Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: maja

A w Starym Zoo

... postawili przy małpiarni figury małp wielkości należytej. Łatwiej zobaczyć niż małpy za szkłem, bo tajniaczą się za krzakami i przemykają szybko w prześwicie. Owce kameruńskie, ustawione w sformowaną bojówkę, beczały przeraźliwie i usiłowały pozyskać walory spożywcze od przechodzących, ale nie tędy droga, bo wyraźnie stał napis, że nie karmić. Na karuzeli dawali w nagrodę za jazdę naklejki z Królem Lwem (czy ja chcę mieć taką naklejkę gdzieś w domu nalepioną?). Najładniejszy był (oczywiście poza Majem) koroniec plamoczuby. Lubię Stare Zoo na niedzielny spacer.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 25, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 9 komentarzy - Skomentuj


Emilia Dziubak - Gratka dla małego niejadka

Lubię ładnie ilustrowane książki, zwłaszcza jeśli są o jedzeniu. Do tego lubię książki dla dzieci. Ilustracje Emiis są fenomenalne - bajkowe, aluzyjne (włoska rodzina Gnocci - dynia z podkręconym, prawie że à la Salvador Dali, wąsikiem i w cylindrze) i inne. Niefotograficzne. Z elementami do dorysowania przez najmłodszych, chociaż raczej nie dla dwulatków. Z dwulatkami natomiast można ją przeglądać i pokazywać kolejne obrazki, słuchać potakiwania, kiedy się dwulatce świat zgadza ("A to jest brokuł, wiesz?" - "TAK!") i cieszyć się myślą o momencie, kiedy rzeczona dwulatka na tyle opanuje koordynację, żeby powierzyć jej proste i niekoniecznie bałaganiarskie zajęcia kuchenne.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 17, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 9 komentarzy - Skomentuj



Radzewice III

Za pierwszym razem powódź, za drugim rekordowe opady śniegu, a dziś zupełnie zwyczajnie. Mały I., starszy o 3/4 roku od Maja, to takie okno w przyszłość, przez które mogę zobaczyć moją córkę za jakiś czas. Fajna to wizja.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 24, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 1 komentarz - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Gołuchów

Gołuchów leży ponad 100 km od Poznania, więc raczej to wyprawa na cały dzień. Toteż przygotowałam się jak na wyjazd na wakacje, oczywiście okupując wycieczkę na pół dnia radosnym raisefieberem dzień wcześniej. Jeśli, drogi czytelniku, mieszkasz w innym miejscu niż Poznań, to możesz mieć bliżej. Albo dalej. Sam ustal swój raisefieber.

Bardzo chciałam, bo w Gołuchowie jest zamek przez duże Z. Wielkie, historyczne nazwiska - Leszczyńscy, Czartoryscy, Działyńscy, ale bez jakichś spektakularnych legend o damach i huzarach, pomykających o północku w stroju niedbałym. W zamku obrazy, meble, gobeliny, tapety i oryginalna stolarka. Niestety, konsekwencją tego jest zwiedzanie z kustoszem w grupach, z gnieceniem się w małych salkach, okrzykami, że proszę nie dotykać eksponatów i krzywymi spojrzeniami, jeśli ktoś się za bardzo o zabytkowy parapet oparł. Ciężko znaleźć chwilę, żeby w pomieszczeniu nie było ludzi, może w tygodniu, bo w weekend niespecjalnie. Zamek prześliczny - pełen koronkowych zdobień, baszt, schodów i krużganków, z zewnątrz wygląda na większy niż może to sugerować liczba oglądanych pokojów.

Park - wielki, zadbany, pachnący o tej porze roku lipą i jaśminem. I aż prowokuje, żeby urządzić w nim piknik. Oczywiście na bramie wisi wielki zakaz biwakowania, pod który pewnie można by podciągnąć rozłożenie koca i wyjęcie butelki mineralnej. Więc uznajcie, proszę, poniższe rozważania za teoretyczne. Bo przecież.

Dalej jestem fanką pikników, ale na każdym kroku tak trochę mi się wyobrażenia rozmijają z rzeczywistością. Bo mam w głowie Piknik Idealny. Ze śnieżnobiałym obrusem, porcelaną, bukiecikami kwiatków na koszu piknikowym i wyrafinowanym zestawem łatwych do spożycia potraw. Po czym za każdym razem koc się zawija i nabiera czarnoziemu, meszki i komary dziabią znienacka, brakuje mi krzeseł i stołu, kosz piknikowy jest ciężki i trzeba się z nim dowlec w piękne okoliczności przyrody (bo jakoś zawsze znajdują się kawałek dalej, bo kto by chciał jeść przy asfalcie), porcelan trzeba spakować bez zmywania (albo używać naczyń jednorazowych), a do tego skądinąd urocza niespełna dwulatka tratuje clou pikniku, biegając po kocu bez zwracania uwagi, na co się wchodzi. Po czym, kiedy jestem błogo objedzona i dożeram już z czystego łakomstwa którąś muffinkę, a wokół jest miło i unoszą się ciepłe słowa, dojrzewam do myśli, żeby ten piknik powtórzyć. Dla ciekawych - menu na blogu obok.

I zupełnie serio nie polecam odwiedzania zagrody dla żubrów, mieszczącej się "zaraz przy" zamku. "Zaraz przy" oznacza 1,5 km piechotą, a na końcu się okazuje, że zwierzęta (żubry, dziki, daniele, konie polskie) są schowane w stajenkach gdzieś na przeciwległym końcu zagród. 1,5 km w jedną stronę z niechętną czemukolwiek niespełna dwulatką to nie jest ta wisienka na czubku, której się człowiek na zakończenie miłego dnia spodziewa.

Dla Poznaniaków kwestie portfelowe:
* 10 zł bilet wstępu do zamku (we wtorek darmo, ale w poniedziałek zamknięte),
* 7 zł bilet wstępu do Muzeum Leśnictwa,
* żubry i park - darmo.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 14, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 5 komentarzy - Skomentuj


Po festynie

Tłum dzieci. Bez pudła rozpoznałam po ubiorze mamę Waneski i Alanka (zgrubnie pół mojej pensji, jak nie więcej).

Zaczepiła mnie babcia małej N. Że jest tutaj druga Maja i że ona ją pokazywała córce i mówiła, że zna inną Maję, moją. I czy jesteśmy rodziną. Nie, nie jesteśmy. Bo jak ona się przeprowadziła, jak jej córka była mała, to się okazało że w szkole jest dziewczynka, która ma tak samo na nazwisko, tylko inne imię i "sama pani rozumie, pomyślałam sobie, że bez sensu ta przeprowadzka, jak są tu ludzie, co mają takie samo nazwisko".

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 4, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 5 komentarzy - Skomentuj


Oczko

Pierwszy poległ budzik. Po którymś razie, kiedy lotem parabolicznym spadł z szafki, zamiast budzika zaczęliśmy używać TŻ-owej komórki, która emituje sielskie dzwoneczki i ptaszki. W celu łagodzenia obyczajów o poranku.

TŻ przyniósł mleko koło 6 rano. Potem już nie usnęłam, bo wierciła się, pokasływała, oddychała przez usta, mimo że nie miała zatkanego nosa, podnosiła się, siadała i kładła się ponownie, wszystko przez sen. Rosła mi irytacja, chowałam się pod kołdrą, usiłując odizolować od aktywności. Głaskałam małe plecki, obejmowałam, żeby jeszcze chwilę pospała ona, a może i ja. I zadzwonił budzik. Błyskawiczny uśmiech, szybszy niż z torebki znanej firmy od glutaminianu sodu i siad do pełnego wyprostu. Porozumiewawcze spojrzenie i wyjaśnienie, że "śś-śś" (ptaki, nie wiem, skąd ta onomatopeja). Zrobiło mój dzień.

21 miesięcy. Rok i 3/4.


Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 26, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 2 komentarze - Skomentuj



Stara Rzeźnia

Jeszcze nie razem, jeszcze tylko dla mnie. Jeszcze za dużo wbiegania na rozłożone na poziomie ziemi rzeczy, konieczności odciągania i odnoszenia na z góry upatrzone pozycje. Ale już wyciągam portfel nie dla siebie, tylko po to, żeby kupić "kokka" i szklane kryształki do powieszenia na szybie ciągle jeszcze już-niebawem-jej-pokoju, dawniej znanego jako biblioteka.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 16, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 3 komentarze - Skomentuj


Do Ciebie po niebie szłam

Chciałabym umieć się tak szczerze cieszyć, kiedy dostaję kwiaty od TŻ-a, jak szczerze i radośnie uśmiecha się Maj, kiedy dostaje dmuchawca do zdmuchnięcia. I wprawdzie mimo usilnego treningu w robieniu "fufufu" dmuchawca rozwiera wiatr albo przykleja się do języka, to i tak jest to najlepszy kwiat dla dziewczyny na świecie.

A piesek Roy nie umie zdmuchiwać dmuchawców zupełnie.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 8, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 4 komentarze - Skomentuj