Kategoria:
moje-miasto
Lubię zmieniać trasy. Dzisiaj w drodze na jogę przejechałam jeden przystanek dalej i mimo obleśnie zimnego wiatru przeszłam się w poprzek Grunwaldu. Dla niebywałych w Poznaniu - Grunwald to dzielnica, a nie miejsce, gdzie się konwencjonalnie naparzali kilkaset lat temu aktualni członkowie Unii Europejskiej. I to dość fajna dzielnica, bo ma duży stosunek starych kamienic i małych domków z ogródkami do szmatławej reszty blokowisk. Cała Matejki zasługuje na to, żeby przejść się z wiadrem i szmatą i doczyścić ją do połysku, a potem machnąć świeżą warstwę farby. Grottgera to wielkie, piękne, dość ponure i szare, ale przy tym bardzo majestatyczne kamienice z dużymi podwórkami, zawierające na stanie dużo burych, pręgatych, plamiastych i ryżych ryjów. Do tego Kossaka, która wygląda na wprawdzie dość ubogą, ale jednak krewną Manhattanu z jego schodkami, prowadzącymi do kamieniczek z apartamentami.
Do tego rzuciła mi się w oczy restauracjo-kawiarnia "Monidło". Mają śniadania, klimat, mini-ogródek przy ulicy i duży potencjał. Poznamy się w przyszły weekend bliżej.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 14, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Galeria Pestka, Poznań. No Stary Browar toto nie jest. Warte uwagi są Sklep Tchibo (cztery ostatnie kolekcje), salon firmowy butów Clarksa (ale po przecenach, jakoś wąż mi syczy, żeby wydać ponad 320 zł na wiosenne pantofelki), jakieś drobne sklepy z pierdółkami, parę sieciówek butowo-odzieżowych, optyk Fielmann i Carrefour. I tyle.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 10, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 11 komentarzy
- Skomentuj
A do tego śmierdzi zgniłą ścierą. Idea jest piękna - mogę skasować bilet za pomocą komórki i bez biegania do kiosku, co ma dla mnie niebagatelne znaczenie, jako że ani w Suchym Lesie, ani na Podolanach biletu nie uświadczysz, nie wspominając o tym, że kierowca biletów nie ma i jedyną opcją jest żebranina po pasażerach, czy nie mają odsprzedać. Dla słabszych dodam, że nie da się czasem przewidzieć, że akurat będzie trzeba jechać autobusem, nie wspominając o chamskim numerze, jaki wycięło poznańskie MPK, anulując bilety 10-minutowe, których miałam garść i wprowadzając 15-minutowe (z okresem 4 dni na zużycie) bez opcji zastępowania. Wracając do naszego barana - mobiletu, wezbrał we mnie entuzjazm, skoro można przez Internet. Na wejściu dostałam po oczach "Powtóż numer telefonu komórkowego" (nie poprawili mimo zgłoszenia wczoraj). Potem już było coraz zabawniej. Zeznałam, że jestem kobietą, więc konsekwentnie w pliku konfiguracyjnym na komórkę, czytałam: "Cześć, Małgorzata Krzyżaniak. Pan/Pani chce ściągnąć moBILET urządzeniem Nokia" (geniusze, jakbym nie chciała, to bym nie ściągała) i konsekwentnie "trzeba podać przez was wybrane hasło", a na samym końcu "Download zacząć".
Download zaczęłam i zakończyłam, przez pół dnia walczyłam z ustawieniami komórki (nawet na erowym hotlinie nie wiedzieli, czego chcę), wreszcie z pomocą siwej zalogowałam się do aplikacji, żeby się dowiedzieć, że pieniądze wysłane z Citi do Citi nie są bynajmniej księgowane on-line. Ba, nie były zaksięgowane po upływie doby, więc w międzyczasie zdołałam pojechać do miasta taksówką, kupić bilety papierowe w kiosku i wrócić. Wot, technika.
Teraz czekam na jakieś zabawne zdarzenie przy próbie skasowania elektrycznego biletu w autobusie.
Dodano: skasowałam, wyszło całkiem nieźle. Oczywiście nacięłam się na idiotyczne zabezpieczenie, które blokuje aplikację, jeśli bezpośrednio po otwarciu w ciągu chyba 30 sekund nie wejdzie się w zakup biletu, nie uwzględniając, że można to robić po raz pierwszy i musieć się zastanowić, czy starczy 30 minut (do przesiadki), a potem 15, czy jednak stuknąć w godzinowy na całość (jednak tak). Druga próba zakupu po blokadzie i włączeniu ponownym jest opóźniona o jakąś minutę, co zapewne jest niczym w stosunku do wieczności, pod warunkiem, że nie stoi nade mną kontroler z miną Wilhelma Zdobywcy.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 3, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 13 komentarzy
- Skomentuj
Mimo że marzec jest mocno przedwiosenny, a pogoda co najmniej kapryśna, da się zrobić, żeby chociaż przez kilka chwil było jak latem. Co trzeba zrobić?
- Ponegocjować z pogodą. Da się, a do tego wszystkie chwyty dozwolone. Można obiecywać, szantażować, prosić, kazać i namawiać. Po orkanowym weekendzie, który zawierał buro-szare burze, deszcze i łomoczący wiatr, dało się załatwić z pogodą śliczny poranek. Zimny i wietrzny, ale ze słońcem. Negocjacji nie starczyło na długo, bo już przed 12, kiedy wracałam do domu, zrobiło się szaro i brudno, ale misja była osiągnięta.
- Dobrze jest udawać turystę. Niekoniecznie niemieckiego w tyrolskich szortach, francuskiego w berecie czy amerykańskiego mówiącego koniecznie z chicagowskim akcentem. Wystarczy wybrać sobie jakieś nowe miejsce, w którym się jeszcze nie było w tym momencie tygodnia (nb. rozwiązałam problem poniedziałkowej frustracji - najlepszym lekarstwem jest powstrzymanie się od pracy w poniedziałek, ba - nawet lepiej - w ogóle nie pojawienie się tego dnia na stanowisku służbowym; od wtorku zdecydowanie łatwiej zacząć, a i świadomość, że do weekendu są tylko cztery(*) dni, daje niebagatelnego kopa w organizm), można mieć aparat, żeby zachować trochę wspomnień do pokazywania w domu, jak to turyści mają w zwyczaju. Dodatkowo tylko turyście chce się pojawić w centrum miasta kolo 10 rano w Polsce bez żadnego widocznego powodu (trochę oszukałam, akurat tak mi pasował termin do okulisty(**)).
- Znaleźć przyjemną knajpkę, w której serwują śniadania i usiąść tak, żeby widzieć światłom wpadające przez okna. W moim przypadku padło na Caffe Weranda na Świętosławskiej 10. Zazdroszczę ludziom, którzy mogą sobie częściej w poniedziałkowy poranek wyskoczyć na dobre śniadanie - z badań próbki statystycznej wyszło, że zazdroszczę studentom ASP, matce z córką i bardzo rozrywkowym
paniom w wieku post-balzakowskim i w berecikach (niekoniecznie moherowych). Śniadanie w Werandzie nie jest tanie (zestaw śniadaniowy od 12 do 16 zł plus czajniczek z herbatą od 6 do 12 zł), ale warto. W zestawie wiejskim jest świeża bułeczka, masło, dżemik wiśniowy, góra twarogu z ziołami, dodatkową bazylią w liściach i zielonym ogórkiem i odrobiną winogron. Do tego cynamonowa herbata ze świeżą miętą w filiżance (dzień dobry, mam na imię Zuza i tak jak Hanka jestem uzależniona od mięty). Są inne zestawy, całe multum kaw i herbat, desery, sałatki i dania na bardziej ciepło w sensie grzanki. I można sobie leniwie siedzieć, jeść i zastanawiać się, co takiego zabawnego ma się ochotę zrobić firmie supportującej mobilet.pl(***).
- Kupić sobie coś ładnego. Ponieważ czuję się zaniedbywana przez męża, który wyjechał za taką naprawdę w cholerę daleką zagranicę, należą mi się prezenty. W ramach prezentów padło na naszyjnik z czarnych koralików, zestaw tulipanów i żonkili z Rynku Bernardyńskiego oraz ze wspomnianego rynku zestaw świeżych warzyw, które zapewne są pędzone na jakiejś dzikiej chemii przez chińskie dzieci trzymane w szklarni dla podniesienia temperatury, ale frankly, dear, I don't give a damn. Dobre z sosem vinaigrette leniwie nalanym z buteleczki firmy Kuhne. Na wszelki wypadek dodam, że zakupy na poprawę humoru należy wykonywać na samym końcu (chyba że jest to droga, acz drobna biżuteria), bo standardowo skonstruowany człowiek ma tylko dwie ręce, więc jeśli w jednej ma aparat, drugą usiłuje zapanować nad szalikiem powiewającym na wietrze (to już było chwilę potem, jak człowiek ten szalik zgubił w sklepie z biżutami, ale wrócił i znalazł) i usiłuje do tego jeszcze trzymać zjeżdżającą z ramienia torbę, reklamówkę z warzywkami i bukiet kwiatów, to jest to nieco karkołomne.
- Najfajniej mieć do tego towarzystwo, bo o wiele sympatyczniej jest pokazywać różne napotkane cudności/koszmarki(****) - a to czarne koty w podwórzu z knajpą vege, która nie serwowała śniadań, więc fi donc, a to pannę odzianą z wyrafinowaną elegancją, która zapomniała odlepić z podeszwy kozaczków naklejki z ceną, a to mozaiki ułożonej z kamyczków na rogu ul. Mokrej. No ale jak nie ma, to nie.
(*) Trzy, bo w piątek też mam urlop. Zapewne podczas piątkowego urlopu też wysnuję jakąś teorię na ten temat. Albo nie.
(**) Long story short, wprawdzie zakładowy okulista nie dobiera szkieł kontaktowych, ale oznajmił, że to co najmniej dziwne, że mam plusowe cylindry i w nich widzę i dobrał mi zupełnie nowy zestaw dioptrii, rezygnując z cylindra na jednym oku, w których również widzę jak sokół z nieco słabszym wzrokiem. Optyka is craaaazy.
(***) O tem potem.
(****) Niepotrzebne skreślić.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 3, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 3 komentarze
- Skomentuj
- Ty, gdzie jest ulica 27 grudnia? (puste spojrzenie rozmówczyni) Gdzieś koło Empiku, nie?
- A, tak! Pracowałam kiedyś w Pizza Hut i to tam. Pamiętam, że była jakaś tabliczka z datą, ale nie pamiętałam, jaką.
Kurtyna.
Uprzedzając pytania - panie jechały z piętra (albo dwa) wyżej, więc nikt z naszej wioski.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Dobrze jest zrobić coś, co sprawi, że dzień nie zacznie się tak samo jak inne. Pojechałam sobie rano do lekarza, bo łapa mi spuchła. Pani ludzki weterynarz użaliła się, zaordynowała antybiotyk i zastrzyk przeciwtężcowy i rozważała wściekliznę. W sensie coś potencjalnie na, a nie żeby mi zaszczepić. Mam nadzieję. Lekarz mieści się w centrum handlowym w samym centrum Poznania, więc przy okazji mogłam jakoś tak bardziej świadomie obejrzeć nową linię tramwajową przez Podgórną. Mnie się bardzo - to bardzo europejski kawałek Poznania, na miarę Berlina czy Frankfurtu.
Dla niepoznaniaków - centrum handlowe (Kupiec Poznański) i linia tramwajowa jest dość słynna, bo w powodu jednej obleśnej budy z kurczakami z rożna budynek nie ma narożnika, a budowa torów opóźniła się o kilka lat. Dla równowagi psychicznej kupiłam sobie we wspomnianej budzie kawałek kurczaka na lanczyk, posłuchałam zwierzeń pani, która wyszła ze szpitala nieopodal i koniecznie musiała zapiekankę, bo lekarka z Mickiewicza chciała ją oślepić, a ona miała zwykłe problemy neurologiczne (jak zacznę zwierzać się w budce z pieczonym kurczakiem z problemów zdrowotnych, proszę mnie odstrzelić). Kurczak był mocno taki sobie, więc dalej nie mam sentymentów, że dzierżawca kilku metrów ziemi w centrum Poznania to warchoł i zaprzaniec.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 13, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 7 komentarzy
- Skomentuj
Gratka dla miłośników kryminałów z Poznania. Koniec z wszechobecnym Pałacem Mostowskich, Bazarem Różyckim i Targówkiem. Jest Wilda, Jeżyce, terasy nad Wartą i knajpy dookoła Starego Rynku. Rzecz się dzieje w 1985 roku, więc dodatkowa przyjemność dla fanów kryminału milicyjnego, bo milicja i ZOMO w pełnym rozkwicie. Jako że pisane z perspektywy 20 lat, ujęcie jest ciepłe i pozbawione właściwej kryminałom z epoki dozy absurdu, za to wypełnione doskonałymi dialogami (na miarę "Dnia kobiet" Janeta) i niezłą akcją. Nad Wartą znaleziono ciało bez głowy i głowę. Szybka analiza wykazała, że głowa i ciało - mimo że damskie - do siebie nie pasują. Komplementarne elementy znajdują się po jakimś czasie i milicjanci mają niezły problem do rozwiązania, bo kto w socjalistycznym kraju nad Wisłą może dokonywać tak makabrycznych zbrodni i dlaczego. A przy okazji zwiedzają trochę poznańskich knajp i melin, prowadzą dyskusje o ciężkim życiu w socjalizmie (nie ma piwa, w centrum czasem rzucają coś do mięsnego, a kasety z przebojami można mieć tylko pirackie z Rynku Łazarskiego).
W następnym odcinku o milicyjnym kryminale - czemu major G. bardzo chciał mieć ortalion.
Byłam dziś na spotkaniu z panem Ryszardem (dzięki J.) - przemiły człowiek, tym bardziej że zapowiedział 2. tom na za dwa tygodnie. Lubię rozmawiać z ludźmi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia i to mówią.
Przy okazji - czemu nie lubię Bukarestu w Starym Browarze. Mają potwornie drogie książki (w porównaniu z Merlinem czy Amazonem), na półkach układ znany tylko właścicielom i opakowują to wszystko tzw. klimatem. Dziękuję, postoję, sobie wyklikam, a klimat uzyskam sobie jutro w Starbucksie w Berlinie.
Inne tego autora tutaj.
#56
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 17, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wczorajszy eksperyment się powiódł. Chodzenie w opasce z kocimi uszkami budzi dziwne, acz pozytywne zachowania w społeczeństwie. Przede wszystkim bardzo łatwo się zapomina, że ma się coś na głowie, na tyle że TŻ na skrzyżowaniu zastanawiał się, czy nie zajechał komuś drogi, bo jak ten ktoś nas mijał, to wszyscy z samochodu się gapili na nas. Jedna pani mało co nie spadła ze schodów koło parkingu, bo usilnie jej wyjeżdżałam z rzeczywistości. Generalnie obserwacje Pratchetta co do postrzegania przez ludzi zjawisk nietypowych są celne - widzą mnie dzieci ("mama! chcę takie!"), nie widzą dorośli (omijają wzrokiem, uważając, że albo im się przywidziało, albo że spotkali osobę psychicznie chorą, a wtedy uprzejmiej nie patrzeć), widzą młodsi faceci (hormony, wiadomo, "króliczek playboya", te sprawy) i ludzie starsi (bardzo pozytywnie, acz mylą kocie uszka z króliczymi, no hello!). Na parkingu hotelu Bazar, pieczołowicie strzeżonym, dopadł mnie strażnik i nie wiem, czy chciał mnie zastraszyć, poderwać czy wykorzystać, odpytując, co na tym parkingu robiłam, czy wiem, że tu nie wolno wchodzić i że jak chcę robić zdjęcia, to mi może pokazać fajniejsze widoczki. Nie chciałam.
Poza tym zamachałam wizuchną i zapłaciłam zaliczkę za citroena c5 w kolorze Gris Fulminator (kojarzy mi się ze Sperminatorem, ale generalnie chodzi o metaliczny grafitowy). Kiedy 4 lata temu kupowaliśmy używanego Escorta kombi, musieliśmy zapożyczyć się u znajomych (nieustannie dziękuję) i wziąć kredyt odnawialny w PekaOSa (nie dziękuję), żeby wyskrobać 20% wpłaty własnej i mieć pieniądze na ubezpieczenie samochodu. Chyba jest lepiej.
Dzisiaj kot czarno-biały jedzie do nowego domu na czas leczenia kota czarnego, a kot czarny dostaje pierwszą tabletkę z chemią. Jutro kroplówka (na żywym kocie). Mam nadzieję, że kot czarno-biały okaże się egoistycznym sukinkotkiem[1] i będzie mu dobrze w miłym nowym domu z miłymi ludźmi, a kot czarny okaże się łągodnym kociołkiem i da sobie zrobić kroplówkę... Pocieszające jest to, że chemioterapia potrwa jakieś 4-6 tygodni.
[1] Poznań, okolice Starego Rynku. Kamienica, piękny dachówkowy dach z półkolistymi sklepieniami okienek dachowych. Idzie sobie po dachu pręgaty dachowiec. Tu powącha, tam obejdzie okno dookoła, tu przejdzie, tam zajrzy. "Hm, jak kotek wszedł i jak zejdzie?". Kotek metodycznie podąża do zabezpieczonej folią dziury w dachu. "O, już wiem, kotek wszedł ze strychu tą dziurą, zaraz w nią wejdzie...". Tymczasem kotek okazał się istnym sukinkotkiem i pomaszerował dalej.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 7, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Nowa knajpa w Starym Browarze, bardzo obiecująca z wyglądu, okazała się również bardzo miła w środku. Jedzenie jak w standardowym dinersie - steki, naczosy, tortille, burgery, bardzo szeroki wybór dobrych drineczków, na koniec duże desery. Wprawdzie jedzenie fastfoodowe, ale na wszystko czeka się długo, bo jest świeżutko smażone i przygotowywane. Z głodu się nie umrze, bo dają fantastyczny chlebek z masełkiem czosnkowym. Stosunkowo niedrogo (ceny okolic Sfinksa), jak kto lubi panie w kozaczkach i z kapeluszami, to znajdzie coś do zawieszenia wzroku na.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 3, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lubię. I lubię Poznań jesienią. Leniwie obleźliśmy park Sołacki, zjedliśmy niedzielną tartę we Francuskim Łączniku i pojechaliśmy zobaczyć, jak przenoszą dawny most Św. Rocha nad mostem Św. Michała (czy jak tam temu, co przed Śródkę idzie). Zdecydowanie wolę, jak życie upływa sielsko i leniwie, jak nie wisi nade mną nieustający deadline (jasne, nie wisi, mam przykre poczucie, że jutrzejsza poranna akcja wymaga jeszcze sprawdzenia paru rzeczy), jak jest czas na to, żeby popatrzeć na liście i zastanowić się, czy wolę gruszkową, czy orzechową. Zazdroszczę P. półrocznego urlopu - to bardzo pomaga ustawić sobie w życiu priorytety.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 30, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj