Kategoria:
seriale
Kate mieszka na Firefly Line w Snohomish (Washington), miejscu, gdzie nic się nie dzieje. Gdy do domu obok wprowadza się śliczna Tallulah, Kate smutno stwierdza, że na pewno nie będzie chciała z nią spędzać czasu, tak jak jej inni rówieśnicy. Tymczasem Tally, ze swoim skomplikowanym dzieciństwem i traumą, przez najbliższe 30 lat staje się najlepszą przyjaciółką Kate. Do pewnego momentu w życiu dziewczyny są nierozłączne, mimo że Tally chce być prezenterką telewizją, a Kate woli mniej widowiskową pracę producencką (w książce chciałaby pisać). Gdy obie poznają Johnny’ego Ryana; Kate zakochuje się od pierwszego wejrzenia, ale Johnny’ego fascynuje barwna Tully. Ich życie się zaczyna znacząco różnić - jedna stawia na oszałamiającą karierę i wielki świat, druga na macierzyństwo.
Między serialem a książką jest kilka znaczących różnic. Serial ma świetną strukturę, wyrywkowo pokazującą paralele między kolejnymi dziesięcioleciami, skacząc między podobnymi wydarzeniami lub pokazując ich przyczynę 10 lat wcześniej. Książka jest chronologiczna i bardziej statyczna, doprowadzając do dramatycznego finału (czy łzy mi ciekły? być może), którego w pierwszym sezonie serialu jeszcze nie ma, szykujcie się na drugi. Dla mnie wartością dodaną serialu jest też neurotyczna i jednocześnie zabawna Sarah Chalke w roli Kate, bogatszy drugi plan, którego nie ma w książce (brat Kate i mocno naiwny wątek jego skrywanej orientacji seksualnej, romans pani Mularkey czy dość kąśliwy obraz mediów i celebrytyzmu, dość powierzchownie potraktowany przez autorkę książki). Zapewne lektura książki może zepsuć potencjalne zaskoczenia w drugim sezonie, ale ja na szczęście wszystko zapomnę.
Inne tej autorki:
#31-33, bo na spotkanie klubu książki w międzyczasie przypomniałam sobie dwie powieści Atkinson - Jej wszystkie życia i Boga pośród ruin.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 27, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Przy okazji “Devs” przypomniałam sobie, że nie miałam okazji napisać kilku słów o “Parks and Recreation”, jednym z lepszych seriali o administracji państwowej w USA. Formuła jest nieco podobna (chociaż oczywiście diabeł tkwi w szczegółach) do “The Office” - to mockumentary, pokazujące widoczną dla bohaterów kamerą niezależną relację z zachodzących wydarzeń i mikrowywiady, w których bohaterowie dodają swój komentarz. Tak, brzmi nudno i przez część pierwszego sezonu miałam trochę podejście typu “meh, o co ten hałas”, ale jakimś cudem wjechało 7 sezonów i żaden z nich mnie nie zmęczył. Zaletą serialu jest zróżnicowana grupa postaci - od Leslie Knopes, wiecznej prymuski z kilogramami segregatorów, zawierających plany na każdą sytuację, przez Rona Swansona, sarkastycznego prepersa, nienawidzącego rządu i konksekwentnie pracującego nad rozwaleniem systemu od wewnątrz do April, Asystentki Chaosu czy Toma, cynicznego hipstera/przedsiębiorcy i Donny, kobiety enigmy o wielu talentach (o Jerrym nie warto wspominać, kogo obchodzi Jerry). Zaczyna się niepozornie - od konieczności przekonania Urzędu Miasta, że dziura w ziemi po nieudanej inwestycji wymaga zasypania, bo stanowi niebezpieczeństwo dla mieszkańców. W ciągu kolejnych sezonów pojawiają się kolejne absurdy, rywalizacja, uczucia i zdrowa dawka ironicznych obserwacji na temat USA.
W ramach darmowego dodatku - jesienno-zimowe zdjęcia z poznańskich parków:
Park Wilsona (8.11.2020)
Sołacz (10.01.2021)
Stare Zoo (17.01.2021)
Smutny ibis w śniegu
Liski polarne!
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 17, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Fabuła pierwszego sezonu serialu jest spójna w większości z fabułą książki - Offred, niegdyś zwyczajna Amerykanka z mężem i dzieckiem - obserwowała z niepokojem, ale i bez strachu to, co działo się w jej kraju. Sarkała na kolejne ograniczenia, była zła na zakaz pracy kobiet, protestowała. Wtem mijają trzy lata i już nie ma do powiedzenia nic, ma tylko dać się zapłodnić Komendantowi, w którego domu mieszka i urodzić potomka. Serial twórczo rozwija wątki opowieści Atwood, pokazując zmiany starego ładu w nowy, próbę ucieczki przed Gileadem, przejście Offred (tu ma imię June) ze stanu stagnacji do próby wyplątania się z więzienia. Dodaje też bogate tło, wchodząc w historię powstania Gileadu, losy bohaterów przed zmianami, politykę, narastający terror i dramat. W przeciwieństwie do książki, realia są uwspółcześnione, tym bardziej przeraża więc bliskość potencjalnej zmiany i łatwość jej przeprowadzenia. Wizualnie perełka - od scenografii do choreografii scen zbiorowych, wnętrza i stroje - w tym zapadający natychmiast w pamięć uniform podręcznych, doskonała obsada i świetna gra aktorska. Elizabeth Moss, skrępowana wymaganiami roli, często gra samymi oczami lub drobnymi gestami, kiedy nie ma możliwości ruchu. Pierwszy sezon to pozycja obowiązkowa.
I teraz stety-niestety, dostępne są już drugi i trzeci sezon oraz w planach kolejne dwa. Stety, bo emocje w pozostałych dwóch są równie mocne, a nawet bardziej ze względu na narastającą drastyczność pokazywanych sytuacji. Pięknie jest poprowadzony wątek, pokazujący rozjazd między ideałami Gileadu a rzeczywistością, z prominentną rolą Seliny Joy w stworzeniu nowego porządku i konsekwencjach dla niej. Niestety, bo to, co było ogromną zaletą oszczędnej narracji Atwood - wszak narratorką jest Podręczna, w zasadzie więźniarka, widząca niewielki wycinek świata, w którym przyszło jej żyć - w serialu idzie czasem w gore, czasem w groteskę czy łamie zasady rządzące rzeczywistością. Im dalej w las, tym bardziej Gilead nie ma szans działać - twarde prawo Gileadu jest w jednej chwili naginane, chwilę później feruje wyrok z niewspółmierną okrutnością (chociażby brutalna kara dla Eden, marnująca cenne zasoby). Idea karnych kolonii nie trzyma się kupy, teoretycznie jest tam ogromny poziom promieniowania (oparzenia na skórze, wypadające zęby), strażniczki chodzą w kombinezonach, ale nie ma żadnej dekontaminacji, a Wnavar v Rzvyl wracają napromieniowane do zaszczytu pełnienia ról Podręcznych. Idea pierścieni (pojawiająca się w sezonie trzecim, raczej nie szukajcie) jest absurdalnie okrutna i jednocześnie idiotyczna (j Jnfmlatgbavr Cbqeępmalz qehghwą hfgn cvrepvatvrz, żrol avr zbtłl mr fboą ebmznjvnć. Avr, avxg avr jlwnśavn, wnx wrqmą, wnx zlwą męol, pb fvę qmvrwr cbqpmnf xvpuavępvn, wnx enqmą fbovr m xvyxhzvrfvępmalz fgnarz mncnyalz pml, unun, zqłbśpvnzv cvrejfmrtb gelzrfgeh). Charakter postaci drugoplanowych również przestaje być spójny - po sezonie pierwszym zachowanie Waterfordów zaczyna być chaotyczne, jakby scenarzyści pracowali z generatorem losowym “kto dziś jest bardziej psychopatyczny, a kogo musimy złagodzić, żeby zyskał sympatię”. Wspominałam o przeniesieniu realiów z lat 80. do zawierającej Internet z social mediami i nowoczesną techniką mniej-więcej współczesności (lub bardzo bliskiej przyszłości); w ogóle nie ma to wpływu na fabułę, nie ma współczesnego monitoringu, wystarczy, że rzecz się dzieje po ciemku i już nikogo nie da się namierzyć. Jednocześnie panuje terror inwigilacji, rzeczy dobrze ukryte wychodzą na jaw, a te ewidentnie nielegalne dzieją się niezakłócone w zasadzie w świetle dnia.
Wreszcie Offred/June. Z apatycznej, przerażonej brakiem wyjścia z dramatycznej sytuacji i usiłującej tylko przeżyć kobiety, w sezonie drugim i trzecim scenarzyści robią superbohaterkę w stylu Rocky’ego, superwytrzymałą i niezgniatalną oraz - mimo drastyczności gileadzkiego prawa - niezatapialną. Ruch oporu, którego w pierwszym sezonie nie było widać, nagle obejmuje wszystkich, a June staje się jego twarzą. Rezygnuje z własnego dobra dla walki, najpierw o uratowanie własnego dziecka, potem już całego świata (mimo że spoza Gileadu miałaby większe szanse na cokolwiek niż z wewnątrz). Oczywiście się zmienia, ale z przegięciem, z potulnej i zachowawczej w nieustraszoną panią Heisenberg (odcinek z Ofmatthew w klinice - czyż to nie był epizod z muchą?!, zaś scena z Eleanor - powtórzenie wątku z Jane). Boję się trochę kolejnych sezonów i jeszcze większej komiksowości, ale i tak będę oglądać. W końcu Nolite Te Bastardes Carborundorum.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 13, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
“Animals” to trzy sezony animacji o nowojorskich zwierzętach, z okolicznościowymi wstawkami nieanimowanymi. Poszczególne odcinki opowiadają niezależne historie, ale całość sezonu spięta jest jakąś klamrą fabularną z perspektywy człowieka - wyborów nieuczciwego burmistrza, laboratorium wytwarzającego szkodliwą substancję, a w efekcie powodującą kataklizm w Nowym Jorku, czy próbę zniwelowania skutków kataklizmu. Każdy odcinek - czy to wśród szczurów, gołębi, psów, kotów czy wiewiórek - to jakaś historia przyjaźni bądź konfliktu między Philem Matarese a Mikiem Luciano (twórców serialu). Głosy podkładają znani aktorzy (i jest ich dużo), w części nie animowanej pojawia się RuPaul czy Demi Moore.
I tu mam pewien zgryz, bo mi ten serial zwyczajnie nie podszedł, ani pod względem animacji, ani humoru. Dużo żartów fekalnych, dialogi mocno wulgarne (a wierzcie mi, nie jestem z tych, których brzydkie słowo jakoś specjalnie uwiera), akcja często dilerska - purnonsens, umowność i absurd, ale w takiej formie, która mi nie pasowała.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 13, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Angela, opuszczona 10 lat temu przez męża matka trójki dzieci[1], której w wychowaniu pomaga szwagier, dowiaduje się nagle od komornika, że jej mąż obciążył długami mieszkanie i mają się natychmiast wyprowadzić. Jedyną szansą na pożyczkę są jej rodzice, ale - jak się okazuje - wyrzucili ją 25 lat temu z domu, kiedy zaszła w pierwszą ciążę. W domu rodzinnym nieco się pozmieniało - matka z demencją jest w domu opieki, jej miejsce zajęła nowa partnerka ojca, przebrzmiała aktorka, a ojciec - nie, on się nie zmienił. Ponownie wyrzuca niewdzięczne dorosłe dziecko z domu, tyle że przerywa mu w tym atak serca. Już dzwonią na pogotowie, ale Angela wpada na pomysł, żeby znaleźć testament przed zgłoszeniem zgonu. I to jest powodem, że senior Navarro ląduje w zardzewiałej zamrażarce, skradzionej ze stacji benzynowej; testament nie obejmuje ani córki, ani drugiej żony, a wszystkie walory przypadają bratu Angeli.
To taki serial, że trzeba zaakceptować konwencję purnonsensu - absurdalne zwroty akcji, wprowadzenie kolejnych odjechanych bohaterów - wścibskiej sąsiadki-tenisistki, zakochanej w denacie, adwokata-cwaniaka, zakochanego w Angeli kolegi z liceum, który okazuje się być policjantem, byłej dziewczyny Nando - kłamczuchy czy wreszcie aktora, który za bardzo wciela się w swoją rolę. Niektóre sceny są slapstickowe, niektóre wzruszają, całość przypomina skrzyżowanie ”Lepszego życia” z wczesnym Almodovarem. Ja konwencję niespecjalnie lubię, więc konsekwentnie narzekałam podczas oglądania, TŻ-owi się bardziej podobało.
[1] Przyznam, że nie do końca zrozumiałam kwestię ojcostwa, jako że trójka dzieci do siebie zupełnie nie podobna, a młodszy syn - w przeciwieństwie do reszty - ma czarną skórę. Na swoje usprawiedliwienie mam, że serial jest kataloński i nie rozumiem prawie nic.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 6, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Maurice Flower jest pisarzem, tworzy mroczne książki dla dzieci o rodzinie Grubbów. Shun, ilustrator z Japonii, dokłada do tego równie dziwne i niepokojące ilustracje. Deborah, żona Maurice’a, cały czas się uśmiecha, zaaferowana kontaktami z sąsiadami, obiadem, przyjęciem. Dorosłe bliźnięta, Amy i Donald, nie są wdzięcznymi rozmówcami - Amy jest zamknięta w swoim dziwnym świecie, Donald tworzy kolejne wynalazki i chętnie każdemu wyjaśnia swój geniusz. Kręci się też babcia z demencją, wprowadzając silny element irracjonalny. Zapomniałam wspomnieć, że rzecz zaczyna się od tego, że Maurice próbuje się powiesić, bo od lat cierpi na depresję.
To jest komedia, ale slapstik przeplata się z dramatem. Pierwszy sezon to próby zatuszowania depresji Maurice’a i powolne wejście Amy w fazę manii, bo dziewczyna ewidentnie cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. W drugim sezonie Deborah publikuje książkę o swoim życiu z osobą w depresji, Amy chce odkryć, skąd się wzięła rodzinna klątwa, a Shun - zawsze uśmiechnięty i pomocny - ujawnia swoją tragedię. To dziwna, chaotyczna, absurdalna i dziejąca się w brytyjskiej nibylandii opowieść, prześlicznie filmowana, z magicznymi pejzażami i trudnymi historiami.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 29, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Unikam rozrywki typu documentary czy reality show, zwłaszcza opartych na dziwnych formułach (zamknięcie, konkurs, związki, wygrywanie kontrastów społecznych). Zaryzykowałam “Trumniarzy”, bo usłyszałam u Okuniewskiej[1], że klimatycznie podobne do - również nowozelandzkiego - “Flight of the Conchords”. Otóż zupełnie nie, jedynym wspólnym mianownikiem jest lokalizacja, co nie zmienia mojego odczucia, że to najmilszy i najbardziej uroczy reportaż z pracy domu pogrzebowego Tipene w Onehunga. Francis Tipene, właściciel, jest sympatycznym, wrażliwym człowiekiem, angażującym się w życie swoich pracowników, pełnym empatii dla rodzin, którym organizuje pogrzeby, a przy tym ma swoje drobne śmiesznostki, które sprawiają, że całość nie jest posępna ani przesłodzona. Jest o diecie, życiu rodzinnym, uczeniu się zawodu, odkurzaniu liści czy okazyjnych zakupach starych samochodów (pro-tip: niekoniecznie, zwłaszcza jak żona mówi, że to żadna okazja). Sednem historii są oczywiście pogrzeby, realizowane w kulturze maoryskiej z elementami ekumenicznymi, bardzo ciekawe poznawczo. Czasem jest ksiądz, czasem pogrzeb celebruje Francis lub jedna z pracowniczek firmy, zawsze jednak to okazja, żeby powiedzieć dużo ciepłych słów o zmarłym i dać jego rodzinie oparcie.
[1] Jeśli nie słyszałyście o Okuniewskiej, to gorąco polecam podcasty[2] o związkach (“Ja i moje przyjaciółki idiotki”), które łyknęłam jak pelikan rybki. Nieco mniej podszedł mi cykl “Tu Okuniewska”, bo tu już parę rzeczy mi zgrzytało, oczywiście kwestia osobnicza i pokoleniowa.
[2] Swoją drogą, kilka lat temu polecało się blogi, teraz kanały na youtube czy podcasty. Chcecie garść moich polecanek?
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 22, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Rozwiedzeni rodzice Dasha niezależnie od siebie wyjeżdżają na święta, dzięki temu Dashowi udaje się zostać samemu w mieszkaniu ojca, tym bardziej, że znajomym kłamie, że wyjeżdża za granicę. Nie lubi świąt, a teraz może spokojnie czytać i unikać spotkań. W ulubionej księgarni znajduje czerwony notes z propozycją wyzwania, w które się nieco wbrew sobie włącza. Notes zostawiła Lily, która z kolei święta uwielbia, ale w tym roku jej rodzice wyjeżdżają na drugi miesiąc miodowy na Fidżi, a dziadek udaje się do swojej nowej flamy na Florydę. Za radą brata przygotowuje więc zadanie dla śmiałka, którego wybierze los, żeby w ten sposób odczarować złą sytuację. W kolejnych odcinkach serialu bohaterowie ocierają się o siebie, poznają dzięki wzajemnym wyzwaniom, uruchomione jest ich całe otoczenie - przyjaciel Dasha i szerokie grono znajomych Lily.
Jeśli jesteście spragnieni świątecznego serialu, bo ile można “Kevina samego w domu”, “Szklanej pułapki” i “To właśnie miłość”, to ten trafi idealnie, chociaż tzw. docelem jest młodzież, czy jak to się ładnie teraz nazywa, YA (young adults). Fabuła jest nieco naiwna, czasem zupełnie pretekstowa, bo, mam wrażenie, głównie ma pokazać bohaterów na tle jakiegoś kawałka pięknego, grudniowego Nowego Jorku; tak, to trochę wystylizowana reklamówka tego miasta - bez tłumów, z dostępem do niezwykłych miejsc, wszystko obok siebie, ideał turysty. Mimo to, serial jest ciepły, przyjemny, romantyczny po nastolatkowemu, dzwoneczki i kolędy.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 17, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mam trochę zgryz, jak podejść do fabuły serialu, bo wprowadzenie do świata robione jest stopniowo i czasem w sposób dość zaskakujący. Więc jak chcecie oglądać, to może nie czytajcie dalej, jeśli boicie się utraty potencjalnych niespodzianek.
Już przez osobę producenta (i epizodycznie reżysera) - Ridley Scotta - przemycona jest informacja, że rzecz się dzieje w uniwersum Aliena. Z Ziemi, spustoszonej konfliktem między ultra-religijnymi militarystycznymi Mitraitami i pacyfistycznie nastawionymi Ateistami, na obdarzoną podobną do ziemskiej atmosferą planetę Kepler-22b, przylatuje statek z dwoma androidami - Matką i Ojcem - oraz zapłodnionymi zarodkami, z których ma powstać nowa, pokojowa ludzkość. Dzieci rosną w surowych warunkach[1], zdarzają się różne nieszczęścia, wreszcie - gdy pozostaje tylko jedno dziecko, Campion - na planetę dociera statek Mitraitów z zahibernowanymi kolonistami. Matka okazuje się być androidem bojowym, co doprowadza do masakry przyjezdnych, a niedobitki usiłują odebrać porwane przez androida dzieci i przejąć władzę nad planetą.
To jest trudna i mocno brutalna historia o wyborze, religii, samostanowieniu, misji i mesjanizmie oraz - chyba najważniejsze - o macierzyństwie. Matka ma na celu ochronę powierzonych jej dzieci, chociaż decyzje, jakie podejmuje, są czasem niezrozumiałe czy kontrowersyjne. Niby nie ma emocji, tylko oprogramowanie, ale to nie do końca się udało. Serial raczej uderza w poważne tony, mimo prób złagodzenia przez postać Ojca, androida opowiadającego słabe dowcipy; dużo krwi, płynów ustrojowych, doświadczenie gwałtu, płonący ludzie i niszczone androidy (z sugestią ich cierpienia). Zalążek informacji o historii Ziemi i konflikcie między dwoma stronnictwami zapowiada dużo interesującej fabuły[2]. Dodatkowym bohaterem jest planeta, jak się okazuje, nie do końca poznana i skrywająca liczne tajemnice. Chętnie obejrzę drugi sezon, bo wiele tajemnic nie zostało wyjaśnionych.
[1] Podobnie jak “Prometheus”, logika wisi na bardzo trzeszczącym kołku. Androidy mają dostęp do analizatora jakościowego materii, zaskakujące jest więc, że zupełnym przypadkiem whż cb śzvrepv cvępvbetn qmvrpv, bqxeljnwą, żr xnezvyv wr enqvbnxgljalz cbżljvravrz; idąc dalej, z tym poziomem techniki powinni mieć na pokładzie syntezator protein. Przed rozpoczęciem procesu sztucznej ciąży i narodzin dzieci, nie dokonują żadnej analizy bezpieczeństwa planety, ignorując prowadzące na kilometry w głąb ogromne tunele, które pozostawiają bez zabezpieczeń ani nie sprawdzając, czy nie ma na niej żadnej życia (spoiler alert: oczywiście, że jest).
[2] Ponownie logika. Ogromne przedsięwzięcie, arka kolonizacyjna na tysiące ludzi, a jako dowódcę ustanawiają psychopatycznego maniaka religijnego (wiem, wiem, pewnie on i tak był najbardziej ogarnięty z nich wszystkich). Co mogło pójść w tym planie źle?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 11, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jak już pewnie zauważyliście, lubię porównywać ekranizację z książką, jeśli jest tylko taka możliwość. Tu zaczęłam od serialu, przez co automatycznie to dla mnie jest punkt odniesienia (w tym dla nazwisk), chociaż oczywiście nie oznacza to, że serial zawsze jest lepszy.
Atticus Freeman, weteran wojny w Korei, wraca do rodzinnego miasta tylko po to, żeby udać się na poszukiwanie ojca, który - szukając przodków matki - zniknął jakiś czas wcześniej, a teraz wysyła dziwny list ze wskazówkami. Wraz z wujem Georgem, autorem przewodników dla Czarnych oraz przyjaciółką z dzieciństwa, przedsiębiorczą Letitią, trafiają do mrocznej posiadłości Arkham, siedziby mrocznego kultu Adamitów pod przewodnictwem Samuela Braithwaite’a. Atticus, ku swojemu zdziwieniu, okazuje się być potomkiem białego jak śnieg przywódcy, którego przodek był zaskakująco dobry dla swojej czarnej służby; niestety zamiast majątku jego dziedzictwem ma być ofiarowanie w magicznej ceremonii. To początek mrocznych przygód wesołej ekipy, która napotyka na pomykające po lesie potwory, nawiedzony dom z morderczą windą, klątwę, maszynę do przemieszczania się między światami, podmianę ciał czy wreszcie zdrowy, amerykański rasizm. Bo serial - mimo dramatycznych wydarzeń, hektolitrów krwi, brutalnych powidoków masakry w Tulsie oraz niezgodnych z książką śmierci - jest przede wszystkim zabawny i wykorzystuje twórczo popkulturę (wprowadzając chociażby wątki jak z Indiany Jonesa). Nie wiem jednak, czy pozostawienie tonu zgodnie z książką, mniej brutalnego, gdzie poza jednym adwersarzem nie ginie nikt (a w serialu cztery ważne dla fabuły osoby), nie poprawiłoby ekranizacji.
Książka Ruffa jest, niestety, dość płaska w zestawieniu z rozbuchaną fabułą serialu. Przeprowadza przez wydarzenia trochę na zasadzie gry fabularnej, obracając się wokół osoby Atticusa, z rzadka pozwalając na przygody Ruby, siostrze Letitii czy ciotce Hyppolycie, a te wątki w serialu są arcyciekawe. Przemyka się dygresyjnie przez wojnę w Korei, która - wraz z poznaną przez Atticusa Ji-Ah - odgrywa znaczącą rolę w ukształtowaniu postaci bohatera i w finale historii. Znacznie urozmaica też zróżnicowanie płciowe przez zmianę płci syna Braithwaite’a, Caleba, który staje się Christine (co pozwala na swobodniejszą zabawę konwencją przy podmianie ciał przez Ruby) oraz zastąpienie epizodycznego w powieści Horacego, syna George’a i Hyppolyty, przez córkę Dee z nieco szerszą rolą. Twórcy serialu ładnie wychodzą z tych nieścisłości, wprowadzając jako artefakt książkę napisaną przez syna Atticusa, w której zamiast Dee jest Horacy.
TL;DR - bohaterowie są czarni, a biali są źli. Mnie się podobało.
Inne tego autora tutaj.
#143
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 25, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 4 komentarze
- Skomentuj