Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: ogladam

Usual Suspects[1]

Dzień po malowniczym wybuchu i pożarze na statku przemytniczym policja i straż celna przesłuchuje jednocześnie dwóch ocalałych - ciężko poparzoną ofiarę, mówiącą tylko po węgiersku i prawdopodobnie jednego z zamieszanych w napad przestępców, niepełnosprawnego Rogera Kinta. Kint w zamian za immunitet zgadza się opowiedzieć całą skomplikowaną intrygę, która pięciu drobnych przestępców skłoniła do wielkiego, choć prawdopodobnie nieudanego, skoku na ładunek narkotyków. Panowie poznali się na policyjnym okazaniu kilka tygodni wcześniej; zirytowani fałszywym oskarżeniem zdecydowali się utrzeć nosa organom, napadając na nielegalnie pracującą firmę świadczącą usługi ochroniarskie, zrzeszającą niezbyt legalnie funkcjonariuszy. Napad zakończył się sukcesem, 50 policjantów zostało skompromitowanych, ale podczas sprzedaży łupu okazało się, że grupka nadepnęła na odcisk mitycznemu przestępczemu bossowi - Kayserowi Soze. Soze zaproponował im wybór - śmierć lub wielki skok. Panowie na początku nie byli chętni, ale po zamordowaniu jednego z nich i zaszantażowaniu pozostałych rozpoczęli planowanie akcji, którą rozpoczęła się fabuła. Kint po kolei odsłania wydarzenia, odpowiadając na wiele pytań policji, ale nie na trzy najważniejsze - kto zabił napadający na statek gang już po tym, jak została wymordowana cała załoga, gdzie jest szef gangu, były policjant oraz czy Kaiser Soze w ogóle istnieje. Wspominałam o poparzonym świadku, jednocześnie przesłuchiwanym w szpitalu? Kiedy już udaje się znaleźć tłumacza i rysownika, powstaje portret pamięciowy przestępcy, na widok którego policja i straż celna prawie mdleje.

Ponad 20 lat po premierze chyba już wszyscy wiedzą, kim był Kayser Soze, ale na wszelki wypadek polecam nie wpisywać tego w google przed pierwszym obejrzeniem. Film oglądałam wiele lat temu, już ze świadomością, jaki jest twist, chyba mi się podobał. Ponowne obejrzenie pozwoliło mi docenić kunszt scenariusza i gry aktorskiej, ale pozostawiło mnie z poczuciem, że poza wprowadzeniem ciekawego zabiegu formalnego (aneengben, xgóel cenjqbcbqboavr xłnzvr) to nie jest specjalnie ciekawy film.

[1] Film ma polski tytuł "Podejrzani", ale zdecydowanie nie oddaje oryginalnego tytułu, znaczącego "Ci, co zwykle".

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 25, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Deadpool 2

Podobnie jak dwa lata temu dziecko spędziło noc poza domem (pod opieką, z innymi dziećmi, nie że wystawiłam do ogródka), więc obejrzałam film dla dorosłych, w kinie i bez dubbingu.

Zaczyna się grubo, bo od spektakularnego samobójstwa Deadpoola. Problem w tym, że dzięki mutacji chłopak się naprawia i niebawem już jest na nogach[1], chociaż bardzo nieszczęśliwy, bo chęć życia skutecznie wyprało z niego zabicie (spokojnie, to się dzieje na samym początku filmu) jego ukochanej tuż po tym, jak zaproponowała, żeby mieli dziecko. Decyduje się przyłączyć do niemarkowych X-manów (człowieka-blachy, panny wyglądającej jak Justin Bieber i jej azjatyckiej ukochanej), ale podczas akcji ratowania młodego mutanta w rozmiarze XXL trafia do więzienia dla mutantów, gdzie o mało co nie umiera, bo na miejscu mają obroże blokujące moce mutanckie (serio?). Potem jest przybysz z przyszłości, zawiązanie drużyny X-force (nie na długo, ale zawsze) oraz zaskakujące zakończenie. W zasadzie kilka zaskakujących zakończeń.

Scenarzyści powtórzyli wszystkie numery z poprzedniej części - zburzona czwarta ściana, cameo Wolverine'a i kilku innych X-menów (oraz Brada Pitta!), niemagiczni sojusznicy (barman[2] i taksówkarz[3]), fekalny humor, mnóstwo szydery z konsorcjów komisowych i popkultury oraz doskonałe dialogi. Spłakałam się ze śmiechu, chociaż oczywiście nie wiem, czy stałam się przez to lepszym człowiekiem.

[1] Nogi traci również w trakcie filmu. Odrastają, ale nie chciałam tego oglądać. Nikt nie chciał.

[2] Bardzo skromna rola, w zasadzie pojawia się dwukrotnie, rzuca dwoma ciętymi ripostami i to by było na tyle. Trochę szkoda, że kosztem ostatniego sezonu "Silicon Valley".

[3] Hinduski taksówkarz Dopinder, który chce zostać płatnym mordercą. Mój idol.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 21, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Modliszka

Rok 1991. Na wyrok dożywocia zostaje skazana Jeanne, seryjna morderczyni przezwana Modliszką, która przyznała się do torturowania i bestialskiego zabicia ośmiu mężczyzn (których łączyło to, że byli pedofilami, psychopatami, krzywdzili żony i dzieci). Mija 25 lat, pojawia się kolejny morderca, który również morduje na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą mężczyzn, kopiując modus operandi Modliszki. Skazana wyraża chęć wsparcia śledztwa pod trzema warunkami - zostanie przeniesiona z więzienia do miejsca z większą swobodą[1], jej osoba będzie utrzymana w tajemnicy (jest osadzona pod zmienionym nazwiskiem), a łącznikiem z policją będzie jej syn, Damien (pracujący w policji w dziale ds. zorganizowanej przestępczości[3]). Damien się matki-morderczyni wyparł, nie opowiedział o swoim pochodzeniu nawet żonie, Lucie. Szybko się okazuje, że przestępca jest sprytniejszy od policji, wie rzeczy, które teoretycznie wiedziała tylko Modliszka i wygląda na to, że traktuje sprawę bardzo osobiście.

I naprawdę to był pomysł na świetny serial, niestety wyszedł dość miałki fabularnie, czasem niezborny klon historii o Hannibalu Lecterze. Jeanne jest mądrzejsza od całej policji francuskiej[4], mimo odseparowania od świata[2] bez problemu wyszukuje adres syna oraz przemieszcza się współczesną komunikacją (nie wiem, może ukradła zabytkowy samochód agentowi), absolutnie nie rzucając się przy tym nikomu w oczy. Wskazówek w śledztwie udziela co najmniej dwuznacznie, a praca detektywów polega na olśnieniach. Współczesny zbrodniarz jest sprytnym i długoterminowym strategiem, swoje morderstwa planuje co do szczegółu, po czym - po odkryciu tożsamości - zaczyna się zachowywać jak ostatni idiota. W ogóle scena iluminacji, podczas której Damien odkrywa, kim jest Modliszka Bis, pisana była chyba tępym ołówkiem - zamiast zebrać oddział szturmowy, do podejrzanego wysyła dwóch (tak, dwóch) policjantów tak na oko z drogówki i dzwoni do osoby, która przebywa w domu mordercy z informacją: "Słuchaj, twój gospodarz to morderca, wyjdź dyskretnie, nie budząc podejrzeń", po czym czeka na efektu na korytarzu komendy. Nie mówię, że był to najgorszy serial kryminalny, jaki widziałam, miał swoje mocne momenty, ale jak macie do wyboru coś innego - warto coś innego.

[1] Tak jak Barb, absolutnie rozważam popełnienie serii przestępstw (morderstw niekoniecznie) i odsiadywanie wyroku we Francji. Jeanne ma samodzielny, jasny, spory pokój, z osobistymi drobiazgami, półką pełną książek, nosi eleganckie, wygodne stroje, jest ładnie uczesana, a jak się okazuje w toku akcji, miewa swobodny dostęp do Internetu[2].

[2] To kolejny słaby punkt fabuły - kobieta skazana w 1991 roku (w Polsce 1991 to pierwszy rok po zniesieniu monopolu państwa na usługi telekomunikacyjne, we Francji pewnie technologia mogła być nieco bardziej zaawansowana) bez problemu korzysta z nowoczesnych technologii, absolutnie nic jej nie dziwi.

[3] Niestety, jego doświadczenie w postępowaniu z hardcorowymi bandytami absolutnie nie przekłada się na logikę współprowadzonego śledztwa. Lezie sam w miejsce, gdzie może być zbrodniarz, ukrywa wiele rzeczy przed zespołem oraz cierpi za miliony.

[4] Co nie jest trudne, bo do pilnowania zbrodniarki zatrudniony jest jeden (tak, jeden) agent[5], a seryjnego mordercy poszukuje skromna grupka 5 osób - sfrustrowany syn, nieobliczalna i ulegająca napadom furii policjantka, zgadzający się na wszystko szef (prowadzący oryginalne śledztwo, w co trudno uwierzyć, chyba że się spojrzy na jego fryzurę i ubranie), azjatycki spec od informatyki (specjalizujący się w Facebooku i robieniu zamyślonych min) oraz policjant o nieokreślonej funkcji i przydatności.

[5] Dzięki czemu Jeanne minimalnym wysiłkiem zwiewa z miejsca osadzenia, unieszkodliwiając agenta. Kto by zamykał budynek, włączał alarm, chował kluczyki od samochodu itp.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 6, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Safe / Happy Valley

Zamknięte osiedle (stąd zapewne tytuł - "Safe") gdzieś w niewielkim, angielskim miasteczku. Impreza u córki lokalnych bogaczy kończy się nagle, kiedy ta odkrywa w basenie zwłoki jednego z uczestników. Jednocześnie znika córka owdowiałego niedawno chirurga (Michael C. Hall), który - mimo zaprzyjaźnienia z lokalną policjantką, również mieszkającą na osiedlu - rozpoczyna śledztwo sam. Dodatkowo matka utopionego chłopca, nauczycielka francuskiego z lokalnej szkoły, jest oskarżona o molestowanie nieletnich. Serial zrealizowany jest w konwencji kolejnych odsłon, znaczące epizody są pokazywane w coraz szerszym ujęciu, co zmienia ich odbiór. Niestety, mam poczucie, że scenarzysta/producent/twórca Harlan Coben przesadził z myleniem tropów, wkręcaniem widza w coraz bardziej absurdalne odnogi fabuły, bo całość zrobiła się dość niestrawna, a finał - przewidywalny i rozczarowujący. Bohaterowie zachowują się absolutnie nielogicznie, wszyscy mają przed wszystkimi tajemnice, ale w strategicznym momencie każdy musi wszystko wyznać.

Zdecydowanie ciekawszy okazał się "Happy Valley", dziejący się w małym, na pierwszy rzut oka sielskim miasteczku. Stanowcza policjantka, wychowująca wnuka po śmierci córki, staje przed faktem, że z więzienia wyszedł mężczyzna, który przyczynił się do śmierci jej dziecka, zaczyna więc prywatne śledztwo. Niezależnie, księgowy, zirytowany brakiem podwyżki, wpada na błyskotliwy inaczej pomysł porwania córki swojego szefa, pomysłem dzieli się z lokalnym półświatkiem. Śniegowa kula rusza, mimo że szef niespodziewanie decyduje się dać księgowemu kasę na szkołę dla córek i uczynić go swoim następcą i dotychczas obrażony delikwent już nie chce porywać. Świetne jest to, że w żadnym razie nie są to w żadnym razie mistrzowie intelektu, tylko zwyczajne łośki, sprzedające młodzieży narkotyki (oraz - dla ścisłości - jeden psychopata).

Obydwa seriale łączy to, że dzieją się na angielskiej prowincji. Jak w przypadku "Happy valley" ta prowincja barwna, z dużym przekrojem społecznym (fryzjerka model "Doda dwadzieścia lat później"), tak "Safe", niestety, mogłoby się dziać w dowolnym miejscu, a klimat raczej wskazuje na przedmieścia dużego miasta w USA. TŻ stwiedził, że dla niego największą zagadką w serialu był fakt, że główny bohater (Hall) jest Amerykaninem, a nikt na to nie zwraca uwagi, mimo że reszta mówi British English czy inną gulgoczącą gwarą.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 26, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Olive Kitteridge / Flaked

4-odcinkowa mini seria, pokazująca kilka rozciągniętych w czasie epizodów z życia prowincjonalnej nauczycielki matematyki, Olive Kitteridge. Trudno fabułę serialu streścić, bo - jak wspomniałam - każdy odcinek pokazuje jakiś epizod: zmęczonego staraniem się o żonę męża, który swoje opiekuńcze uczucia lokuje w asystentce, wypadek ukochanego Olive, ślub syna, udar męża i jego pobyt w szpitalu, wreszcie starość Olive. Główną cechą Olive jest zgorzknienie - nie cieszy się z niczego, nic się jej nie podoba, zawsze jest w stanie znaleźć w czymś wadę. Całość rozpoczyna scena, w której Olive przygotowuje pożegnalny list i z kocem, radiem i pistoletem idzie w las, prawdopodobnie zakończyć życie. Brzmi nieco smętnie, ale na to trzeba nałożyć osobę Frances McDormand, która buduje fantastyczną, wielowymiarową, mądrą i głęboką postać. Jest wzruszająco, ale i zabawnie, a mimo nieco snującego się klimatu, nie jest nudne (aczkolwiek darmowy okres HBO GO wspominam bardzo źle, bo jednak dramaturgia siada, jak co kilka minut pojawia się na ekranie spinner sugerujący problem z transferem).

"Flaked" skojarzyło mi się nieco klimatem - to wprawdzie serial dziejący się w sielskim kalifornijskim Venice, ale o życiowych rozbitkach: alkoholikach spotykających się na mityngach AA. Chip, niepijący od 10 lat, opowiada na każdym spotkaniu, skąd się w Venice wziął - zabił pod wpływem alkoholu w wypadku samochodowym człowieka, od tej pory nie ma prawa jazdy (jeździ rowerem w USA!) i wegetuje kątem u kolegi, prowadząc nieprzynoszący dochodu sklep z trójnogimi stołkami. Mimo to jest podporą klubu AA, sponsorem i motorem napędowym lokalnego stowarzyszenia "SaVenice", które próbuje zapobiec gentryfikacji miasteczka. Problem w tym, że Chip nie dość, ze ukradkiem podpija wino, to dodatkowo nieustająco, choć z wdziękiem, kłamie. Dennis, udzielający Chipowi noclegu, również eks-alkoholik, usiłuje rozpocząć karierę jako sommelier (sic!) oraz nieustająco próbuje nawiązać stosunki z jakąś ładną panią. Panie, niestety, sprząta mu sprzed nosa z ogromnym wdziękiem Chip. Najbarwniejszą chyba postacią jest Cooler, wieczny hipis, mieszkający - między innymi - w przyczepie kempingowej i policjant George, również alkoholik, patrolujący Venice i włączający się do akcji za pomocą syreny i świateł. Osią akcji jest pojawienie się London - interesującej blondynki, do której usiłuje przystawiać się Dennis, co błyskawicznie wzbudza zainteresowanie Chipa.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 20, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Tabula rasa

Annemie[1], nazywana Mie, wprowadza się wraz z mężem i kilkuletnią córką do zaniedbanego[2], starego, ale pięknego domu, który odziedziczyła po dziadku. Niby wszystko jest w porządku, dom jest piękny, pełen wspomnień i da się wyremontować, ale Mie zaczyna się bać - ktoś ją obserwuje, w piwnicy są przerażające lalki, cała rodzina, a zwłaszcza mąż zachowuje się dziwnie, dziecko - okropnie, a do tego kobieta widzi rzeczy, których nie ma. Nagły skok - trzy miesiące do przodu, Mie jest w szpitalu psychiatrycznym, poraniona, nic nie pamięta; podobno znaleziono ją w lesie, a jeden z mieszkańców miasteczka - Thomas z wysypiska śmieci - zaginął. Okazuje się, że Mie już wcześniej miała problem z pamięcią - od wypadku kilka miesięcy wcześniej nie była w stanie zapamiętać wydarzeń z niedawnej przeszłości, nie panowała nad codziennym życiem; próbowała ratować się, zapisując zdarzenia na karteczkach. Akcja serialu idzie dwutorowo - wydarzenia sprzed trzech miesięcy przeplatają się z 10 dniami w zamkniętej placówce, gdzie Mie jest przesłuchiwana przez policjanta, szukającego zaginionego.

Kolejny serial, po "Dark", kiedy dyskutowałam z telewizorem - jest mnóstwo tropów, rozrzuconych w trakcie kolejnych odcinków, a całość ładnie się spina na końcu (wystarczy przymknąć oko na kilka zbyt naciąganych zbiegów okoliczności). Doskonały drugi plan - przedziwna rodzina (ojciec z alzheimerem, ekscentryczna matka, dziwna siostra, niespecjalnie błyskotliwy szwagier), pacjenci szpitala psychiatrycznego czy wreszcie policjant, posiłkujący się dziwnymi metodami. Dodatkowo cały czas podziwiałam luźne, "domowe" ubrania Mie - kardiganki, dresy, kapciuszki; coś pięknego.

[1] Cóż za piękne imię, Anemia.

[2] Ja wiem, że część tego, co Mie widziała w domu, było wytworem jej umysłu, ale i tak - kto trzyma kilkucentymetrową warstwę wody w piwnicy?!

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 6, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 1 komentarz - Skomentuj


The City & the City

Wiem, że to nudne, ale - oczywiście - pamiętam tylko ogólny zarys fabuły, mimo że książkę czytałam raptem trzy lata temu (tamże sztafaż - specyfika podzielonego miasta Beszel/Al Qoma). 4-odcinkowa seria opisuje śledztwo, prowadzone przez doświadczonego policjanta Borlu i młodą policjantkę Corwi, którzy - teoretycznie - usiłują znaleźć mordercę młodej Amerykanki, Mahalii, porzuconej na beszelskim wysypisku śmieci. Dla Borlu to sprawa głębsza - Mahalia jest studentką archeologii z Al Qomy, podopieczną znanego profesora Bowdena, głęboko wierzącą w teorię miasta "pomiędzy", Orciny; kilka lat temu taka sama była zaginiona żona Borlu, Katrynia - również obiecująca archeolożka, związana z Bowdenem i owładnięta pragnieniem odkrycia Orciny. Borlu, łamiąc wszelkie procedury, usiłuje rozwiązać tajemnicę, licząc, że jednocześnie odnajdzie swoją ukochaną.

I jak bardzo zastanawiałam się, jak można pokazać dwoistość podzielonego miasta, tak tutaj udało się to doskonale. Beszel przypomina Istambuł/Budapeszt - ciepła, żółta tonacja, miękkie linie budynków, pewna przestarzałość techniczna, zniszczone samochody i niemodne ubrania. Al Qoma z kolei jest niebiesko-czerwona, nowoczesna, stechnicyzowana, elegancka i raczej zimna, bardziej Berlin czy Sztokholm. Świetnie wyszło pokazanie, że żadne z tych miast nie jest idealne - mieszkańcy Beszel, sterroryzowani nacjonalistyczną partią, odkrywają, że Al Qoma, widziana zza membrany jako kraj wolności, jest państwem policyjnym. Absurdalnie, zdjęcia obu miast kręcone było w Liverpoolu i Manchesterze. Całość montażem trochę przypomina teatr telewizji, co nie jest wadą, bo podkreśla kameralność i intymność sytuacji (chociaż słyszałam takie opinie, że to dowodzi ubóstwa budżetu, meh).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 6, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Crashing / Loaded / Chewing gum

Eksplorując temat krótkich seriali komediowych, weszłam w niszowe brytyjskie (Netflix). Zaleta - króciutkie (zwykle 6 odcinków) sezony, wada - najczęściej kończą się po jednym sezonie. W przeciwieństwie do telewizji amerykańskiej, nie ma cenzury, zwroty fabularne bywają absolutnie zaskakujące, a aktorzy niekoniecznie są z równym zgryzem.

Crashing to jednosezonowa opowieść o grupce ludzi, mieszkających legalnie (jako "opiekunowie budynku") w opuszczonym szpitalu. Sporo gagów związanych z lokalizacją, ale wątkiem przewodnim jest kryzys w związku Kate i Anthony'ego, kiedy do szpitala wprowadza się Lulu, przyjaciółka Anthony'ego z czasów szkolnych.

Loaded opowiada o spełnieniu marzenia większości pracowników start-upu: ktoś firmę wykupił i na koncie lądują grube miliony. Czterech kolegów - geek Ewan, frontman Leon, inżynier Josh i element chaosu Watto - dostają po 15 milionów funtów i są absurdalnie szczęśliwi, każdy na swój sposób (np. Leon kupuje helikopter oraz z wynajętym zespołem a capella jeździ do domów ludzi, do których miał żal, a tam elegancko odziani panowie śpiewają frazę "F*ck you"). Niestety, szybko się okazuje, że mimo pieniędzy (jeszcze szybciej się rozchodzących) są i wady - Casey, amerykańska szefowa rodem z piekła oraz konieczność wypuszczenia nowej wersji gry; do tego życie prywatne każdego z panów nie jest do końca satysfakcjonujące. Nieco nachalną tezę, że pieniądze szczęścia nie dają, można przeboleć, bo serial jest doskonale zabawny, zwłaszcza dla nerdów.

Chewing gum, dziejący się w londyńskiej dzielnicy biedoty, rozłożył mnie na łopatki. 24-letnia Tracey, wychowana w ortodoksyjnym kościele, jest dziewicą, mimo że ma narzeczonego. Kiedy odkrywa, że oziębłość partnera to efekt jego homoseksualizmu, decyduje się wziąć sprawę we własne ręce i poznać życie we wszystkich aspektach. Szybko zdobywa chłopaka, próbuje erotycznego trójkąta, zostaje wyrzucona z domu, trafia na orgię, uwodzi ją własny kuzyn, zażywa narkotyki, o mało co nie zostaje bohaterką erotycznej fotografii specjalnego gatunku, ale utrata dziewictwa wcale nie jest taka łatwa, jeśli - dzięki jednotorowemu wychowaniu - człowiek zupełnie nie klei, o co chodzi. Bogaty drugi plan - matka z misją kapłańską, zazdrosna siostra, nieszczęśliwa w związku przyjaciółka, ekstrawertyczny gej oraz londyński proletariat płci obojga.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Lillyhammer / Norsemen

"Norsemen" to epicka historia pewnego plemienia Wikingów, a przynajmniej jedna z możliwych rekonstrukcji wydarzeń nie opisywanych w sagach, jeśli sagi pisane byłyby przez ludzi o poczuciu humoru rodem z Monty Pythona. Do wioski wraca wyprawa łupieżcza z niewolnikami, w tym z Rufusem - rzymskim aktorem, który mimo kiepskich warunków startowych potrafi znaleźć dla siebie niszę (w której nikt mu nie sika do ust, nie jest serial dla osób bardzo wrażliwych, humor bywa nieco fekalny). Brat-niedojda zazdrości bardziej ogarniętemu bratu, wojownik pożąda żony bliźniego swego, zły Jarl egzekwuje od mieszkańców sioła pieniądze i próbuje gwałcić kobiety, ale nie zawsze się to udaje z różnych przyczyn. W przeciwieństwie do "Korony królów" serial jest absolutnie i zamierzenie śmieszny - na kostiumy i realia epoki (niewolnictwo, przecinanie siekierą czy wypruwanie flaków, samobójstwa starców) nałożono współczesny korpo-idiolekt z wychodzeniem ze strefy komfortu, team spiritem i awansem.

"Lillyhammer" to komedia sensacyjna. Frank Tagliano, The Fixer ("Załatwiacz") zeznaje przeciwko swojemu donowi nowojorskiej mafii. W ramach programu ochrony świadków wybiera egzotyczną Norwegię, bo lata temu zachwycił się pięknym krajobrazem Lillehammer podczas oglądania zimowej olimpiady. Mimo początkowej chęci wtopienia się w tłum i zostania zwykłym Norwegiem pochodzenia amerykańskiego, Frank (aktualnie Giovanni albo Johnny) napotyka na tzw. różnice kulturowe - nadczynną komisarz policji, urząd imigracyjny, wydział ds bezrobotnych z idiotycznym kursem przysposobienia do życia w społeczeństwie zamiast prawdziwej pracy, półroczny kurs prawa jazdy. To sprawia, że jednak decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i znanymi sobie z Nowego Jorku metodami (szantaż, przekupstwo, przemoc, seks, alkohol) zaczyna układać życie po swojemu. Absurdalnie, udaje mu się to bez utraty sympatii widza i zaczyna gromadzić wokół siebie gromadę nieudaczników, z którą otwiera nocny lokal. Oczywiście nie dość, że lokalne władze depczą mu po piętach, to jeszcze jego przeszłość regularnie daje o sobie znać.

Serial jest świetny - nieprzewidywalny (widać, że miał nieamerykańskich scenarzystów), z ładnym wyważeniem między groteską, brutalnością i sytuacjami komicznymi. Dodatkową zaletą jest obsada - Frank/Johnny jest absolutnie przerysowaną karykaturą amerykańskiego mafioza, a zupełnie niehollywoodzko wyglądający Norwegowie (te zęby! te fryzury!) zwykle są dość prości i oględnie mówiąc, niezbyt inteligentni (Jan - pracownik wydziału ds. bezrobotnych, chyba najbardziej obleśny w serialu czy Torgeir - prawa ręka Franka, powinien nosić ksywę "Master of Disaster"), ale finalnie w zestawieniu z innymi nacjami - Amerykanami, Estończykami czy Brazylijczykami - budzą najwięcej sympatii. Nie wiem, w jakiej kolejności powinno się seriale oglądać - ja oglądałam je niechronologicznie (N, potem L) i większą przyjemność miałam przy Lillyhammer, gdzie pojawiali się (epizodycznie i w stałej obsadzie) odtwórcy ról z Norsemen.

Oraz pejzaże - nawet te zimowe. Przecudne. Wspominałam o pejzażach?

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 1 komentarz - Skomentuj


4 poziomo

Okazuje się, że da się połączyć frazy polski, sitcom i śmieszny w jednym zdaniu. Rzecz się dzieje w więźniu, pod celą siedzą - oczywiście za niewinność - osadzeni Wąglik (Sapryk), Bodzio (Jakubik), Docent (Braciak) i Łańcuszek (Wabich). Wąglik pakuje i boi się, że żona (Kuna) go zdradza, Łańcuszek stara się kontrolować interesy "na zewnątrz", Bodzio namiętnie rozwiązuje krzyżówki mimo braku predyspozycji intelektualnych (a matka na widzeniach podejrzewa go, że bierze narkotyki), zaś Docent czyta i jak już nie może, podrzuca Bodziowi brakujące hasła do krzyżówki.

Serial jest dość statyczny, z przerysowaniem (spacerniak w studiu, wszyscy chodzą krokiem skradającym się jak złoczyńcy w musicalu) i brakiem ciągłości akcji (poza kilkoma połączonymi epizodami, w pozostałych nikt nie pamięta o tym, co zdarzyło się w poprzednim odcinku), ale i tak zabawny i całkiem niegłupi. "Orange is the New Black" to nie jest, ale czasu się nie marnuje.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 15, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj