Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Terry Pratchett - Zimistrz

Na minus - seria o Tiffany Obolałej (lub w poprzednim srogim tłumaczeniu - Akwili Dokuczliwej) jest słabiutka. Ale dzięki zastosowaniu dużej dawki Nac Mac Feegli, babci Weatherwax i Niani Ogg jest nawet dość strawna. Tiffany mimo swojej wiedzy głowologicznej impulsywnie wtrąca się do odwiecznego tańca pór roku, zastępując Lato, przez co władca Zimy się w niej zakochuje. A potem to trzeba odkręcić. Feegle są zabawni i nie wiedzieć czemu przypominają mi kolegę Y., który wprawdzie nie jest non stop pijany, nie tłucze wszystkiego, co popadnie i nie ma specjalnych problemów z czytaniem, ale cały czas mam jego obraz z pomalowaną na niebiesko twarzą, rozwianymi włosami i kiltem. Z całym szacunkiem.

Inne tego autora tutaj.

#21

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


16 cech wspólnych - Roman Jaworski

Ciężko było być kobietą wyzwoloną w PRL-u. Albo dziewczę trafiało w tzw. złe środowisko (i albo piło z półświatkiem, albo stanowiło żeńską służbę rozrywkowo-erotyczną), albo próbowało robić karierę (również przez łóżko). Kryminał jest przewrotny, bo kobieta inwestująca zarobione ciężką pracą pieniądze w złote precjoza i zabytkowe sztućce z porcelanowymi trzonkami w kwiatki - ginie, zaś dziewczyna z półświatka, która niechcący ociera się o kilka zbrodni - ma szansę wyjść na ludzi.

Ścieżka zbrodni oznaczona jest wspomnianymi wyżej sztućcami w niebieskie kwiatki. Najpierw zostają ukradzione w brawurowym napadzie na Desę (prawie jak w "Vabanku"), potem łyżeczka z kompletu znajduje się w mieszkaniu zamordowanej kobiety, następnie u zamordowanego handlarza antykami, a na samym końcu - w miejscu, gdzie bandyci napadli na studenta.

Książka w zasadzie wyprana z jakichkolwiek bardziej osobistych elementów - ot, milicjanci palą giewonty i inne sporty.

#20

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2008, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


16 cech wspólnych - Roman Jaworski

Ciężko było być kobietą wyzwoloną w PRL-u. Albo dziewczę trafiało w tzw. złe środowisko (i albo piło z półświatkiem, albo stanowiło żeńską służbę rozrywkowo-erotyczną), albo próbowało robić karierę (również przez łóżko). Kryminał jest przewrotny, bo kobieta inwestująca zarobione ciężką pracą pieniądze w złote precjoza i zabytkowe sztućce z porcelanowymi trzonkami w kwiatki - ginie, zaś dziewczyna z półświatka, która niechcący ociera się o kilka zbrodni - ma szansę wyjść na ludzi.

Ścieżka zbrodni oznaczona jest wspomnianymi wyżej sztućcami w niebieskie kwiatki. Najpierw zostają ukradzione w brawurowym napadzie na Desę (prawie jak w "Vabanku"), potem łyżeczka z kompletu znajduje się w mieszkaniu zamordowanej kobiety, następnie u zamordowanego handlarza antykami, a na samym końcu - w miejscu, gdzie bandyci napadli na studenta.

Książka w zasadzie wyprana z jakichkolwiek bardziej osobistych elementów - ot, milicjanci palą giewonty i inne sporty.

#20

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Sierociniec

Nie boję się, kiedy krew leje sie strumieniami, stukają się samochodami albo goni płonące zombie. Ale straszliwie boję się starych, skrzypiących domów[1] ze schodami, zamykającymi się nagle drzwiami i pękającymi szybami. I, mimo braku instynktu macierzyńskiego, uważam za zupełnie nie fair straszenie dziećmi. Mimo to "Sierociniec" mi się podobał i funkcję straszenia odpracował uczciwie (chociaż jechał straszliwymi stereotypami rodem z bajek braci Grimm).

Laura spędziła kilka lat w sierocińcu, po czym została adoptowana. Po latach z mężem i kilkuletnim synem Simonem wraca do miejsca, skąd pochodziła, kupuje budynek sierocińca i planuje stworzyć w nim rodzinny dom dla dzieci z upośledzeniami. Syn szybko zastępuje swoich wyimaginowanych przyjaciół nowym wyimaginowanym przyjacielem, Tomasem, który żyje w grocie nad morzem. Potem pojawia się straszliwa staruszka w okularach jak denka od butelek, podająca się za opiekunkę społeczną, i wyciąga skrywaną tajemnicę - Simon nie dość, że jest adoptowany, to jeszcze ciężko chory. Gdy na powitalny bal maskowy przyjeżdżają dzieci i ich dotychczasowi opiekunowie, po kłótni z matką znika Simon, a zamiast niego pojawia się dziwne dziecko w masce, którego poza Laurą nikt nie widzi. Gdy policja, psycholog i mąż rozkładają ręce, Laura szuka pomocy u medium. Ostatecznie zostaje sama, żeby odkryć pogrzebaną przed laty tajemnicę jej małych przyjaciół, Tomasa i zniknięcia Simona.

Dla chętnych spoilery:
Anwcvrej bxnmhwr fvę, żr fgnehfmxn Oravtan olanwzavrw avr wrfg m jlqmvnłh bcvrxv, mn gb pmnv fvę j abpl j fmbcpr, qmvreżąp łbcngę j qłbav. Cb mntvavępvh Fvzban, Ynhen mnhjnżn wą j zvrśpvr, cpunwąpą qmvrpvępl jómrx, jbłn, cb pmlz fgnehfmxę ebmwrżqżn xnergxn cbtbgbjvn. Ząż Ynhel ceóohwr ebovć bsvremr fmghpmar bqqlpunavr (zvzb żr fgnehfmxn zn bqłnznaą fmpmęxę (pb jmohqmvłb avrwnxv raghmwnmz j xvavr). J jómxh, pb mnhjnżn glyxb Ynhen, olłn ynyxn j vqraglpmarw znfpr pb qmvjar qmvrpxb, mnzlxnwąpr wą j łnmvrapr v zvnżqżąpr wrw cnypr. J qbzh fgnehfmxv manwqhwą xeążxv gnśzl, antenar j fvrebpvńph - cbxnmhwą xbyrtój v xbyrżnaxv Ynhel, onjvąplpu fvę m qmvjalz qmvrpxvrz. Qmvrpxb gb Gbznf, fla fgnehfmxv, n znfxę (m thmvxvrz mnzvnfg bxn) abfv qyngrtb, żr zn mqrsbezbjnaą gjnem (póż mn śjvrgan cflpubybtvn). Qmvrpv ebovą zh qbjpvc, cebjnqmą qb tebgl, cb pmlz mqrwzhwą znfxę v cngemą, pml jlwqmvr an śjvngłb qmvraar. Avr jlpubqmv, n pvnłb manwqhwą hgbcvbar cb cemlcłljvr. Ghgnw antyr jfmlfpl, łąpmavr m cbyvpwą, mncbzvanwą węmlxn j tęovr v avr jlwnśavnwą, pb qmvnłb fvę m qmvrćzv qnyrw. Zrqvhz (śjvrgan ebyn Trenyqvar Puncyva), fcebjnqmbar cemrm Ynheę, jlpmhjn hzvrenwąpr v xemlpmąpr qmvrpv. Ynhen, joerj fprcglplmzbjv zężn, mnpmlan onjvć fvę j fmhxnavr fxneoh m gnwrzavpmlz qmvrpxvrz j znfpr v bqxeljn j fmbcpr fcbcvrybar xbśpv wrw eójvrśavxój (xgóelpu mncrjar mnzbeqbjnłn żąqan xejv Oravtan). An fnzlz xbńph manwqhwr tnłxę, xgóeą bgjvren qemjv hxelgr j fpubjxh. Gnz zvrfmxnł hcbśyrqmbal Gbznf v gnz manwqhwr fjbwrtb flan, Fvzban, xgóel fpubjnł fvę cemrq avą cb xłógav, n cbgrz avr zótł jlwść, ob avrpupąpl cbqpmnf cbfmhxvjnń mnoybxbjnłn jlwśpvr. Fvzba crjavr ceóobjnł jlwść v cbqpmnf glpu ceóo fcnqł j pvrzabśpv mr fpubqój v hzneł. Bqtłbf hcnqxh Ynhen jmvęłn mn qhpul, mnzvrfmxhwąpr qbz, n xvrql qb avrw gb qbpvren, łlxn jfmlfgxvr gnoyrgxv an hfcbxbwravr, xgóer zn. J jrefwv m unccl-raqrz jlcbjvnqn żlpmravr, Fvzba wrfg żljl v bżljnwą jfmlfgxvr mnzbeqbjnar j qbzh qmvrpv, n Ynhen zbżr mbfgnć m avzv wnxb bcvrxhaxn. J jrefwv qyn enpwbanyvfgój - ząż cemlpubqmv an teóo cbłbżlć xjvngxv qyn fmófgxv qmvrpv, Ynhel v Fvzban. Gur raq.

[1] Dom, dodam, jest urody przecudnej. Wielki, dwupiętrowy, ze schodkami, tarasem, pięknymi, wysokimi oknami, a w środku przestrzeń - wysokie sufity, piękne klatki schodowe i sypialnie na kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Czemu w takim domu nie kręci się komedii koledżowych, a horrory? Czemuż ach czemuż?

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 4 komentarze - Skomentuj


Sierociniec

Nie boję się, kiedy krew leje sie strumieniami, stukają się samochodami albo goni płonące zombie. Ale straszliwie boję się starych, skrzypiących domów[1] ze schodami, zamykającymi się nagle drzwiami i pękającymi szybami. I, mimo braku instynktu macierzyńskiego, uważam za zupełnie nie fair straszenie dziećmi. Mimo to "Sierociniec" mi się podobał i funkcję straszenia odpracował uczciwie (chociaż jechał straszliwymi stereotypami rodem z bajek braci Grimm).

Laura spędziła kilka lat w sierocińcu, po czym została adoptowana. Po latach z mężem i kilkuletnim synem Simonem wraca do miejsca, skąd pochodziła, kupuje budynek sierocińca i planuje stworzyć w nim rodzinny dom dla dzieci z upośledzeniami. Syn szybko zastępuje swoich wyimaginowanych przyjaciół nowym wyimaginowanym przyjacielem, Tomasem, który żyje w grocie nad morzem. Potem pojawia się straszliwa staruszka w okularach jak denka od butelek, podająca się za opiekunkę społeczną, i wyciąga skrywaną tajemnicę - Simon nie dość, że jest adoptowany, to jeszcze ciężko chory. Gdy na powitalny bal maskowy przyjeżdżają dzieci i ich dotychczasowi opiekunowie, po kłótni z matką znika Simon, a zamiast niego pojawia się dziwne dziecko w masce, którego poza Laurą nikt nie widzi. Gdy policja, psycholog i mąż rozkładają ręce, Laura szuka pomocy u medium. Ostatecznie zostaje sama, żeby odkryć pogrzebaną przed laty tajemnicę jej małych przyjaciół, Tomasa i zniknięcia Simona.

Dla chętnych spoilery:
Anwcvrej bxnmhwr fvę, żr fgnehfmxn Oravtan olanwzavrw avr wrfg m jlqmvnłh bcvrxv, mn gb pmnv fvę j abpl j fmbcpr, qmvreżąp łbcngę j qłbav. Cb mntvavępvh Fvzban, Ynhen mnhjnżn wą j zvrśpvr, cpunwąpą qmvrpvępl jómrx, jbłn, cb pmlz fgnehfmxę ebmwrżqżn xnergxn cbtbgbjvn. Ząż Ynhel ceóohwr ebovć bsvremr fmghpmar bqqlpunavr (zvzb żr fgnehfmxn zn bqłnznaą fmpmęxę (pb jmohqmvłb avrwnxv raghmwnmz j xvavr). J jómxh, pb mnhjnżn glyxb Ynhen, olłn ynyxn j vqraglpmarw znfpr pb qmvjar qmvrpxb, mnzlxnwąpr wą j łnmvrapr v zvnżqżąpr wrw cnypr. J qbzh fgnehfmxv manwqhwą xeążxv gnśzl, antenar j fvrebpvńph - cbxnmhwą xbyrtój v xbyrżnaxv Ynhel, onjvąplpu fvę m qmvjalz qmvrpxvrz. Qmvrpxb gb Gbznf, fla fgnehfmxv, n znfxę (m thmvxvrz mnzvnfg bxn) abfv qyngrtb, żr zn mqrsbezbjnaą gjnem (póż mn śjvrgan cflpubybtvn). Qmvrpv ebovą zh qbjpvc, cebjnqmą qb tebgl, cb pmlz mqrwzhwą znfxę v cngemą, pml jlwqmvr an śjvngłb qmvraar. Avr jlpubqmv, n pvnłb manwqhwą hgbcvbar cb cemlcłljvr. Ghgnw antyr jfmlfpl, łąpmavr m cbyvpwą, mncbzvanwą węmlxn j tęovr v avr jlwnśavnwą, pb qmvnłb fvę m qmvrćzv qnyrw. Zrqvhz (śjvrgan ebyn Trenyqvar Puncyva), fcebjnqmbar cemrm Ynheę, jlpmhjn hzvrenwąpr v xemlpmąpr qmvrpv. Ynhen, joerj fprcglplmzbjv zężn, mnpmlan onjvć fvę j fmhxnavr fxneoh m gnwrzavpmlz qmvrpxvrz j znfpr v bqxeljn j fmbcpr fcbcvrybar xbśpv wrw eójvrśavxój (xgóelpu mncrjar mnzbeqbjnłn żąqan xejv Oravtan). An fnzlz xbńph manwqhwr tnłxę, xgóeą bgjvren qemjv hxelgr j fpubjxh. Gnz zvrfmxnł hcbśyrqmbal Gbznf v gnz manwqhwr fjbwrtb flan, Fvzban, xgóel fpubjnł fvę cemrq avą cb xłógav, n cbgrz avr zótł jlwść, ob avrpupąpl cbqpmnf cbfmhxvjnń mnoybxbjnłn jlwśpvr. Fvzba crjavr ceóobjnł jlwść v cbqpmnf glpu ceóo fcnqł j pvrzabśpv mr fpubqój v hzneł. Bqtłbf hcnqxh Ynhen jmvęłn mn qhpul, mnzvrfmxhwąpr qbz, n xvrql qb avrw gb qbpvren, łlxn jfmlfgxvr gnoyrgxv an hfcbxbwravr, xgóer zn. J jrefwv m unccl-raqrz jlcbjvnqn żlpmravr, Fvzba wrfg żljl v bżljnwą jfmlfgxvr mnzbeqbjnar j qbzh qmvrpv, n Ynhen zbżr mbfgnć m avzv wnxb bcvrxhaxn. J jrefwv qyn enpwbanyvfgój - ząż cemlpubqmv an teóo cbłbżlć xjvngxv qyn fmófgxv qmvrpv, Ynhel v Fvzban. Gur raq.

[1] Dom, dodam, jest urody przecudnej. Wielki, dwupiętrowy, ze schodkami, tarasem, pięknymi, wysokimi oknami, a w środku przestrzeń - wysokie sufity, piękne klatki schodowe i sypialnie na kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Czemu w takim domu nie kręci się komedii koledżowych, a horrory? Czemuż ach czemuż?

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 19, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Poszukiwany, poszukiwana

Co miesiąc przeglądam słowa kluczowe z wyszukiwarek i nieustająco chapeaux bas:

  • international cuisine czy ktoś tam pracuje [zapewne, inaczej by ludzie głodni chodzili]
  • nieletnia pokazuje swoje male cycki
  • no ze zwierzetami filmy [wyczuwam zniecierpliwienie]
  • podłączenie żyrandola na trzy żarówki
  • robienie próbników dla firm za granicą
  • walenie niewiasty [są i walenie-samczyki, skądś małe wielorybki się biorą]
  • opowiadania erotyczne -obmacuje mnie szefowa
  • lizalam synowi [sam nie umiał?]
  • wdowa z duzym biustem pozna pana
  • po waleniu konia chce sie sikac [dermatolog?]
  • kto jest managerem roberta makłowicza
  • taki murzyn riki tiki tiki
  • biust pokazany przypadkiem [kochany, to nie był przypadek]
  • film na kom robi loda [ten filmik robi? wot technika]
  • rozbierane sceny z wegierskich filmow [a da się coś zrozumieć z dialogów?]
  • seks z cyckami i siusiakiem [odkrycie roku]

Przy okazji niechcący stworzyłam dwa nowe, acz niekonieczne polskie, słowa: "kotspotting" i "goofsy" (N. jest czujny i zwrócił mi na to uwagę).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 18, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Śmieszne - - 2 komentarze - Skomentuj


Poszukiwany, poszukiwana

Co miesiąc przeglądam słowa kluczowe z wyszukiwarek i nieustająco chapeaux bas:

  • international cuisine czy ktoś tam pracuje [zapewne, inaczej by ludzie głodni chodzili]
  • nieletnia pokazuje swoje male cycki
  • no ze zwierzetami filmy [wyczuwam zniecierpliwienie]
  • podłączenie żyrandola na trzy żarówki
  • robienie próbników dla firm za granicą
  • walenie niewiasty [są i walenie-samczyki, skądś małe wielorybki się biorą]
  • opowiadania erotyczne -obmacuje mnie szefowa
  • lizalam synowi [sam nie umiał?]
  • wdowa z duzym biustem pozna pana
  • po waleniu konia chce sie sikac [dermatolog?]
  • kto jest managerem roberta makłowicza
  • taki murzyn riki tiki tiki
  • biust pokazany przypadkiem [kochany, to nie był przypadek]
  • film na kom robi loda [ten filmik robi? wot technika]
  • rozbierane sceny z wegierskich filmow [a da się coś zrozumieć z dialogów?]
  • seks z cyckami i siusiakiem [odkrycie roku]

Przy okazji niechcący stworzyłam dwa nowe, acz niekonieczne polskie, słowa: "kotspotting" i "goofsy" (N. jest czujny i zwrócił mi na to uwagę).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 18, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Tradycyjnie już puściłam napisaną notkę...

... w blogowe zaświaty, niespecjalnie mądrze naciskając "Anuluj". Jakoś mnie to nie dziwi, bo przed wyjściem na śniadanie spędziłam ładne kilka minut na poszukiwaniu obiektywu, który przed momentem miałam byłam w ręku, a znalazł się w łazience koło lustra. Jak już kiedyś wspominałam, jestem miejska. Mój ekosystem mieści kawiarnie i restauracje, ryneczki z warzywami, pchle targi, parki i sklepy. Nie mam specjalnego nabożeństwa do cotygodniowej wizyty w supermarkecie, ale lubię urozmaicić sobie życie również robiąc szybki przegląd tego, co nowe, dotykając i wąchając. I mam duży fetysz tego, żeby dostać dobre śniadanie.

W Chimerze leniwie spożyliśmy poranny posiłek, wyjątkowo miło zaskoczeni, że nie trzeba wstawać rannym świtem przed 13, żeby zdążyć, bo śniadanie można dostać i o 22, jak zapewniła miła pani w herbaciarni. Leniwie i dość rozrywkowo, bo w lokalu grasowało stado kilkunastu ryczących 50. (a nawet 60.), które odbywały sabat czarownic, pewnie inspirowany po trosze naszą-klasą, sądząc z tematów ("nie sprawdzają nam teraz tarcz i nie zaglądają pod spódnice, a szkoda"), jakie dobiegały zza ściany. Po kilku karafkach wina słychać było toasty za te, których już nie było, ale też i za sprawne pęcherze i zwieracze (nie żebym się z tego śmiała, naprawdę). Trochę mnie to melancholijnie nastawiło, bo ja nie za bardzo odczuwam chęć spotykania się z ludźmi z przeszłości w jakiejś większej masie - kilka osób lubię, ale nie ciągnie mnie do spędów wszystkich, z którymi miałam okazję w życiu przebywać. Taka konstrukcja.

Nawiązując do wątku mody weselnej sprzed paru tygodni, dzisiaj na Rynku odbywały się jakieś dziwne obrządki okołoślubne ludu norweskiego.

Przy bliższym przyjrzeniu okazało się, że jest dość niewyrafinowana zabawa (ale na trzeźwo!), polegająca na trafieniu długopisem przywiązanym z tyłu do paska do stojącej na ziemi butelki po szampanie, co zapewne ma symbolizować zapładnianie. Poza tym kwitł handel, zwierzyna spała, a po całym mieście kręciło się mnóstwo turystów.

I obiecane konwalie ;-) z Rynku Wildeckiego. Tam miała miejsce historyjka, która mnie dalej bawi. Kupowałam swego czasu TŻ-u flanelową koszulę i szukałam takiej naprawdę dużej, bo luźna miała być. Znalazłam jakąś XXL-kę, zawinszowałam, po czym pan ze straganu porozumiewawczo mrugnął okiem i stwierdził, że TŻ to "taki bardziej byczek".

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Tradycyjnie już puściłam napisaną notkę...

... w blogowe zaświaty, niespecjalnie mądrze naciskając "Anuluj". Jakoś mnie to nie dziwi, bo przed wyjściem na śniadanie spędziłam ładne kilka minut na poszukiwaniu obiektywu, który przed momentem miałam byłam w ręku, a znalazł się w łazience koło lustra. Jak już kiedyś wspominałam, jestem miejska. Mój ekosystem mieści kawiarnie i restauracje, ryneczki z warzywami, pchle targi, parki i sklepy. Nie mam specjalnego nabożeństwa do cotygodniowej wizyty w supermarkecie, ale lubię urozmaicić sobie życie również robiąc szybki przegląd tego, co nowe, dotykając i wąchając. I mam duży fetysz tego, żeby dostać dobre śniadanie.

W Chimerze leniwie spożyliśmy poranny posiłek, wyjątkowo miło zaskoczeni, że nie trzeba wstawać rannym świtem przed 13, żeby zdążyć, bo śniadanie można dostać i o 22, jak zapewniła miła pani w herbaciarni. Leniwie i dość rozrywkowo, bo w lokalu grasowało stado kilkunastu ryczących 50. (a nawet 60.), które odbywały sabat czarownic, pewnie inspirowany po trosze naszą-klasą, sądząc z tematów ("nie sprawdzają nam teraz tarcz i nie zaglądają pod spódnice, a szkoda"), jakie dobiegały zza ściany. Po kilku karafkach wina słychać było toasty za te, których już nie było, ale też i za sprawne pęcherze i zwieracze (nie żebym się z tego śmiała, naprawdę). Trochę mnie to melancholijnie nastawiło, bo ja nie za bardzo odczuwam chęć spotykania się z ludźmi z przeszłości w jakiejś większej masie - kilka osób lubię, ale nie ciągnie mnie do spędów wszystkich, z którymi miałam okazję w życiu przebywać. Taka konstrukcja.

Nawiązując do wątku mody weselnej sprzed paru tygodni, dzisiaj na Rynku odbywały się jakieś dziwne obrządki okołoślubne ludu norweskiego.

Przy bliższym przyjrzeniu okazało się, że jest dość niewyrafinowana zabawa (ale na trzeźwo!), polegająca na trafieniu długopisem przywiązanym z tyłu do paska do stojącej na ziemi butelki po szampanie, co zapewne ma symbolizować zapładnianie. Poza tym kwitł handel, zwierzyna spała, a po całym mieście kręciło się mnóstwo turystów.

I obiecane konwalie ;-) z Rynku Wildeckiego. Tam miała miejsce historyjka, która mnie dalej bawi. Kupowałam swego czasu TŻ-u flanelową koszulę i szukałam takiej naprawdę dużej, bo luźna miała być. Znalazłam jakąś XXL-kę, zawinszowałam, po czym pan ze straganu porozumiewawczo mrugnął okiem i stwierdził, że TŻ to "taki bardziej byczek".

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Numb3rs (Wzór)

To *nie* jest serial dla tych, co są "chómanistami", w szkole nie lubili matematyki i byli z tego dumni. Don Epps to agent CIA i w każdym odcinku rozwiązuje jakąś skomplikowaną sprawę. Charlie Epps zawodowo jest geniuszem i profesorem matematyki, a prywatnie bratem Dona. I jak się już w pierwszym odcinku okazuje, umie za pomocą całki z, epsilona i różnego typu wykresów wymyślić, gdzie uderzy przestępca. Stosunkowo mało głupot, niektóre teorie nawet byłam w stanie zrozumieć (oczywiście najlepiej mi poszło, jak Charlie miał kurs matematyki dla opornych), a mimo sporej porcji wzorów (zwykle malowniczo pisanych na jakiejś szybie) akcja jest, czasem trochę nawet poganiając i postrzelają, więc nie jest zbyt nudno i statycznie. Często zetknięcie świata wyższej matematyki ze światem ludzi, dla których istnieją cztery działania matematyczne, a czasem jeszcze procent, jest zabawne (lekarz mówił, żeby się uśmiechać, ale może coś z tych dziwnych greckich liter jeszcze wyjdzie).

Poza tym drugoplanowo pojawia się nieco cyniczny ojciec Epps, próbujący swoich sił w późnym randkowaniu i układaniu życia z dwoma zaabsorbowanymi pracą synami. Charlie poza tablicą i kredą mało co zauważa, mimo że współpracują z nim różnego typu piękne chicks (ale sytuacja jest dość rozwojowa). Don ma za sobą jakieś związki, ale chwilowo bardziej interesuje go łapanie przestępców, chociaż czasem pojawiają się mimochodem jakieś byłe panny. Cztery sezony, trochę pewnie jeszcze w przerwach na równania czy łapanie morderców się zdarzy. Nie przykuwa aż tak do fotela, ale to przyjemne oglądadełko na wieczory.

Dla wielbicieli "Przystanku Alaska" - rolę agenta Dona gra dr. Fleischmann.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 1 komentarz - Skomentuj