Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: Polska


Kraków - Ogród Botaniczny

Dzień zaczął się od dylematu: iść spać czy - mimo ulewy - wyprowadzić nikonka na spacer. I wierzcie mi, decyzja była trudna. Duch ochotny po raz kolejny wygrał z ciałem mdłym (może to wpływ tego, że całe przed- i popołudnie spędziłam nad rozważaniami nad ideą realizowania zadań w celu ich zakończenia, a nie pracy jako takiej). Ale choć ubłociłam pantofelki i zmokłam, to nie zmarzłam, bo deszcz był prawie że tropikalny i pasował do przymglonej, chłodnej zieleni ogrodu. Mała oranżeria z sukulentami i storczykami; obstawiona przez nadmiernie poważnych młodych ludzi ze sztalugami, a w środku pachniało liśćmi i egzotycznymi kwiatami. Na zewnątrz, już w słabiej lub bardziej padającym deszczu, przechodziłam przez zielone tunele z liści, schylając się do kryształowych kropel na pajęczynie i do subtelnych płatków w odcieniach od bladej żółci do ciemnej fioletu. Żal tylko, że irysy zdążyły przekwitnąć, bo zauroczyły mnie nazwy odmian przy pozostałościach irysowego stada - Dot and Dush, Pixi Dixi, Heart Breaker, Shery Poetry, Glacier Kiss, Dusky Challenger czy All That Jazz (brzmią jak nazwy lakierów do paznokci OPI). Wspominałam, że chcę ogród z irysami?

I smutno mi się zrobiło, kiedy zobaczyłam mnóstwo ślimaków - i niskopiennych, i wysokogórskich - bo wiem, że Maj byłby zachwycony, gdyby tu był.

(Zdjęcia tymczasowe, będzie więcej).

GALERIA ZDJĘĆ.

PS Nie czepiam się, ale w Poznaniu jednak taksówkarz nie zaczyna small-talku od "A ceny to w Pani mieście są niższe niż tutaj"?

Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 13, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 1 komentarz - Skomentuj


I Ty możesz odwiedzić mojego senatora

Jasno zapowiedzieliśmy, chyba po raz pierwszy, że jedziemy na wycieczkę. Że będzie statek. I na pewno spotkamy w muzeum jakiegoś pieska. I chociaż cały dzień chmurom się zbierało na deszcz, z pleneru uciekaliśmy do samochodu i do budynków, to był i statek, i przyjacielski piesek. Byliśmy już w Muzeum Arkadego Fiedlera w czasach przedmajutowych, ale wizyta z dzieckiem daje zupełnie nową jakość. Kiedy ma się niespełna metr wzrostu, repliki pomników z Wyspy Wielkanocnej wydają się jeszcze większe, replika Santa Marii bez wątpienia wystarczyłaby na przemierzenie oceanu, a i tak najfajniejszą sprawą jest mała kudłata szczotka, która obwąchuje i której można podawać patyki do obgryzania. I w końcu można zapytać, czy się podobało. I usłyszeć, że tak.

GALERIA ZDJĘĆ.

Jakby ktoś szukał, to muzeum mieści się na rogu ulicy Fiedlera i Słowackiego. Wstęp do ogrodu i na wystawy zdjęć - 9 zł dorośli, 8 zł dzieci (małe nie płacą). W piramidzie w ogrodzie można dostać napoje (w tym specjalnie naenergetyzowaną w piramidzie wodę) i przekąski.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 3, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 0 komentarzy - Skomentuj


Ogród służy do czytania w

Pozazdrościłam wonderwoman irysów i skłusowałam w ogrodzie Babci I. wiązkę wąskich łodyżek. Trudno je fotografować, a szkoda, bo piękne są w każdej postaci - pąki z delikatną zielonkawą siateczką, przypominającą ujście rzeki, zapowiadają rozkwitnięte piękno żółtego i zielonego pasa na fiołkowych płatkach. Lubię, chyba od czasu poznania "Irysów" Van Gogha.

(W ogóle ogródek Majutowej Babci I. to dobre miejsce.)

A w następnym odcinku o książce, od której się w ogrodzie nie mogłam oderwać.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 23, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 0 komentarzy - Skomentuj


O zazdrości

Rzadko zazdroszczę. Jakoś tak umiem sobie poukładać, żeby mieć wystarczająco dobrze, zazdroszczę więc zwykle rzeczy, na które mnie nie stać (kamienica w Amsterdamie czy willa na Sołaczu, na przykład) albo takich, które wprawdzie są obłędne, ale. Bo oczywiście chciałabym sad. Ale do grzebania w ziemi nabożeństwa nijakiego nie mam, więc w grę by wchodził przynależny do sadu ogrodnik, a ja mogłabym zrywać rozwinięte kwiaty i owoce. Ale nie za dużo. A że na razie nie mam na ogrodnika, to pojechałam do Y., który niebacznie zachwalał, że ma sad. I mu pozazdrościłam. Na miejscu się okazało, że pójście do sadu to wycieczka, na którą trzeba przygotować prowiant, wziąć mocne buty i posmarować się kremem z filtrem. I jak tak sobie szłam przez pełną mniszków trawę, to dotarło do mnie, że z tych wszystkich kwitnących drzewek jesienią zsypią się kosze owoców. I trzeba będzie je zebrać. I zjeść bądź przetworzyć. Taki sad to ciężka praca jest, więc na razie sobie poleżałam w rozgrzanej słońcem trawie, a potem trochę pochodziłam, próbując zrobić dziecku zdjęcie w kwieciu. Dziecko odmówiło, zdradziecko wybierając kąpiel w baseniku i bieganie bez przyodziewy po trawie. Mam nadzieję, że jej to nie wejdzie w zwyczaj w przyszłości.

GALERIA ZDJĘĆ (i kudos dla Y.).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 6, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 7 komentarzy - Skomentuj


Nic-nie-robić

J. zapytała, czy bym umiała. I czy uważałabym, że warto. Bo oczywiście każdy by chciał być na nieustających wakacjach. Bez konieczności wstawania o określonej godzinie, z planem robienia tylko rzeczy przyjemnych albo koniecznych do życia, bez pracy zarobkowej, bez nogi ciągle za progiem, bez pośpiechu. I ja bym tak chciała, nie zastanawiając się głębiej. Bez deadline'ów, bez świadomości - jak na wychowawczym - że to tymczas i za rok, miesiąc, tydzień się skończy, więc trzeba się spieszyć. Czy by się udało? Nie wiem. Jak szybko zaczęłabym tworzyć listy TODO? Jak szybko ustaliłabym zasady? Że wstaję do 9, bo szkoda dnia. Że każdego dnia stworzę coś z niczego. Że będę się rozwijać i uczyć, skoro wreszcie mam czas. Jak szybko pojawi się w moim słowniku słowo "muszę"? Kiedy uznam, że dzień był dobry i czy da się to zrobić bez wewnętrznego przymusu? Jak szybko pojawi się uczucie rozmieniania się na drobne? Czy umiałabym spędzić dzień, patrząc w niebo i głaszcząc kota?

Tymczasem rolety i drewno na balkon się samo nie kupi i nie zamontuje. Moleskinowy travel journal też ma ledwo zarysowany kształt Paryża. A za oknem nie ma takiego słońca jak w podgliwickim lesie.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 7, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 3 komentarze - Skomentuj


O wioskowych Burkach i początku pięknej przyjaźni w pałacowym parku

Dziecko moje umie błyskawicznie nawiązywać przyjaźnie na całe życie. Ot, w piękną słoneczną sobotę wjechaliśmy małej miejscowości o dźwięcznej nazwie Pławniowice i okazało się, że TEN gatunek durnego wioskowego Burka, który aportuje samochody i szczekając wbiega radośnie pod koła, dalej sobie egzystuje w ekosystemie. Kiedy już udało się zaparkować, miłe to zwierzę obwąchało nas, a zwłaszcza Maja, i oświadczyło całym sobą, a zwłaszcza ogonem, że jesteśmy fajni, a zwłaszcza Maj, i od tej pory jesteśmy razem. I chociaż w głębi duszy jestem jednak - jak mawiają Anglicy - a cat person, to młody psiak jest doskonałym towarzystwem dla 2,5-latki; do biegania po parku, aportowania kija, gonienia i bycia gonionym. Każdy miał coś dla siebie - ja dostałam niesamowity pałac, zupełnie inny niż te wielkopolskie, bardziej dopieszczony, trochę po gotycku posępny mimo wiosennego błękitnego nieba. I park, jeszcze uśpiony po zimie, ale już z kępami przebiśniegów, pączkami na rododendronach i zieleniejącą trawą.

Wstęp za wrzuceniem monety do skrzyneczki przy wejściu albo po zakupie cegiełki. W niedzielę można zwiedzać pałac, niestety przeznaczony na cele religijne, a nie rozrywkowe.



GALERIA ZDJĘĆ.

A ja ubolewam, że nie umiem napisać haiku. Że nie umiem w trzech wersach, w kilkunastu sylabach napisać, jak bardzo mi dobrze i jak bardzo czuję w środku ogromne ciepło po weekendzie z moją Hanką. Tęskniłam. Kolory, światło, dotyk kociego futra.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 28, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 3 komentarze - Skomentuj


Niedziela w zole w Opole

Zaczęło się grubo, bo najpierw przejechaliśmy przez Kanał Ulgi. Poproszę szczotkę do mózgu, bo mam cały czas w głowie wizję kierowców, nieco spiętych, dojeżdżających do wspomnianego kanału i doznających nad nim (wizja obejmowała głównie panów z poziomu mostku) ukojenia po braku toalety po drodze.

Potem było trochę wad. A to droga do zoo wybrukowana była straganami, przy których trzeba było wspinać się na wyżyny dyplomacji, że tego balonika/wiatraczek/pluszaka to pomyślimy w drodze powrotnej, żeby ewentualnie. Potem nie było drewnianych wózków, żeby w razie zmęczenia 2,5-letnich nóg załadować na pokład nieletnią i obwozić ją w powozie. I żeby sparszywiał projektant, montujący plac zabaw tuż przy samym wejściu, przez co nawet najfajniejsze zwierzątka przegrywały w konkurencji z "oćmy na pjać ziabaw juś".

Szczęśliwie te wady nie przesłoniły zalet i za pomocą pokazu karmienia foki udało się wejść w świat zwierząt. Nie wiem, czy bardziej zoo lubię za okazję do własnego zachwytu na widok futrzaków (wygrały bezapelacyjnie[1] kangury, które wykładały się brzuszkiem do góry albo - prawie jak Powolniak w swoim siatkowym podkoszulku - drapały się leniwie pod pachą; a jak zobaczyłam małego kangurka w torbie u mamy kangurzycy, to już w ogóle #rynna), czy świeży i radosny zachwyt Maja światem zwierząt.

Tak czy tak, zoo w Opolu nieduże, miłe, zdecydowanie do wrócenia tamże, bo obejrzeliśmy tak z połowę z braku wózka i czasu. Wejście oczywiście przez sklep z pamiątkami.

(sjesta była)

GALERIA ZDJĘĆ. Więcej informacji o zoo (ładne, chociaż małe zdjęcia) na stronie zoo.

[1] Chociaż konkurencja była. Tresowana foka. Tłukące się małe surykatki. Żyrafa froterująca miłośnie pyskiem kołowrotek z liną.

PS Będzie i sobota, ale źli ludzie ukradli mi z tego fantastycznego weekendu godzinę i normalnie nie mam czasu. A chcę każdy kawałek tego weekendu sobie jakoś poukładać. Bo dobry był on. Ten weekend. Bardzo.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 27, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 1 komentarz - Skomentuj


Co dziś lubię

... tę niesamowitą ciekawość, która pcha do odkrywania strychu, chodzenia z latarką i zaglądania we wszystkie zakamarki.

... popołudniową drzemkę z 2,5-letnią "Przecież Nie Jestem Wcale Zmęczona" dziewczyną, która zapada w sen zaraz po ułożeniu na łóżku i z TŻ-em, którego układać nie trzeba.

... herbatę w kubku w łosie.

... słońce grzejące w plecy.

... i nagłą burzę z piorunami w drodze powrotnej.

... kiedy - pożyczę sobie Chustkową konwencję - babcia I. twierdzi, że przecież w tym ogrodzie nic nie ma, a potem patrzy na zdjęcie i mówi, że naprawdę tak?



Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 19, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 2 komentarze - Skomentuj


W połowie drogi

Jest kilka takich miejsc, w których zawsze chcę się zatrzymać. Gotycko wyglądająca kamienica i Strzelno, miasteczko, które utknęło w 3/4 ubiegłego stulecia. Pałac w Kobylnikach. Oczywiście Gniezno, do którego mam jednocześnie za blisko i za daleko. Mogilno i zaraz obok Wylatowo, które kusi strefą zero.

I wreszcie kruszwicka kawiarnia "Pod Malwami". Jakoś tak się składa, że każdym razem jedziemy w deszczu, tym razem też nie było inaczej. Maj zawinszował sobie herbaty, my kawy. Na ścianach malwy i ptaki, porcelanowe filiżanki i podobno można dostać śniadanie, jak się je sobie zamówi wcześniej telefonicznie. Domowo bardzo; z kuchni wyjrzała starsza pani i zapytała kelnerki, czy wstawić już ziemniaki. Zupełnie przypadkiem wybrane miejsce, okazuje się, że to centrum życia kulturalnego - bywają poeci, muzycy i inni, którzy coś umieją. W sobotnie przedpołudnie akurat jedyną atrakcją był Maj, ale myślę, że wieczorami więcej się dzieje. Dobre miejsce na przystanek w drodze.

Lubię jechać, nawet w deszczu. Z tylnej kanapy posapuje Maj, w radiu wieczorna Trójka (są tam ludzie, którzy znajdą "Mad Season"!) albo składanka Best of Foo Fighters, która nagle okazuje się być składanką znanych nie wiem skąd mi fajnych piosenek. Ciemność, światło, ciemność, światło. Ważne, żeby co jakiś czas na siebie patrzeć.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 11, 2012

Link bezpośredni - Tag: polska - 5 komentarzy - Skomentuj