Rodzeństwo
Przy stoliku obok rodzina z dziećmi, między innymi starsza córka i młodszy syn. Na widok Mai dziewczynka (tak na oko 10-letnia) mówi do brata (6 lat?):
Ty też byłeś kiedyś taki mały. Ale nie taki ładny.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Przy stoliku obok rodzina z dziećmi, między innymi starsza córka i młodszy syn. Na widok Mai dziewczynka (tak na oko 10-letnia) mówi do brata (6 lat?):
Ty też byłeś kiedyś taki mały. Ale nie taki ładny.
O poranku w wigilię piec zaświecił czerwoną kontrolką, oznaczającą, że "coś nie styka". Cieszę się niezmiernie, bo właśnie po to wyskoczyłam z okrągłej kwoty, żeby takich niespodzianek nie mieć. Piec zaczął stykać po rozkręceniu części obudowy, co jest o tyle krzepiące, że wesoły fachowiec zeznał, że jest w Gnieźnie i nie jest bardzo chętny, żeby przyjechać. O tyle mniej krzepiące, że jednak wolałabym piec bezawaryjny (bieganie z pianą na głowie, żeby piec zresetować - bezcenne).
Fotolab zdjęcia zrobił, nawet kilka nadmiarowych. Zepsuł tylko te, które pracowicie sklejałam w Picasie i dodawałam do nich rameczki, chyba przejmując się określeniem "bez ramek" na zleceniu, przez co rameczki kunsztownie oberżnął.
Mimo że podeszłam do problemu inżynieryjnie, kupiłam profi przylepeczki (szukaj "przylepce henzo") oraz wykonałam z kartonowej teczki szablonik umożliwiający sprawne i równe przyklejanie zdjęć (i w pionie, i w poziomie), jeden album zajął mi i TŻ-owi prawie 3 godziny klejenia na stojąco. Na stojąco i na cztery ręce. Wyspana (no, w miarę) usiadłam do karkołomnego zadania obdarzenia zdjęć datami. Kupiony w tym celu srebrny żelopis na pierwszej stronie nieco się rozlał przy majowym imieniu, a na trzeciej stronie się wypisał. Oczywiście kupiłam jeden, mimo że głęboko zastanawiałam się nad zakupem drugiego. I tyle o marchewce. Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze.

EDIT: Zwierzątek produkowanych przez Jellycat jest więcej.
Maja może przyglądać się długo zielono-żółtej paczce płatków kosmetycznych (100 sztuk + 20% gratis). Nie przeszkadza jej, że napisy są do góry nogami.
Zaczęłam powoli odzwyczajać się od używania języka emocjonalnego, którego nabawiłam się pracując w Fabryce. Wiadomo, dziecko łapie wszystkie przekleństwa, w te kilka lat może się oduczę miotania frazami zawierającymi słowa na k, p i chuj. Wczoraj w nocy jednak z gromkim "kurwa mać" nauczyłam się, że zużytą pieluchę lepiej od razu wrzucić do kosza, nawet nie trafiając za pierwszym razem, niż kłaść na podłogę koło łóżeczka. Nic tak nie budzi jak wdepnięcie w śliską kupę. Polonistka, egzaltowana, świeża, czysta, że chciałoby się siąść i płakać, taka jej mać.
Jogurt bałkański z zielonym ogórkiem, czosnkiem i rzodkiewką. Pyry z gzikiem. Sernik. Makaron z groszkiem, szynką i śmietaną. Świeży chleb z masłem (i wszystkie kanapki w Canappce, bo tam uczciwie z masłem). Kawa latte. Jogurtowe muffinki. Bita śmietana. Twarożek ze szczypiorkiem. I czekolada. Nie umrę, bo mogę ser żółty.
Maja prawdopodobnie ma nietolerancję nabiału. A ja robię listę rzeczy, które zjem, jak skończę karmić. I będę z niej skreślać po jednej, chyba że wcześniej pęknę.
Dla pamięci cytat, znaleziony na jednym z przypadkiem napotkanych blogów [Zapiski Teściowej - link nieaktualny w 2019], a mądrze ujmujący moją niechęć do apgarów:
(...) napiszę, nie podając żadnych cyfr, bo ludzi się na metry ani kilogramy nie mierzy.
Ale to tak tytułem dygresji. Bo ja chciałam o tym, że w macierzyństwie najtrudniejsze jest to, że nie ma urlopu, weekendu i po godzinach. Od 8 (słownie: ośmiu) tygodni jestem na nogach. Patrzę, nasłuchuję, obserwuję, idę co chwila zajrzeć, zerkam, dotykam i wącham. Czy wszystko dobrze. Czy wystarczająco dużo razy. Czy to nie jest już niepokojące. Nawet w nocy; budzę się i nasłuchuję, czy w ciszy słychać ten delikatny oddech. Do niedawna budziliśmy Maję na karmienie koło północy, ale na próbę zaczęliśmy pozwalać jej spać, zakładając, że ona najlepiej wie, czy jest głodna. Wczoraj obudziłam się przed czwartą i słuchałam odgłosów ciamkania i ślurpania językiem przez sen, po czym jednak potomstwo obudziłam, żeby nakarmić, bo wszystko mi się w środku zwijało z irracjonalnego strachu, że padnie z głodu. O tym, co się dzieje, kiedy dziecko wymiotuje, a w wielkich oczach ma przerażenie, nie wspomnę. Chyba dłużej dochodzę do siebie po tym niż Maja, która po zdeponowaniu zawartości żołądka na mnie, sobie, podłodze i czym popadnie, uśmiecha się radosnym a bezzębnym wyszczerzem i sugeruje, że teraz może coś opierdolić na ciepło.
Dalej znajduję zabawnymi te wszystkie rady z okresu ciąży, żebym się wyspała na zapas. To nie o sen chodzi, tylko o to szarpiące nerwy poczucie obowiązku. Senność to dodatkowa atrakcja, wypadkowa znużenia psychicznego tej ciągłej uwagi. Czasem śpię nawet więcej niż przed urodzeniem dziecka, a mimo to kiwam się z zamkniętymi oczami podczas karmienia, zsuwam sobie głowę na kolana podczas usypiania dziecka i w pozycji poziomej zapadam w szezlong. I dzień za dniem przelatuje mi przez palce, bo kiedy Maja zasypia, ja zasypiam też, nawet jeśli nie chcę.
I nieustająco doprowadza mnie do zimnego wkurwu pogoda, przeszkadzająca robić zdjęcia, wychodzić i wystawiać twarz na promienie jesiennego słońca.
Ja się w ogóle ostatnio łatwo wzruszam. H. była wczoraj i przywiozła mi prezent od Eri [2019 - link nieaktywny]. Normalnie mi miękko w kolanach się zrobiło. Zwłaszcza z kotka Szarszyka. I z kotka cz-b. I ze wszystkiego.
Po karmieniu o 5 rano kołysałam żuczka i śpiewałam, żeby usnął. Tak na miarę swoich możliwości. Rano pytam TŻ, czy doznał jakiegoś uszczerbku na uszach (mówiłam, śpiew nie jest moją mocną stroną). "Tak, ujęło mnie zwłaszcza cośtam, cośtam w miejscach, gdzie nie znałaś tekstu".