Tag:
2009
Bardzo źle jest trafić na zdjęcia z książki, zwłaszcza takie, po których nie wystarczy, że po kilku(nastu) dniach puka do drzwi listonosz (a listonosz puka zawsze dwa razy[1]), tylko się zostaje w ręku z książką i zestawem planów[3] na najbliższą dziesięciolatkę. W albumie są zdjęcia loftów, głównie europejskich, ale okazjonalnie i amerykańskich. Od 80 do 2000 metrów kwadratowych, co dowodzi, że "M3 to duże mieszkanie i starczy dla trzypokoleniowej rodziny" niekoniecznie jest tym hasłem, którym warto się oflagować. Przez ostatnie kilkanaście lat miałam wiele wizji tego, jak powinien wyglądać dom idealny - od sielankowego domku z ogródkiem, umeblowanego w stylu prowansalsko-lawendowym do minimalistycznego apartamentu z antresolą, gdzie jedynym kolorowym akcentem będą książki, a i te przeciwkurzowo zamknięte za szybami. Cały czas jednak chcę przestrzeni, wysokiego sufitu i nietypowych detali architektonicznych (witrażowego okna przy wezgłowiu łózka w sypialni jak w "Kruku" [2022 - link nieaktualny], niskiego parapetu wyłożonego poduszkami przy wysokich oknach, wychodzących na pełen zieleni taras, zabudowanych półkami na książki schodów), które można uzyskać tylko przebudowując stare magazyny, kamienice czy fabryki. Nie zależy mi na betonie i cegle, ale na tym, żeby mieć jakąś namiastkę nieba wysoko nad głową.
Album jest solidną cegłą z pięknymi zdjęciami różnych wnętrz. Dla książkolubnych bądź kolekcjonerów płyt - pięknie zaaranżowane regały ze zbiorami, zawierające ciut więcej niż kolekcję pisarzy XX wieku GW, dla fanatyków kąpieli - wanna bądź basen na środku salonu, dla felinofili - malowniczo upozowane koty (bo wnętrzarski album bez kotów to nie album), nietypowe rozwiązania schodów, sypialnie na antresolach, słoneczne loggie i widok na dachy miast z wyższych pięter. Tak jak użyteczność na razie ma podobną jak pięknie wydana książka kucharska z niedostępnymi składnikami, tak przyjemność z oglądania równie duża. Brakuje mi tylko planów apartamentów, bo zdjęcia niekoniecznie pozwalają sobie wyobrazić rozkład pomieszczeń.
[1] No chyba że w ogóle nie zapuka[2], jak tym razem, tylko mimo warowania przy domofonie zostawi awizo, ale licentia poetica.
[2] A jak puka, to z idealnym wyczuciem chwili. Zapewne musi już uważać, że moja odzież robocza to dwa ręczniki. Albo szlafrok.
[3] Bo na twarde iryski to jestem za nerwowa.
#34
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 1, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 4 komentarze
- Skomentuj
Od razu na początku jedno zastrzeżenie - tak, to książka młodzieżowa/o nastolatce. Ale przyznam bez wielkiego wstydu, że dawno mnie nic tak nie zachwyciło (a wygrzebałam ją z półki, bo anglojęzyczny pamiętnik z trasy po Kanadzie Erica Idle'a ciężko czyta się w łóżku). Może to moje zamiłowanie do mieszanek? Kosmowska wzięła cyniczność i dowcip od Sawaszkiewicza i jego humoresek o Tatku, rodzinną historię od Musierowicz (inteligentna nastolatka, zaniedbywana przez wiecznie zajętych sobą i swoimi karierami rodziców, z kompleksami - wypisz wymaluj "Szósta klepka"), szczęśliwie odartą z moralizatorstwa i przecukrzenia, dodała błyskotliwe dialogi, świetnego dziadka-hazardzistę, całkiem niezłe tło szkolne, zgrabnie poskładała to w zabawną językowo narrację jak u Bożkowskiego w "Mszy za mordercę" (mam wrażenie, że echa księdza Przeogromnego pojawiają się w osobie księdza Korka, pojawiającego się trzecioplanowo) i dołożyła zgrabny happy-end (bo, jak wspominałam, to książka dla młodzieży).
15-letnia Buba czuje się samotna, piękny Adaś nie zwraca na nią uwagi, w nowej szkole jej nie idzie, dziadek przypomina sobie tylko o niej, jak ma ochotę ograć ją w karty, matka jest znaną a afektowaną pisarką, ojciec - celebrytą telewizyjnym (z zepsutą dwójką i w słabych programach, ale jednak celebrytą). Rodzice z dziadkiem bezustannie sobie dogryzają, Buba tęskni za odrobiną uwagi, ale jedyne, co dostaje, to ciepłe słowo od domowej gospodyni, pani Bartoszowej. W tle pojawia się jej bardziej udana siostra, która wyszła już za mąż, ale przychodzi zrzucać na resztę rodziny swoje problemy.
Fabuła niespecjalnie przeszkadza, ale dla mnie największą zaletą książki była przesmaczna warstwa językowa, nad którą chichotałam co kilka zdań.
Idę szukać drugiego tomu, mam nadzieję, że utrzyma poziom.
Inne książki tej autorki tu.
#33
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 29, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 1 komentarz
- Skomentuj
Dzisiaj mam taki dzień jak ta baba, co przyszła do lekarza, bo ją wszystko wkurza. Mam wrażenie, że to jednak nie pogoda[1], a przeczytana wczoraj książka. A nawet nie książka jako taka, bo czytało się ją nader, a bohaterka, którą miałam ochotę kopać w tyłek co drugą stronę.
Nan, studentka pedagogiki, opiekuje się dziećmi w celu utrzymania na studiach, a w przyszłości chce pracować z trudną młodzieżą. Trafia do pani X, która za niewielkie pieniądze dostaje nianię w ponad trzykrotnie przekroczonej liczbie godzin w stosunku do umowy, dyspozycyjną 24h/dobę, służącą do załatwiania spraw dowolnych (od zakupów, po kontakty towarzyskie, na prowadzeniu zdalnych kłótni z mężem kończąc) i oczywiście dziewczynkę do bicia. Nan jest odpowiedzialna za to, że 4-letni Grayer nie dostał się do elitarnej szkoły, że mąż nie wraca z pracy, że pani domu ma zły humor, że nie zajmuje się dzieckiem na tyle, żeby nie chciało absorbować swoją nużącą osobą matki i ojca, jak również, że nie poświęca 100% swojego czasu na pracę. Niania każdego dnia grzebie jakąś nadzieję - na premię (mimo że inni dostają), na wolne, na terminowość, zrozumienie, próbę dialogu czy poszanowania jej godności (ba, nie protestuje nawet, jak zostaje wtłoczona w kostium teletubisia, wysmarowana farbą i zabrana na spotkanie z okazji Halloween w firmie pana X, który nawet nie wie, kto opiekuje się jego synem). Mimo przez prawie rok brnie w coraz bardziej chory układ, nie zrażając się kolejnymi kopniakami od pracodawców, którzy wciągają ją w swoje problemy poza i małżeńskie, nie potrafiąc asertywnie wyartykułować czegokolwiek, nawet prośby o przestrzeganie ustalonych zasad, a jedynie zapijając problemy w okolicznym barze, siorbiąc w mankiet znajomym i rodzinie (która - choć sympatyczna - w sytuacji podbramkowej traktuje ją dość olewczo). Każda kolejna sytuacja, kiedy Nan zwiesza głowę i wykonuje kolejne idiotyczne polecenie pracodawczyni, wzbudza we mnie przeraźliwą irytację. Nie jestem jakoś specjalnie wyrywna do rejtanowych akcji z rozdzieraniem koszuli, rozkładaniem się pod drzwiami w modelu "po moim trupie" czy ostentacyjnego zamykania drzwi z drugiej strony, ale Bogini obdarzyła mnie pewną elokwencją i silnym poczuciem nie pozostawiania spraw w postaci dla mnie niekorzystnej. Fakt, ciężko sobie radzę z zatykającą bezczelnością, kłamstwem, przekręcaniem i nadużywaniem ludzkiej przyzwoitości z kamienną twarzą, ale upokarzająca praca za miskę ryżu ma swoje granice.
Kolejnym nadużyciem, wszędzie - bo i w recenzjach, na okładce i przy ekranizacji (bo, a jakże, książka dorobiła się ekranizacji[2]) - stoi, że to świetna komedia. Chyba życie wyprało mnie z poczucia humoru, ale nijak nie czuję elementów komediowych w tym, że nowojorscy karierowicze nie interesują się swoim dzieckiem i traktują służbę domową jako niższą formę bydła.
[1] W międzyczasie wyszło, że dziś była i burza magnetyczna, i zaćmienie słońca. No czemu mnie to nie dziwi?
[2] Jak raz mam wrażenie, że Scarlett Johansson doskonale sprawdziła się w roli niedojdy, którą można pomiatać jak się chce. Tyle że jakoś nie chce mi się sprawdzać, zwłaszcza że - tak - film określany jest jako komedia. Chyba że chcę?
#32
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 22, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 9 komentarzy
- Skomentuj
Ja to mam takie przewrotne szczęście do książek jak ten mąż z "Misia", co żonę pokarało takim głupim chłopem, bo we wszystko wierzy. Ja też, jak przeczytam notkę na okładce, to potem czytam i coraz bardziej się sobie dziwię, że znowu uwierzyłam. Doncowa zachwalana jest jako "rosyjska Chmielewska", pisząca humorystyczne kryminały, przy czytaniu których trzeba uważać na głośny śmiech. I tak, czytam, czytam, podobieństw nie widzę, śmiech mi zamiera w gardle na co bardziej drastycznych sytuacjach noworuskiego łapówkarstwa, ostentacyjnych opisów bogactwa, idiotycznych zachowań rodziny bohaterki i jej wołającego o pomstę do nieba (i strategiczne uciszenie za pomocą celnego a wywołującego amnezję ciosu w potylicę) "śledztwa", kiedy dotarło do mnie, że marketing okładkowy częściowo ma rację. Rzeczywiście, to taka moskiewska Chmielewska - straszna baba, która wszędzie wlezie, przekonana o swoich umiejętnościach śledczych, obdarzona przeraźliwie nieobliczalną rodziną i znajomymi, a do tego natykająca się ciągle na przeraźliwie zbiegi okoliczności.
Daria, zwana pieszczotliwie Daszeńką, jest kobietą, eufemistycznie mówiąc, dobrze sytuowaną. Tu pokaże kostium od Prady czy Lagerfelda, złote kolczyki od Tiffany'ego czy zegarek od Cartiera, tu rzuci od niechcenia studolarówką, a tam przekupi[1] milicjanta, żeby dostać dostęp do ściśle strzeżonych akt. Oprócz pozyskanego po mężach majątku ma też przyjaciół, którzy są nie tylko ustosunkowani we wszystkich ważnych miejscach, ale również prowadzą lukratywne interesy. Jedna z przyjaciółek, Lenka, która w czasach schyłkowego socjalizmu zbiła majątek na sprzedawanych akwizytorsko książkach (bo, jak wiadomo, Rosjanin człek kulturnyj i prowadzi przy bimbrze całonocne dysputy o Dostojewskim), prosi ją o zarządzanie jedną ze swoich księgarni, jako powód podając - proszę się trzymać - że opływająca w dostatek Dasza jej nie oszuka. W księgarni szybko zaczyna się coś dziać - a to zostaje znaleziony trup młodej kobiety w szatni, zupełnym przypadkiem posiadający ze sobą dowód osobisty na personalia identyczne jak Darii, a to wichura niszczy rodzinną posiadłość bohaterki i cała rodzina zwala się jej na głowę do księgarni, włączając w to domowy zwierzyniec (dzieci, wnuczęta, psy i koty), a to w księgarni zaczyna straszyć upiorna zjawa. Jak sobie jeszcze raz przemyślałam, zwłaszcza w kontekście przekupności lokalnej milicji, to nie było to aż tak głupie, że Daszeńka zaczęła sama prowadzić śledztwo.
Niestety, tych obiecanych pokładów dowcipu nie znalazłam. TŻ, który czyta już chyba czwartą powieść z cyklu, grozi, że następne są jeszcze bardziej srogie.
[1] Kwestia przekupności kogokolwiek w Moskwie jest doprawdy zabawna, zwłaszcza w zestawieniu z przeczytaną niedawno recenzją którejś tam Marininy, gdzie "milicja ciężko pracuje, mimo że czasem jest trochę łapówkarska". Jak już się obśmiałam, otarłam łzy, to jednak zaczęłam doceniać, że w Polsce jest już taka bardziej Europa. Praca bohaterki w księgarni polega na tym, żeby wręczać łapówki kolejnym kontrolerom - strażakom, sanepidowi, bhp-owcom czy milicji. Jak w żydowskim dowcipie - wszyscy wiedzą, że szanowna małżonka się puszcza, kwestia tylko ustalenia stawki.
Inne tej autorki:
#31
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 19, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 4 komentarze
- Skomentuj
Pierwszy tom cyklu, jeszcze surowy w kwestii bohaterów drugoplanowych. Kinsey ma spore szczęście do odgrzebywania starych spraw - tym razem szuka mordercy bogatego adwokata zajmującego się nieruchomościami. Adwokat został zamordowany kilka lat wcześniej, oskarżona została jego żona, która wyszła z więzienia i usiłuje znaleźć winnego. Kinsey jeździ więc sobie po połowie Kalifornii, bo przez kilka lat znajomi, współpracownicy, dzieci i byłe kochanki zdążyły się porozjeżdżać po okolicy (dlatego bardzo sympatycznie mi się to czyta i stawiam na google-mapie kolejne punkty na przyszłość do obejrzenia). Dodatkowo w przeciwieństwie do kolejnych tomów zawiera sceny pikantne z udziałem głównej bohaterki. I, jakżeby inaczej, finał śledztwa wymaga solidnego poturbowania dzielnej pani detektyw, która nie może przekazać sprawy lokalnemu wydziałowi policji zanim nie złapie złoczyńcy za rękę.
Inne tej autorki tutaj.
#30
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 13, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Niby są to historie o ludziach, ale właściwym bohaterem komiksu jest miasto. Ulice, dźwięki, zapachy, architektura, pogoda, parki, budynki. Komiks składa się częściowo z historyjek na jedną stronę, częściowo z trochę dłuższych opowieści o mieszkańcach Nowego Jorku - dzielnic biednych, bogatszych i takich zupełnie nijakich; ludzi, którzy zbiegiem okoliczności wylądowali na ulicy, mimo że nic tego nie zapowiadało. A dookoła miasto - naszkicowane sepiowo-brązową kreską, niby niewidoczne a pierwszoplanowe. Dużo czasu zajęło mi przejście przez komiks, mimo że treści w nim niespecjalnie dużo, ale warto patrzeć na kolejne alejki, napisy na murach, kota przy śmietniku czy detale budynków.
Ładne wydanie, twarda oprawa, dla fanów - wstęp Neila Gaimana.
#29
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 12, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Dzieciństwo, dojrzewanie i wczesna dorosłość młodej Iranki, ascetycznie wyrysowana w postaci czarno-białego komiksu. Mocna, gruba kreska i uproszczone rysunki. Co mnie ujęło - znalazłam bardzo dużo podobieństw do życia w PRL-u. U nas wszyscy pamiętali czy to czasy sprzed wojny czy gierkowskie, gdzie nie było dobrze, ale było lepiej (zaopatrzone sklepy, jakaś tam wolność, również w głowach), w Iranie - czasy Szacha. Potem przyszedł wojujący Islam (stan wojenny) i nagle z 3000 więźniów politycznych zrobiło się 300 tysięcy, ze sklepów zniknęło zaopatrzenie, a ludziom zabrano tę resztę wolności, którą mieli. Mała Marjane jest takim samym dzieckiem (a potem nastolatką) jak dzieci w krajach, gdzie sięga telewizja - nie chce nosić chusty, chce dżinsową kurtkę z samodzielnie napisanym napisem "PUNK NOT DED", kasetę Michaela Jacksona czy Iron Maiden (kupowaną pokątnie od handlarzy na targowisku) czy firmowe obuwie Nike. Rodzice w obawie o to, że chlapnie coś w szkole bądź na ulicy, co może sprowadzić na nią i resztę rodziny konsekwencje, wysyłają ją do Europy. Austria nie jest jednak miejscem, w którym komukolwiek zależy na tym, żeby Marjane była dumną z siebie Iranką, po kilku latach wraca do Teheranu i rodziny, żeby nie zostać bezkulturową narkomanką w kosmopolitycznej i olewającej wszystko Europie. Bardzo przypomina mi to tęsknoty pani Hołówki (tej od "Delicji ciotki Dee"), która odkryła, że w Stanach - krainie wolności - zupełnie nie docenia tego, że jest kobietą polityczną, refleksyjną, oczytaną i chce prowadzić nocne Polaków rozmowy na tematy ważkie a humanistyczne, tylko panuje small talk, keep smiling, "thanks, great, and you?" i miała straszny żal o to. Persepolisowa Marjane po powrocie również nie bardzo znajduje sobie miejsce w świecie, który nie zmienił się przez czas jej nieobecności, ale i nie tęskni za postępową Europą. O tym, na ile kreacja komiksowej Marjane to autoportret, można przeczytać tu.
IMO nie warto zaczynać od oglądania filmu - wprawdzie jest bardzo wierny, ale wycina ponad połowę treści z komiksu. Nie psuje to całości, bo animacja dodaje komiksowi życia, ale wiele sytuacji upraszcza i spłaszcza.
#28
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 7, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 1 komentarz
- Skomentuj
Przede wszystkim nie należy dać się zwieść recenzjom, które głoszą, że jest to książka zabawna, pełna (czasem uczciwie dodają "czarnego") humoru, który sprawia, że opisana groteskowo-posępna rzeczywistość Ukrainy z wczesnych lat po rozpadzie Związku Republik jest łatwiejsza do strawienia. Bo nie jest. Historia jest do głębi absurdalna - Wiktor, bezrobotny po przemianach dziennikarz/pisarz mieszka z pingwinem Miszą, którego wziął pod opiekę przy zamykaniu kijowskiego zoo. Dostaje propozycję intratnej, choć dość niezwykłej pracy - pisanie nekrologów (tzw. krzyżyków), co samo w sobie jest niezwykłe, ale bohaterowie jego miniatur literackich jeszcze żyją, więc teksty przygotowane na podstawie szczegółowego i zwykle niezbyt pochlebnego dossier lądują w szufladzie redakcji. Dodatkowo Wiktor nie może się pod nimi podpisać. Praca jak praca, Wiktorowi idzie całkiem nieźle, co jego znajomy kwituje celnym "Wzruszająco piszesz! Widać, że gówno nie ludzie, a mimo wszystko żal ich, kiedy się czyta", do momentu, kiedy ludzie z jego listy "zrealizowanych" zaczynają po kolei umierać. Przyjaciel oddaje mu pod opiekę córkę, po czym znika, zaczynają znikać też ludzie z otoczenia pisarza, co w zestawieniu z kijowską zimą i chorującym pingwinem daje poczucie coraz większego zagrożenia i psychicznej klaustrofobii.
Najsmutniejsze po lekturze było wrażenie, że Ukraina to miejsce, gdzie mogą się takie rzeczy dziać.
#27
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 4, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wstyd powiedzieć, ale jest to kolejna książka, podczas czytania której myślałam "Mogłabym sama ją napisać, tylko się spóźniłam" (chociaż pewnie wymyślanie błyskotliwych tytułów rozdziałów nie poszłoby tak sprawnie, jak Talce czy Cotowi [2019 - link nieaktualny]). To zbiorek felietonów opowiadających o dwóch podróżach Talków dookoła Polski; w pierwszą wybrali się z półtorarocznym Młodym (jasne jest więc, że ciekawsze są traktory, wiejskie koty, żuczki-gnojaki i żubry), w drugą już z parką Młodych - odpowiednio 5 i 6,5 letnich (tu trzeba już umilić młodzieży podróż co bardziej cenzuralnymi legendami i równie ocenzurowaną wersją CB radia). Żeby nie było za prosto, pojechali polami, wioskami i opłotkami, żeby obejrzeć to, o czym w poważnych przewodnikach "Polska w weekend" nie piszą. I jak podczas czytania miałam ochotę popełnić pełną zachwytu notkę o zgrabnie napisanej, zabawnej, ciekawej i jeszcze do tego świetnie czytalnej książce, tak im dalej w las, tym bardziej mroczniej mi się robiło i kluł mi się w głowie coraz zjadliwszy paszwil.
Czemu? Bo książka odpowiada na żywotne pytanie, które czasem zadają mi znajomi, czemu nie spędzam urlopu w Polsce, skoro jest tyle pięknych miejsc do obejrzenia. Właśnie z tego powodu, że miejsca te są ciągle obudowane post-prlowskim "niechcemisiem", bez względu na zasobność portfela trafienie do dobrej restauracji (a nie takiej, gdzie są pierogi z mrożonki, pizza z brzoskwinią odgrzewana w mikrofali, zupa z proszku czy grzanki z kartonika), nie wspominając o jakości i dostępności miejsc noclegowych poza większymi miastami (szybki rzut oka na booking.com - Polska 990 hoteli/hosteli itp., dla porównania 645 hoteli w Berlinie). Do tych pięknych miejsc prowadzą też drogi, czasem nawet wyasfaltowane, ale asfaltu spod łat nie widać. Ba, mamy zabytki, pałace, cmentarze, góry, lasy i doliny, co z tego, jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat w zameczku przechowywano węgiel bądź hodowano prosięta, a ostatnie 20 lat sprawiło tylko, że zmieniło się podejście: z dawnego "państwowe, czyli niczyje" na "jak wróci prawowity właściciel, to naprawi". Przy miejscach odwiedzanych przez turystów nie ma przewodników, albumów czy infrastruktury (przepraszam, ale jak dla mnie jedna restauracja w Rogalinie i okienko z lodami to boleśnie mało), czasem siedzi pan Józio czy pani Halina i za 2 zł od łebka może opowiedzieć zabawną historię. I tak jak na to patrzę, to zwyczajnie nie chce mi się. Jedyną barierą za granicą jest język, ale jak do tej pory nawet na Tajwanie da się radę porozumieć, czasem tylko nadużywając rąk. Nie chcę jechać nad polskie morze, gdzie jedyną atrakcją jest smażona ryba, a za pieniądze porównywalne z czterogwiazdkowym hotelem w Luxemburgu nocować w klockowatym domku z oknem wychodzącym na śmietnik. Nie chcę na polską wieś. Nie chcę do większości polskich miast. Może się zmieni za jakiś czas, bo się zmienia, ale na razie wybieram obmierzłe luksusy i dobrze dozowany lokalny folklor za granicą za wcale nie bardzo większe pieniądze.
Talka warto poza tym ze względu na śliczne poboczne historyjki (i cieszące namiary na miejsca, do których jednak warto).
"Powinno mnie tknąć już przy menu.
- Co to jest? zapytałem sympatycznej, bardzo polskiej kelnerki w chińskim fartuszku, wskazując pozycję w menu.
- To taki jakby kapuśniak, ale z grzybami chińskimi - wyjaśniła.
- A ta pozycja? - wskazałem następną zupę.
- A to jakby kartoflana, ale z chińskim makaronem - powiedziała.
- A to mięso?
- To jakby schabowy, ale z chińskim sosem".(...)
Pani kelnerka w restauracji chińskiej znała odpowiedź na nurtujące nas pytania.
- Klient lubi zjeść coś egzotycznego, ale żeby miało znajomy smak. Potem konsument sprowadza znajomych lub rodzinę i mówi: "to chińskie danie, ale smakuje jak schabowy". Bardzo nam się to sprawdza".
Alex, przemiły Niemiec mówiący po polsku, (...) zapytał wczoraj wieczorem swoją uroczą polszczyzną:
- Ale właściwie po co wam ten Dolny Śląsk, skoro się nim nie opiekujecie?
To ja, proszę państwa, wrócę, jak się zaczniemy opiekować.
PS Ostatnia strona jest smutna.
EDIT: Z Madagaskaru:
Alex the Lion: Whoa! Hold up there a second, fuzzbucket. You mean like, uh, the "live in a mud hut, wipe yourself with a leaf" type wild?
Julian: Who wipes?
Inne tego autora tu.
#26
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 2, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 31 komentarzy
- Skomentuj
Kawałek Amsterdamu w pigułce. Dwóch policjantów - starszy, żonaty Grijpstra i młodszy, kawaler mieszkający z syjamskim kotem, de Gier, jeżdżą, chodzą i biegają po amsterdamskich zaułkach, a żeby nie było nudno, to i pływają po kanałach i zalewach, których w Amsterdamie i okolicach nie brakuje. W jednym z domów nad kanałem, siedzibą szemranej niby-hinduskiej fundacji, znaleziono zwłoki powieszonego właściciela. Jak to w Amsterdamie, musi chodzić o narkotyki. W śledztwie pomaga sympatyczny Papuas, pracujący w Nowej Gwinei jako policjant, a w Amsterdamie jako ochotnik służby drogowej. Bardzo przewrotna pointa, dużo gorzkich słów na temat holenderskiej moralności i konsekwencji wprowadzenia na rynek lekkich narkotyków.
Poza silną chęcią przeklikania sobie na mapach google'a miejsc z tego kryminału (i oczywiście przejścia nimi podczas następnej wizyty w mieście depresyjnego tulipana), bardzo lubię interakcje między dwoma policjantami i dość nieortodoksyjny sposób prowadzenia śledztwa. A to pójdą zaprzyjaźnić się z mogącymi pomóc w śledztwie świadkami i grzecznie uczestniczą w libacji alkoholowej, a to podczas spożywania kolacji w jednej z restauracji wdają się w pościg za przypadkiem rozpoznanym podejrzanym, a potem muszą zostawić solidny napiwek, żeby następnym razem właściciel ich obsłużył. A to młodszy w ramach przesłuchania byłej żony denata odkrywa, że bardzo łatwo jest się zaprzyjaźnić z atrakcyjną eks-wdową na płaszczyźnie rodzinno-erotycznej, ale znacznie gorzej miło zapowiadający się związek utrzymać, bo piękna pani nie lubi kotów (a syjam Oliver jednak jest ważniejszy niż jakaś podrywka, punkt dla młodego de Giera). A to obaj zaczynają grać na znalezionych w domu świadka instrumentach, a do wspólnej sesji dołącza się świadek (na końcu tylko brakuje, żeby padli sobie w ramiona i wyznali piękną męską miłość). Doświadczony życiowo Grijpstra woli spędzać czas nad kanałem, usiłując wędkować, zamiast słuchać marudnej małżonki, która nie da mu się w spokoju ogolić (a jak wiadomo, golenie dla mężczyzny rzecz ważna) i zabrania mu używać drogiego kremu do golenia. Ważną kwestią jest wielkość kieszeni w ubiorach obu policjantów, którzy w sobotę muszą wrócić po notes z adresami, który nie mieścił się do "weekendowej" przyodziewy.
Kryminał pochodzi z 1975 roku i mam wrażenie, że sporo od tego czasu w Holandii się zmieniło. Z miejsca niebezpiecznego i zagrożonego masową przestępczością (acz pełnym tolerancji dla mężczyzn z partnerami oraz wolnych związków), pojawiło się kolorowe i spokojne miasto (oczywiście, to moja weekendowa projekcja).
Inne z tej serii.
#25
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 29, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
2009
- 0 komentarzy
- Skomentuj