Tag:
sf-f
Na planecie, gdzieś na rubieżach Galaktyki, ląduje statek zwiadowczy. Planeta okazuje się być rajem - powietrze do oddychania, oswojona dżungla, przy minimalnej uwadze niegroźna dla ludzi, plaże, lazurowy ocean, tubylcy - prawdopodobnie potomkowie jakiejś zapomnianej wyprawy - mówią galaktycznym i żyją z połowów morskich stworzeń. Ku zdziwieniu załogi, mieszkańcy planety - zwanej przez nich Langri - są stanowczy w swoich żądaniach: chcą być niezależni i wcale nie chcą przekształcenia ich planety w luksusowy kurort dla bogaczy, mimo obiecanego udziału w zyskach. I nie wychodzą do przybyszów z bronią, a z podstawami prawnymi. Jako że kąsek w postaci cudownego ekosystemu jest zbyt smaczny, nadany przez Radę Galaktyki ambasador zaczyna małymi kroczkami (i drobnym oszustwem) budować, wbrew woli mieszkańców, pola golfowe i hotele, co oznacza śmierć całej populacji, która nie jest w stanie wyżywić się innym pokarmem niż morskie stwory, znikające z łowisk z powodu zanieczyszczenia i hałasu.
Skąd prymitywni, mieszkający w chatach z tykwy, tubylcy są tak biegli w prawie międzynarodowym mimo braku kontaktu z cywilizacją od co najmniej kilkuset lat? Otóż kontakt był - rozbił się na planecie podróżnik, zżył się z tubylcami, a przed śmiercią - w trosce o planetę i jej mieszkańców - zostawił szczegółowy plan, jak mogą uratować się przed ekspansywnym biznesem.
To urocza i zabawna przypowieść z 1974 roku o ekologii kosmicznej i prawie do samostanowienia; oczywiście zabawność przepraw przedstawiciela tubylców z galaktycznym prawem jest zabawna tylko do momentu, kiedy czytelnikowi przemknie przez głowę przemiana szeroko pojętego “południa”, przekształconego w bazę hotelową i etnologiczne safari dla “północy”, gdzie nie było zmyślnego podróżnika Obriena, zabezpieczającego interesy mieszkańców.
#137
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 9, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mort, młodzieniec z Ramtopów, zostaje przez ojca przeznaczony do terminu. Niestety nikt nie chce niezgrabnego, dociekliwego chłopca jako ucznia; moment przed północą pojawia się tajemniczy przedsiębiorca na eleganckim, białym koniu (później okazuje się, że zwierzę ma na imię Pimpuś) i bierze Morta jako czeladnika do zakładu grabarskiego (a przynajmniej tak to rozumie ojciec). Morta w ogóle nie dziwi, że to sam Śmierć, ostateczna dyskowa sprawiedliwość. W posiadłości Śmierci mieszka Isabel, adoptowana przez Śmierć 16-latka, i Albert, totumfacki i kucharz. Jako że Antropomorficzna Personifikacja chce sprawdzić, jak to jest czuć szczęście, po krótkim przeszkoleniu wysyła czeladnika na pierwszą samodzielną akcję, co udaje się w dwóch trzecich, albowiem młodzieniec, powodowany oczywistym impulsem, ratuje od śmierci 15-letnią księżniczkę Keli, przez co historia rozchodzi się na dwie odnogi. Mort, wspomagany przez Isabel, mocno niechętnego Alberta i młodego, niedoświadczonego maga Cutwella, usiłuje naprawić osnowę rzeczywistości, żeby inercja nie naprawiła anomalii, oczywiście przez uśmiercenie księżniczki.
To pierwsza historia z pełnoetatową rolą Śmierci - estetą, sympatykiem kotów, posługującym się bezlitosną logiką tam gdzie ludzie mają emocje. Lubię Alberta, eksperta od smażonego, który - po odsłonięciu tajemnicy swojego pochodzenia - ma ugruntowane poglądy na temat szacunku dla wizerunku. Nieco mniej sprawną kreską są narysowani pozostali bohaterowie - Mort wprawdzie przechodzi ewolucję, ale to postać chaotyczna; Isabel, wieczna nastolatka, niestety nie dorasta mimo upływu lat. I tak warto przeczytać, nawet ze świadomością, że to nie jest najlepsza książka cyklu, bo jest zalążkiem dla bardziej udanego Wiedźmikołaja i przyjemnego “Złodzieja czasu”.
Inne tego autora.
#131
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 20, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Moim przekleństwem jest to, że dużo czytam. Oraz że czytam o książkach - o narzędziach, metatekstualności, budowie fabuły, typach narracji i tym wszystkim, co pozwala autorom uzyskać taki, a nie inny efekt. Wiem, po co jest repetycja frazy, czemu wprowadził kosmitów z ich umiejętnością obserwowania wszystkich chwil jednocześnie[1] i użył wszechwiedzącego narratora i zaburzonej chronologii wydarzeń, po co osadził siebie jako bohatera drugoplanowego. I dlatego, że głównie widzę metodę, nie pozwala to mi dać się porwać treści. Oraz groteska. Słabo przyswajam groteskę; w okolicach końca liceum zachwycałam się Vianem i Toporem, teraz nie jestem w stanie przez ten typ literatury przebrnąć.
Autor autobiograficznie zaczyna od rozterek, jakie miał przed spisaniem swoich wojennych wspomnień - że to kolejna książka o wojnie, że nie da się oddać tego chaosu i masakry w taki sposób, aby czytanie było równoważne byciu tam wtedy, że nie ufa już swojej pamięci, która zaciera najbardziej drastyczne szczegóły, że nawet opisując rzeczywistość wiernie, może przemycić czytelnikom ideę bohaterstwa czy doniosłości walki. I chyba to udało mu się doskonale, bo mimo zdawkowości opisu i przykrywania grozy odklejeniem bohatera od rzeczywistości, to nie jest książka przyjemna.
Billy Pilgrim w 1967 roku zostaje porwany przez kosmitów jako eksponat do zoo, co brzmi dość koszmarnie, ale to nie jest najgorszy okres w życiu Billy’ego, który w czasie wojny trafił do niemieckiego obozu jenieckiego i przeżył bombadowanie Drezna. Dzięki uzyskanej od Tralfamadorczyków umiejętności przeżywania wszystkich chwil swojego życia jednocześnie, przestaje żyć w czasie linearnym. Otoczenie traktuje go jak psychicznie chorego, kiedy wspomina o uwięzieniu na innej planecie, mimo że chce tylko uspokoić wszystkich, że wszystko, co złe i dobre po prostu się zdarza.
PS Niestety tłumaczenie Jęczmyka jest bardzo słabe. Sporo kiepskiej frazy, żona bohatera je batoniki “Trzej Muszkieterowie” i “Drogę Mleczną”, ktoś inny z kolei je filadelfijski ser śmietankowy.
[1] Czy właśnie obejrzałam “Watchmen”, gdzie doktor Manhattan tak właśnie postrzegał świat? Przypadek? Nie są^W^WTak. Po Vonneguta sięgnęłam, bo dołączyłam do dyskusyjnego klubu książki i w tym miesiącu wypadło na tego autora.
Inne tego autora tutaj.
#129
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 16, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Na początku był komiks, osadzony w 1985 roku. To świat podobny do naszego, ale z małymi zmianami. Dalej świat żyje w cieniu wyścigu zbrojeń, ale USA trzyma Związek Radziecki w szachu dzięki doktorowi Manhattanowi, amerykańskiemu nadczłowiekowi. Ktoś morduje Komedianta, jednego z Gwardzistów, zamaskowanych bohaterów, którzy od lat 40. dbali o ład na świecie jako zbrojne ramię USA, jeszcze zanim ustawą Keene’a maski zostały zakazane. Ktoś próbuje zabić bogatego przedsiębiorcę Veidta, dawniej znanego jako superbohater Ozymandiasz, na szczęście zamach się nie udaje. Wreszcie media dyskredytują doktora Manhattana, zarzucając mu powodowanie raka u swoich dawnych współpracowników, przez co nadczłowiek ucieka przed ludzkością na Marsa. Rorschach, jedyny wciąż zamaskowany superbohater, wyjęty spod prawa, usiłuje zdobyć współpracę potomków dawnych Gwardzistów - córki Jedwabnej Zjawy i następcy Nocnego Puchacza, żeby odkryć, kto i czemu chce usunąć dawnych strażników porządku.
Komiks, jak to u Moore’a, jest bogaty w wycinki prasowe, kilka historii pobocznych, w tym komiks w komiksie (dzieciak przy budce z gazetami czyta dramatyczną historię o jedynym ocalałym rozbitku, który usiłuje wrócić do domu, żeby uratować swoich bliskich przed piratami); brutalny i smutny w swojej wymowie. O legendach, mniejszym złu (źle?!), traumie i o refleksji, czy można jeszcze zmienić coś w świecie na pięć minut przed zagładą.
Potem był film, w zasadzie klatka po klatce skopiowany z komiksu. Doskonale zrobiony, z idealnie dobranymi aktorami (Jeffrey Dean Morgan w trudnej roli Komedianta), byłby niezłym substytutem oryginalnego tekstu dla tych, co wolą film niż komiks, tyle że zakończenie filmu psuje wszystko: beltvanyavr Irvqg jlflłn an Abjl Wbex zbafgehnyaą bśzvbeavpę, flzhyhwąp ngnx xbfzvgój j pryh cbłąpmravn fvł zbpnefgj qb boebal cemrq avrormcvrpmrńfgjrz m mrjaągem, n avr jnyxą b cemrjntę; j svyzvr flzhyhwr mavfmpmravr obzo boh xenwój cemrm qbxgben Znaunggnan, xgóel mbfgnwr anpmryalz jebtvrz yhqmxbśpv. I nawet nie czepiam się logiki samego zakończenia w filmie, ale po co pieczołowicie odtwarzać komiks, żeby na końcu wprowadzić zmianę?
Współczesny serial wraca do tzw. originu, wprowadzając epizodycznie pojawiającą się w “Strażnikach” postać Zamaskowanego Sędziego, wywodząc jego losy od niewygodnej medialnie masakry w Tulsie w 1921 roku. Akcja właściwa zaczyna się w 2019, policja na mocy ustawy kolejnego senatora z rodu Keene’ów nosi maski, żeby ochronić swoją prywatność. Angela Abar, oficjalnie właścicielka nie otwartej jeszcze restauracji, jest policjantką incognito, używając stroju Siostry Noc. Kiedy ginie jej przyjaciel, szef policji, na miejscu zbrodni znajduje staruszka na wózku inwalidzkim, porozumiewającego się z nią aluzjami; sama nie wie czemu nie przekazuje tej informacji ani kolegom z policji, ani agentce specjalnej Laurie Black (bardzo dawno temu znanej jako Jedwabna Zjawa II). Wraca wątek katastrofy z finału komiksu, w wyniku której kilka milionów nowojorczyków zginęło, a wiele osób do dziś leczy traumy; czytelnicy komiksu wiedzą, kto i czemu ją spowodował, nie dziwi więc pojawiający się równolegle wątek Ozymandiasa i niejako powielający pomysł wątek imperium Trieu.
Tak jak komiks, to ponura historia o odpowiedzialności, walce o dominację i o tym, czy możliwość odczuwania każdego momentu swojego życia (dzień dobry, doktorze Manhattan) pozwoli na uratowanie świata po raz kolejny. I po raz kolejny pada pytanie,
quis custodiet ipsos custodes. Serial jest świetnym i twórczym dopełnieniem komiksu, uwspółcześnionym tam, gdzie trzeba, dodatkowo zgrabnie rozgrywającym wątki rasizmu we współczesnych USA.
#126 (trzy całkiem obszerne tomy komiksu)
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 11, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 2 komentarze
- Skomentuj
To trochę zapomniany i niesłusznie niedoceniany tom, bo w zasadzie nie ma żadnych znanych z innych podcykli bohaterów - magów, wiedźm czy straży. Ale są małe państewka dookoła sporego akwenu wodnego, zamieszkałe przez podobnych ludzi, ale wierzących w różnych bogów - Efeb ze swoim wielobóstwem i filozofami, nie wahającymi się rzucić herezją (oczywiście pod warunkiem, że budynek ma miedziany dach) i Omnia z wiarą w jedynego boga, Oma. Czystości wiary przestrzega brutalna Kwizycja, dbająca o morale wiernych metodami może i brutalnymi, ale gwarantującymi odpracowanie grzechów jeszcze na ziemi. Brutha, nowicjusz zajmujący się ogrodem, niespecjalnie błyskotliwy, za to z ejdetyczną pamięcią, staje się uczestnikiem wyprawy pokojowej do Efebu; problem w tym, że słyszy głos małego, nieco zniszczonego życiem żółwia, który przedstawia się jako jedyny bóg Om, a formę swoją - bo przez Omnian przedstawiany jest jako wielki byk, płonący orzeł czy inne stworzenie o sporych gabarytach - wyjaśnia tym, że tylko Brutha w niego wierzy, mimo całego przedsiębiorstwa religijnego. Wyprawa pokojowa oczywiście okazuje się być krucjatą mającą na celu podporządkowanie pogańskich Efebian, a intryga, grubymi nićmi szyta przez bezlitosnego inkwizytora Vorbisa, sprawia, że Brutha kwestionuje wszystko, w co wierzył. Oprócz samego Oma, bo żółwik jest jak najbardziej realny i nawet zdarza mu się spowodować malutkie wyładowanie elektryczne.
To gorzka opowieść o religii i opresji; o ludziach, którzy zakładają szaty kapłańskie i czują się sami bogami. Oczywiście jest to gorycz kontrapunktowana pratchettowską ironią i przymrużeniem oka, finał daje nadzieję (mimo skomplikowanej rozgrywki wśród bogów). Zawsze może przyjść czas łagodnego proroka, który nie karze, a łagodnie napomina.
Inne tego autora tutaj.
#120-121 (przeczytałam też ponownie Carpe jugulum, gdzie kapłan wspomina proroka Bruthę).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 29, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Podczas przedstawienia “Króla Leara” na scenie na zawał umiera znany aktor, Arthur Leander. Jeevan, który rezygnuje z bycia paparazzim, a chce zostać ratownikiem medycznym, wdziera się na scenę i udziela pierwszego pomocy do przybycia karetki. Wszystko to obserwuje Kirsten, dziecięca aktorka. Aktor umiera, ale nie dlatego ta noc dla wszystkich będzie znacząca - właśnie wybuchła epidemia “gruzińskiej grypy”[1], ogromnie zaraźliwa i nieuleczalnie śmiertelna. Przepełnione szpitale, ludzie próbują wyrwać się z miast w bezpieczne miejsca, coraz więcej śmierci, stopniowo cywilizacja upada - nie ma kto nadzorować fabryk, produkcji prądu, zamiera internet. Właściwa część opowieści, przerywana dygresyjnymi historiami z przeszłości, skupionymi wokół Arthura i jego bliskich, dzieje się dwadzieścia lat później, na opustoszałej ziemi. Kirsten, osierocona przez rodziców, podróżuje z trupą aktorsko-muzyczną, dostarczając ocalałą muzykę klasyczną oraz sztuki Szekspira enklawom ocaleńców. Czasem trafiają do ludzi, którzy są wdzięczni za powiew starego świata, czasem muszą uciekać, napotykając na agresję i zdziczenie. Oczekiwana wizyta w jednej z osad, gdzie zostawili parę przyjaciół, oczekujących dziecka, zmienia ich plany, kiedy okazuje się, że osadę przejął samozwańczy prorok. Uciekają przed nim śladem przyjaciół, do Muzeum, miejsca, gdzie podobno zostały resztki cywilizacji.
Ta opowieść to zgrabnie splecione wątki z życia najpierw aspirującego, potem już sławnego aktora i ludzi, którzy w jego życiu byli. Niektórzy z nich należą do tych 99% ludzkości, która nie przeżyła pandemii, ale ich wpływ na przyszłość żyjących był istotny. Czasem związek jest pretekstowy - Kirsten wozi ze sobą unikatowe komiksy (tytułową “Stację Jedenaście”), tworzone przez wiele lat przez Mirandę, pierwszą żonę Arthura; Clark - przyjaciel i prawnik aktora - ocalał, wsiadając do nieskażonego samolotu do Toronto, żeby zorganizować pogrzeb przyjaciela; wreszcie Jeevan, ostrzeżony przez znajomego, kiedy dowiadywał się tragicznej nocy o życie Arthura, odizolował się z bratem z zapasami wody i jedzenia. Widziałam zarzuty, że książka jest nijaka i o nic w niej w sumie nie chodzi, a związki między ludźmi są przypadkowe i nieznaczące. Częściowo się z tym zgadzam, rzeczywiście nie ma tutaj spektakularnego finału czy zaskoczenia, ale historia jest ciekawa, a samo podejście do pandemii, upadku świata czy wymierania ludzi, którzy są skłonni odczuwać nostalgię za samolotami, telewizją czy internetem - bardzo realne.
[1] Grypy, dodajmy, zlekceważonej początkowo, wszak Gruzja i Rosja są po innej stronie świata. Do pierwszego samolotu z zarażającym pasażerem. Książka jest z 2015, jakbyście się zastanawiali.
Inne tej autorki:
#116
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 14, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Agnes Nitt, która pojawiła się epizodycznie w Panach i damach, znana była z trzech rzeczy: tuszy, pięknego głosu i zmiany imienia na Perdita X. Czterech - po epizodzie z czarownictwem - nie chciała mieć też do czynienia z innymi czarownicami (czytaj: z Babcią i Nianią) do czynienia. Wyprawia się więc do Ankh-Morpork, gdzie zostaje przyjęta do Opery. Niestety, mimo oszałamiającego głosu, nie dostaje roli solistki, tą zostaje Christine, śliczna wiotka blondyneczka, porozumiewająca się wykrzyknieniami i umiejąca mdleć na zawołanie. A że nie umie śpiewać, to mniejsza - Perdita zastąpi ją swoim głosem. Tu włącza się z powrotem Agnes, która cynicznie obserwuje swoje otoczenie - problemy finansowe pana Kubła, właściciela Opery, opóźnionego Waltera, zamiatacza, ambitnego muzyka Andre i wreszcie kolejne zbrodnie popełniane przez Upiora w Masce. I tu do akcji włączają się Babcia Weatherwax i Niania Ogg, które po długiej i ciekawej podróży dyliżansem docierają do Ankh-Morpork, bo brakuje im trzeciej wiedźmy do kworum.
To nie jest najlepszy tom w cyklu o wiedźmach, ale też i nie najgorszy. Niania Ogg publikuje książkę kucharską, co prowadzi do szeregu zabawnych sytuacji z podtekstem erotycznym (i daje obu wiedźmom zasoby finansowe konieczne do rozwiązania tajemnicy Upiora), a Greebo wraca na trochę do swojej ludzkiej postaci. W warstwie bardziej poważnej jest o maskach i udawaniu - grubej dziewczynie, która składa się z chudej dziewczyny i dużej ilości czekolady, wielkim śpiewaku, który nie może występować pod własnym nazwiskiem czy wreszcie o ułudzie opery i o tym, co się dzieje, kiedy ukazują się prawdziwe twarze.
Inne tego autora tutaj.
#82
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 1, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 2 komentarze
- Skomentuj
Nieustająco zachwyca mnie, jak bardzo różnorodne i inne od wszystkiego, co znam, są światy Miéville’a (oraz oczywiście to, że w jego głowie na pewno są jeszcze inne, jeszcze dziwniejsze). Toromorze to twór nieogarnialny dla swoich mieszkańców, empiria mocno walczy z legendami, najcenniejszą niematerialną walutą. Dwa poziomy nieba, przy czym nadniebie, w którym żyją przerażające potwory, jest pełne toksyn z dawno zakończonej epoki przemysłowej. Dwa poziomy ziemi, gdzie w podziemiu - ukrywającym szczątki dawnej cywilizacji, “odzysk” - ryją zmutowane zwierzęta, dramatycznie niebezpieczne, ale też będące Filozofią i źródłem pożywienia. Na tym nabudowany jest świat właściwy - wydająca się nie mieć końca plątanina torów, na której przemieszczają się toromorscy żeglarze w pociągach[1] oraz archipelag rzadko rozrzuconych wysepek z niezniszczalnego gruntu, na których żyją ludzie w małych państwach.
Nastoletni Sham chciał być odzyskiwaczem, ale wylądował jako pomocnik lekarza na kretowniku, ogromnym pociągu z załogą polującą na kretoryje, przerażające ogromne przedwieczne zwierzęta; pani kapitan, pozbawiona podczas jednego z polowań ręki, ma idee fixe odnalezienia i zabicia największego kretoryja w kolorze kości słoniowej (białego, ale nie do końca). Niedopasowany nastolatek przypadkiem trafia na zaginiony pociąg, w którym są dokumenty świadczące o odnalezieniu krańca znanego świata, to staje się z kolei jego życiową Filozofią. Trafia na osierocone rodzeństwo poszukiwaczy, Calderę i Caldera i … wcale razem nie wyruszają na spotkanie przygody, bo autor ma zupełnie inny zamysł na całą historię, puszczając do czytelnika oko.
To powieść raczej młodzieżowa, chociaż - ze względu na to, że awanturnicza - krew się czasem leje, ale w takim starym dobrym stylu morskich opowieści. Uwielbiam przetworzenie zarówno literackich tropów (oczywiście Melville, ale i Defoe, Stevenson, Aiken, Le Guin i Strugaccy), jak i społecznych - wielkich korporacji dzielących między siebie świat, żeby postawić kolejną fabrykę, kolejną plantację, kolejny kilometr torów, które kiedyś (może) staną się częścią Toromorza.
[1] Załoga cięła, odrywała, obierała &[2] piłowała. Postękiwali & podśpiewywali szanty, “Z pijanym palaczem co zrobimy” (...)
[2] W dawnych czasach nie wszystkie słowa zapisywano tak jak teraz. Kiedyś słowo “&” wyglądało inaczej, było krótsze & pozbawione pętelki. Teraz wydaje się to szaleństwem. Ale naprawdę tak było & nic na to nie poradzimy”. Jakże ładnie autor przemyca to, że bohaterowie żyją na zrębie naszej cywilizacji, na pogorzelisku po biznesowych wojnach, a “nasze myśli to odzysk ze śmietnika historii, nasz umysł to urządzenie przetwarzające chaos na opowieść”.
Inne tego autora.
#67
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 31, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przeczytałam (chyba po raz czwarty, ale niczego nie żałuję) Wyprawę czarownic, bo akcja “Panów i dam” rozpoczyna się od razu po powrocie trzech wiedźm z Genoi (i odwiedzin u słonia). Magrat wścieka się na Babcię i Nianię, bo nie chcą jej wyjaśnić, co się kryje za Tancerzami, kromlechami ustawiony w krąg w lancranckim lesie, rzuca więc czarownictwo i przenosi do zamku, gdzie Verence II zorganizował już wszystko, łącznie z ustaleniem terminu, na nadchodzący ślub młodej pary. Życie przyszłej królowej jest może i prestiżowe, ale… nudne. Obraza jej nieco mija, kiedy okazuje się, że nierozważna nastolatka przyciągnęła do Lancre Elfy, piękne, eleganckie, magiczne stworzenia, które chcą ludzi nieco sponiewierać, zanim ich zabiją. Na ślubie królewskiej pary, uświetnionym przedstawieniem w wykonaniu lokalnych talentów, pojawiają się też magowie z Niewidocznego Uniwersytetu - Myślak Stibbons, Kwestor, Bibliotekarz oraz sam rektor Mustrum Ridcully, pochodzący z Lancre i niegdyś przez chwilę zaangażowany z Esme Weatherwax[1]. Magrat wpada w furię ponownie, kiedy znajduje list wyjaśniający, skąd propozycja ślubu; a że jednocześnie na zamek (i całe Lancre) jest pełen Elfów, Magrat przekuwa złość w waleczność za sprawą zbroi legendarnej[2] królowej Ynci. Do pokonania Elfów (wiem, zdradzam fabułę, ale na litość, ta książka ma prawie 30 lat, ogarnijcie się) przydaje się obecność Casanundy, drugiego największego kochanka na Dysku, oraz pszczół.
Szekspir też był tutaj grany, mimo sugestii narratora, że “Sen nocy letniej” nie byłby wcale chwytliwym tytułem. Historia odwiecznych, choć zapomnianych istot, obecnych w przetworzonych ludowych legendach, z czarownicami, które jako jedyne pamiętają i dzięki temu mogą obronić świat. Całość nie jest może tak zabawna jak poprzedni tom, ale ma swoje mocne momenty (wychodek w garderobie, oczekiwanie na dostarczenie “Sztuki miłości”, taniec z kijami i wiadrami jako czynnik rozpraszający czy megality, tworzące Wielkiego Stukacza).
[1] Mam wrażenie, że to powielenie wątku z Równoumagicznienia, gdzie Babcia zaprzyjaźniła się (chociaż już w wieku dojrzałym) z ówczesnym rektorem Cutanglem; oczywiście to bardzo kreatywne użycie narracji, bo dzięki temu pojawia pomysł - użyty potem w “Bogach, honorze, Ankh Morpork” - nogawek czasu. Wiecie, to co mamy teraz, kiedy ze smutkiem patrzymy na zapisane w kalendarzu spotkania i wyjazdy, które nagle już nie są aktualne z powodu pandemii. W czwartek nie wyjeżdżam na Rugię, a Wy gdzie nie będziecie?
[2] Czytaj: nieistniejącej. Ale to nikomu nie przeszkadza.
Inne tego autora tutaj.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 2 komentarze
- Skomentuj
Fabuła zaczyna się podobnie jak w “Księciu mgły” - w 1937 roku Simone, zubożała wdowa z dwójką dzieci, przeprowadza się z Paryża na normandzką prowincję, bo dostała ofertę pracy jako ochmistrzyni u bogatego, acz ekscentrycznego fabrykanta zabawek, Lazarusa. Starsza córka Irene, piętnastolatka, spotyka o rok starszego Ismaela, kuzyna kucharki Lazarusa, Hannah; oczywiście młodzi się w sobie zakochują. Simone jest zachwycona pracą, aczkolwiek spostrzega wiele niepokojących rzeczy w rezydencji Lazarusa - automaty, które wyglądają jak ludzie, tajemnicze listy, wreszcie zamknięte skrzydło posiadłości, gdzie od 20 lat wegetuje śmiertelnie chora żona pracodawcy. Mroczna tajemnica łączy się z przeszłością - jest legenda o człowieku bez cienia i opowieść o dziecku, zamkniętym na tydzień w piwnicy. Kiedy ciekawska Hannah otwiera tajemniczy flakonik, mroczny cień atakuje ją i dziewczyna w efekcie ginie. Irene i Ismael chcą odkryć tajemnicę posiadłości, ale śmierć grozi też Simone i jej młodszemu dziecku, Dorianowi.
To nie jest zła książka, ale dość wtórna i raczej do jednorazowego przeczytania.
Inne tego autora tutaj.
#39
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 29, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj