Tag:
ogrod-zoologiczny
Zoo z twistem. Bo idzie się, idzie, są zwierzęta, kierunkowskazy, a na samym końcu się okazuje, że autobus do przylepionego do zoo ogrodu botanicznego jeździ do 17, a potem można iść ponad 1,5 km piechotą. A że dzisiaj byłam słaba i już mocno zmęczona po tym, jak weszłam na górę do oglądania słoni, a one miały to w trąbie i zwyczajnie spały w domkach, więc sobie popatrzyłam na podwórko i zeszłam, to nie proponowałam nawet wleczenia TŻ-a z chustowym bagażem tylko po to, żebym sobie porobiła zdjęcia 2300 rodzajów kaktusów. I skończyło się na zwierzętach. Takie, jak w innych zoach, ale ładnie poumieszczane w przyrodzie, dużo przeżuwających miękkopyskich wielbłądów, struś siedzący na pani strusicy, budzący spory entuzjazm młodzieży, bo malowniczo giął szyję, machał skrzydłami i ogólnie wyglądał na zadowolonego, śliczne puszyste szopy, surykatki i inne mangusty. Oczywiście młodzieży do gustu najbardziej przypadły huśtawki i poczyniła straszny raban na próbę poszerzenia[1] asortymentu zabawowego o taki na przykład pusty trzymetrowy batut.


Trochę smuteczek, że nie przyjechałam w niedzielę, bo w niedzielę jest podobno prawdziwy jarmark z lokalnymi wyrobami, a nie cyrk dla turystów (skądinąd zabawne, że to Senegalczycy przyjeżdżają handlować paciorkami, perkalem i podróbkami znanych marek z niemieckimi i hiszpańskimi turystami, kolonializm à rebours).
Ale przede wszystkim jestem zmęczona (i zła na ten schowany ogród botaniczny), bo nie miałam w planach wycieczki zapadnięcia na mniej łagodną postać lokalnego rota wirusa, który wyjął mi wczorajszą noc i pół dzisiejszego dnia. To przerażające, że pojawia się w moim życiu taka chwila, że nie mam ochoty jeść. Ubodło mnie to niesamowicie, bo na kolację zjadłam dwa plastry arbuza, a też mi niespecjalnie smakował.
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.
Catspotting: 5 w zoo (trzy czarne, pręgaty, szylkret) + rysie ("Ryszardy!") w klatce.
[1] Naiwnie liczyłam, że zabierając dziecko w egzotyczne strony rozwinę przed dzieckiem cały wachlarz nowych smaków, a wymęczone plażowaniem (kradnięciem cudzego asortymentu plażowego, uciekaniem, zbieraniem kamieni itp.) będzie jadło lepiej niż w domu. Yeah, right. Poznajcie dziecko, które przeżyje tydzień na jabłkach, frytkach, suchych bułkach i paczce precelków znanej polskiej firmy. A, i na soku jabłkowym.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 10, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Trochę narzekałam, że zoo takie sobie, ale przemyślałam i jednak uważam, że jest miłe. Nie obejrzeliśmy całego, bo jednak roczna młodzież nie była specjalnie zainteresowana (a potem nawet zirytowana i senna, więc zagródka ze zwierzyną przydomową, którą zostawiliśmy na koniec, została ominięta, szkoda). Warto wyskubać monetę na przewodnik, bo jest w nim detalicznie opisane każde zwierzę (a niektóre nawet z imienia, więc można błyskać erudycją przed jeszcze nieczytatą młodzieżą), z ładnymi zdjęciami i z mapką. Jestem fanką zoo (zoł?) tak czy tak, ale to jest szczególnie miłe, bo zwierzęta mają sporo miejsca dla siebie (co czasem oznacza, że widownię mają w pompie i siedzą gdzieś zaszyte i się nie pokazują). Widok żyrafki ganiającej radośnie dookoła szopy - bezcenny, podobnie lemurów grzejących brzuchy na słońcu. ^Valwit wspomniał, że na terenie chodzą zoowe koty domowe, ale nie miałam okazji ich spotkać.

Wstęp 15€, nieletni do lat trzech darmo, pomiędzy jakieś zniżki i bilety grupowe. Przewodnik 2€. Przed samym zoo można lanczyk, w zoo są automaty z napojami i sporo toalet. A dookoła zoo Phoenix Park (z obowiązkowym krzyżem papieskim ;-)).
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 5, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 1 komentarz
- Skomentuj
Jestem Poznanianką napływową, ale miasto mi się udziela. Zupełnie niechcący, bo szkoda mi było kasować kolejnego półgodzinnego biletu, żeby przejechać jeden przystanek (a bilet mi się skończył nagle, bo tramwaj zdradziecko stał 8 minut przed wjazdem na most Teatralny i nawet nie wiedziałam, jak dziecku to wytłumaczyć, że miało być szybko, a tu stoimy jak te wazony), zrobiłam sobie krótki spacer przez Jeżyce i wylądowałam w samym środku obłędnie pięknych kamienic, które aż prosiły się o obiektyw z zoomem bądź szeroki kąt, żeby pokazać, jakie są ładne. Marzy mi się też możliwość robienia zdjęć z poziomu dachu albo najwyższej kondygnacji domu z przeciwka, ale na to chyba za mało mam tupetu.
(A co to za brama, to można przeczytać TU [musierowicz.blox.pl - link nieaktywny]).
Weszłam przez uchyloną bramę na podwórko między Reja a Kochanowskiego (od frontu na Słowackiego wchodzi się do kina Amarant) i zobaczyłam piękne podwórze między czterema kamienicami. Zielone, z kwiatami, rabatami i trzepakiem i ze skarpetkami rozwieszonymi na sznurku.
I już po 15 latach mieszkania w Poznaniu poszłam do Starego Zoo. Małe, kameralne, bardziej park niż ogród zoologiczny. Nieliczne wybiegi zasiedlają głównie żółwie, które albo wcale nie mozolnie pomykają w stronę lepszego jutra bądź zawieszone w niebycie, z wyciągniętą do ruchu tylną łapą patrzą gdzieś w przestrzeń. Ale są i wesołe kózki (wesołe jak diabli stały sobie nieruchomo w stadku, wgapione w kolorowe sylwetki naklejone na płocie, a nad głowami miały nieledwie dymek "kto się pierwszy ruszy, ten baran"), lemury na wyspie, czy zebu, zabawiające gawiedź za pomocą wonnego wydalania przy samej ścieżce dla zwiedzających. W sam raz na ciepłe letnie popołudnie.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 12, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 3 komentarze
- Skomentuj
No przecież nie służbowo na statek, to TŻ. Ja sobie pojechałam towarzysko załatwić kilka nie cierpiących zwłoki biznesów.
Przede wszystkim po to, żeby zwiedzić kulinarnie kilka nowych miejsc. Nie wstydzę się napisać, że uprawiam turystykę kulinarną i na wyjeździe wszystkie zdobyte kalorie liczą się połowicznie. Turek (na Am Köllnischen Park) smakuje uczciwie po turecku, nie skąpiąc warzywek, dolmadakii czy innych marynowanych papryczek. Niemiecki śniadaniowy zakątek na Akazienstrasse 28 oprócz miękkich kanap w niedziele[1] daje szwedzki[2] stół ze wszelakimi dobrymi goodies i książki w bookcrossingu (przeważnie niemieckie, ale da się coś po angielsku znaleźć).

Poza tym pojechałam po wiosnę. W zasadzie zamiast wiosny było takie trochę lato[3], ale nie będę narzekać. Wszystko kwitnie, pachnie, ptaszęta śpiewają, zwierzyna w zoo[4] co krok ma młode - a to słonię, to wydrzę czy inne pawianię, nie wspominając o małych alpaczkach czy innych ptaszętach.
I po miasto. Berlin jest dla mnie kwintesencją miejskości. Z pięknymi zakątkami, doskonale rozwiniętym metrem, którym jeździ się doskonale (aczkolwiek nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem ideę biletu 2-godzinnego "w jedną stronę"[5]), z sympatycznymi i kolorowymi ludźmi, których brakuje mi w Polsce. Z malowniczymi ryneczkami. Z pięknie odnowionymi kamienicami, połączonymi z nowoczesnymi domami, z niesamowicie zagospodarowanymi podwóreczkami. Powtarzam się, ale jakby nie ten język (moja niemczyzna jest przeraźliwie słaba i po dwóch słowach przełącza się automatycznie na angielski), to bym pojechała do Berlina mieszkać. Teraz już. W każdym razie każda wizyta w Berlinie to nowy miły zakątek, lista rzeczy, które chciałabym obejrzeć, rośnie.
Pojechałam też na zakupy, ale jakoś nie udało mi się ogarnąć faktu, że jakoś tak się składało, iż powroty z Berlina organizowaliśmy zwykle w sobotę bądź w poniedziałek. I dostałam na twarz pozamykane sklepy, co zapewne było w trosce o mnie, bo nie udało mi się wydać prawie żadnych pieniędzy. A chciałam! Naprawdę! Nie to nie.
[1] Bo w tygodniu dają śniadania z karty. Od 9 do 23. Uwielbiam miejsca, gdzie można bułeczkę z serkiem, tosta z marmoladą czy jajecznicę o dowolnej porze.
[2] J. (Holender) objaśnił mi, że bohater Muppetów, u nas i wśród reszty świata nazywany jest Swedish Chef, w Szwecji jest nazywany Polskim Kucharzem. Ke?
[3] No jakoś nie umiałam mentalnie przeskoczyć faktu, że półtora tygodnia temu sypał sążnisty śnieg i nie wzięłam ze sobą sandałków. Nierozważnie. W każdym razie w aptekach mówią po angielsku, a zmasakrowane paluszki da się obkleić plastrem dla dzieci. W zwierzątka.
[4] Zoo w Berlinie jest zoem wyczynowym, wielkim i rozległym. Po przejściu 2/3 mimo kilku przerw kondycyjnych, polegających na malowniczym zaleganiu na okolicznych ławeczkach, odpadła mi dupa i zwiedzanie akwarium i części zagródek odłożyłam na później.
[5] Zakładam, że dopóki zmieniam linie i nie wracam żadną, którą już jechałam, to jestem w prawie.
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ z Zoo i Berlina.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 6, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 10 komentarzy
- Skomentuj
... w rybki, żeby zaplastrować nieco zdemolowane stopy, bo się chodzi. Oj, się chodzi. Chyba odróżniam się od populacji, bo odpytują mnie, where am I from (oraz sugerują, że powinnam schować aparat, bo tu kradną, no ależ ja was państwo proszę). Naród pomocny, nawet jeśli nie mówi inglese, braki językowe zastępuje mówieniem coraz głośniej i machaniem rękami. Poczta jest doskonale schowana, trzeba naprawdę pieczołowicie wypatrywać albo skrzynki pocztowej, zwykle stojącej pod urzędem, albo szukać mało widocznego słówka Correo (przewodnik zeznał, że listy dochodzą po długim czasie albo nie). Już bardziej widoczne jest metro, które tu się nazywa Subte i ma dość charakterystyczny znaczek.
Jutro kończy się rumakowanie (a zaczynają warsztaty), więc trochę odpocznę, bo w upale nawet 2-godzinny spacer to ciężka praca jest. Ogród botan^Wfelinologiczny, na mapie wyglądający niepozornie, dał mi straszliwie w kość, mimo że co kwadrans robiłyśmy z K. przerwy kondycyjne na wypicie wody. Podobnie ogród zoologiczny - powierzchnię ma mniejszą niż zoo w Poznaniu, ale upakowane są tam takie cuda, że po trzech godzinach człowiek się nagle orientuje, że zaraz mu coś odpadnie. Podobnie dziś Recoleta - buenoskie Powązki z zakurzonymi grobowcami, nieledwie piszczelami wystającymi z półotwartych trumien - miały być łagodnym spacerkiem na godzinę, a okazały się maratonem dookoła 4800 grobowców z przerwami na wodę oraz dłuższą na jabłuszko, spożyte niefrasobliwie na schodach do katakumby jakiegoś śp. chyba lekarza. Myślę, że się nie obraził, jabłuszka są zdrowe. Bardzo sobie chwalę, że można sobie 2 okolicy południa usiąść w kawiarence, wypić kawę ze śmietanką (taką maślano tłustą, że aż pływają oczka) i zjeść coś dobrego (wczoraj trafiłyśmy do knajpeczki z kuchnią argentyńską, serwującą m. in. pieczone pierożki z wołowiną, serem, tuńczykiem, kukurydzą czy dość hardcorowo z szynką, ricottą i z karmelem na wierzchu, dziś do kawiarenki na grzanki z tuńczykiem).
Myślę, że mogłabym żyć w ciepłych krajach. Oj, mogłabym.
Recoleta - GALERIA ZDJĘĆ
Ogród Botaniczny - GALERIA ZDJĘĆ
Ogród Zoologiczny - GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 28, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 4 komentarze
- Skomentuj
Brak notek jest sponsorowany przez CitiBank Handlowy, szlag by go trafił*. Buenos fajne. Ciepło, bardzo nawet. Różnica czasowa 3h, a nie 4 (albowiem wyszło, że od roku wprowadzili zmianę czasu między styczniem a marcem). Zaszłością historyczną jest, że peso są oznaczane wszędzie znaczkiem dolara, mimo że kurs dolara wynosi 3 peso z ogonem. Metro kosztuje 1,1 peso (~1,1 zł) za dowolną trasę z dowolną liczbą przesiadek. Port malowniczy. Ogród botaniczny powinien nazywać się ogrodem felinologicznym , a w ogrodzie zoologicznym są rzeczywiście białe lwy (i nie tylko). Jedzenie boskie, acz niezbyt tanie. To, że na www napisali, że w hotelu jest free wifi, niekoniecznie jest prawdą. Śniadania w cenie są prawdą. Amerykański sposób ścielenia łóżka średni i upierdliwy w obsłudze (kilka warstw koców i prześcieradeł bez kołdry właściwej. Listy podobno nie dochodzą, bo poczta zawodna. Jutro chcę jechać do Boca, ale tam metro nie dochodzi i trochę jestem w kropce (ciut za daleko na spacer, zwłaszcza że mam już bąble na stopach. I jak mi przejdzie irytacja, to napiszę, czemu szlag mógłby trafić CitiBank Handlowy. Ale nie wcześniej.


GALERIA ZDJĘĆ: Ogród botaniczny, Ogród zoologiczny, Retiro i Puerto Madero.
* EDIT [2016]: Czemu Citi zepsuło mi pobyt? Po zapłaceniu za taksówkę z lotniska do hotelu włączył się podobno w Citi alarm, że ukradziono mi kartę. Z numer zastrzeżonego zadzwonił do mnie ktoś, kiedy przechodziłam przez środek Avenida 9 de Julio (najszersza w mieście), nie zdążyłam odebrać i od tego momentu moja karta kredytowa przestała działać. Po wypłacie z bankomatu gotówki zablokowano mi również kartę bankomatową i - uwaga - dostęp internetowy do konta (do którego wówczas logowanie odbywało się numerem karty bankomatowej). 200 zł później za rozmowy telefoniczne okazało się, że odblokować cokolwiek mogę po osobistym stawieniu się w jakimkolwiek oddziale banku w Polsce (oraz że - co mnie już doprowadziło do ataku śmiechu - powinnam była w banku powiedzieć, że planuję egzotyczny wojaż, to by do tego nie doszło). Czy na koncie miałam zaliczkę w celu zapłacenia za hotel za siebie i towarzyszkę podróży? Ależ. Nie, nie jestem już klientką Citi.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 28, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Ale wybaczam. Bo raptem kazało wysiąść z autobusu 6 przecznic wcześniej i trochę się zgubiliśmy w dziczy. Takiej dziczy, co to się tyłek podciera liśćmi (jeśli ktoś podciera); a bez metafor to na straszliwych suburbiach, gdzie widok człowieka na rowerze jest zbawieniem. Okazało się, że od strasznych suburbiów do wejścia do zoo jest rzut beretem i poczułam się jak Stanley na widok Livingstone'a (albo odwrotnie). Zoo jest bardzo, bo i tygrysy z młodymi, sjesta u lwów i leniwy biały[1] niedźwiedź, który ma luz czy inne lemury[2]. Tylko mam żal, bo zamiast upału, na który się pieczołowicie przygotowałam za pomocą skąpej przyodziewy, nagle zrobiło się srogo zimno, więc kolejne przystanki oznaczały zakupy kolejnej porcji odzieży. W zoo - t-shirta z tygrysami (co zmotywowało mnie do przejścia na plażę, żeby zamoczyć nogi w lodowato zimnym oceanie[3] bez szczękania zębami). Na Fisherman's Wharfie - bluzy z krabem dla TŻ. Normalnie czuję się przez pogodę zmuszana. W każdym razie - ocean jest intrygujący (i ma czarno-granatowy piasek).
I mimo że dupa mi odpadła z zimna na Golden Gate, to jednak chapeaux bas. Most naprawdę budzi ogromny szacunek, mimo że wieje, nieledwie deszcz zacina i wilki wyją, a szczyty filarów spowija mgła[4]. Ponieważ na czas wyjazdu zrezygnowałam z South Beach (przykro mi, ale ponieważ punkty na wyjeździe liczą się podwójnie, nie jestem w stanie sobie niczego odmawiać, bo mi się należy jak psu zupa), przeszłam na dietę 2000 kroków (by Wonderwoman). Przejście prawie 3 km (nie wspominając błądzenia przed zoo i rundki po zoo) daje mi punkty ulgowe na następne kilka dni.
[1] Trochę na tyłku zielony, bo tak na oko glony go porastały.
[2] Nie wyginaly śmiało, tylko spały. Co za upadek.
[3] Wheee! Moczyłam nogi w oceanie!
[4] Oczywiście reszta miasta i okolic ma piękną pogodę, tylko zoo i Golden Gate nie. Zmowa.
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ Zoo i z Golden Gate.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 8, 2008
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 6 komentarzy
- Skomentuj
... z czego prawdziwe są nietopyrze. Ale akurat w zoo były zamknięte, albo niedokładnie szukałam (stawiam, że miały przerwę dzienną, jak każdy, kto prowadzi nocne życie). Były za to:
- flamingi, które są ptakami ekwilibrystycznymi, albowiem stoją na jednej nodze i wygląda na to, że jest im z tym dobrze; małe flaminżęta wyglądają skądinąd jak szare Szadoki,
- sowy, które kocham miłością wielką, bo sowy to takie koty w świecie ptaków, puchate i upierzone w śliczne wzorki, a do tego mają głowy obracalne w kilku płaszczyznach i są interaktywne, bo jak się kręci głową przed klatką, to one też,
- kapibary, które są przeraźliwie dużymi świniami morskimi,
- kycie wszelkiego rodzaju, od tygrysów, które się ogląda z nabożną czcią[1] z daleka, przez prawie że domowe koty amurskie, bardzo zdenerwowane karakale (siejące dodatkowo zapachem, bardzo intensywnym zapachem, chyba już nie chcę karakala w domu, dziękuję) do przepięknych manuli, wyglądających jak małe wkurzone kociaki i białych panter; duże koty są piękne i majestatyczne, ale mimo to i tak tracą na powadze, jak się drapią identycznym dla wszystkich kotów ruchem tylną łapą za uchem,
- firefox, który ma śliczne rude futerko, ale miał wszystko gdzieś i spał (mimo że wcale nie jest niedźwiadkiem),
- pelikan, który dyrygował,
- i same zoo, które jest wielkim, pięknym i rozległym parkiem, w sam raz na weekendowy piknik (proszę nie zwracać uwagi na przeohydne pawilony z lat 70.)
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nabożną czcią, przerywaną tylko piskiem[2] pieprzonych plastikowych dinozaurów, które sprzedają przy wejściu do zoo rozkosznym milusińskim i wrzaskami rozkosznych milusińskich.
[2] Nie wystarczy, że dinozaur jest plastikowy i strrraszny, musi do tego przy naciśnięciu wydobywać z siebie ohydny i przeraźliwy pisk. Nie dziwię się, że do tygrysów jest na dole szyba, a na górze dość wysoki taras. Biedne tygrysy.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 18, 2008
Link bezpośredni -
Tag:
ogrod-zoologiczny
- 2 komentarze
- Skomentuj