Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: maja

Październik, jesień zwija interes

W domu babci I. w kominku płonie ogień, radośnie podsycany przez Majuta aż do wyczerpania drewna. A w ogrodzie rudości, czerwienie, fiolety i brązy. Jeszcze jest ten kawałek jesieni, który motywuje do wyjścia przed 6 miesiącami Mordoru.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 19, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 3 komentarze - Skomentuj


O ogrodzie i że upał zelżał

Zadzwonił telefon kilka dni temu. TŻ oznajmił, że kupił mi w prezencie solidną łopatę Fiskars. W ubiegłym tygodniu usiłowałam wykonać podkop za pomocą małej łopatki ogrodowej, poległam nie tylko ze względu na to, że pracowałam z nadczynną lingwistycznie córką, ale głównie ze względu na korzenie, którymi mój ogród jest poprzerastany. TŻ dzielnie więc przekopał kilka metrów kwadratowych ziemi i w wielkim chaosie posadziłam: żonkile, tulipany Rem's Favourite i Purple Prince Triumph, szafirki klasyczne i białe, hiacynty błękitne (odmiana "Delft blue") i pomarańczowe (odmiana Gipsy Queen), mieszane krokusy i mieszane irysy.

Praca uczy, dowiedziałam się więc, że żonkile to tak naprawdę żółta odmiana narcyza, krokusy to szafran (wiedziałam, ale i tak), a irysy to kosaćce (a ta konkretna odmiana to wersja holenderska, delikatniejsza od najpopularniejszych bródkowych). Sadziłam w chaosie, bo chociaż miałam rozrysowany plan, co i gdzie, kupione koszyczki na cebulki, to i tak wyszło jak wyszło, a jak wyszło, to wyjdzie na wiosnę. Albo i nie wyjdzie. Teoretycznie od lewej są żonkile, potem irysy, szafirki i hiacynty, dookoła obsadzone cebulkami tulipanów.

Wieczorem w miasto, chociaż lodowaty wiatr zaprzeczający informacji w kalendarzu, że październik, nie zachęcał. W uroczej Pod Niebieniem dla gości z dalekiego Szczecina można dostać burgera z kaczki po poznańsku (kaczka wyglądała obłędnie, natomiast idea burgera w pyzie drożdżowej jednak do mnie przemiawia, bo ja nie lubię pyz) czy wegetariańskie gołąbki z kaszy. Ponieważ był dzień odkryć, kartoflanka po poznańsku - zwana "ślepymi rybami" - to nic innej niż vichyssoise na ciepło (bez myrdyrdy, za to z chipsami z boczku, a w wersji wege - prażonymi migdałami). Majut dostał pieczone w słoiku ciasto czekoladowe z lodami, po czym usnął w samochodzie w drodze do domu i przespał pełne 12 godzin.

Cebulki: Lidl, Biedronka (oraz nieustająco czekam na import z Holandii).
Łopata: Liroy Merlin.
Pod Niebieniem: Żydowska 1 (dawniej Warung Bali).

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 10, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 4 komentarze - Skomentuj


Wieczorem

Wprawdzie nie w samym centrum, ale teraz mieszkam w mieście - 10 minut samochodem/tramwajem/autobusem i możemy wieczorem spontanicznie (planowałam od rana, ale spontanicznie) pojechać na rodzinny spacer na plac Wolności, gdzie Wedel zasponsorował dwa czekoladowe koziołki (jedyne 600 kg czekolady; ciekawe, ile waży zwykła koza). Wprawdzie nie czekałam w ogromnej kolejce na odłupany kawałek czekolady, ale poszliśmy na lody do Amore Bio Gelato i na pizzę opodal, do Pizza a Pezzi (gdzie Majut zjadł kawałek "bez niczego", a ja wpadłam na pomysł na półki do kuchni i spotkałam chłopaka, który wyglądał jak mój jeden krótkotrwały eks, ale to na pewno nie był on, bo za młody i nie odwrócił się na mój widok z niesmakiem). Uwielbiam miasto (jeszcze) letnim wieczorem, wyjątkowo ożywione, z tłumem ludzi, zapachem jedzenia i neonami. Tylko 10 minut od domu.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 5, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 11 komentarzy - Skomentuj


T + 4

- Tęsknisz za naszym starym domem w Suchym Lesie?
- Nie! Tu jest świetnie!

I to by było na tyle w kwestii sentymentu i "ale na noc wrócimy do domu". Koty podobnie - Bursz wprawdzie zaszywa się pod łóżkiem, skąd łypie ostrożnie na obcych (byli montażyści z reklamacji z Ikei, dorobili zepsutą w transporcie szafkę i doświetlili), ale wszystkie kartony, szafy i szuflady ich. Przyznam, że pamiętając historie dramatyczne o kotach w przeprowadzce, które chorowały, a czasem i przeprowadzały się w podróż ostateczną, byłam trochę niepewna w kwestii 14,5-letniego kota Koki. A tu żaden problem - mnóstwo wygodnych punktów obserwacyjnych, dwie kuwety, wiadomo, gdzie miska.

A ja zmieniam ścieżki w mózgu - kuchenka teraz po lewej, blat po prawej. Ubrania jeszcze wszędzie, bo czekam na kilka dodatkowych półek w szafie.

8 kartonów do rozpakowania. Jutro policzę, ile spakowałam.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 23, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 1 komentarz - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Wierzenica

Współpracownik TŻ-a w zaproszeniu na ślub poprosił o to, by słońce grzało. Nie wiem, czy spodziewał się 37 stopni, ale słońce się przejęło i grzało należycie. Ślub odbywał się w podpoznańskiej Wierzenicy, w dworku Augusta hrabiego Cieszkowskiego; prześliczny, niewysoki budynek pośród zieleni, z zarośniętym rzęsą stawem i improwizowanym in promptu gazebo. Maj ślubem zachwycony, bo panna młoda w bieli, płatki kwiatów i lizaki dla gości, a do tego można zawsze ożywić uroczystość, ciskając do wody patyki, co jest nawet lepsze niż widok całującej się pary ("mama, pocałowali się!"). Na stanie był mały czarny kocurek, co też nie pozostawiło nas obojętnymi. Chociażby dla mruczącego kocurka można, nawet jeśli się nie planuje ślubu w plenerze.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 8, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 6 komentarzy - Skomentuj


Rogalin, czyli remontach na wielką skalę

Ponad 2,5 roku prac, ponad 40 mln złotych - ale od połowy czerwca można już zobaczyć pałac w Rogalinie w pełnej krasie. Z przyjemnością zobaczyłam wreszcie w całości wybrukowany podjazd pod główną bramę pałacu (wcześniej było tam pyliste klepisko), z nieco mniejszą przyjemnością odkryłam, że kasa[1] do wszystkiego jest przed wejściem do całego kompleksu (kiedyś była w skrzydle pałacu), więc jak ktoś zbyt wyrywny, to musi się cofnąć. Przed kasą makieta - bardzo je lubię; jak widać może służyć za poligon dla wiewióra.

Wnętrze - zwiedzanie wprawdzie bez filcowych papci, ale uważne strażniczki (nie przewodniczki, albowiem dla wszystkich obowiązkowo są audioguide'y[2]) napominają, jeśli się zejdzie z chodniczka. Kilka lat temu, podczas wizyty w podparyskim Thoiry zazdrościłam, że można amfiladowe wnętrza tak pięknie przygotować dla zwiedzających - otóż już nie ma czego zazdrościć, Rogalin jest pięknie wyposażony w meble, obrazy, tkaniny, rzeźby i książki. Owszem, zdarzają się miejsca dość srogie - jak sypialnia jednej z dam, calutka w róże, ale jest i przepiękna biblioteka, archetypowa, z regałami, galeryjką i wycyzelowaną spiralną klatką schodową na pięterko.

[1] Oraz, ha ha, tylko gotówka. Co przy dość słonych cenach i w przypadku większych grup jest dość niesprytne. Zadłużyliśmy się u teściów za bilety. Dzieci do lat 7 - gratis. Biletowane jest wszystko - powozownia, pałac, galeria - poza parkiem. Zwiedza się w 25-osobowych grupach, wpuszczanych co 30 minut. Parku tym razem nie przespacerowaliśmy, albowiem się nagle rozpadało (ale upał nie zelżał).

[2] Mam mieszane uczucia - lubię podczas zwiedzania rozmawiać, a dodatkowo zwiedzanie czegokolwiek z dzieckiem wymaga nieustającej interakcji, bo nocnik pod łóżkiem, zobacz, nie wchodź proszę pod sznur, tak, rzeczywiście to biurko to jest właśnie takie, jakie miała Pippi, żaluzjowe z mnóstwem szufladek, krótkie łóżko, tak, poczekaj chwilę, jeszcze chciałam obejrzeć rysunki na tych kaflach, niesamowite te schody na pięterko w bibliotece, niestety nie możemy tam wejść... Jakkolwiek sam audioguide przygotowany jest bardzo dobrze - wielojęzyczny, sam lokalizuje, w którym pokoju się człowiek znajduje i puszcza właściwy opis. Niestety, nie ma wersji dla dzieci, a wersja dla dorosłych jest dość nudna. Oraz - wbrew temu, co mówiła przewodniczka - nie wystarczy wersja audio, przydałyby się opisy przy poszczególnych eksponatach, chociażby skrótowe.

Strona pałacu i dodatkowo GALERIA ZDJĘĆ. A wcześniejsze notki - tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 26, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 7 komentarzy - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Jaracz

Wymyśliłam sobie objazdówkę. Głównie chodziło o to, żeby zapytać w Starczanowie, czy aby nikt nie znalazł Majowego parasola, zostawionego tydzień temu. Najpierw Owińska, gdzie w Parku Orientacji nic się nie zmieniło, dalej jest niesamowicie, sprzęty do wyszalenia młodzieży dobrze utrzymane, dodatkowo odkryliśmy mikro kurnik oraz zagródkę z kolorowymi i chętnymi na kontakt królikami (najpiękniejszy był biszkoptowy z różowymi wnętrzami uszek!). I jeszcze niespodziewanie wpadliśmy na C. z chłopakami na A., bo w Poznaniu mamy do siebie za blisko i nie możemy się spotkać.

W Starczanowie parasol się odnalazł. Za to dla odmiany w Wełnie nie trafiłam na ruiny pałacu, chociaż może i dobrze, bo skoro był do kupienia za niespełna 500 tysięcy, to może bym chciała mieć (jak już wygram w Lotto)?

W pobliskim Jaraczu wjechaliśmy rzutem na taśmę tuż przed 16 do Muzeum Młynarstwa. Można obejrzeć modele wiatraków (już wiem, czym się różni koźlak od wieżowego), pokręcić wiatrakowym skrzydłem i wejść do wnętrza wiatraka. Miłe miejsce na niedługi spacer, jest dodatkowo plac zabaw. Majutowi udało się dotknąć interaktywnej zabawki dokładnie w tym momencie, kiedy w restauracji pod muzeum włączył się alarm przeciwpożarowy i mimo braku związku pojawiła się taka pewna niepewność.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 28, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 2 komentarze - Skomentuj


W deszczu, czasem w słońcu

Inne miejsce tym razem i wielki foch wśród kilkorga rodziców, że termin, znany od września, jednak nie pasuje. Sądząc po frekwencji, jednak pasował. Mimo nagłych ataków ulewnego deszczu, owocujących przemoczeniem odzieży i obuwia niektórych, ale boso też dało się po mokrej trawie biegać; wyjątkowo chłodny czerwiec tego roku. Wprawdzie nie było przedstawienia, ale mama A. zorganizowała setkę kłębków wełny i wtem cała okolica okazała się plątaniną kolorowych nitek, które atakowały znienacka, zahaczały i czasem zwalały z nóg, zwłaszcza mniej sprawnych w chodzeniu.

Pierwotna chęć współdzielenia kawałka chleba (ciasta drożdżowego, kanapki z jajkiem i małosolnego), wspólne plucie pestkami czereśni, płacz 6-letniej H., która jednak chciała odzyskać wianek właśnie wrzucony w zarośniętą glonami strugę. Lokalny rudy kot, pół pers, bardzo się polubiliśmy, odwołuję wszystkie nacechowane negatywnie opinie o persach i okolicach, są cudownie mięciutkie i pięknie mruczą, nawet jeśli im zbywa na inteligencji z wyglądu.

Kiedy wracałam do domu, na horyzoncie zamajaczył jeden filar tęczy.

Poprzednie świętojanki: 2013 i 2014.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 19, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 1 komentarz - Skomentuj


O teściowych

Wczoraj WTEM moje dziecko zakończyło zerówkę. Moja malutka, puchata córeczka, która jeszcze przed chwilą była nieopierzonym pisklakiem. A tu zerówka i za progiem szkoła. Trochę zapomniałam się wzruszyć ze względu na zabieganie; chaos, przedstawienie o Koziołku Matołku z gromadą beczących (prawie) 6-latków w maskach niebezpiecznie blisko ocierających się Ku-Klux-Klan. Po części oficjalnej część z ciastem, zaczepia mnie mama M., wyrażając żal, że to z galaretką już wyszło. W drodze na zaplecze, gdzie miałam kawałek, który się nie zmieścił na półmisek, dowiaduję się, że jej syn (lat 6) zakochał się w mojej córce na tyle, że poza notorycznym pożyczaniem kocyka na drzemkę, chciał ją zabrać na wesele. Wprawdzie Maj odmówił, twierdząc, że nie zamierza wychodzić za mąż, ale to jakby czyni z nas teściowe.

Za młoda jestem na teściową.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 13, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 7 komentarzy - Skomentuj


O fokach i lemurach albo Dolina Charlotty bez gubienia się

[5-6.06.2015]

Zoo, w przeciwieństwie do stadniny, jest łatwo znaleźć (za pierwszym razem, bo za drugim razem już znaleźliśmy stadninę bez problemu, a trzeciego dnia to nawet przeszliśmy dwiema innymi trasami, plując sobie w brodę, że dojazd był oczywisty) nie jest może imponujące, ale całkiem fajne. Krainę Bajek na wejściu w zasadzie można ominąć, chyba że ktoś gustuje w karykaturalnie pomalowanych drewnianych figurkach i bajkach odtwarzanych z taśmy, ale jest tam kilka zwierząt - białe nutrie czy ulubione Majuta ary. Cała impreza zaczyna się dookoła jeziora, na którego środku są wyspy z różnymi zwierzętami. Nie do wszystkich łódka zawija, ale do najważniejszej - z lemurami - i owszem. Niestety, sfora była leniwa i głównie grzała futrzane brzuchy na słonku, odmawiając kontaktów osobistych. Ale blisko i bez klatek. Dwa place zabaw, widać zmysł logistyczny twórców, którzy wiedzą, co napędza młodzież do zwiedzania.

Fokarium jest z kolei malutkie i w zasadzie warto wchodzić tylko na pokazy karmienia. Pięć samców fok szarych (jedna z Helu, dwie ze Szwecji i dwie z Warszawy; TŻ twierdzi, że to mówią po foczemu z praskim akcentem) robi cuda z opiekunami, animowane za pomocą patyków z kolorowymi figurami geometrycznymi. Useless trivia - dorosłe samce jedzą do 10 kilo śledzi bałtyckich dziennie (te w fokarium - do 7 kilo). Nie wiem, ile wydalają, ale raczej odpada trzymanie w wannie.



W roli wisienki na czubku jest park linowy - dla młodzieży od 130 cm, ale Majut z lekkim wsparciem ze spokojem dał sobie radę (tylko trzeba było przepinać na nią karabińczyki, ja jednak miałam ciut większe problemy, zwłaszcza na elementach typu siatka, która była wiotka).

Dość oczywistą wadą tego typu miejsc jest konieczność posiadania wachlarza gotówki, albowiem atrakcje są rozproszone, a w każdej się płaci oddzielnie i w różnych miejscach - za wejście do zoo, pływanie łódką po jeziorze, park linowy, fokarium oraz za pluszowego lemura. Wspominałam, że wróciliśmy z pluszowym lemurem? I że ma na imię Julian?

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 6, 2015

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 1 komentarz - Skomentuj