Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Mroczny rycerz

Jak obiecali, tak uczynili - jest mrocznie. Krew się lej strumieniami, przestępcy są absolutnymi sukinsynami i nie jest mi ich nawet przez chwilę żal, nawet jak wciskają rzewne historyjki o ciężkim życiu, amen. Ostrożnie zgadzam się, że to jeden z lepszych Batmanów, tylko ten Bale jest drętwy jak kloc drewna (i sprawne oko w twarzy Twoface). Maggie Gyllenhaal wnosi trochę inteligentnego powiewu, bo może i żadna z niej piękność, ale przynajmniej nie jest omdlewającym cielęciem jak inne panny Batmana. Drugoplanowo dopracowany - kocham Caine'a, nietypowo dobrodusznego Oldmana i błyskotliwie inżynierskiego Freemana. Zabawny w epizodach - cameo Cilliana Murphy, genialny epizod z dużym Afroamerykaninem na promie i urocza warstwa tekściarska ("The Lamborghini then, much more subtle"). I zamach - wiadomo, że same efekty filmu nie zrobią, ale ładnie obudują coś, co już jakąś treść ma.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 13, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zelig

Historia człowieka, który nie był sobą zaczyna się w 1928 roku. Lou Zelig za wszelką cenę chce być taki jak inni. Do tego stopnia, że upodabniał się do ludzi, z którymi przebywał - w towarzystwie ciemnoskórych był ciemnoskóry, Azjatów - Azjatą, grubych - otyłym (a prywatnie był nowojorskim Żydem). Gazety nazywały go człowiekiem-kameleonem, a liczny psychiatrzy zlokalizowaną u niego przypadłość psychiczną chcieli wyleczyć.

Nie jest to film w ścisłym tego słowa znaczeniu, to dokument. O historii Zeliga opowiadają ludzie, którzy go znali, komentarzami są nagłówki i pierwsze strony gazet z epoki, a jedyne typowo filmowe wstawki to archiwalne dokumenty, pokazujące zarejestrowane fragmenty z życia Zeliga i dr Fletcher; wszystko ubrane w allenowe poczucie humoru ("Ku Klux Klan widział w Zeligu potrójne niebezpieczeństwo - mógł być jednocześnie Żydem, Murzynem i Indianinem").

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 10, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 4 komentarze - Skomentuj


Zelig

Historia człowieka, który nie był sobą zaczyna się w 1928 roku. Lou Zelig za wszelką cenę chce być taki jak inni. Do tego stopnia, że upodabniał się do ludzi, z którymi przebywał - w towarzystwie ciemnoskórych był ciemnoskóry, Azjatów - Azjatą, grubych - otyłym (a prywatnie był nowojorskim Żydem). Gazety nazywały go człowiekiem-kameleonem, a liczny psychiatrzy zlokalizowaną u niego przypadłość psychiczną chcieli wyleczyć.

Nie jest to film w ścisłym tego słowa znaczeniu, to dokument. O historii Zeliga opowiadają ludzie, którzy go znali, komentarzami są nagłówki i pierwsze strony gazet z epoki, a jedyne typowo filmowe wstawki to archiwalne dokumenty, pokazujące zarejestrowane fragmenty z życia Zeliga i dr Fletcher; wszystko ubrane w allenowe poczucie humoru ("Ku Klux Klan widział w Zeligu potrójne niebezpieczeństwo - mógł być jednocześnie Żydem, Murzynem i Indianinem").

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 10, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Tresura

Kot przyszedł o 8 z niejaką pretensją, że jeszcze nie wstałam i miska pusta. Zestresowałam się, bo nie zdarza mi się zapomnieć nastawić budzika (do tego stopnia, że budzę się w nocy i sprawdzam, czy włączony), zwlekłam się do kuchni z kotem uprawiającym slalom między moimi nogami. Otwierając foremkę Sheby zorientowałam się, że dziś sobota i nic nie muszę.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 9, 2008

Link bezpośredni - Kategorie: Koty, Różne - - 4 komentarze - Skomentuj


Tresura

Kot przyszedł o 8 z niejaką pretensją, że jeszcze nie wstałam i miska pusta. Zestresowałam się, bo nie zdarza mi się zapomnieć nastawić budzika (do tego stopnia, że budzę się w nocy i sprawdzam, czy włączony), zwlekłam się do kuchni z kotem uprawiającym slalom między moimi nogami. Otwierając foremkę Sheby zorientowałam się, że dziś sobota i nic nie muszę.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 9, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


666, the number of the beast

Narażę się, wiem. Ale co ja poradzę, że za każdym razem, jak jadę na wschód, wszystko mnie niezmiernie bawi. Czuję, jakbym pojechała za granicę i bardzo dziwi mnie, że wszyscy wokół mówią po polsku i można płacić złotówkami. Na jednej i tej samej ulicy numery rosną do momentu, kiedy to Etiudy Rewolucyjnej przechodzi zupełnie znienacka w Miłobędzką i zaczyna numerację od 1 (za to zaraz obok jest Maklakiewicza, co znajduję zabawnym). I myjnie bezdotykowe mają (wprawdzie poowijane taśmą, więc chyba nieczynne, ale u nas to przynajmniej guzik włączający trzeba dotknąć, wot technika).

Z okazji imprezy, która wczoraj miała miejsce, nieodmiennie mnie zastanawia, czemu na każdym koncercie albo staje przede mną najwyższy człowiek w okolicy, albo ktoś z nadczynnością ruchową, który kiwa się i zasłania mi wszystko raz z jednej strony, raz z drugiej. Odpowiedź, że to konsekwencja mojego mizernego wzrostu, odrzucam jako niezorganizowaną. Podbudowałam się nieco, bo okolica wyjąca refreny fałszowała bardziej niż ja (nie żeby to komuś przeszkadzało). A widok 30-tysięcznego tłumu na stadionie jest wart wszystkich pieniędzy, zapewne dlatego nie wpuszczali z aparatami fotograficznymi.

Czy o jakości restauracji świadczy to, że zapamiętałam głównie łazienkę? Jedzenie w Bar a Boo nie było powalające, ale przyzwoite, natomiast łazienka wyłożona czarną mozaiką, lustro w suficie, umywalka składająca się z płaskiej płyty i kurs włoskiego lecący z taśmy to jest rzecz warta zobaczenia/usłyszenia. W moim rankingu knajpianych łazienek ląduje na miejscu drugim (po całkowicie wyłożonej lustrami łazience w jednej z restauracji w Taipei).

A dzisiaj przejeżdżaliśmy pod drutem prądowym, na którym ktoś zawiesił gałąź jemioły. Ciekawe, kto z kim chciał się pod tym całować.

EDIT: W zasadzie to zapomniałam, że miałam do tytułu nawiązać. Bestie mieszkają w Amsterdamie i to całkiem zamożnie:

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 9, 2008

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: amsterdam, holandia - 5 komentarzy - Skomentuj


666, the number of the beast

Narażę się, wiem. Ale co ja poradzę, że za każdym razem, jak jadę na wschód, wszystko mnie niezmiernie bawi. Czuję, jakbym pojechała za granicę i bardzo dziwi mnie, że wszyscy wokół mówią po polsku i można płacić złotówkami. Na jednej i tej samej ulicy numery rosną do momentu, kiedy to Etiudy Rewolucyjnej przechodzi zupełnie znienacka w Miłobędzką i zaczyna numerację od 1 (za to zaraz obok jest Maklakiewicza, co znajduję zabawnym). I myjnie bezdotykowe mają (wprawdzie poowijane taśmą, więc chyba nieczynne, ale u nas to przynajmniej guzik włączający trzeba dotknąć, wot technika).

Z okazji imprezy, która wczoraj miała miejsce, nieodmiennie mnie zastanawia, czemu na każdym koncercie albo staje przede mną najwyższy człowiek w okolicy, albo ktoś z nadczynnością ruchową, który kiwa się i zasłania mi wszystko raz z jednej strony, raz z drugiej. Odpowiedź, że to konsekwencja mojego mizernego wzrostu, odrzucam jako niezorganizowaną. Podbudowałam się nieco, bo okolica wyjąca refreny fałszowała bardziej niż ja (nie żeby to komuś przeszkadzało). A widok 30-tysięcznego tłumu na stadionie jest wart wszystkich pieniędzy, zapewne dlatego nie wpuszczali z aparatami fotograficznymi.

Czy o jakości restauracji świadczy to, że zapamiętałam głównie łazienkę? Jedzenie w Bar a Boo nie było powalające, ale przyzwoite, natomiast łazienka wyłożona czarną mozaiką, lustro w suficie, umywalka składająca się z płaskiej płyty i kurs włoskiego lecący z taśmy to jest rzecz warta zobaczenia/usłyszenia. W moim rankingu knajpianych łazienek ląduje na miejscu drugim (po całkowicie wyłożonej lustrami łazience w jednej z restauracji w Taipei).

A dzisiaj przejeżdżaliśmy pod drutem prądowym, na którym ktoś zawiesił gałąź jemioły. Ciekawe, kto z kim chciał się pod tym całować.

EDIT: W zasadzie to zapomniałam, że miałam do tytułu nawiązać. Bestie mieszkają w Amsterdamie i to całkiem zamożnie:

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 9, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ale

Wyjrzałam wczoraj z łazienki, refleksyjnie oparłam się o ścianę i zapytałam, czy dzisiaj odpowiedź na moje standardowe pytanie też by brzmiała "Grubo, ale ładnie". By brzmiała.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 6, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 2 komentarze - Skomentuj


Ale

Wyjrzałam wczoraj z łazienki, refleksyjnie oparłam się o ścianę i zapytałam, czy dzisiaj odpowiedź na moje standardowe pytanie też by brzmiała "Grubo, ale ładnie". By brzmiała.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 6, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


On the road

W samochodzie mam przemyślenia. Rano zwykle patrzenie się tępo przez szybę i słuchanie kątem ucha radia to jakaś forma rozruchu przez pracą, kiedy jeszcze nie muszę być w pełni władz umysłowych i tryskać błyskotliwością. Przemyślenia są od zupełnie absurdalnych (to nie fair, że bociany jedzą myszy i żaby, przecież myszy to ssaki, a żaby to płazy[1]) do takich bardziej egzystencjalnych (czemu mam wrażenie, że urodziłam się w złym czasie i w złym miejscu, żeby uczestniczyć w jakichś rzeczach, o których potem krążą legendy[2], bo teraz to wszystko już było i nawet tęcza nad wioską jest czarno-biała). Czasem wpadam w tryb Mamonia i rejestruję wszystko, co widzę, na zasadzie kolejnych zdjęć na kliszy[3]; zwłaszcza w taki tryb wpadam na autostradzie, kiedy między szybko mijanymi eksponatami nie mam mocy, żeby poskładać to w jakąś całość.

Potem dojeżdżam na miejsce i mi się przemyślenia kończą (zwłaszcza jeśli przyjeżdżam do pracy).

[1] Aż musiałam sprawdzić, czy aby nie gad.

[2] Jak na przykład historie z tras koncertowych Pink Floyd, zwłaszcza z tych, kiedy nie wszystko poszło jak trzeba[4]. A to wybuchło pudełko symulujące wybuchy, a to zerwała się dmuchana krowa, naruszając przestrzeń powietrzną Wielkiej Brytanii i ostatecznie lądując na polu flegmatycznego holenderskiego rolnika.

[3] Wiatraki. Niemieckie nazwy miejscowości - Bad Saarow-Pieskow (nieustająco mnie śmieszy, mimo że wiem, że Bad to od kąpieliska, ale i tak przechodzę przez angielski i mam wizję Helgi ze szpicrutą, krzyczącej "Bad Saarow! Bad") czy inny Koenigslutter i Ochtrup. Kot na parapecie okna. Maliny się kończą. Te rzeczy.

[4] To, co nie idzie jak trzeba, zawsze się pamięta jakoś mocniej. Ot choćby fajerwerki 20 sierpnia 2006 na naddunajskich bulwarach, kiedy to oprócz fajerwerków rozpętała się burza, trzy ofiary śmiertelne, a następnego dnia rano o 7 przyszedł niespokojny sms od Hanki z pytaniem, czy żyjemy. Żyliśmy i byliśmy jedynie nieco rozbawieni zaistniałą sytuacją (lemingami, piaskiem za bielizną, przemoczonymi paszportami, ludźmi owiniętymi w obrusy z restauracji), a wydarzenie zostało jako naprawdę silny punkt tego wyjazdu.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 6, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 1 komentarz - Skomentuj