Kategoria:
czytam
Jakoś akceptuję fakt, że senne, na pozór spokojne szwedzkie miasteczko jest istną wylęgarnią zwyroli, bo dobrze się czyta. Ktoś wycina serce 16-latkowi, a potem zaczyna się sprytna seria morderstw kolejnych osób związanych z nastolatkiem. Elitarna szkoła kryje wiele tajemnic, nikt specjalnie nie jest chętny, żeby udzielać informacji, bo każdy coś ukrywa. Lokalna policja jest trochę niezborna, bo zaginięciem zaczyna zajmować po prawie trzech dniach od zgłoszenia. I samo śledztwo nie jest aż tak ciekawe, jak ekipa specjalistów, którą wezwała komendant lokalnej policji. Vanja - agentka z umiejętnością wykrywania kłamstw, Billy - specjalista od danych i komputerów, Ursula - doskonały specjalista od śladów i Thorkel - szef. Ekipa wchodzi cała na biało, po czym uzyskuje dodatkowego współpracownika - dawnego znajomego Thorkela - znanego psychologa policyjnego, specjalistę od profili kryminalistów. Nie budzi to niczyjego entuzjazmu, bo Sebastian to buc, cham, szantażysta i erotoman, za to z niesamowitymi zdolnościami manipulacji i oczywiście po przejściach. Do śledztwa się włącza, żeby znaleźć kobietę, która napisała 30 lat wcześniej do jego matki, że spodziewa się jego dziecka.
Ładna, nieco przewrotna pointa dobrze wróży kolejnym tomom.
Inne tych autorów:
#58
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 30, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jest sporo przewodników i po Irlandii, i po samym Dublinie. Ten pożyczony od B., zawierający 18 tras związanych z poszczególnymi rozdziałami powieści Joyce'a, jest nietypowy i ciekawy, zwłaszcza jeśli się do Dublina trafi na obchody Bloomsday. Wieża Martello w Sandycove, cmentarz w Glasnevin i kilkanaście znanych dublińskich ulic, wszędzie tam, gdzie Leonard Bloom odbywał swoją wyprawę 16 czerwca. Może do następnego wyjazdu (bo wrócę) przeczytam wreszcie Ulissesa?
I kilka panoramek:

Kilruddery
Cashel

Dublin (jak z teledysku do "Pride")

Dun Laoghaire

Dun Laoghaire (^eloy)
Dun Laoghaire, widok na Sandycove z wieżą Martello
(większe po kliknięciu)
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 28, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pan Zenek jest starszym panem (wrodzona złośliwość każe mi dodać, że pewnie po czterdziestce), kierownikiem sklepu warzywnego, który znad cebuli, brukselki, wśród oparów nadpsutej kiszonej kapusty[1] marzy o przeżyciu wielkiej miłości. O poznaniu czułej, cierpliwej, eleganckiej i dystyngowanej pięknej pani, z którą mógłby się wzajemnie zabawiać inteligentną konwersacją, która by przygotowywała mu śniadania i prasowała koszule. Niestety, pan Zenek - poza nieporywającą powierzchownością (chociaż oczywiście uważa, że nie jest taki ostatni) - ma też pecha. Jak już nawiąże z jakąś panią nić porozumienia, to albo drą mu się spodnie, albo pani wypadają stare ineksprymable wspierające konstrukcję fryzury, albo przychodzi dostawa towaru czy inne nieszczęście. I tak przez kilkadziesiąt rozdziałów. Potem nagle w samotnym życiu pana Zenka pojawia się pewna sierota oraz krzywonosy przyjaciel, portier Franio.
Fantastyczny jest rozdział XIX, w którym pan Zenek zostaje rozpoznany przez urocze urzędniczki i nad schabowym dowiaduje się, że czytały o nim w książce opisującej jego miłosne niepokoje. Reszta książki nie jest aż tak postmodernistyczna, ale przypomina swoim abstrakcyjno-absurdalnym klimatem te mniej brutalne historie Topora. Lubię ten ciemny i duszny klimat małego sklepiku, gdzie ludzie kłócą się o przywiędłego kalafiora, a towar pakuje się do siatek klientów, bo znowu nie ma papieru. W tle przewija się świat PRL-owskiego handlu, trudności z zaopatrzeniem, mityczną Centralą, dowozem warzyw drugiej świeżości, dyrektorami i sekretarkami.
[1] Którą to kapustę płuczą podwładne, panna Władzia i panna Jadzia, bo wypłukana przestaje śmierdzieć i klient uspołeczniony chętniej kupi.
Inne tej autorki:
#57
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 25, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tutaj inspektor Grant nie jest niesłychanie uprzejmy, ale za to ma nerwicę spowodowaną ciężką i wyczerpującą pracą, dla podratowania zdrowia bierze więc urlop i jedzie do kuzyna do Szkocji. Trochę niesprytnie wybiera podróż pociągiem sypialnym, bo nie dość, że cierpi na klaustrofobię i całą noc się męczy w ciasnej kuszetce, to jeszcze wysiadając przypadkiem trafia na nieuprzejmego konduktora, który właśnie znajduje świeżego nieboszczyka kilka przedziałów obok. Grant przypadkiem zabiera gazetę nieboszczyka i znajduje na marginesie wiersz o śpiewających piaskach, co jakoś nie składa mu się z oficjalną wersją śmierci delikwenta z pociągu. Zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, po części dlatego, że ryby specjalnie nie biorą, po części, bo żona kuzyna uparcie go swata przy każdej wizycie, a po części, bo jest policjantem i jak widzi źle wyjaśnioną śmierć, to zaczyna podejrzewać morderstwo.
Mało kryminału, dużo obyczajówki - życie w wiejskim dworku na szkockiej prowincji, łowienie ryb i spacery z rozgarniętym 6-letnim synem kuzyna, lokalny folklor, wizyta na dzikich Hebrydach, gdzie zimno i przeraźliwie paskudna kuchnia, a na wiejskiej imprezie panowie ukradkiem podają sobie flaszkę i pudełko z pornografią. Dość irytujące są monologi Granta, bo chłopak niespecjalnie ma z kim pogadać, a ewidentnie mu tego brakuje. A na końcu nie dość, że udaje się rozwiązać zagadkę tajemniczego mężczyzny z pociągu, to jeszcze nerwica się ulatnia i inspektor świeży i wesoły wraca w czułe ramiona Scotland Yardu.
Inne tej autorki.
#56
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 23, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Możliwe, że przyjemność czytania z pierwszej powieści o Harrym Hole'u byłaby większa, gdybym po pierwszym rozdziale już nie wiedziała z kolejnych książek, kto zabił. Hole ma 32 lata, jest niepijącym alkoholikiem i przylatuje do Sydney jako delegat norweskiej policji, aby pomóc znaleźć mordercę zgwałconej i zabitej (kolejność dowolna) Norweżki Inger. I - jak to Hole - najpierw zaczyna węszyć seryjnego mordercę, a chwilę potem, po odkryciu morderstwa jednego z podejrzanych i samobójstwa śledczego-Aborygena, z którym się zakumplował, zostaje samotnym mścicielem, nieco wspomaganym whisky.
To nie jest zła książka, ale jeszcze nie dopracowana tak jak dwie trylogie z Oslo. Harry się szlaja po pełnej gejów, transwestytów i handlarzy narkotyków rozrywkowej dzielnicy Sydney, King's Cross (raz nawet przetłumaczonej nadgorliwie jako Królewskie Skrzyżowanie), romansuje z rudowłosą kelnerką ze Szwecji. Wysłuchuje od poznanych w trakcie Aborygenów australijskich legend, które oczywiście pomagają w śledztwie, bo klucz do sprawy leży w Australii. a Harry jak zwykle wychodzi ze sprawy z dziurą w sercu.
Inne tego autora tu.
#55
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 13, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Trochę się spóźniłam kalendarzowo, bo akcja powieści dzieje się między 7 a 14 lipca[1]. I chyba dlatego, że zdarzały się upały i lato, poczułam chociaż trochę gęstego, dusznego i wilgotnego klimatu amerykańskiego Południa. W małym sennym miasteczku Swan robi się nagle nieprzyjemnie, bo ktoś wykopuje z lokalnego cmentarza ciało Catherine, samobójczyni sprzed 20 lat, matki dwójki nastoletnich dzieci i żony lokalnego lekarza. Mąż się rozpił i po udarze stracił sprawność umysłową, a dzieci - łatwo się domyślić - niespecjalnie się z tym dobrze poczuły i mimo że zaopiekowała się nimi ciotka Lily, wyrosły na dość skomplikowanych i niespecjalnie szczęśliwych dorosłych. J.J większość czasu spędza w samotności w domku na bagnach, pływa, rysuje, łowi ryby i co jakiś czas nawiązuje jakąś krótką znajomość, Ginger - po krótkim i nieudanym małżeństwie - pracuje jako archeolog we Włoszech. I nagle oboje wracają do Swan i dowiadują się, że matka wcale nie popełniła samobójstwa, tylko ktoś ją zabił. Wprawdzie sama zagadka się do końca nie wyjaśnia, ale przez ten lipcowy tydzień życie całej rodziny, która wegetowała w kręgu tematów nie-do-poruszania i każdy był zamknięty w sobie, wreszcie wraca do normy.
Ładna, powolna historia o odzyskaniu świata, który od lat był zamknięty, pogrzebany i wspominany jako koszmar. Po uznanej za samobójczą śmierci matki, ciotka Lily spaliła wszystkie jej ubrania, rysunki i notatki, dlatego ogromną niespodzianką okazuje się jedno z pudeł w szopce, w którym Ginger wśród ciążowej odzieży znalazła notatniki i zdjęcia matki. Wprawdzie to nie sprawiło, że odzyskali stracone lata, ale zaczęli inaczej patrzeć na swoich rodziców i swoje życie.
[1] Inna rzecz, że książkę woziłam kilkukrotnie na wakacje - najpierw dwa razy na Węgry, a potem do Stanów, tyle że nie zdążyłam przeczytać.
Inne tej autorki tu.
#54
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 5, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kate Reddy jest maklerką, na pełen etat obraca akcjami w jednej z londyńskich firm, zarabia, traci, podejmuje szybkie decyzje, trzyma w ręku pół giełdy, lata po całym świecie w delegacje, a w międzyczasie usiłuje być matką dwójki maluchów i żoną dość niezorganizowanego męża - architekta-hobbysty. I poza maniakalnym robieniem list i rezygnacją z własnych potrzeb naczelnym spiritus movens Kate jest wszechogarniające poczucie winy. Że nie jest w pracy tak wydajna, jak powinna być, a mimo to praca zajmuje jej 90% czasu, bo nie potrafi odmawiać i nie jest w stanie być matką idealną, która piecze babeczki (więc zamiast tego kupuje gotowe i lukruje niezdarnie, żeby wyglądały na domowe), spędza quality time z dziećmi i uczestniczy w ich rozwoju, a żeby okoliczna "mamafia" postrzegała ją jako osobę wartościową, ucieka się do sztuczek i kłamstw (czasy aspirującej pani Bukietowej już dawno minęły). Niespecjalnie polubiłam Kate-karierowiczkę, nie zrozumiałam sensu maskarady Kate-matki idealnej i nakręcania całej spirali fikcji, natomiast doskonale poczułam Kate-osobę, z aspiracjami, chęcią wyspania się we własnym łóżku, Kate-żonę, która usiłuje poukładać sobie życie z mężem.
Kawałki korporacyjne ambiwalentnie - bo z jednej strony obśmiałam się jak norka, czytając o Deklaracji Posłannictwa (1. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! 2. Wzajemne zaufanie! 3. Maksymalizacja wyników! 4. Klient nasz pan! 5. Skazani na sukces!), z drugiej gorzkawo, bo sama prawda - nie da się być mamą i pracownikiem miesiąca, z trzeciej - akcja ośmieszająca szowinistycznego chama, który emituje erotyczne fotomontaże zdjęć atrakcyjnej koleżanki z pracy, zupełnie z powietrza.
Natomiast całościowo książka mnie miło zaskoczyła. Owszem, jest przewidywalna, owszem, zakończenie typowo pozytywistyczne ku pokrzepieniu serc, owszem, wisi parę strzelb, które nie strzelają, ale jest ciut głębsza i bardziej refleksyjna niż można się po chic-lit spodziewać.
Tłumaczenie słabe, panie Manicki. Panie miewają bieliznę od Agent Provocateur, a nie od Agentki Prowokatorki. Dużo zdań, które zaczynają brzmieć dopiero po tym, jak wymyślę, co było w oryginale.
#53
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 20, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Lubię ładnie ilustrowane książki, zwłaszcza jeśli są o jedzeniu. Do tego lubię książki dla dzieci. Ilustracje Emiis są fenomenalne - bajkowe, aluzyjne (włoska rodzina Gnocci - dynia z podkręconym, prawie że à la Salvador Dali, wąsikiem i w cylindrze) i inne. Niefotograficzne. Z elementami do dorysowania przez najmłodszych, chociaż raczej nie dla dwulatków. Z dwulatkami natomiast można ją przeglądać i pokazywać kolejne obrazki, słuchać potakiwania, kiedy się dwulatce świat zgadza ("A to jest brokuł, wiesz?" - "TAK!") i cieszyć się myślą o momencie, kiedy rzeczona dwulatka na tyle opanuje koordynację, żeby powierzyć jej proste i niekoniecznie bałaganiarskie zajęcia kuchenne.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 17, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 9 komentarzy
- Skomentuj
Trop wiedzie w przeszłość - historia zabytkowej broszy z brylantem i szafirami, pozostałej po rosyjskiej szlachcie łączy się ze współczesnym morderstwem dziennikarza-hieny. Bardzo zgrabny zestaw bohaterów: przemiły i dociekliwy milicjant, który karmi rozmówców pierożkami maminej roboty i poi dobrze przygotowaną herbatą, pełna zasad i etyki pani dziennikarka, za którą - jak smród za wojskiem - ciągnie się najpierw patafian-dziennikarzyna, a potem próbujący szantażu zdegradowany agent bezpieki czy ciężko doświadczona przez los i rzucona w świat wielkiego biznesu piękna studentka.
Inne tego autora:
#52 (no to fajrant)
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipiec 15, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Inspektor Grant pozytywnie wyróżniał się wśród innych pracowników Scotland Yardu, ponieważ był zamożny, pracował dla przyjemności, a do tego był niesamowicie taktowny i uprzejmy. Dzięki temu niechętni przesłuchaniom świadkowie o czasem nie do końca legalnym trybie życia udzielali nieocenionej pomocy. Dodatkowo miał ofiarnych współpracowników, którzy chętnie przebierali się za kogoś innego (a to domokrążcę z błyskotkami na handel, a to byłego żołnierza, szukającego miejsca w życiu) i byli bezbłędni w wyciąganiu pikantnych detali od służących i kucharek, zwłaszcza dotyczących chlebodawców. A do tego Grant miał intuicję, która nie pozwalała mu zatrzymać śledztwa, mimo że znalazł potencjalnego mordercę.
Pod jednym z londyńskich teatrów w ciasnej kolejce stoi pół Londynu, bo dostępne są jeszcze bilety na ostatni spektakl znanej śpiewaczki rewiowej. Stoi, stoi, aż wreszcie rusza do kasy i wtedy się okazuje, że stojący sztywno młody mężczyzna jest rzeczywiście sztywny, bo pchnięty sztyletem ze skutkiem śmiertelnym. Nie wiadomo kto to, bo nie ma dokumentów ani innych oznak ułatwiających identyfikację (poza - jak się okazuje - krawatem); wiadomo tylko, że zabił go ktoś stojący w kolejce. Ponieważ kilku świadków wspomina o młodym, śniadym mężczyźnie, takiego delikwenta szuka właśnie inspektor Grant.
Zaletą prowadzenia śledztwa w latach 20. XX wieku jest to, że wszystkie banknoty 5-funtowe są namierzalne, krawaty wychodzą w bardzo krótkich seriach, a w ramach grupy społecznej wszyscy się znają nawet w takim mieście jak Londyn.
Inne tej autorki, inne z tej serii.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 11, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 2 komentarze
- Skomentuj