania i terapii, treningu, żeby się wpasować, to wszystko blokuje przed wolnością. Doskonała, refleksyjna narracja sprawia, że książkę się doskonale czyta. Intymne, prywatne zdjęcia ją wzbogacają.
Mój ulubiony fragment (z pozdrowieniami od wewnętrznej Filifionki):
Od podróży z plecakiem znacznie bardziej heroiczne i wymagające uważania na siebie wydaje mi się słuchanie wiadomości, chodzenie do pracy, która zabiera osiem, a z dojazdami dziesięć godzin, płacenie rachunków, życie historią ludzi z telewizora, których nigdy nie spotkałem, ale w imię których gotów jestem znienawidzić innych ludzi, którzy wybrali historię innych ludzi z telewizora, gromadzenie rzeczy i wyposażanie domu, martwienie się, ciągłe martwienie się o to, co może się wydarzyć, jak się do tego przygotować, co powinienem mieć, osiągnąć, kim być, zwłaszcza w porównaniu z tymi, którzy – co wyraźnie potwierdzają ich osie czasu na Facebooku – już kimś są.
[1] Mojego również, ale ja nie miałam okazji z nim o tym rozmawiać.
Inne tego autora tutaj.
#96
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 7, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Bill Bryson, Amerykanin mieszkający od 40 lat w Wielkiej Brytanii, objeżdża wybrane prowincjonalne miejsca, niektóre - opisane w “Zapiskach z małej wyspy” - odwiedza ponownie po 20-30 latach, do innych trafia po raz pierwszy, tropiąc jakieś wydarzenie lub historię. Po części to zbiór humoresek o brytyjskich absurdach, po części to tęsknota za Wielką Brytanią sprzed globalizacji, internetu i kolejnych reform rozmontowujących na przykład koleje, a między wierszami to nostalgiczna tęsknota za czasami, kiedy autor był młody, za funta można było zjeść posiłek życia, a samochody spotykało się raz na kwadrans, a nie stało w wielogodzinnych korkach. Niekoniecznie nadaje się jako przewodnik turystyczny, ale można wyjąć sobie garść zabawnych i celnych cytatów:
[...] zasadniczo Eastleigh sprawiało wrażenie miejscowości, w której można albo napić się kawy, albo usiąść i popatrzeć, jak gołębie defekują.
Z zaskoczeniem się dowiedziałem, że drogi są numerowane zgodnie z określonym systemem, ale potem sobie przypomniałem, że jest to system brytyjski, co oznacza, że w niczym nie przypomina systemów stosowanych w innych krajach. Pierwsza zasada, na której opiera się każdy brytyjski system, brzmi, że jego systemowość musi być pozorna.
Czy to nie zdumiewające, jak wielu ludzi na świecie nas nienawidzi? Większość
z nich nigdy nie spotkamy, a przecież naprawdę nas nie lubią. Nienawidzą nas wszyscy twórcy oprogramowania w Microsofcie i większość osób, które odbierają telefony w agencji turystycznej Expedia. Pracownicy TripAdvisor by nas nienawidzili, gdyby nie byli takimi zasranymi idiotami. Nienawidzą nas wszyscy pracownicy hoteli, którzy mają kontakt z klientami, oraz wszyscy bez
wyjątku pracownicy linii lotniczych. Nienawidzą nas wszyscy ludzie, którzy kiedykolwiek pracowali dla British Telecom, łącznie z tymi, którzy zmarli przed naszym urodzeniem; BT zatrudnia w Indiach całe rzesze personelu pomocniczego tylko po to, żeby nas nienawidził.
Przez wiele lat sądzono, że nie krzyżowaliśmy się z nimi, ale dzisiaj wiemy, że jesteśmy w dwóch procentach neandertalczykami. Nie rozumiem, dlaczego kwestia ta budziła tak wielki opór naukowców. Jeśli rozejrzymy się wokół siebie, to zobaczymy mnóstwo ludzi, z którymi ktoś sypia, mimo że bezspornie wyglądają mniej nęcąco niż niejedna neandertalska panna siedząca przy ognisku.
Lubię Norfolk. Mieszkałem tam od 2003 do 2013 roku i nabrałem przekonania, że nie ma w tym hrabstwie nic, czego nie dałoby się naprawić za pomocą kilku wzgórz i odrobiny zmienności genetycznej. Jak mawiał mój syn Sam: „Norfolk: za dużo ludzi, za mało nazwisk”.
Oczywiście nic już nie pamiętam (mam sześćdziesiąt trzy lata), ale przez chwilę wiedziałem i byłem zachwycony.
Inne tego autora:
#89
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 19, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Bill Bryson, Amerykanin mieszkający od 40 lat w Wielkiej Brytanii, objeżdża wybrane prowincjonalne miejsca, niektóre - opisane w “Zapiskach z małej wyspy” - odwiedza ponownie po 20-30 latach, do innych trafia po raz pierwszy, tropiąc jakieś wydarzenie lub historię. Po części to zbiór humoresek o brytyjskich absurdach, po części to tęsknota za Wielką Brytanią sprzed globalizacji, internetu i kolejnych reform rozmontowujących na przykład koleje, a między wierszami to nostalgiczna tęsknota za czasami, kiedy autor był młody, za funta można było zjeść posiłek życia, a samochody spotykało się raz na kwadrans, a nie stało w wielogodzinnych korkach. Niekoniecznie nadaje się jako przewodnik turystyczny, ale można wyjąć sobie garść zabawnych i celnych cytatów:
[...] zasadniczo Eastleigh sprawiało wrażenie miejscowości, w której można albo napić się kawy, albo usiąść i popatrzeć, jak gołębie defekują.
Z zaskoczeniem się dowiedziałem, że drogi są numerowane zgodnie z określonym systemem, ale potem sobie przypomniałem, że jest to system brytyjski, co oznacza, że w niczym nie przypomina systemów stosowanych w innych krajach. Pierwsza zasada, na której opiera się każdy brytyjski system, brzmi, że jego systemowość musi być pozorna.
Czy to nie zdumiewające, jak wielu ludzi na świecie nas nienawidzi? Większość
z nich nigdy nie spotkamy, a przecież naprawdę nas nie lubią. Nienawidzą nas wszyscy twórcy oprogramowania w Microsofcie i większość osób, które odbierają telefony w agencji turystycznej Expedia. Pracownicy TripAdvisor by nas nienawidzili, gdyby nie byli takimi zasranymi idiotami. Nienawidzą nas wszyscy pracownicy hoteli, którzy mają kontakt z klientami, oraz wszyscy bez
wyjątku pracownicy linii lotniczych. Nienawidzą nas wszyscy ludzie, którzy kiedykolwiek pracowali dla British Telecom, łącznie z tymi, którzy zmarli przed naszym urodzeniem; BT zatrudnia w Indiach całe rzesze personelu pomocniczego tylko po to, żeby nas nienawidził.
Przez wiele lat sądzono, że nie krzyżowaliśmy się z nimi, ale dzisiaj wiemy, że jesteśmy w dwóch procentach neandertalczykami. Nie rozumiem, dlaczego kwestia ta budziła tak wielki opór naukowców. Jeśli rozejrzymy się wokół siebie, to zobaczymy mnóstwo ludzi, z którymi ktoś sypia, mimo że bezspornie wyglądają mniej nęcąco niż niejedna neandertalska panna siedząca przy ognisku.
Lubię Norfolk. Mieszkałem tam od 2003 do 2013 roku i nabrałem przekonania, że nie ma w tym hrabstwie nic, czego nie dałoby się naprawić za pomocą kilku wzgórz i odrobiny zmienności genetycznej. Jak mawiał mój syn Sam: „Norfolk: za dużo ludzi, za mało nazwisk”.
Oczywiście nic już nie pamiętam (mam sześćdziesiąt trzy lata), ale przez chwilę wiedziałem i byłem zachwycony.
Inne tego autora:
#89
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 19, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wprawdzie autorka kojarzyła mi się z głębokim PRL-em i kryminałami o dzielnym kapitanie Rogoszu, ale w znalezionej na bookcrossingowej półce ani słowa nie ma o stróżach prawa, za to są wspomnienia autorki z okresu 6 lat w Paryżu, który spędziła przy mężu dyplomacie (z dwiema córkami, gospodynią i psem). Rzecz się dzieje w latach 60., u władzy de Gaulle, a polscy dyplomaci/handlowcy chwalą się osiągnięciami polskiego przemysłu socjalistycznego. Wyczuwałam w opowieści o Paryżu - wszak mieście westchnień milionów - dość umiarkowany entuzjazm (wszędzie korki, drogo, ludzie nieprzyjaźni, język trudny, sąsiedztwo takie sobie), ale biorę poprawkę na rok wydania książki, kiedy to dla czytelników wyjazd do Paryża był niemożliwy z wielu względów. Trochę historyjek jeży włos (wysłanie 9-latki i 4-latki na trzymiesięczny obóz bez znajomości języka), trochę wywołuje wzruszenie ramion (niewychowany pies terroryzujący rodzinę), pozostałe jednak bywają zabawne (o rodakach w Paryżu). Nie jest to przewodnik po Paryżu ani okolicach - nie ma w zasadzie żadnych adresów (poza adresem 5 Rue Molière, gdzie autorka mieszkała).
Inne tej autorki:
#36
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 19, 2016
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wprawdzie autorka kojarzyła mi się z głębokim PRL-em i kryminałami o dzielnym kapitanie Rogoszu, ale w znalezionej na bookcrossingowej półce ani słowa nie ma o stróżach prawa, za to są wspomnienia autorki z okresu 6 lat w Paryżu, który spędziła przy mężu dyplomacie (z dwiema córkami, gospodynią i psem). Rzecz się dzieje w latach 60., u władzy de Gaulle, a polscy dyplomaci/handlowcy chwalą się osiągnięciami polskiego przemysłu socjalistycznego. Wyczuwałam w opowieści o Paryżu - wszak mieście westchnień milionów - dość umiarkowany entuzjazm (wszędzie korki, drogo, ludzie nieprzyjaźni, język trudny, sąsiedztwo takie sobie), ale biorę poprawkę na rok wydania książki, kiedy to dla czytelników wyjazd do Paryża był niemożliwy z wielu względów. Trochę historyjek jeży włos (wysłanie 9-latki i 4-latki na trzymiesięczny obóz bez znajomości języka), trochę wywołuje wzruszenie ramion (niewychowany pies terroryzujący rodzinę), pozostałe jednak bywają zabawne (o rodakach w Paryżu). Nie jest to przewodnik po Paryżu ani okolicach - nie ma w zasadzie żadnych adresów (poza adresem 5 Rue Molière, gdzie autorka mieszkała).
Inne tej autorki:
#36
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 19, 2016
Link bezpośredni -
Tag:
podroze
- 0 komentarzy
- Skomentuj