Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Zmiany, zmiany, zmiany

Wczoraj pierwszy dzień wolności. Wróciłam jednak tam, gdzie poza urlopami[1] i weekendami spędzałam ostatnie 8 1/2 (słownie: osiem i pół, prawie tyle, co studia i liceum w sumie) roku swojego świadomego życia. Wróciłam tylko po to, żeby zostawić wyglądającą jak pokwitowanie zamówienia kopię zwolnienia lekarskiego i usłyszeć od szefa dawno oczekiwane "Teraz to już nie Twoje zmartwienie, masz odpoczywać, ale pewnie będziemy dzwonić i pisać". Spakowałam w karton śmieci zalegające mi na biurku w Fabryce. Dwa nigdy nie domywane kubki (kolejne dwa zostawiłam w korposzafce, którą obiecali obkleić taśmą dla bezpieczeństwa, a trzeci ma P.). Dawno nie używany lunchbox (niestety, brakowało na niego trzeciej ręki, żeby po podejściu do drzwi znaleźć kartę magnetyczną metodą grzebania w subtelnej damskiej torebce[2], jak również nie mieściło się większe pudełko plastikowe z IKEI). Złoty smok z kulą. Gliniany golemik. Sterta wizytówek do wyrzuc przejrzenia. Pudełko z własną, dobrą herbatą (o której i tak co dzień zapominałam, pijąc fabryczną w torebkach). Kotrolka. Blaszane pudełko po ciastkach. Zapasowe pantofle na absurdalnej szpilce na okoliczność spotkań (chyba z wigilii mi zostały). Zostawiłam podróbkę Geomaga, kupionego do pracy w czasach, jak jeszcze można było przeznaczyć pół godziny na odreagowanie stresu. Plakaty kupione co najmniej 8 przeprowadzek temu, kiedy jeszcze można było coś powiesić na ścianie bez groźby ostrzegającego emaila z działu administracja. Stertę papierów, którą powinnam (i pewnie przy następnej wizycie to zrobię) wrzucić do niszczarki. Zeszyty z notatkami, pewnie jak wyżej. Stempelek z napisem "Complete and Utter Bullshit", który w domu mi się nie przyda.

To cholernie odświeżające, a jednocześnie przeraźliwie smutne. Naznosiłam do pracy śmieci jak nie przymierzając narzeczona tow. Winnickiego i teraz mam problem, żeby się tego pozbyć. Zazdroszczę A., który na biurku trzyma kubek ze zdjęciem swojej żony, a rotacyjną stertę papierów dzień w dzień wkłada do torby i zabiera do domu (zapewne niezgodnie z którymś - pun intended - ustępem polityki bezpieczeństwa). To zdrowe, móc wyjść tak od ręki, nie zostawiając po sobie nic. Nauczę się tego przez najbliższe półtora roku. Mam nadzieję.

[1] Pomyśleć, że swego czasu przehandlowałam chyba 30 dni urlopu[3], na który i tak nie mogłam sobie pozwolić ze względu na za dużo pracy i brak pieniędzy na wyjazd. Pieniądze rozeszły się na święta, a kadry odetchnęły. Teraz, jak o tym myślę, ręka mi się sama rwie do popukania się w głowę (kisiel zamiast mózgu, jak nic - absurdalny mi się wydawał wpis na liście obecności, oznajmiający, że przez półtora miesiąca jestem oficjalnie na urlopie). Podobnie jak pomyślę, że łaziłam do pracy z grypami, utratą głosu (musiało to być naprawdę przezabawne, jak szeptałam do słuchawki bądź w twarz moronom, żeby wysłali maila, bo nie mogę rozmawiać, a oni dalej dzwonili i przychodzili), paskudnymi uczuleniami, bo beze mnie się zawali. Przez te ponad 8 lat miałam chyba jedno zwolnienie lekarskie na 5 dni (albo dwa, nie pamiętam już).

[2] Czemuż ach czemuż bez względu na liczbę kieszonek i próby wkładania najpotrzebniejszych rzeczy w Te Same Miejsca, najsprawniejszym sposobem szukania jest wytrzepanie zawartości na podłogę? Dodam, że nie mam specjalnie cudności w torbie - ot, książka bądź dwie, notes w kotki, zapasowa para skarpetek, karta otwierająca drzwi, kilka luźnych (i zwykle pogniecionych dokumentów), portfel, telefon, klucze, centymetr, krem, czasem jakiś kosmetyk typu puder, szminka czy cienie do powiek, jak nie zdążę rano opanować twarzy przed lustrem, ewentualnie dorzucane w ostatniej chwili artefakty typu książki czy DVD na wymianę z kimś w pracy. Mam na imię Zuza i nie ogarniam mojej torebki.

[3] Szczęśliwie, dotarło do mnie, że urlop rzecz święta i zaczęłam skrzętnie wykorzystywać co do dnia. Ba, nawet zdarzyło mi się wziąć urlop na żądanie kilka razy (fakt, na śp. kota Herę, nie dla siebie). Ale i tak.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 27, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj

« Po deszczu - Janwillem van de Wetering - Siła wyższa »

Komentarze

Nie ma jeszcze komentarzy.

Skomentuj

Ten formularz jest chroniony przez reCAPTCHA. Obowiązują Polityka prywatności i Warunki korzystania z usługi Google.