Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: moje-miasto

Gdzie moje 10 milionów?

A tak, gram. Czasem nawet wygrywam (dwie czwórki i jakaś porcja trójek), ale raczej przegrywam. Kiedyś grałam na domek na Sołaczu. Teraz gram na kamienicę w Amsterdamie. Do gry nie mam metod, bo wiadomo - szansa jedna na ileś tam i nie bądź pan głąb, bo Wisły kijem nie zawrócisz. Mam za to metodę na wygrywanie, która jest o tyle zabawna, że zmienna. Raz kupiłam wygrywający kupon, kiedy poszłam rozmienić 100 zł, bo pan w stoisku dorabiania kluczy nie miał wydać, a pilnie potrzebowaliśmy 2 klucze do domofonu. Za drugim razem nie pamiętam, czy kupowałam jakoś spektakularnie, ale wygrana była co najmniej dziwna, bo dałam kupon TŻ-u, żeby sprawdził na wszelki wypadek, zanim wyrzucę i pac.

Ale ja nie o tym. Zatrzymaliśmy się z kuponem przed sklepem na Strzeszynie (że niby to jeszcze Poznań, ale jak dla mnie to wieś). Sklep jak to sklep - panowie kupują wypitkę na kolację, panie spożywkę (mimo że się pewnie odchudzają). Stoję z kuponem do kasy, żeby zobaczyć, czy - skoro jest kumulacja, to już wiem, że nie wygrałam tych 10 milionów - chociaż nie ma czegokolwiek, co mogę zainwestować w 15 milionów (żeby nie trzymać w napięciu, to niestety nie było). Za mną stoi ogorzały od słońca (mam nadzieję) pan i uprzejmie mnie zagaduje w kwestii kuponu. Że 10 milionów, nie? A dzisiaj też kumulacja? Odmrukuję coś tam leniwie, po czym pan dobija mnie swoim coup de grace: "No jakby pani wygrała, to bym się z panią umówił".

Kurtyna. Czy raczej facepalm.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 15, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


City & I

Mam żal. Bo ja tu przychodzę do miasta Poznań z uczuciem i podziwem. Z zaufaniem. Z chętnym obiektywem i dużą dozą cierpliwości, zwłaszcza w upały. Nie jadę nad jezioro, jadę schronić się niekiedy w cieniu kamienic. Wiem, zdradzam czasem, wyjeżdżając do innych miast, ale - przykro mi to stwierdzić - miasto samo sobie winne. Bo co dostaję w zamian? Pozamykane restauracje. Do jasnej i ciężkiej, to nie jest do pomyślenia, żeby w sobotę wczesnym wieczorem miasto było nieżywe i leżało wentylem do góry. "Sól i Pieprz" opluło mnie obsceniczną informacją, że w weekendy nie otwierają, bo lato. Pizzeria na Ratajczaka mimo obietnicy, że w weekendy do 21, zamknięta na twardo bez żadnej wymówki. Pod Apollo miejscówka knajpiana dalej w remoncie. Szczęśliwie Stary Browar nie nawala i to jedyny jasny promyczek w tym posępnie burzowym i dusznym dniu. Ubolewam, że od razu nie poszliśmy do Cafe Barcelona, bo i spożywka tam wydawała się lepsza, z dołu można było posłuchać koncertu, a do tego znaleźć sąsiadów. Tak czy tak - żal mam, bo miasto w letnie wieczory powinno żyć, a nie śmierdzieć uryną i przejawiać aktywność jedynie w zakresie starszych pań, spoglądających z wysokości swoich wyścielonych poduszkami parapetów na ulicę.

Dzisiejszy dzień był dniem kondycyjno-filmowym. W skrócie - "Ryś" to żałosne nieporozumienie i gdybym wydała ciężko zarobiony pieniądz na bilety w kinie[1], miałabym ochotę obić komuś twarz za ciężkie oszustwo nazwania tego "następcą Misia" i "komedią". Kolejny odcinek "Life on Mars" - coraz bardziej znakomity, końcówka "Numb3rs" - trzyma poziom, a w roli wisienki na czubku - doskonała "Angielska robota". Szerzej - niebawem.

[1] 9,99 zł za płytkę dołączoną do Gali jakoś przełknęłam, zwłaszcza że śniadaniowa lektura podbudowała TŻ[2].

[2] Pewnie trudno uwierzyć, ale jest pewna dziedzina życia, co do której zgadzam się z Kazimierą Szczuką. W felietonie poruszyła kwestię, którą dawno zarejestrowałam, że mężczyźni to ta grupa ludzi, która ma hobby, a kobiety mają mieszkania, dzieci, zwierzęta, ewentualnie mogą nieśmiało współdzielić hobby z szeroko pojętym partnerem. Ba, często nawet ich praca jest tylko po to, żeby nie gnuśniały w domu. Smutne, zwłaszcza że dotyczy sporej grupy znanych mi pań, z chlubnymi wyjątkami. Po prawdzie to jakbym miała sama powiedzieć, jakie mam konkretnie hobby, to ciężko by było. Również z tego względu, że hobbiów mam sporo, niektóre są mało konkretne (ale fajne), niektóre zdarzają się okazjonalnie, a wspólną ich cechą jest to, że w żadnym tak naprawdę nie jestem ekspertką. Cóż, taki los człowieka Renesansu - wszechstronnie i powierzchownie znam się na wielu rzeczach i jest mi z tym dobrze. Wracając do baranów, Kazia Szczuka uświadomiła mi, że mam w domu skarb, czyli mężczyznę, który z własnej i nieprzymuszonej woli chodzi na jogę, robi psa z głową w dole oraz siavasanę (pochlebiam sobie, że oboje jesteśmy w tym całkiem nieźli), a do tego nie nabija się ze mnie, kiedy wbrew sugestiom pani Inki usiłuję wyprostować nogę, zaciskając zęby.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 3, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Co można kupić za 15 zł

Zestaw w McDonaldzie, pewnie nawet powiększony. Ciuszek z przeceny. Kilka książek z Allegro, czasem nawet z przesyłką (właśnie się zorientowałam, że ponad tydzień temu wyklikałam ekwiwalent zostawionego rok temu w samolocie "Mr Vertigo" Austera i zapomniałam zapłacić, hańba mi). Dwie paczki świeżego bobu (jedna nie starczy na kolację dla mnie, TŻ i bardzo łakomego kota, któremu dodatkowo trzeba obierać ze skórki). I pewnie wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych artykułów, ale mnie wystarczyło na 10 gladioli, zwanych też mieczykami z rynku Jeżyckiego[1].

To jedna z tych rzeczy, które łączą mnie z Jane Brocket (chociaż trochę nie rozumiem jej zachwytu malwami, jakoś do mnie nie trafiają). Ale mieczyki i tulipany - proszę mnie doliczyć. Ostatnio krążyłam koło straganu z kwiatami i odeszłam z niczym, bo nie było nic, co jest dokładnie teraz - były nieśmiertelne róże, drobne goździki, gerbery. Lubię sezonowość - kwiaty i owoce dostępne cały rok się nudzą i przejadają.

Kot czarno-biały też lubi. Tyle że spożywczo.

[1] Na rynku Jeżyckim przewodnik oprowadzał wycieczkę. Bardzo podoba mi się pomysł bez względu na to, czy turyści byli z daleka, czy rdzenni i poznawali mniej znane zakątki miasta. Niesamowicie nie rozumiem ludzi, którzy ograniczają się do stałych tras - dom, szkoła, praca, rzadziej odwiedziny u znajomych, ale też z zegarkiem w ręku, a najlepiej taksówką, żeby czasu nie tracić. Widziałam u wielu urodzonych Poznaniaków to zdziwienie, że mnie interesuje miasto. Że chodzę po różnych miejscach, mimo że nie mam tam nic do "załatwienia". Że zaglądam w bramy, siadam na ławce i przystaję, żeby przeczytać napis na murze. To moje miasto.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 27, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


Siądź pod mym liściem

Ponieważ jest ciepło, poszłam w niedzielę do Palmiarni, po tam cieplej. Seriej, to dlatego, że była wystawa roślin mięsożernych. Wystawy już jako takiej nie było, był stragan z potworkami na sprzedaż i mnóstwo rozemocjonowanych dzieci, które koniecznie chciały nakarmić roślinkę muchą. I żółwie ryćkające się pod czerwoną lampą (no, jeden był bardziej czynny, drugi tylko leżał; mam nadzieję, że nie był martfy).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 9, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Puszczykowo

Wiele rzeczy kojarzy mi się z muzyką. Pewnie każdemu. Ale ja mam takie na sztywno przypisane skojarzenia, coś jak "grają naszą piosenkę". Idąc latem przez rozgrzane ulice słyszę w głowie "Summer in the City" Cockera. Na widok żółto pomalowanych kostek bruku włącza mi się piosenka z Czarnoksiężnika w Krainie Oz. Na placu Mickiewicza słyszę, że "Przy placu obok dwóch krzyży pędzą szemrane auta" Piżamy Porno. Dzisiejsza podróż do Puszczykowa[1] (no, duże słowo "podróż", 16 minut z Poznania, ale ze względu na stresujące warunki[2] pozostanę przy tym określeniu) sponsorował mój ulubiony podróżny Grechuta:

lecz kiedy pociąg nadjechał
i stał na peronie zdyszany,
ktoś spytał: „więc dokąd jedziemy”,
usłyszał: „na razie wsiadamy”

[1] Ja to nawet do Puszczykowa nie umiem pojechać. Bo w zasadzie to powinnam była do Lubonia (gdzie czekała na mnie W.), ale ponieważ w rozmowie padło Puszczykowo, to nie dość, że pojechałam dalej, to jeszcze wysiadłam nie na tej stacji, bo są dwie. Po co takiemu Puszczykowu dwie stacje? Na korzyść zwiedzania - stacja naprawdę ładna, tylko nie ma gdzie usiąść.

[2] Pociągi osobowe powinni zostać zakazane przez Unię. Podobnie jak paplająca idiotka, która całe 16 minut trąbiła na zmianę średnio zainteresowanej (uwaga dla panów: ładnej - piegowatej i z fajnymi okularami) koleżance i chyba równie średnio zainteresowanym abonentom telefonii komórkowej, że: nie zdała egzaminu, bo głupi wykładowca powiedział, że chociaż zastanawiał się, czy jej nie dać wpisu, to jednak nie dał, w związku z czym jest wściekła, ale ta największa wściekłość już jej przeszła, ale i tak widać, że jest wściekła, prawda? Dobrze, że podróż trwała 16 minut, bo po półgodzinie bym ją udusiła.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 6, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 9 komentarzy - Skomentuj


Piątek, dzień jesiotra (3)

Piątek był takim dniem, co to zawsze było luźniej, widać nawet sama świadomość weekendu czyni cuda. Poza tym nie było połowy załogi, bo Open'er. Siedzimy sobie rano w kuchni i gwarzymy przy kawie. Że wydalanie jest przyjemne i bez wydalania nie byłoby życia, a do tego udany poranek w łazience[1] gwarantuje dobry początek dnia. Chwilę potem zeszło na naszą-klasę, w ramach anegdotki przytoczyłam wygrzebany przez siwą profil dla "kobiet miesiączkujących regularnie.Tutaj wzajemne porady,doświadczenia dotyczace miesiaczki" (784 osoby). P. (inny P.) błyskotliwie zaproponował, że założy profil dla wypróżniających się regularnie i ma szczere przekonanie, że uda się zgromadzić większą rzeszę fanów, bo czynność nie jest restrykcyjna w sensie płci i wieku. Dzień sobie mijał, po pracy w ramach przeglądu miasta weszłam do malla, gdzie zobaczyłam sklep ogłaszający, że "Jeśli chcesz się wyróżnić, zapraszamy". I jak przeczytałam? Dziękuję, postoję.

Suchy Las ma tę zaletę, że nie ma w pobliżu żadnej oczyszczalni ścieków czy innego cuda, jest za to fabryka herbat owocowych. Dzisiaj wracałam do domu, wdychając miętę i chyba jabłko (droga ma też pola, łąki i różne malownicze nieużytki).

Mięta to chyba tak dla relaksu po próbie zachowania przyzwoitości w autobusie, bo mimo braku po drodze kiosku, który posiadałby bilety MPK na zbyciu (tak, wiem, to fanaberia jest, żeby o 19:30 w centrum Poznania ktoś chciał bilet) uparłam się, że jednak skasuję bilet elektroniczny. Trochę zeszło, zanim przywróciłam konfigurację telefonu pozwalającą na działanie tragicznie napisanej aplikacji Mobiletu, którą to konfigurację pieczołowicie usunęłam po odkryciu, że wysyła mi MMS-y i SMS-y jako pakiety, czardżując mnie po horrendalnej stawce za transfer. Jutro muszę przywrócić ponownie tę właściwą, ale to jak już dojadę na dworzec, bo jednak rozglądanie się w autobusie, czy panowie z plakietkami już po mnie nie idą podczas rozpaczliwych prób przypominania sobie, Gdzie To Się Ustawia, jest dość stresujące.

To, że Poznań sympatycznym miastem jest, to nie ulega frekwencji (uwielbiam to sformułowanie na równi z popadaniem w szezlong). Nie ulega też frekwencji, że jest miastem studenckim. Bo to stąd wywodzą się pogromcy Enigmy (a nie, jak pokazują tendencyjne filmy, od flegmatycznych fajfokloków).

Tu bywają głodni studenci; nie wiem, czy to wyraz zachwytu jadłospisem stołówki "Jowita" w Akumulatorach czy wręcz przeciwnie - na stołówce Politechniki mięso bywało, dość często nawet, aczkolwiek sobotni kurczak zawsze pachniał piątkową rybą.

I tu studenci kończą sesję, bo mam wrażenie, że obuwie na trakcji tramwajowej pojawiło się zdecydowanie w ramach jakiegoś uzewnętrznienia radości.

[1] Wiem, jestem okropna. Trafiłam dzisiaj do łazienki jednocześnie z pewną archetypowo śliczną panną, więc mogłam zdradzić potem kolegom, że koleżanka - mimo że naprawdę ładna - to jednak musi sikać.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 5, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Lubię miejsca, w których już byłam

Bo w nowych miejscach się zawsze stresuję. Czasem podświadomie, czasem tak bardziej na poważnie. Boję się nowych sytuacji, nowych knajp (zwłaszcza jak kogoś zabieram i naprawdę nie chcę, żeby się okazało, że jest byle jak) i nowych miejsc, zwłaszcza z akcentem na Zupełnie Nowe Miejsca - inne kraje czy kontynenty. Pierwszy kontakt zawsze mnie onieśmiela i pozbawia części przyjemności. Czytam przed wyjazdem przewodniki, nie po to, żeby stworzyć listę zwiedzania, ale żeby trochę oswoić. Druga wizyta na Węgrzech była znacznie przyjemniejsza niż pierwsza. Znalazłam miasto, rozumiałam metro i sieć tramwajów, wiedziałam, jak dość do rzeki i była to wiedza wystarczająca na relaks mentalny.

Nie dziwmy się pani Anieli, że nie poznała męż^U Nie dziwny się więc, że wracam do miejsc, gdzie było dobrze, a menu jest już tak trochę znane, chociaż zostawia sporo miejsca na dalsze przygody. Ptasie Radio ponownie, bar na specjalnie życzenie, a do tego schody w górę i w dół.

Przy okazji kupowania kwiatów na ślub kołorkera trafiłam do kwiaciarenki, w której kupowałam bukiet na ślub własny (nie, kwiaciarka mnie nie poznała, bo to było prawie 10 lat i paręnaście kilogramów temu). Obok kwiaciarni brama, w bramie trzy kicięta. Takie podrośnięte, ale widać, że jeszcze młode i współdzielą w ramach rodzeństwa mózg. Jeden stał na czatach, dwa się o siebie opierały, myziały łebkami i prawie że chwiały się synchronicznie z tym całym uczuciem wzajemnym. Tęsknię za dwoma kotami w domu, kot czarno-biały chyba też. Rozważnie, choć niecierpliwie, czekam na powrót z sierpniowego urlopu i szukanie parki pręgatych bydlątek. Rudego i szarego, a jakby jeszcze z dropiatym brzuszkiem któryś, to już w ogóle cała byłabym wdzięczna w tym ubranku. Jakby co - polecam się we wrześniu łaskawej pamięci, w ramach rozsądnego kilometrażu do Poznania dojadę i odbiorę. Nie może być tak, że ludzi jest więcej niż kotów w domu. Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 28, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 9 komentarzy - Skomentuj


Jak mam czas

... to siedzę i myślę, a jak nie mam czasu, to tylko siedzę. Ale tak uczciwie to najlepiej mi się myśli chwilę przed snem (i w toalecie) i kiedy sobie idę. Jeśli idę sama, to wiadomo - idę i myślę. Jeśli idę z większą grupą, to wlokę się z tyłu (zwykle dlatego, że zostaję w celu zrobienia zdjęcia) i mam przemyślenia. Szłam sobie dzisiaj na jogę i przyznam, że dość ożywcza nawet była subtelna uwaga rzucona przez dwóch niezbyt świeżych i niezbyt trzeźwych panów treści "Te, lala, nie biegnij tak, bo ci się mleko zwarzy" (normalnie jak we wczesnej podstawówce). Dzisiaj miałam przemyślenia natury ogólnej o tym, że człowiek się zmienia.

Od zawsze się rozglądałam, bo sam proces chodzenia mnie nie satysfakcjonował. Kiedyś, kiedy nie miałam własnego domu, zaglądałam ludziom w okna. Z taką trochę zazdrością, trochę żeby zobaczyć, jak żyją. Czy siedzą przy stole, czy mają książki, czy jest tak, jak w innych domach, czy inaczej. I zastanawiałam się, czemu tak jest, że oni siedzą, a ja idę[1]. Czy już przyszli, czy w ogóle nigdzie nie wychodzili. Ostatnio przy tej okazji zauważyłam, że przestałam zaglądać z zazdrością. Zerkam z ciekawością, patrzę na rośliny, meble, ściany, słoiki w kuchni i miny ludzi, kiedy ze sobą rozmawiają. Lubię patrzeć na ludzi zajętych tylko wyglądaniem z okna czy patrzeniem na świat z balkonu. Natomiast z zazdrością zaczęłam rejestrować ogrody. Kwiaty, trawniki, drzewa, huśtawki, sadzawki i skalniaki. Odwieczna tęsknota za kawałkiem ziemi, sianiem i schylaniem się nad bruzdami w polu?

Tylko za kotami rozglądam się z jednakową ciekawością. Dziś widziałam biało-czarnego zadekowanego na sjestę pod krzakiem i trzy szare, uprawiające jakieś tajemnicze kocie zajęcia pod kocim blokiem na Grunwaldzkiej. Jednego spłoszyłam włażąc na trawnik, żeby zrobić zdjęcie anty-gejowskiego graffiti. Nie wiem, co komu homoseksualista szkodzi.

[1] Z kolei, jak jadę pociągiem i mijam domy czy ludzi stojących przy szlabanach, myślę o tym, że to oni są na miejscu i nie muszą nigdzie jechać. W przeciwieństwie do mnie.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 27, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


Śladami Tuwima

Wiersz Tuwim napisał chyba po to, żeby wymęczyć kilka pokoleń najpierw młodziezy, potem aktorów, którym najpierw w szkole, a potem zawodowo kazali czytać to łamiące język słowotwórstwo. W Poznaniu jest przyjemniej, bo "Ptasie radio" to malutka restauracyjko-kawiarnia na Ratajczaka. Schody są ozdobione kafelkami z ornitologicznymi ekscesami, w środku na ścianach są figurki ptaszków, a bar (w sensie mebel) przypomina zabytkowe radio (dla mniej błyskotliwych, czyli dla mnie, ma na dole skalę z nazwami ptaków).

Jak już kiedyś wspomniałam, na moje upodobania składa się duża liczba rozmaitych fetyszów. "Ptasie radio" zaspokaja obydwa. Pierwszy to - chyba w ramach kompensacji marnego wzrostu - zamiłowanie do starych kamienic, z wąskimi schodami, wysokimi oknami i sufitem na wysokości jakichś 4 metrów, ozdobionym sztukaterią (pewnie się przestraszliwie toto odkurza), ze starymi, drewnianymi i niesamowicie skrzypiącymi podłogami. Pewnie w domu by mnie to wkurzało, ale uwielbiam spędzać poranki na takich powrocie do nastrojowej przeszłości. Drugim fetyszem są śniadania. Śniadań nie jada się samotnie, dzień bez śniadania jest dniem straconym i zaczętym byle jak. Lubię dostać mnóstwo rzeczy do wyboru, leniwie się zastanawiać, czy winszuję sobie teraz dżemik, twarożek czy może bułeczkę z ogóreczkiem i rzodkiewką, nie spieszyć się i pochłaniać byle co w biegu, tylko usiąść, przejrzeć gazetę (żadna inna pora czytania gazet i czasopism nie wydaje mi się właściwa). Lubię śniadaniowy asortyment - grzanki, owoce, jogurty, sery i twarożki, młode warzywa, jajka czy parówki i frankfurterki. I dobrą herbatę, kawę czy sok pomarańczowy. I do tego nie lubię byle jak - plastikowych kubków, sztućców i talerzy z kartonu, a już zwłaszcza jedzenia na ulicy. Po części to wyjaśnia to moją sympatię dla Starbucksa, w którym kawę dostanę w porcelanowym kubku (i posypać ją sobie cynamonem, wanilią, czekoladą czy kardamonem), do tego bez względu na szerokość geograficzną ktoś specjalnie dla mnie podgrzeje mi croissanta z szynką i serem. Wczoraj dostałam na śniadanie bułeczki zapiekane z serem brie, z orzechami, winogronami i jabłkami, co pozwoliło mi przejść w jakim-takim zdrowiu psychicznym przez uciążliwy dzień po części w pracy (tak, mimo że sobota).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 22, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 12 komentarzy - Skomentuj


Wielkopolska in close-up i ze słowotokiem

Na pierwszy rzut - Rogalin. Upał, ale dużo drzew. Kaplica, w której nawet ostatecznie mogłabym wziąć ślub, acz niekoniecznie pod wezwaniem księdza katolickiego (ciekawe, czy i za jakie pieniądze można by wynająć do odprawienia niekoniecznie bardzo pogańskiego obrzędu).

W zabudowaniach przypałacowych Pani sprzedaje lody Algida przez kratę w oknie. Może to efekt tego, że pałac zamknięty z powodu remontu (do przyszłego roku co najmniej), więc pozostaje sprzedaż od tyłu. Ogrodu nie zamknęli i chociaż nie bardzo przepadam za ogrodami francuskimi, tak labirynt urokliwy. Dęby masywne, ale poza obejściem dookoła niewiele można zrobić, można za to leżeć na trawie i - korzystać z tego, że 1. czerwca (notka zaległa, bo wczoraj pracowałam przed dzisiejszym wdrożeniem) - czytać dzieciom, jak cała Polska powinna. Niestety, urok okolicy wyczerpuje się po godzinie, bo po spacerze dookoła dębów kończą się atrakcje. Można ewentualnie wypożyczyć rower i zlecieć sobie z górki, bo trasa dookoła dębów wyboista trochę. Co kto lubi.

Puszczykowo w przeciwieństwie do Baranowów czy Przeźmierowów ma urok - widać, że dacze, wille i hacjendy budowali typowo wypoczynkowo-weekendowo-rekreacyjnie przedstawiciele zamożniejszej klasy poznańskiej. Zielono, a Muzeum Arkadego Fiedlera oznaczone ładnie strzałeczkami. Malutkie, ale przyjemne - repliki południowoamerykańskich rzeźb, cała ściana różnych wydań książek, motyle, maski, zdjęcia. W ogrodzie metalowa piramida w skali 1:23 (podobno czyni cuda, jak się wejdzie do środka posiedzieć) i replika Santa Marii w skali 1:1. Wielkość statku wzbudza straszny podziw dla kilkudziesięciu ludzi, którzy płynęli przez ocean łodzią długości 20 metrów i szerokości siedmiu; jest klaustrofobicznie mały. W ogrodzie grzał się przyjazny bokser.

GALERIA ZDJĘĆ.

W plenerze nie rzuciła się jakoś żadna restauracja, skończyło się na greckim Mykonosie na placu Wolności. Za półmisek meze[1] oddam kebaby, sałatkę z wiadra i kotleta panierowanego.

[1] W zależności od wizyty są oliwki, dolmadakia, różne sery, nadziewane papryczki, czasem grillowana cukinia, suszone pomidory, anchois czy twardy, ciekawie smakujący ciemny chleb. I obowiązkowa przekąska z grzanką. Przejechałabym się do Grecji na kilka dni.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 3, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj