Kategoria:
listy-spod-rozy
Wiem, nudno. Ale lubię. Podoba mi się lokalne jedzenie, oczywiście przy unikaniu rzeczy smrodliwych, typowo śmieciowo-seafoodowych - pieczona, soczysta kaczka, kruche warzyw z boczkiem, słodycze (odkryłam tanią podróbę Jelly belly w lokalnym convenience store). Fajne jest społeczne zachowanie podczas jedzenia - na stole jest dużo rzeczy na półmiskach, każdy ma swoją miseczkę i talerzyk, na który sobie nakłada, więc najczęściej ktoś musi mu coś podać, przysunąć czy nalać napoju (bo napój jest w butelce ogólnej bądź dzbanku).
I, czego się nie spodziewałam, trochę już umiem pałeczkami - na tyle, że mogłam z niejakim uśmiechem patrzeć na Hiszpankę twardo jedzącą widelcem.
Śmiesznie być big in jap^W^W^Wbiałym w Azji. Na ulicy byłam jedyną nieskośną osobą w okolicy. W metrze spotykamy obcokrajowców (czyt. nie z Azji), z którymi witamy się jak ze znajomymi - "Hello, where are you from, how long here?". Niemiec czy Szwed, ale bliżej niż śliczne, skośne, delikatne i często rozchichotane niskie dziewczęta.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 4, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Panie pokojowe drą się, walą w drzwi i hałasują od godziny 8 rano. Ja rozumiem, że muszą sprzątnąć, ale fakt opcji śniadania między 7:00-8:30 nie oznacza, że wtedy nikogo nie ma w pokoju.
Bwpvrp xynflpmavr zavr jxhejvn, jlflłnwąp xbyrwartb znvyn gerśpv "mqwępvn snwar, nyr znłb an avpu Tbfv" (manpml zavr). Wnfar, vqrą ebovravn mqwęć fxąqxbyjvrx wrfg hcbmbjnavr fvę j pragenyalz zvrwfph mqwępvn v gnx 400 enml, mzvravnwąp glyxb xenwboenm. V pmrxnavr, nż bwpvrp cbebmflłn mqwępvn qb qnyfmrw v oyvżfmrw ebqmval, xgóen oęqmvr cemrxnmljnć xbzhavxngl gerśpv "nyr fvę fcnfłnś".
Taksówkarzom nie należy ufać, jeśli mówią, że wiedzą gdzie jadą po zaprezentowaniu karteczki z angielską nazwą ulicy. Nie należy też ufać recepcjonistkom, które wpisują adres w krzaczkach. W efekcie taksówkarz za jedyne 20 zł zawiózł nas 10 stacji metra od celu w zupełnie inną dzielnicę i okolicę. Szczęśliwie metro jest czyste, proste i przewidywalne. A do tego na każdej stacji znajduje się kafelek opisany jako "Tu mogą stać samotne kobiety nocą, czekając na pociąg".
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 4, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Przestaję się dziwić, że życie tutaj prowadzi się nocą na ulicach. W dzień wyjście na leniwy spacer owocuje spłynięciem wodą po godzinie leniwego poruszania się po terenie płaskim. Nocą też jest gorąco, ale przyjemniej. Wczoraj w poszukiwaniu innej knajpy (w poprzedniej już byliśmy dwa razy, jeszcze by się do nas przyzwyczaili) obleźliśmy kawałek okolicy, nie bardzo było w czym wybierać (bo to taka "biedniejsza" i "gorsza" dzielnica) - w zasadzie same warsztaty samochodowe, kioski z czymś smażonym onnastick czy warsztaty z rożnymi rzeczami. Oczywiście sytuacja diametralnie się zmienia przy wejściu na Night Market - tu gromadzi się życie nocne okolicy (bo lokalesi są zdziwieni ogromnie, gdy mówię, że w Polsce życie nocne zanika koło 22, sklepy poza marketami po 18 są zamknięte, a czegoś takiego jak nocne ryneczki nie uświadczysz; ale lokalesi uważają, ze ta sauna na zewnątrz to "nice warm", a nie "fuckin' hot", więc o czym ja mowię).
Parę zdjęć night marketu wrzuciłam poniżej - na samym wstępie znaleźliśmy śliczną i bardzo klimatyzowana knajpę (co po kilkudziesięciu minutach spaceru jest nieocenione; inna rzecz, że klima jest w zasadzie wszędzie - czasem nawet w namiotach foliowych, otaczających niektóre stragany). Knajpa składała się ze stołów z płytą grzejna, obsługa przynosiła wybrany garnek z płynem (rosół, coś ostrego, inne cuda), samemu się wybierało w wielkiej lodówki to, co się w zupie utopi - morskie śmiecie, warzywa, cieniutko pokrojony pork, beef czy "meeee", jajka przepiórcze, kawałki ryby i inne cuda, co to nawet nie było wiadomo, co. Do tego miseczka z jakimś dziwnym sosem i coś w rodzaju bardzo słodkiego kompotu śliwkowego. Surowe śmieci wrzuca się do gara, gotują się, potem się wyciąga i je z sosem, usiłując złapać to coś pałeczkami i nie wypaprać się, jak prosię (niech mi ktoś powie, że pałeczki są wygodniejsze od widelca, to zrobię tymi pałeczkami krzywdę). Mamy chytry plan iść tam jeszcze raz, żeby powrzucać do zupy inne śmiecia.



Nie znam połowy owoców i warzyw, które się na ryneczku pojawiają. Większość przekąsek też wygląda co najmniej nieswojo. Stinking tofu na razie się boję, chociaż jak do tej pory żołądek specjalnie się nie buntuje przeciwko jedzeniu czy piciu (no, zęby myję w wodzie przegotowanej, a nie w kranówie).
Dzisiaj idziemy na jakąś imprezę do centrum lub - w wersji równie optymistycznej - na imprezę idzie szef-nadzorca-niewolników (eloya), który każe im pracować do późnego wieczora.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 3, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Podczas ostatniego lotu (Hong Kong - Taipei), byłam już tak zmęczona, że w zasadzie mało co rejestrowałam. Lot był spóźniony (z bliżej niejasnych przyczyn technicznych), była opcja, że się nie odbędzie, więc gonili nas z jednej kolejki (właściwej, do abordażu) do drugiej (znacznie dłuższej, do rozdysponowania nas na inne loty, również za niezłe kilka godzin). Lot się jednak odbył, bez wizyty na stacji benzynowej, co przychodziło nam na myśl parę razy. Chińskie stewardesy ładniutkie, ale jednak nie ufam, jak się uśmiechają. wybór w kwestii jedzenia był prawie jak w Aeroflocie - "tak" albo "nie". Mięsko zawierało dziwne grzybki, ciasteczko i soczek były jadalne.
Potem odbębniliśmy tworzenie wiz na miejscu (da się, urzędnik mało natarczywy, tylko zastanawiał się, po co chcemy zostać już po konferencji i jakoś dziwnie patrzył, że "tourist"), immigration officerkę (mimo zakazu wwożenia jedzenia I. przewiózł polskie kanapki z serem, bez konsekwencji, chociaż ja już tych kanapek bym nie jadła). Pierwszy kontakt z Tajwanem - fala potwornego, mokrego upału na twarz. Niby człowiek się przyzwyczaja, ale przyzwyczajenie znika po pierwszym wejściu w strefę klimatyzowaną (na szczęście prawie każda knajpa i sklep mają).
Niestety, lokalesi mają polską metodę na kontakty z cudzoziemcami - mówią głośno po swojemu, powtarzając parę razy. Niestety, takież panienki wystawili do witania uczestników Wikimanii - po zadaniu pytania panienki patrzą na siebie, uroczo chichoczą zasłaniając usta i kręcą głowami, że nie rozumieją. Kazali jechać autobusem, zaznaczyli na planie, gdzie kierowca ma nas wysadzić i to by było na tyle. W praniu wyszło, ze autobus z lotniska jedzie godzinę jakimiś ohydnymi suburbiami (jak na razie Taipei nie zachwyca - syf, syf, blaszane baraki obwieszone reklamami, znaki drogowe obrazkowe, brud i bieda), chłopaki się pospali, kierowca pół drogi darł się do komórki, bo z kimś rozmawiał bardzo ekspresyjnie, byłam zmęczona jak kot. Wreszcie się gdzieś zatrzymaliśmy i kierowca zaczął głośno krzyczeć, co przykuło naszą uwagę. Nie upieram się, że znajomość języków jest im potrzebna, bo sygnałami dźwiękowymi i na machanego dają radę, ale jednak się czuje ciut nieswojo. Taksówkarze też nie mówią lengłidżem, ale działa pokazanie im karteczki z adresem w obrazkach (nie byłam w stanie obsłużyć jechania metrem, ale taksówki kosztują grosze).
Wieczorem poszliśmy do chińskiej knajpy z szefem eloya, który jest nieco obeznany, bo ma żonę Chinkę. Knajpa potwornie niepozorna, ot - lada z surowymi rybami, małżami i innymi paskudztwami. W środku okazało się, że żarcie robią dobre (oczywiście nie wszystko - zupa małżowa taka sobie, krewetki maja oczka) - coś w cieście ze smażoną w głębokim tłuszczu bazylia, co się maczało w takim burym proszku ("it's spice") i było oszałamiająco dobre, kaczka pieczona, pokrojona w plasterki z tłuszczem z pieczenia, warzywa (stawiam, ze pak choi, ale pewna nie jestem).
Nocne markety są niesamowite - na małej powierzchni, w uliczce mieści się kilkaset (jak nie więcej) straganów ze wszystkim - Dior, markowe buty, jakieś śmierdzące smażeniny onnastick, ciuchy, kosmetyki, majtki, skarpetki, pani w rękawiczkach z Castoramy (takich izolacyjnych, malowanych farba) przygotowująca świeże owoce w kawałkach, każdy kawałek zapakowany w torebeczkę, pan zachęcający do masażu stóp, zapewne w zaułkach panowie proponują też inne usługi. Zmierzch zapada wcześnie - kolo 18:30-19:00 i bynajmniej nie robi się chłodniej...
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 1, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Warszawa Okęcie - Amsterdam Schiphol: 1,5 h, KLM, samolot miał na imię "Marco Polo". Leniwie, bez przygód, dali dobre kanapeczki z łososiem i twarożkiem i mniej dobre z mozzarellą i pomidorem, a do kawy ciasteczko z karmelem (bardzo dobre). Warto brać na pokład skarpetki (fluffy z antypoślizgami sa dwaplusdobre) i coś na ramiona, bo na krótkich lotach nie dają kocyka. Warto tez pamiętać o restrykcjach przewozu kosmetyków - wywalają wszystko powyżej 100 ml.
Schiphol. Estetycznie takie sobie, ale strefa zakupowa robi wrażenie - z powrotem będziemy siedzieć tam 4h, wiec mam chytry plan zabrać wielka torbę goodies i wyczyścić limit na kredytówce. Sery holenderskie, cebulki tulipanów, słodycze (wspomniane ciasteczka z karmelem), kalendarze z depresyjnym tulipanem (c siwa). Kompletnie nie zajarzyłam ożywienia wśród celników, pan przed bramką puszcza do mnie oczko i pyta, czy mam w podręcznym bagażu "weap". Y? Weap? Weapon? No, of course not. "But you have these (i pokazuje na wysokości swojego biustu), I won't touch you". Hm. Za bramka typowy aryjski SS-manski Holender rzuca "Naughty, naughty. But I won't touch you, it must be spontaneuos, you're too open". Dopiero w tym momencie dotarło, ze czynią niezawoalowane aluzje do mojej koszulki z napisem "I'm naughty girl, spank me!"...
Amsterdam Schiphol - Hong Kong International Airport: 11h, KLM, samolot miał na imię "City of Calgary" (na pasie stoi KLM-owy The Flying Dutchman). OMFG, zatuczyli mnie. Herbatka/kawa z solonymi migdałami. Soczki i drineczki. Obiad (chinese style, kurczak z kluseczkami, sałatka warzywno-owocowa z kokosem, kurczak z makaronem sojowym, ciasteczko). Soczki i drineczki. Herbatka. Soczki. Duty free (nie wiem, skąd wyjęli te ceny - dezajnerskie metalowe solniczko-pieprzniczki za jedyne 90 euro). Soczki. Herbatka. Zupka chińska! (autentyczny tajski kubek zawierający noodles, pobudzający informatyków do działania - oczywiście dali do niego pałeczki, steward na moja (i kolegi) nieśmiałą prośbę o widelec wyśmiał nas rozgłośnie, stwierdzając, że jedziemy do Hongkongu i najwyższy czas nauczyć się pomykać patyczkami, bo umrzemy z głodu. To będą ciężkie dwa tygodnie... Planujemy potajemny zakup widelca i noszenie w kieszeni). Drineczki. Śniadanko z gorącą bułeczką z serkiem, jogurtem, owocami i ciasteczkiem. Herbatka. Licznik kilogramów: +3. Poza jedzeniem lot również nudny (ciut potrzęsło, ale bez rewelacji), niestety nudna oferta filmowa - The Shooter bardzo smętny i przewidywalny (Mark Walhberg i jego szotgan kontra reszta USA). Music and Lyrics - odpadłam na scenie z tańczącym Hugh Grantem. Skusiłam się na Blades of Glory tylko dlatego, ze gra tam Jenna Fisher (Pam Beesley z The Office), ale nie było warto. Wbrew trailerowi targetem nie są geje, za to nudny. Śmieszne momenty raczej żenują.
Hong Kong - lotnisko (czas +6h). Zalogowaliśmy się do Transfer Lounge, za jedyne $40 od łebka można free wifi, prysznic, masaż, śniadanko czy się zdrzemnąć. Useful info - warto brać ze sobą majtki i koszulkę na zmianę do bagażu podręcznego. Prysznic pomaga, ale śmierdzące ciuchy niezbyt fajne. Lotnisko klimatyzowane, na zewnątrz 31 celsjuszów.
PS Fotki będą. Głównie z lotnisk i okna samolotu. Na razie ;-)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 31, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Zrobiłam sobie notatki na okoliczność bycia off-line w samochodzie w notesiku w koty od siwej (zasadniczo mogłabym być on-line, bo TŻ skuszony informacją, że w hostelu jest[1] free wifi zabrał laptopa, ale uznałam to za pewną przesadę).
[1] Jest, ale w okolicy recepcji i pewnie jakiejś sali okolicznej. Na IV piętrze kamienicy nie dochodziło (tym razem udało mi się nie skręcić kostki, więc IV piętro nie było aż tak przerażające). Berolinę [2024 - link nieaktualny] gorąco polecam (dzięki, Agg). Wykorzystano taki sam pomysł jak w czeskim "U Semika" i w węgierskich CityApartments - stara kamienica wyremontowana i przerobiona na pokoje gościnne. Bardzo czysto, łazienki wspólne, ale blisko i niekrępujace (oczywiście bardziej błyskotliwe ode mnie osoby zorientują się, że są i damskie (z babeczką na drzwiach i z kubełkiem w toalecie), i męskie (z odpowiednim chłopyszkiem i pisuarem) i pójdą do właściwej, a nie do tej bliżej. Widok na wnętrze studni i ścianę, więc jak kto wrażliwy, to można prosić o pokój z widokiem. Dają ręczniki, co jest niebagatelną zaletą dla sklerotyków, które notorycznie o ręcznikach zapominają.
Parkowanie w Charlottenburgu 1e/h. Obiad dla trzech osób w typisz niemieckiej knajpce z tradycjami przy Wilmersdorfer Strasse - 31e. Berlin pachnący lipami - bezcenny.
Mam słabość do Berlina. Wygląda tak, jak większość polskich miast mogłoby wyglądać - czysty, odremontowany, z doskonałymi drogami (niniejszym chciałam gorąco pozdrowić serwis map24.de, z którego wydrukowałam sobie dojazd z do hotelu w formie prostych instrukcji dla ciemnoty i który, mimo że ni cholery nie zgadzał mi się z mapą[2], okazał się być dojazdem genialnym, prostym i w zasadzie uniemożliwiającym błądzenie) i przemyślany. Berlińskie metro U-bahn pozwala na przemieszczanie się z dowolnego miejsca w dowolne inne miejsce w obrębie miasta i okolic.
[2] Mental note to self: Zuza, nie kombinuj. Jak Ci kazali tak jechać, to tak jedź.
Mogłabym w Berlinie, a zwłaszcza w Charlottenburgu zamieszkać. Przy deptaku na Wilmerdorfer Strasse jest wszystko, czego do szczęścia turyście i zwierzęciu wyprzedażowemu potrzeba - Peek&Cloppenburg, Orsay, H&M, Pimkie i wszelkie inne ciuchowe cuda. Bankomat Citi, w którym jakimś cudem posiałam kartę (na szczęcie kapryśny bożek pechowego podróżnika był przychylny i padło na prawie przeterminowane maestro). Fastfood rybny, stragany ze ślicznymi owocami, Dunkin' Donuts i delikatesy Rogacki, gdzie na sporej powierzchni są ryby, sałatki, mięsiwa, wino, sery, wędliny, pieczywo i wszelkiego typu cuda spożywcze, które można nawynos albo spożyć na miejscu, wśród innych współspożywających szybki lanczyk na stojąco. Fajniej niż w tradycyjnym centrum handlowym, bo wszędzie w okolicy śliczne kamienice i pachnące lipy. A wieczorem dziwki w absurdalnie wysokich szpilkach na ulicach, otwierają się burdele i nocne kluby. Jak to jest "ta gorsza dzielnica", to boję się myśleć, jak wygląda "ta lepsza".
Lubię też Berlinerów (Berlińczyków?). Są życzliwi. Uśmiechnięci. Pomocni. Zachwyceni, że ktoś próbuje mówić nieporadnym i przemieszanym z angielszczyzną niemieckim. Nie dlatego, że chcą ci coś sprzedać. Ot tak, bo jest ładny dzień i są mili. Pani na straganie warzywowo-owocowym kazała dołożyć limonkę gratis, bo papaja koniecznie z limonką.
W zasadzie to ja na koncert pojechałam. Koncert megawykurw. Muzycznie pewnie mocno taki sobie, bo tak na oko Steele nie słyszał, co śpiewał, ale było na tyle głośno, że mi to nie przeszkadzało, bo ja tam na randkę jak zwykle jechałam. Jako osoba wiekowa wlazłam na balkonik, skąd widok na scenę (i na Petera Steela w pełnej okazałości) był przyzwoity. Mało z nowej, słabej płyty, więcej chwytliwych staroci, gardło mnie bolało. Na scenę tradycyjnie poleciał czarny stanik w sporym rozmiarze (nie mój, ale nie powiem, że nie rozważałam). Niestety, skonfiskowali aparaty.
W nocy była Burza. Ale taka naprawdę - waliło i błyskało, deszcz sie lał jak z wiadra, dodatkowo okno otwarte na studnię pewnie jeszcze dodawało akustycznej mocy. Lubię burzę.
Lubię też zakupy w niemieckim Realu. Za każdym razem wyjeżdżam z koszykiem pełnym cudności. 20 różnych rodzajów Sheby (koty mówią, że się różni w smaku), świeży ananas, papaja, Jelly Belly, pasty curry, suche kiełbaski, ser haloumi, nieodmiennie Irish Cheddar, greckie serki feta-like, tic-taki o smaku mango, marynata miodowo-musztardowa do mięsa i papryczki nadziewane serem. I greckie wino. Foremki do babeczek i czipsy czekoladowe do pieczenia. Czemu u nas nawet w bardziej rozpustnych delikatesach nie ma takiego wyboru? Proszę pani, tu wszystko jest smaczne.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 16, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 14 komentarzy
- Skomentuj
Wikimania2007
Małgorzata, płatność została pomyślnie zrealizowana.
Zapłaciłam, mimo iż na formularzu pojawiła się opcja:
Preferred name for sex: ( ) Male ( )Female ( ) Declined to state
Mam nadzieję, że kot będzie zdrowy do tego czasu.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 31, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Prasówka:
"śląska policja zatrzymała pięciu mężczyzn, którzy oszukiwali na handlu węglem. Oszuści wpadli na gorącym uczynku podczas mieszania 600 ton węgla z gruzem. Policja przejęła też nagrania wideo, na których przestępcy rejestrowali cały proceder. Robili to, bo nie ufali pracownikom, którym zlecali mieszanie węgla z kamieniami i gruzem."
Reportaż z wyjazdu do Warszawy. Najlepiej skrótowy w formie słowotoku:
- Zgubiłam się na podstawie mapy z Zumi i siwa pilotowała mnie komórką.
- Kot siwej jest boski (mogę okazać).
- Ser Bursztyn jest boski (nie mogę okazać).
- Żoliborz ładny, ale <lokalny-szowinizm-mode>Sołacz ładniejszy</lokalny-szowinizm-mode>.
- Warszawa w dzień jest całkiem nieźle oznaczona, nazwy ulic na narożnikach nie są złe.
- Dom kilkadziesiąt km pod Warszawą to dalej "w Warszawie".
- Z jednej strony fajnie mieć dom w lesie, bo las, z drugiej - niefajnie, zwłaszcza jak się szambo zapełni w niedzielny poranek.
- Sąsiedzi zrobili fajerwerki, lubię.
- Grill się słabo świeci, jak pada.
- 9-tygodniowy pies Welsh terrier to fajna szczotka, która ma rozmiary małej zmiotki, takąż funkcjonalność, ale pełnowymiarowo umie warczeć i szczekać na obcych. Prawdziwy brytfan (brytfanna, bo suczka).
- TŻ jest sławny, ludzie robią notatki w kajeciku, że go poznali.
- Określenie "droga krajowa 2" nabiera znamion przekleństwa, zwłaszcza jeśli się zjedzie na nią z autostrady.
- Bar Ułański w Bedlnie(?) sympatyczny, dużo naleśników i świetna wątróbka drobiowa z cebulą, jabłkiem i suszonymi śliwkami.
- Satanistyczna czarna deska klozetowa w płomienie na parapetówkę działa.
- Bardziej działa huśtawka ogrodowa i hamak, zwłaszcza jeśli w bundlu jest usługa złożenia.
Albo fotki:






Nuda, nie?
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 14, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Wiosna mimo zimna powitała nas kwieciem lecącym z drzew. Nie trzeba było, na drzewach też ładnie. Wczoraj w pracy pękło mi ramiączko od stanika i od razu świat wrócił do normy. Jak kto pamięta nieco zdezorientowanego kolegę z portalu obok, to właśnie aplajował do nas do pracy.
I z góry przepraszam, ale muszę. Normalnie zakochana jestem w moim nowych sztruksach z przeceny. To pierwsze portki, które mają podszewkę w śliczne paseczki, płócienną wszywkę wewnątrz kieszeni ze sposobem prania, historyjką i życzeniami, żebym miała w nich fun. I tak, takiego czegoś wymagam od portek za okrągłą sumę z dowolnej walucie. Lee czy inne Wranglery kosztują podobnie, a jakościowo są na poziomie Big Starów czy innych NoName'ów. Niestety, wyrobów firmy McNeal w Poznaniu niet (jak reszta asortymentu Peek&Cloppenburg).

Piotr i Paweł na Tatrzańskiej okazał się być nowym mallem z niezłą powierzchnią, zupełnie przypadkiem akurat na drodze do domu. Cenne.
A poza tym mam zanik weny.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 6, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Piosenka o JP2 na melodię Quantanamery pokazuje, że ludzie tworzący coś, co się szeroko nazywa piosenką religijną, nie mają poczucia obciachu.
Ale w zasadzie to ja o Berlinie. Lubię Berlin. Ma śliczne zakątki, wygląda jak mnóstwo kawałków Europy razem wziętych. Piękny park jak poznańska Cytadela, kamieniczki jak w Pradze, nabrzeże jak w Budapeszcie, ruinki jak w Łodzi, kawałki Wrocławia. W co drugiej bramie kryje się piękne podwórko. Jeśli jest brzydki blok z okresu błędów i wypaczeń, ktoś pomyślał i dobudował do niego coś takiego, że zaczyna być ładny i pasować do reszty domów w okolicy - a to kafelki, a to wykusz, a to zabawa kolorami. Tak mógłby wyglądać Poznań, gdyby ktoś o niego zadbał. Oczywiście z planów pt. najpierw namierzymy wieżę telewizyjną na Alexanderplatz, a potem przespacerujemy się do Bramy Brandenburskiej nic nie wyszło, bo poszliśmy w inną uliczkę. Ale i tak było uroczo, bo słońce, ciepło, Starbucks i kamienice. Zbieram się na więcej Berlina w czerwcu przy okazji koncertu Type O Negative. Jakiś tani hostel/pensjonat?
Rano na granicy ustawiła się kobylasta kolejka Niemców, którzy jechali na tanie przedwielkanocne zakupy do Polski. Pewnie naiwnością było jechać po to samo, ale w kierunku przeciwnym, ale mnie się podobało. W telegraficznym skrócie:
- w niemieckim Tchibo to samo, co u nas w Realu, ale mam wrażenie, że zamiast przeliczyć ceny, ktoś zmienił walutę z euro na złotówki (na korzyść reala),
- można dostać Jelly Beansy w kilkudziesięciu smakach (spróbuję ich dzisiaj nie zjeść),
- Peek&Cloppenburg jest całkiem niezłym ciuchowym sklepem, oczywiście po przecenach,
- gdybym mieszkała w .de, wpadłabym w alkoholizm (miętowy Baileys!),
- Sheba występuje w kilkudziesięciu smakach, ograniczyliśmy się do 16 różnych (ca 0,45e...)
- mam pełną szafkę ostrych papryczek nadziewanych serkiem,
- czekolady Dolfin są tańsze w pl i większy wybór (stąd wniosek, że bliżej z Belgii do Polski niż do Niemiec),
- rachunek na ponad 200e boli... No, nie aż tak - warto było.
Traktuję to jako 1. dzień wiosny.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 1, 2007
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 11 komentarzy
- Skomentuj