Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: czechy

O widokach spod Liberca

[10.08.2021]

Słowem wstępu - tak, to prawda, że Czechy ograniczają napływ turystów z Polski, ale robią to w sposób nie utrudniający życia. Wystarczy ważny paszport covidowy, a dla tych, co nie mogą jeszcze być zaszczepieni (dzieci) trzeba zrobić test przed przekroczeniem granicy (oczywiście powinien wyjść negatywny, z pozytywnym trzeba się udać na kwarantannę, a nie na wojaże). Dodatkowo trzeba się zarejestrować przez formularz lokalizacyjny, podając dane i adres docelowy podróżujących. Informacje czerpałam ze stron rządowych, warto sprawdzić stan aktualny przed wyjazdem. Paszporty i test okazaliśmy raz - przy wstępie do aquaparku w Libercu, gdzie dokładnie sprawdzano daty ważności obu (a jak kto nie miał, można było test na miejscu).

Nasz Grandhotel stoi na wysokości tysiąca dwunastu metrów nad poziomem morza. Czasami odnoszę wrażenie, że to nie hotel, tylko wielka fabryka chmur.
(...) A więc tu mieszkam i pracuję. W Grandhotelu na górze Ještěd. Przedtem szczyt nazywał się Jeschken. A wcześniej Jeschkenberg. A wcześniej Jeschenberge. A wcześniej Jesstied. A wcześniej Jesstiedr.
(...) A więc to mieszkam i pracuję. W zwężającej się ku górze okrągłej rakiecie o wysokości dziewięćdziesięciu metrów. Zbudowano ją z aluminium , z którego robiło się noże i widelce na obozy pionierów, oraz z laminatu, z którego robi się canoe i pychówki na obozy skautów.
(...) Pracuję w hotelu, który nie ma kantów, ale i tak można rozbić sobie głowę i stracić rozum. W hotelu, w którym wszystko jest okrągłe, w którym można zabłądzić równie łatwo jak we mgle, w wielkim mieście albo jak w samym sobie.
(...) W hotelu, nad którym zaczyna się nieskończoność, w hotelu, który niekiedy na całe tygodnie, miesiące, a nawet lata znika w chmurach albo nad chmurami, więc nikt go nie szuka.
-- Jaroslav Rudiš

Żeby wjechać na górę Ještěd, można podjechać samochodem na parking (płatny) albo tramwajem nr 3 (stacja Horní Hanychov). Potem można piechotą - około godziny serpetynową drogą albo trawiastym, stromym zboczem. Można wyciągiem narciaskim (sedačková lanovka), a potem podejść koło 2 kilometrów, można też - co i ja wybrałam - kolejką wagonikową (kabinová lanovka) na samą górę. Kolejka wagonikowa niby jeździ co pół godziny, ale w połowie sierpnia jeździ non-stop, zwłaszcza jeśli są tłumy; a były, chyba najbardziej zatłoczone miejsce podczas moich czeskich mini-wakacji. Zejść można w podobny sposób, dodatkowo na miejscu można wypożyczyć hulajnogę albo - jak kto obrotny - zlecieć na paralotni (patrz galeria). Nie wiem, co jest lepsze - widok samego hotelu, absurdalnie kosmicznego lejka, przesłoniętego czasem chmurami, czy widok z góry na miasto i okoliczne dolinki i wzgórza. W hotelu można spędzić noc lub kilka, nie próbowałam, ale to kuszące (patrz strona hotelu). Można párek v rohlíku ("typicky česká varianta hot dogu"), można piwo z kija albo - co i ja wybrałam - prosecco z kija, wyborne, mimo że w plastikowym kubeczku. Dookoła hotelu są kamulce i kamyki, kontrowersyjna - bo z siusiakiem - rzeźba "Dziecko z Marsa" Jaroslava Róny, zabytkowy krzyż, anteny i przekaźniki (bo hotel od 2000 roku jest własnością Telekomunikacji Czeskiej) oraz chmury. Mało chodzę po górach, jestem stworzeniem raczej przygruntowym, ale byłam zachwycona, to moja ulubiona góra. Ponieważ znalazłam apartament z widokiem na Ještěd (o tym potem), co rano budziłam się, żeby obserwować wędrówkę chmur dookoła góry, a wieczorem zasypiałam patrząc na światła na hotelowej wieży. Bardzo poważnie rozważam powrót jesienią, chociaż na jedną noc.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 21, 2021

Link bezpośredni - Tag: czechy - 0 komentarzy - Skomentuj


Kawałek metra (5)

Praga, Czechy. Praskie metro jest stosunkowo nowe - otwarte w 1974 roku. Dla wielbicieli ruchomych schodów - zjeżdża się czasem głęboko pod ziemię oraz - dla mnie - każda stacja ma inne paski (przynajmniej te kilka, na których byłam). Trzy linie, odkrywczo nazwane A (zielona), B (żółta) i C (czerwona); czwarta dopiero w planach. W przeciwieństwie do ulic, w metrze jest płasko, a nie pod górkę.

Dotychczas: Berlin * Budapeszt * Buenos Aires * Dublin * Praga * Lizbona * Porto * Wiedeń * Saloniki * Amsterdam.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 5, 2017

Link bezpośredni - Tag: czechy - 1 komentarz - Skomentuj


Praga - Petřin

Na ponad 300-metrowe wzgórze Petřin można dostać się na kilka sposobów. Myśmy podeszli piechotą, od strony Bramy Powroźniczeklasztoru Strachovskiego[1], bo mieliśmy blisko (hotel na Małej Stranie, mimo konieczności chodzenia albo pod górę, albo z górki, ma pewne zalety - jest w niewielkiej odległości od prawie wszystkiego po tej stronie Wełtawy), ale równie dobrze można wjechać tam kolejką linowo-terenową[2] z ulicy Ujazd przy moście Legii (U Lanove Drahy), należącą do normalnej komunikacji miejskiej (więc w ramach posiadanego biletu na metro czy autobus). Żebyśmy nie byli stratni, to sobie kolejką dla odmiany zjechaliśmy[3].

Wzgórze Petrzyn to uroczy park z fantastycznym widokiem[4] na całą Pragę, tym fantastyczniejszym, że można wspiąć się na 60-metrową wieżę, młodszą "siostrę" wieży Eiffla. Na szczęście "wspiąć" oznacza tutaj opcję "winda" za nieduże pieniądze, bo schodów w górę jest 209 (w dół zapewne też, ale ponieważ schodziliśmy, to Majut naliczył prawie 270 jakimś cudem). Na górze wieje, wieża się nieco chwieje, ale dla miłośników panoram duża przyjemność. Oprócz wieży widokowej jest też Labirynt Luster, ale wycieczka domagała się lodów i ta opcja wygrała.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Którego to klasztoru nie obejrzałam, bo przechodziliśmy koło nieco co dzień i odkładaliśmy, bo przecież zdążymy. A ostatniego dnia już nam się nie chciało.

[2] Jak wygląda kolejka, można zobaczyć np. tutaj, bo patrz niżej.

[3] Ponieważ samochód mieliśmy zaparkowany przy Strahovie, w planach wycieczkę terenową do Kutnej Hory, o czym niebawem, plan był taki, że zjedziemy kolejką, bo rozrywka, po czym - w celu powrotu na parking - wjedziemy ponownie (a ja porobię zdjęcia, których nie robiłam jadąc w dół, bo mi japońscy turyści zasłonili widok, serio-serio). Tyle że na dole okazało się, iż stoi kolejka na co najmniej pół godziny czekania - jeżdżą raptem dwa wagoniki co 10 minut, jeden w górę, drugi w dół, więc alternatywnie wróciliśmy tramwajem, zataczając urocze kółeczko po Małej Stranie. Nauczka - warto się wpychać przed japońskich turystów.

[4] I placami zabaw, zapiszcie to.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 2, 2017

Link bezpośredni - Tag: czechy - 0 komentarzy - Skomentuj


Kutna Hora

Po absurdalnie zatłoczonej Pradze, prawie pusta Kutna Hora była miłym wytchnieniem. Kaplica przycmentarna, bogato ozdobiona pozostałościami po XIV-wiecznej epidemii i wojnach krzyżowych, nie rozczarowuje. Majut usiłował policzyć czaszki, zdecydowanie nie ulegając poczuciu potencjalnej niestosowności, makabry czy obrzydliwości. Wiem, że podobna "ekscentrycznie" ozdobiona kaplica jest w Kudowie, ale mam poczucie, że to takie bardzo czeskie miejsce.

Warto zaopatrzyć się w mapkę lokalnych zabytków, bo kaplica i cmentarz są w sporej odległości od reszty starówki, a szkoda ominąć. Wprawdzie spóźniliśmy się do kościoła Św. Barbary, czego żałuję, bo witraże z zewnątrz wyglądały obłędnie, ale i od zewnątrz architektura zachwyca (żebrowate zdobienia nazywane są między innymi "grzbietem brontozaura"). Z kościelnego wzgórza jest bardzo przyjemny widok na panoramę miasta oraz na otaczające wzgórze winnice.

Restauracja: U Ruze, Zamecka 52 (tuż obok Ossuarium).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 2, 2017

Link bezpośredni - Tag: czechy - 0 komentarzy - Skomentuj


Praga - Josefov

Jakbym miała wybrać subiektywny must have dla Pragi, to właśnie byłaby to dzielnica żydowska z zespołem sześciu synagog w odległości spacerowej i najstarszym żydowskim cmentarzem. Nie obejrzałam całości w ramach tzw. kompromisu wycieczkowego, bo - umówmy się - tylko ja doznaję długotrwałej egzaltacji w obiektach architektury, a reszta wycieczki wolałabym przejść do kolejnych punktów jak kawa, lody i wycieczka statkiem (do tego dojdziemy w następnych odcinkach).

Cmentarz, po czesku gardłowo zwany hřbitovem, to cichy[2], klimatyczny zakątek, dyskretnie odgrodzony murami od reszty świata. Ciasno ułożone, czasem nawet w kilkunasty warstwach, nagrobki są czasem oznakowane, niestety TŻ-owi nie udało się zlokalizować tego podobno należącego do rabbiego Jehudy Löwe ben Becalela, mitycznego twórcy praskiego golema (i strażnika skarbu z "Pana Samochodzika i tajemnicy tajemnic").

Reszta zdjęć pochodzi z synagogi Pinkasa, gdzie na ścianach wypisano 77 297 imion czeskich i morawskich Żydów, którzy zginęli w Holocauście; Hiszpańskiej, niesamowicie zdobionej w stylu mauretańskim i Klausowej, ze stiukowym sklepieniem.

Wstęp jest płatny - najtańsza opcja obejmuje w ramach jednego biletu zwiedzanie cmentarza i synagog; bilet rodzinny 2+2 to 750 koron (ok. 120 zł). Panowie dodatkowo powinni za 5 koron (niecałą złotówkę) kupić jednorazową jarmułkę[1].

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] A panie mogą pożyczyć spinki do włosów, żeby toto się na głowie trzymało, bo wiatr zwiewa.

[2] Okazuje się, że miałam szczęście, bo na cmentarzu było prawie pusto - poza nami było w porywach kilkanaście cichych osób. Dwa autokary głośnej młodzieży w ramach wycieczki zorganizowanej potrafią to zmienić w kilka chwil.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 1, 2017

Link bezpośredni - Tag: czechy - 0 komentarzy - Skomentuj


W górę i w dół albo o zwiedzaniu na piechotę

W licznych komentarzach padają często pytania o to, w jaki sposób wybieram rzeczy do obejrzenia (oczywiście kłamię, nie ma prawie żadnych komentarzy, #foch). W Pradze, jak wspominałam dwie notki temu, to nietrudne, bo co krok to coś fajnego. Mieszkaliśmy na Małej Stranie, gdzie nie dość, że albo z górki, albo pod górkę, to nie można parkować samochodu, więc nawet wyprawa do samochodu prowadziła przez kilka zabytków. Poniżej moja przybliżona trasa po głównych zabytkach Pragi (oczywiście z pewnymi mentalnymi skrótami - na Vaclavskem Namesti i przy Ratuszu staromiejskim z Orlojem byliśmy dzień wcześniej, w ogrodzie przy Pałacu Czernińskim dzień później, zaś do Lorety w końcu nie weszliśmy).

Pałac Czerniński i ogród przy pałacu, przy Loretanskem Namesti/Hradcanskem Namesti. Wejście do ogrodu bezpłatne, miejsce ciche i wyjątkowo jak na Pragę niezatłoczone. Tuż obok Loreta - zespół zabudowań sakralnych, miejsce pielgrzymek i zwykle punkt startowy wycieczek po Hradczanach. Ciężko się było wstrzelić w godzinach otwarcia, żeby nie było tłumu, więc się nie wstrzeliliśmy. Niedaleko jest też klasztor Klasztor na Strahovie (Strahovské nádvoří 1/132) - historia o tym, czemu nie udało nam się wejść do środka, jest typowa: wycieczka zafiksowała się na śniadaniu, a w okolicy wszystkie punkty były, oględnie mówiąc, niewystarczające, więc jak już dotarliśmy do śniadania przy wtórze jęków niektórych uczestników, nie wiedzieć czemu szczególnie tych, którzy zwykle żyją powietrzem i są absolutnie niegłodni, to się nikomu nie chciało wracać pod górę (bo klasztor na górce), żeby zobaczyć obłędnie piękne sale i bibliotekę (powiedzcie, czemuż ach czemuż ulegam?).

Następnym punktem miała być rzeźba Davida Černego Trabant/Quo vadis - można ją znaleźć na dziedzińcu ambasady niemieckiej (Vlašská 347/19), która to ambasada 1 maja była zamknięta. Życie. Na szczęście święto pracy nie obowiązywało ani na Velkopřevorském náměstí, gdzie od lat jest najpiękniej kolorowo i tłumnie, a za każdym razem inaczej.

Podobnie na Kampie - tłumy ludzi wśród pachnących bzów i kwitnących kasztanów, co niestety oznaczało, że trzeba było cudu, żeby zobaczyć "Crawling babies" Černego (U Sovových mlýnů 2) bez wspinających się na nie nastolatków, często w dość niewyrafinowanych pozycjach (bo serio, symulowana kopulacja z metalowymi niemowlętami nadnaturalnych rozmiarów, za to bez twarzy, to +10 punktów do lansu?).

Dalej typowo turystycznie - przez maksymalnie zatłoczony most Karola, przez podobnie zatłoczony, zwłaszcza o pelnej godzinie Ratusz staromiejski z Orlojem aż do reprezentacyjnych Vaclavskech Namesti doszliśmy do Dzielnicy Żydowskiej.

Z Dvořákovo nábřeží (przy wylocie ulicy Parizskej) popłynęliśmy w godzinny rejs po Wełtawie - najprostszy, malutkim stateczkiem; można wybrać rejsy dłuższe, z muzyką, przewodnikiem i kilkudaniowym obiadem. Statki zatrzymują się na Kampie, więc można zrobić pół rejsu albo skrócić sobie drogę, omijając mosty.

Na Małą Stranę wróciliśmy metrem na specjalne życzenie niżej podpisanej (oraz dlatego, że wszystkim doskwierały bolące stopy). Leniwie, pokonując niezliczone schody, z przystankiem na lody na Nerudovej, tęsknie patrząc za płot na Ogrody Wallensteina i w górę na zignorowane tym razem Hraczany, dobiliśmy do apartamentu.

Jeśli jeszcze nie macie dość, spora GALERIA ZDJĘĆ.

Garść adresów:

  • Il Balcone - kawiarnia, śniadania. ul. Karmelitska 27, Praga 1.
  • Nostress Cafe - kawiarnia. ul. V Kolkovne 9, Praga 1.
  • Rugantino - włoska pizza. ul. 4 Dusni, Praga 1.
  • Mayur - indyjska. ul. Stepanska 63, Praga 1.
  • Koh-i-noor Stationary - sklep firmowy, mnóstwo rodzajów kredek, pasteli i różnych materiałów do rysowania, asekuracyjnie wyszliśmy z żarówiastymi pastelami i glinką do lepienia; Nerudova 250/13, Praga 1.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 1, 2017

Link bezpośredni - Tag: czechy - 4 komentarze - Skomentuj


Praga: Zamek Troja & Ogród zoologiczny

Plany, jak zwykle, miałam ambitne: Zoo, przystanek w zamku Troja, potem Ogród Botaniczny oraz spacer po Winnicy Św. Klary. A potem jak zwykle - zaczęliśmy od zamku, gdzie wycieczka się jednak domagała zwierzątek, po czym tak w 1/3 Zoo okazało się, że minęły 3 godziny, bo wprawdzie wybiegi są spore, ale sprytnie pomyślane, można oglądać z wielu stron, a kilometry lecą. Dodatkowo, jak to w Pradze, rzecz się dzieje na stoku góry, więc jest albo pod górę albo z górki; w zasadzie na każdym poziomie jest fantastyczny widok na panoramę Pragi. Przemyślnie jest kilka ułatwień - "pociąg" przewożący z miejsca na miejsce (płatny dodatkowo, 30 koron) oraz wyciąg krzesełkowy, którym można podjechać dwie terasy z górę (25 koron), jak ktoś powściągnie strach przed wysokością (na przykład ja, bo reszta chciała wjechać, zjechać i wjechać jeszcze raz).

Ulubione miejsce: pawilon nocny, ze stadem galago skaczących w półmroku i latającymi wolno nietoperzami owocowymi. Wyszliśmy przez sklep z pamiątkami.

Dla tych, co czytali uważnie - nie wróciliśmy już do zamku, bo sztuka miała niższy priorytet niż głód (człowiek w porze obiadowej jest mocno drażliwy, a Zoo ma wprawdzie sporo punktów gastronomii, ale niespecjalnie polecam), ani nie doszliśmy do Ogrodu Botanicznego, czego - oczywiście poniewczasie - bardzo żałuję.

(jak się jedzie, to jest znacznie straszniej niż na zdjęciu)

GALERIA ZDJĘĆ.

Przydatne linki:

  • Zoo Praha - niestety, nie ma wersji polskiej. Wstęp - 200/150 koron (30/23 zł), są różne bilety łączone i rodzinne. Warto mieć gotówkę, najlepiej w monetach, bo w środku dodatkowo jest na co wydawać.
  • Zamek Troja - zamek, galeria sztuki.
  • Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 30, 2017

    Link bezpośredni - Tag: czechy - 0 komentarzy - Skomentuj


    Praski piątek

    Ja to jednak do Pragi mam pecha. A to kostkę skręcę, a to w listopadzie nagle wysypuje śnieg i przeraźliwe zimno. Teraz mimo wyboru ładnych okoliczności kalendarza było albo buro, albo padało, a do tego – co jest abominacją pod koniec maja – było poniżej 10 celsjuszów (tylko gradobicia brakowało). Grzecznościowo zabrane skarpetki na okoliczność, że sobie ahystokhatyczne stopy obetrę, okazały się być towarem pierwszej potrzeby, żeby mi paluszki z zimna nie odpadły.

    Doceniłam jednak Pragę w listopadzie – dopiero dziś zrozumiałam, co to znaczy „tłum turystów”. Kolejka do katedry św. Wita miała kilkaset osób. W Złotej uliczce było widać dachy, resztę zasłaniał kłębiący się tłum płci obojga, gęsto przetykany paniami w wieku mocnopostbalzakowskim, które są chyba najokropniejszymi turystkami, bo idą jak stado baranów, przepychając się rogłokciami, byle dojść do celu i zrobić sobie zdjęcie idiotenkamerą, trzymaną pieczołowicie na sznurku owiniętym dookoła nadgarstka (bo kradną).

    Praga za to urocza, mimo że Cepelia. Poczułam się już jak u siebie, bo trafiłam do ściany Lennona już za pierwszym razem, a wieczorna rundka po Starym Mieście była przemiła, nawet mimo nieudanego oczekiwania na maszerujących świętych przy zegarze, którzy chyba poszli wcześniej spać, bo o 22 nie raczyli (za to ta wspólnota rozczarowanego tłumu, który chrumkał i chrząkał do siebie z dezaprobatą - unikalna).

    Lubię praskie restauracje za obsługę – mile uśmiechnięci kelnerzy, którzy wyjmują spod ręki pustą szklankę minutę pod tym, jak się wypiło ostatni łyk. Zupa gulaszowa w Starometskiej Restaurace warta grzechu. Wróciłam do małej włoskiej knajpki na Nerudovej na małą porcję szparagów z serem; nic się nie zmieniło od listopada (no, nie było śniegu na tych schodach, na których uprawialiśmy zaawansowaną bitwę na śnieżki).

    Wezbrała mi namiętność do starych samochodów. Jak na współczesnych samochodach zwykle nie wyznaję się nawet na tyle, żeby powiedzieć, że mi się podobają, tak w przypadku takich Felicji czy innych Prag...

    Mam natomiast szczerą nadzieję, że niechętna baba na stacji benzynowej Shella dostanie co najmniej sraczki. Podjechaliśmy, przy dystrybutorze stał niespikający starszy pan,, który na macanego objaśnił, że karty nie halo. Ale że cash, korony bądź euro. Odpytałam, czy mają bankomat. Podobno mają. Nieufna jestem, poszłam zobaczyć. Oczywiście nie było, ale uczynny pan rozpoczął nalewanie. I tak zostaliśmy jak wazony przy kasie z nędzną resztką koron i drobiazgami w euro, złotówkami i całym setem kart wszelkiego autoramentu i wszystkowdupiemającą udzielną panią na kasie, która również nie władała ani angielskim, ani niemieckim (odpadła moja uprzejma sugestia, że w takiej sytuacji to możemy te 6 litrów benzyny odessać i oddać, skoro jesteśmy niewypłacalni). Long story short, po posiorbaniu w mankiet młodemu człowiekowi na stoisku spożywczym, okazało się, że babol ma żelazko do kart i może zautoryzować visę offline, oczywiście dodatkowo telefonując do centrum autoryzacji, podając kompletny numer mojej karty na całą stację (pozdrawiam współklientów i jednak mam nadzieję, że nie notowali ;-)). Zrobiła to jednak tak niechętnie, że miałam szczerą chęć zasugerować jej, gdzie sobie może pokwitowanie wetknąć. Obiecuję, że wszyję sobie na takie okazje do stanika banknot kilkudziesięciueurowy, słowo.

    GALERIA ZDJĘĆ

    Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 31, 2009

    Link bezpośredni - Tag: czechy - 2 komentarze - Skomentuj


    Śnieg, golemy i czarne figury

    Jechałam do Pragi z pewną taką niepewnością, bo google'owa prognoza pogody radośnie stwierdzała, że będzie tak zimno, że mi dupa odpadnie (z drugiej strony - czego się spodziewałam w listopadzie). I trochę mi odpadła. W okolicach Kudowy zaczął padać śnieg i tak już zostało. Sam śnieg nie był taki zły, ale to tego wiało i dmuchało, więc jakbym była jedną z trzech małych świnek, to bym się miała czego bać. A jak już przestało, sypać, wiać i dmuchać, to wyszło słońce i zaczęło topić to, co spadło. Na kunsztownie ułożonych praskich brukach trzeba było drobić jak gejsza, żeby się nie poślizgnąć. Przejmujące zimno ma też tę zaletę, że można iść w miasto bez potykania się o innych turystów - do tego celu doskonale też służy godzina 8. (tak, ósma, sama się sobie dziwię jeszcze) rano. Można też bez specjalnego obciachu pić grzane wino, które jest tak gorące, że najpierw się kaszle nad oparami, a potem już jest na tyle ciepło, że można zrobić kolejną rundkę po uliczkach. Z aparatem.

    Najzabawniejszą rzeczą wyjazdu (poza półtoragodzinnym błądzeniem autokarem we Wrocławiu, a potem godzinną pielgrzymką z coraz bardziej zirytowanymi kierowcami po Pradze w poszukiwaniu parkingu blisko hotelu) okazał się fakt, że dwuosobowe pokoje zawierają prześliczne, wielkie, dwuosobowe łoża. Nie jestem specjalnie oporna w kwestii sypiania z inną kobietą, ale wyjechani panowie mieli z tym nie lada problem, mimo rzucanych tu i ówdzie gorszących sugestii, że męskie ciało nie gryzie. No jakże mi nie przykro.

    Szłam przez Pragę głównie według wikipedii (adresy lepiej wziąć z google maps) i google'a, który jednakowoż czasem łże jak pies - MAC Cosmetics można znaleźć na Vaclavskiem Namesti zaraz koło stacji Metra Mustek, a Body Shopa w mallu Palladium.

    Z półtora dnia w Pradze zostały mi pamięciowe odpowiedniki klatek komiksu.

    *

    Kupuję TŻ-owi koszulkę, uparcie chcę dostać rozmiar XXL, uprzejmy sprzedawca pokazuje mi przykładowe XXL i kiedy nie jestem zdziwiona, że ta koszulka jest "taka duża", stwierdza, że mój "husband must be a Conan or something".

    *

    Ściana Johna Lennona została częściowo zamazana, z oryginalnej twarzy zostało tylko oko. Nie żeby w innych miejscach Pragi nie było graffiti, ale tutaj został poligon do crash-testów.

    *

    Dalej mam słabość do koralików z Jabloneksu.

    *

    Na Moście Karola roboty drogowe. Zdejmują nawierzchnię, część mostu zagrodzona. Za płotem krzyż, z radiomagnetofonu robotników płynie rzewne "All by myself" z OST do Bridget Jones.

    *

    Pod zegarem astronomicznym stoję z otwartymi ustami. Chcę chcę chcę! Chwilowo przestał sypać śnieg, młoda para wychodzi z kościoła, panna młoda i druhny marzną w cienkich sukienkach, przykrytych krótkimi futerkami. Gołębie czają się na potencjalny ryż (chociaż podobno im szkodzi), ale wracają rozczarowane pod jeden z zegarów, bo goście rzucają tylko płatkami kwiatów. O pełnej godzinie nad zegarem przesuwają się święci ("Oh, when the saints go marching in"), kościotrup dzwoni dzwoneczkiem, a po kilkunastu sekundach trwania spektaklu tłumy turystów wylewają się z placu.

    *

    Na prawie wszystkich budynkach stoją ciemne figury świętych. Eri opowiada, skąd się wzięły. Eri dużo wie, warto z nią chodzić (ma notesitko, w którym można coś zapisać).

    *

    Koło zębatego koła przy Velkoprevorskem Namesti ktoś zawiesza kłódeczki. Zgaduję, że to młode pary po ślubie przypieczętowują sobie uczucie - robią tak i we Włoszech, i w Rosji.

    *

    Hinduska knajpa Taj Mahal okazuje się mieścić jednocześnie pod dwoma adresami - na Rimskiej i na Skretovej, co budzi pewną konfuzję, ale jakoś do niej trafiamy. Chwilę po nas na podium montuje się szczuplutka siwa pani, ubrana w śliczne indyjskie granatowe ciuszki w srebrne ciapki i anonsuje, że będzie grała staroindyjskie pieśni. I gra je na sitarze przez cały wieczór, uśmiechając się uroczo do jedzących.

    *

    Najbardziej zorganizowane podczas wycieczek w większych grupach są zawsze ucieczki w celu uniknięcia współtowarzyszy.

    *

    Każda stacja metra ma inny kolor ścian. Do zakupu biletów trzeba mieć monety albo gotówkę, jeśli w kasie jest żywy człowiek. Do dłuższego jeżdżenia warto kupować dzienne bilety za 100 koron, pojedynczy na kilka stacji kosztuje 18.

    *

    Pogłaskałam tablicę z psem na Moście Karola. Ale zapomniałam, w jakiej intencji.

    *

    Golemy na murach, golemy w sklepach z pamiątkami. I Ty możesz mieć swojego golema. Wiecie, że są ludzie, którzy nie czytali "Pana Samochodzika i tajemnicy tajemnic"?!

    *

    Czekolada Studentska ma kilka nowych smaków - oprócz mlecznej i gorzkiej z arachidami, rodzinkami i żelkami jest wersja z suszonymi wiśniami i mango.

    *

    W przeciwieństwie do Poznania w Pradze są Starbucksy - jeden tuż obok hotelu na Małej Stranie, gdzie mieszkam. Czwarty kubeczek do kolekcji.

    *

    Wracając czytam "Zamieć" Stephensona. Bardzo mi się. Jedna z tych książek, które dają mi złudzenie, że zmieniają moje życie, kiedy je czytam.

    *

    Podobało mi się. Wrócę. Po więcej.
    GALERIA ZDJĘĆ.

    Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 25, 2008

    Link bezpośredni - Tag: czechy - 8 komentarzy - Skomentuj


    Praga - checked

    Wróciłam, ponad 500 zdjęć (z czego do wyrzucenia wszystkie z fisheye'a, bo był ustawiony na tryb manualny i nie ostrzył, a ja - głupia ciapa - nie zauważyłam), mam przeciążenie spowodowane przebywaniem w towarzystwie strasznego mnóstwa ludzi, którzy co chwila pytali "A gdzie byłaś" i nie dawali się zbyć wysyczaną odpowiedzią, że "w Pradze". Śnieg, Praga w śniegu ładna, ale przezajebiście zimna (poważnie rozważałam założenie drugiej pary majtek pod rajstopy i spodnie, nie wspominając o podwójnych skarpetach). Wrócę do tego jeszcze, jak odetchnę.

    TŻ opiekował się kotyma. Szarsza już zdrowa, acz trochę podśmiarduje (ale nie mówmy o tym), bursza ma jeszcze porcję antybiotyku.

    Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 23, 2008

    Link bezpośredni - Tag: czechy - 3 komentarze - Skomentuj