Drobna złośliwość losu
Śnieg pojawił się oczywiście wtedy, kiedy moje dziecko zapadło na zapalenie oskrzeli. Więc tylko do sklepu po drożdżówki. I z powrotem.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Śnieg pojawił się oczywiście wtedy, kiedy moje dziecko zapadło na zapalenie oskrzeli. Więc tylko do sklepu po drożdżówki. I z powrotem.
Śnieg pojawił się oczywiście wtedy, kiedy moje dziecko zapadło na zapalenie oskrzeli. Więc tylko do sklepu po drożdżówki. I z powrotem.
Się buduje. Tymczasem ciekawa jestem, czy ktoś wpadnie na pomysł zagospodarowania fantastycznego, urokliwego dojścia z ulicy 23 Lutego (skądinąd, podoba mi się idea mówienia "idę z 23 Lutego na 27 Grudnia", możliwe chyba tylko w Poznaniu) do nowopowstałego zamku. Od kiedy pamiętam, za brzydkim płotem były krzaki i drzewa i ścieżka, obiecująco prowadząca "gdzieś w górę". Może więc, drogie miasto?
Maj wszedł w świat dialogu z pluszakami. Podpuszczamy go nieco, włączając w samochodzie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" Lady Pank i powodując liczne pytania z tylnej kanapy: "Ciemu nas tam nie ma, mamo? Bo zia daleko?". Wczoraj odbiłam pytanie: "No właśnie, czemu nas tam nie ma, Maju?" i usłyszałam: "Wewióko, ciemu nas tam nie ma?".
Poza tym TŻ mnie po raz trzeci ograł w Memory, a ryba w Palmiarni ochlapała.
Się buduje. Tymczasem ciekawa jestem, czy ktoś wpadnie na pomysł zagospodarowania fantastycznego, urokliwego dojścia z ulicy 23 Lutego (skądinąd, podoba mi się idea mówienia "idę z 23 Lutego na 27 Grudnia", możliwe chyba tylko w Poznaniu) do nowopowstałego zamku. Od kiedy pamiętam, za brzydkim płotem były krzaki i drzewa i ścieżka, obiecująco prowadząca "gdzieś w górę". Może więc, drogie miasto?
Maj wszedł w świat dialogu z pluszakami. Podpuszczamy go nieco, włączając w samochodzie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" Lady Pank i powodując liczne pytania z tylnej kanapy: "Ciemu nas tam nie ma, mamo? Bo zia daleko?". Wczoraj odbiłam pytanie: "No właśnie, czemu nas tam nie ma, Maju?" i usłyszałam: "Wewióko, ciemu nas tam nie ma?".
Poza tym TŻ mnie po raz trzeci ograł w Memory, a ryba w Palmiarni ochlapała.
Jest ciemno. Wszystko jedno, czy 7 rano, 9 czy 13. Zapominam aparatu, mimo że idę na lancz na Kwiatową; nie szkodzi, bo i tak jest szaro. Najfajniejsze w tym jest, że jednak dzień się robi coraz dłuższy i już za jedyne 4 miesiące będzie normalniej.
Wypełzliśmy do Cafe Bebe. O jakości lokalu może mówić to, że młodzież nie chciała go opuścić i wyrażała czynny sprzeciw, mimo że w domu czekały balony ("proszę posłuchać, wkładam do balona trochę specjalnego żelu, żeby był dłużej trwały, nie jest toksyczny, ale jeśli pani chce wdychać hel, jak klientki przed chwilą, to nie będę żelu wkładać") i galaretka z truskawkami. Zagroda dla maluchów, sala dla starszych (kredki, tunel, samochodziki, pluszaki i piłki), dla rodziców kawa i ciasto (a porcja jak dla mamuta, więc). Na ścianach hipnotyzująca żaba, róż i biel, zupełnie inaczej niż dookoła. Bo dookoła mrocznie i gotycko, Strzelecka, Rybaki, ciemne bramy, ostre wieżyczki i wspomnienia po studenckich czasach, kiedy z wtedy jeszcze nie-TŻ, ale już coś na rzeczy było, wspinaliśmy się na pewien strych i w całkowitej ciemności słuchaliśmy "Disintegration" The Cure. Do rana.
Jest ciemno. Wszystko jedno, czy 7 rano, 9 czy 13. Zapominam aparatu, mimo że idę na lancz na Kwiatową; nie szkodzi, bo i tak jest szaro. Najfajniejsze w tym jest, że jednak dzień się robi coraz dłuższy i już za jedyne 4 miesiące będzie normalniej.
Wypełzliśmy do Cafe Bebe. O jakości lokalu może mówić to, że młodzież nie chciała go opuścić i wyrażała czynny sprzeciw, mimo że w domu czekały balony ("proszę posłuchać, wkładam do balona trochę specjalnego żelu, żeby był dłużej trwały, nie jest toksyczny, ale jeśli pani chce wdychać hel, jak klientki przed chwilą, to nie będę żelu wkładać") i galaretka z truskawkami. Zagroda dla maluchów, sala dla starszych (kredki, tunel, samochodziki, pluszaki i piłki), dla rodziców kawa i ciasto (a porcja jak dla mamuta, więc). Na ścianach hipnotyzująca żaba, róż i biel, zupełnie inaczej niż dookoła. Bo dookoła mrocznie i gotycko, Strzelecka, Rybaki, ciemne bramy, ostre wieżyczki i wspomnienia po studenckich czasach, kiedy z wtedy jeszcze nie-TŻ, ale już coś na rzeczy było, wspinaliśmy się na pewien strych i w całkowitej ciemności słuchaliśmy "Disintegration" The Cure. Do rana.
Nieustająco zazdroszczę ludziom, którzy mają proste recepty na wszystko. Zawsze robię tak, nigdy tak, doskonale wychodzi, wszystkim polecam. Zazdroszczę, bo ja błądzę. Nie mam recept, nie mam planów (a na twarde iryski jestem za nerwowa), wpadam w pułapki własnych oczekiwań, nawet jeśli jestem pełna nadziei, efekt niekoniecznie jest zgodny z naturalnym. W piekarniku brownie według Nigelli[1], chociaż obiecałam sobie, że nie będę piekła. Zawsze sobie obiecuję, że łóżko, książka, leniwe machanie palcem u nogi. A jednak. Mam jakiś przedziwny imprint, zaszyty głęboko w podświadomości, że zaczaruję kolejny rok zapakowanymi w kolorowy papier prezentami. Że choinką i lukrowaniem ciasteczek zapewnię sobie zdrowie i dobrobyt. Że dobrze wykonane według szczegółowej listy zakupy pozwolą na osiągnięcie zen. I mimo że nie wchodzę w rzekę zwaną tradycją, nie ulegam złudzeniu, że 12 potraw rozwiąże kwestię głodu na świecie, a sianko pod obrusem dostarczy powodzenia, sama nie umiem znaleźć przyczyny.
Człowiek potrzebuje rytuału przejścia? Świętowania, że dzień robi się coraz dłuższy? Znajdowania sensu życia w uśmiechu dziecka, dostającego pierwszy świadomy gwiazdkowy prezent? Wigilijnego seansu "Toy story 3"? Chyba tak. Czego i Państwu życzę.
[1] Dla tych, co na diecie: 2 kostki masła, 500 g białego cukru, 4 gorzkie czekolady, 6 dużych jajek (i coś tam jeszcze). To moja definicja "death by chocolate".
Nieustająco zazdroszczę ludziom, którzy mają proste recepty na wszystko. Zawsze robię tak, nigdy tak, doskonale wychodzi, wszystkim polecam. Zazdroszczę, bo ja błądzę. Nie mam recept, nie mam planów (a na twarde iryski jestem za nerwowa), wpadam w pułapki własnych oczekiwań, nawet jeśli jestem pełna nadziei, efekt niekoniecznie jest zgodny z naturalnym. W piekarniku brownie według Nigelli[1], chociaż obiecałam sobie, że nie będę piekła. Zawsze sobie obiecuję, że łóżko, książka, leniwe machanie palcem u nogi. A jednak. Mam jakiś przedziwny imprint, zaszyty głęboko w podświadomości, że zaczaruję kolejny rok zapakowanymi w kolorowy papier prezentami. Że choinką i lukrowaniem ciasteczek zapewnię sobie zdrowie i dobrobyt. Że dobrze wykonane według szczegółowej listy zakupy pozwolą na osiągnięcie zen. I mimo że nie wchodzę w rzekę zwaną tradycją, nie ulegam złudzeniu, że 12 potraw rozwiąże kwestię głodu na świecie, a sianko pod obrusem dostarczy powodzenia, sama nie umiem znaleźć przyczyny.
Człowiek potrzebuje rytuału przejścia? Świętowania, że dzień robi się coraz dłuższy? Znajdowania sensu życia w uśmiechu dziecka, dostającego pierwszy świadomy gwiazdkowy prezent? Wigilijnego seansu "Toy story 3"? Chyba tak. Czego i Państwu życzę.
[1] Dla tych, co na diecie: 2 kostki masła, 500 g białego cukru, 4 gorzkie czekolady, 6 dużych jajek (i coś tam jeszcze). To moja definicja "death by chocolate".
"Ojej! Nie było to". I pokicała dalej. Ja się pytam, gdzie zaskoczenie, zachwyt, radość i mały, ośliniony całusek w policzek? Gdzie?
Trochę nie mam pomysłu (i miejsca), gdzie powiesić dwie piękne odbitki ilustracji Cassandry Allen, które od ponad roku czekają na swój czas. I zegar.
PS Ściana nie jest w dziewiczej bieli, bynajmniej.
"Ojej! Nie było to". I pokicała dalej. Ja się pytam, gdzie zaskoczenie, zachwyt, radość i mały, ośliniony całusek w policzek? Gdzie?
Trochę nie mam pomysłu (i miejsca), gdzie powiesić dwie piękne odbitki ilustracji Cassandry Allen, które od ponad roku czekają na swój czas. I zegar.
PS Ściana nie jest w dziewiczej bieli, bynajmniej.