Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: seriale

Lillyhammer / Norsemen

"Norsemen" to epicka historia pewnego plemienia Wikingów, a przynajmniej jedna z możliwych rekonstrukcji wydarzeń nie opisywanych w sagach, jeśli sagi pisane byłyby przez ludzi o poczuciu humoru rodem z Monty Pythona. Do wioski wraca wyprawa łupieżcza z niewolnikami, w tym z Rufusem - rzymskim aktorem, który mimo kiepskich warunków startowych potrafi znaleźć dla siebie niszę (w której nikt mu nie sika do ust, nie jest serial dla osób bardzo wrażliwych, humor bywa nieco fekalny). Brat-niedojda zazdrości bardziej ogarniętemu bratu, wojownik pożąda żony bliźniego swego, zły Jarl egzekwuje od mieszkańców sioła pieniądze i próbuje gwałcić kobiety, ale nie zawsze się to udaje z różnych przyczyn. W przeciwieństwie do "Korony królów" serial jest absolutnie i zamierzenie śmieszny - na kostiumy i realia epoki (niewolnictwo, przecinanie siekierą czy wypruwanie flaków, samobójstwa starców) nałożono współczesny korpo-idiolekt z wychodzeniem ze strefy komfortu, team spiritem i awansem.

"Lillyhammer" to komedia sensacyjna. Frank Tagliano, The Fixer ("Załatwiacz") zeznaje przeciwko swojemu donowi nowojorskiej mafii. W ramach programu ochrony świadków wybiera egzotyczną Norwegię, bo lata temu zachwycił się pięknym krajobrazem Lillehammer podczas oglądania zimowej olimpiady. Mimo początkowej chęci wtopienia się w tłum i zostania zwykłym Norwegiem pochodzenia amerykańskiego, Frank (aktualnie Giovanni albo Johnny) napotyka na tzw. różnice kulturowe - nadczynną komisarz policji, urząd imigracyjny, wydział ds bezrobotnych z idiotycznym kursem przysposobienia do życia w społeczeństwie zamiast prawdziwej pracy, półroczny kurs prawa jazdy. To sprawia, że jednak decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i znanymi sobie z Nowego Jorku metodami (szantaż, przekupstwo, przemoc, seks, alkohol) zaczyna układać życie po swojemu. Absurdalnie, udaje mu się to bez utraty sympatii widza i zaczyna gromadzić wokół siebie gromadę nieudaczników, z którą otwiera nocny lokal. Oczywiście nie dość, że lokalne władze depczą mu po piętach, to jeszcze jego przeszłość regularnie daje o sobie znać.

Serial jest świetny - nieprzewidywalny (widać, że miał nieamerykańskich scenarzystów), z ładnym wyważeniem między groteską, brutalnością i sytuacjami komicznymi. Dodatkową zaletą jest obsada - Frank/Johnny jest absolutnie przerysowaną karykaturą amerykańskiego mafioza, a zupełnie niehollywoodzko wyglądający Norwegowie (te zęby! te fryzury!) zwykle są dość prości i oględnie mówiąc, niezbyt inteligentni (Jan - pracownik wydziału ds. bezrobotnych, chyba najbardziej obleśny w serialu czy Torgeir - prawa ręka Franka, powinien nosić ksywę "Master of Disaster"), ale finalnie w zestawieniu z innymi nacjami - Amerykanami, Estończykami czy Brazylijczykami - budzą najwięcej sympatii. Nie wiem, w jakiej kolejności powinno się seriale oglądać - ja oglądałam je niechronologicznie (N, potem L) i większą przyjemność miałam przy Lillyhammer, gdzie pojawiali się (epizodycznie i w stałej obsadzie) odtwórcy ról z Norsemen.

Oraz pejzaże - nawet te zimowe. Przecudne. Wspominałam o pejzażach?

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 1 komentarz - Skomentuj


4 poziomo

Okazuje się, że da się połączyć frazy polski, sitcom i śmieszny w jednym zdaniu. Rzecz się dzieje w więźniu, pod celą siedzą - oczywiście za niewinność - osadzeni Wąglik (Sapryk), Bodzio (Jakubik), Docent (Braciak) i Łańcuszek (Wabich). Wąglik pakuje i boi się, że żona (Kuna) go zdradza, Łańcuszek stara się kontrolować interesy "na zewnątrz", Bodzio namiętnie rozwiązuje krzyżówki mimo braku predyspozycji intelektualnych (a matka na widzeniach podejrzewa go, że bierze narkotyki), zaś Docent czyta i jak już nie może, podrzuca Bodziowi brakujące hasła do krzyżówki.

Serial jest dość statyczny, z przerysowaniem (spacerniak w studiu, wszyscy chodzą krokiem skradającym się jak złoczyńcy w musicalu) i brakiem ciągłości akcji (poza kilkoma połączonymi epizodami, w pozostałych nikt nie pamięta o tym, co zdarzyło się w poprzednim odcinku), ale i tak zabawny i całkiem niegłupi. "Orange is the New Black" to nie jest, ale czasu się nie marnuje.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 15, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dark

2019, niedaleka przyszłość, niemiecka prowincja, małe miasteczko Winden, tuż obok elektrowni atomowej. Michael Kahnwald, 40-letni mąż i ojciec, popełnia samobójstwo. W listopadzie, kilka miesięcy później, jego syn, Jonas, wraca z kliniki psychiatrycznej, gdzie przychodził do siebie po odnalezieniu ojca. Wszyscy są poruszeni, bo kilka dni wcześniej zniknął 11-latek, Eric. Policja rozpoczyna śledztwo, na początku daremne, ale zaginięcie rozpoczyna[1] ciąg wydarzeń, które na trwałe zmienią społeczność. Cztery rodziny - Tiedemannów, Nielsenów, Dopplerów i Kahnwaldów - są połączone ze sobą na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Niedługo potem ginie najmłodszy syn Urlicha Nielsena (policjanta) - Mikkel, przez co ten ma poczucie deja vu - 33 lata wcześniej w identyczny sposób zniknął brat Urlicha, Mads. Dyrektor elektrowni blokuje wejście policji na teren, a sytuacji nie poprawia fakt znalezienia zmasakrowanych zwłok chłopca, który jednak nie jest żadnym z zaginionych. I niby jest to zwykły obyczajowy kryminał - policja szuka tropów, ojciec zaginionego się wścieka i wdaje w bójki, wychodzą na jaw zdrady i konflikty, do hotelu wprowadza się dziwnie zaniedbany mężczyzna, ale dzieje się tak do pewnego momentu, kiedy z nieba zaczynają spadać martwe ptaki, a Mikkel, który wychodzi z tunelu-jaskini pod elektrownią orientuje się, że jest nie w 2019 roku, a w 1986.

Dawno nie dyskutowałam z telewizorem tak intensywnie, ale - umówmy się - temat podróży w czasie, gdzie pełno paradoksów, zwłaszcza jeszcze w mrocznym, gęstym klimacie, ze ścielącym się trupem, tajemnicami i bohaterami, którzy nie chcą się ze sobą dzielić swoimi obserwacjami aż się prosi o komentarz. W bardzo ogólnym zarysie fabuły serial przypomina "12 małp" - wielu graczy próbuje, skacząc w czasie, osiągnąć sprzeczne cele. Nie wiadomo, czy uda im się zmienić przyszłość, czy jest możliwa więcej niż jedna linia czasu, czy nie da się już zmienić przeszłości (a może jak w D.O.D.O. zmiana następuje płynnie i zmiana jest przyjmowana jako oczywistość?). Porównywany ze Stranger Things, jest ciekawszy i bardziej bliski moim wspomnieniom z lat 80. (choć oczywiście zachowując proporcję, bo to dawny RFN, a nie bliższe Polsce NRD); niezależnie akcja dzieje się na poziomie dorosłych i nastolatków, a są to zupełnie inne światy.

Podobało mi się ogromnie, mam sporo pytań, czekam na drugi sezon i liczę, że tego nie zepsują.

[1] Oczywiście można dyskutować, czy rozpoczyna, bo tak naprawdę zaginięcie Erica to efekt wydarzeń, które rozpoczęły się kilkadziesiąt lat wcześniej.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 28, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Altered Carbon / Węgiel modyfikowany

Daleka przyszłość. To, co diametralnie zmieniło świat, jest możliwość zapisania w tzw. stosie z modyfikowanego węgla osobowości i pamięci człowieka. Każdy nosi na karku mały dysk, który - w przypadku uszkodzenia jego ciała (ale oczywiście nie uszkodzenia dysku) - może zostać przeniesiony do innego. Ma to niebagatelną zaletę dla kilku grup ludzi - dla policji, która może "wskrzesić" ofiarę morderstwa i sprawdzić, kto zabił oraz dla bogatych, dla których możliwość przenoszenia osobowości z ciała do ciała (zwłaszcza że ciała też można szybko klonować) to szansa na nieśmiertelność. Biedni czasem nie mają wyboru i otrzymują ciała z przypadku, jeśli w ogóle można ich wyjąć z bezczasowego "lodu". Takeshi Kovacs, najemnik, zostaje wynajęty przez bogatego przedsiębiorcę, który chce bezstronnego (bo nikomu nie wierzy) wyjaśnienia powodu, dla którego popełnił samobójstwo (sam nie sprawdzi, bo stos uległ zmianie, a kopia "w chmurze" była zrobiona jakiś czas wcześniej). I dopóki akcja prowadzi przez śledztwo, jest to doskonały kryminał noir w sztafażu cyber-punkowym, nawet z elementami komediowymi (różowy plecaczek z jednorożcem, gracja nosorożca, z jaką Kovacs porusza się w nieznanym wcześniej świecie czy babcia z "mrożonki"). Bohaterowie nawet nie za mocno przerysowani - buntownik Kovacs z urokiem psotnego chłopca, zadzierzysta policjantka Kristin, doskonały Poe - AI zarządzające hotelem czy sukcesywnie pojawiająca się ekipa ekspertów od technikaliów (Vernon i Ava Elliotowie czy Mickey). Niestety, wszystko się psuje, kiedy serial wykracza poza książkową fabułę.

Umówmy się, że nie było dla mnie zaskoczeniem, że podczas kręcenia serialu było o tym głośno i był oczekiwany prawie tak, jak Blade Runner 2. Książkę czytałam zaraz po premierze, w 2003 czy 2004, więc enigmatycznie powiem, że jakiś czas temu (a wiecie, jak u mnie z pamięcią do przeczytanych treści). Ale nawet z moją sklerozą serial przestaje trzymać się kupy w okolicy 4-5 odcinka. Bezładna przemoc (kopanina, tortury, przypadkowe morderstwa) zamiast śledztwa przeplatają się z reminiscencjami sprzed kilkuset lat, które mają pokazać osobowość Kovacsa, wyjaśnić tło kulturowe oraz wprowadzić WTEM jego siostrę. W dużym skrócie i bez ujawniania zakrętów scenariusza - jak człowiek jest nieśmiertelny, to mu pada na mózg i nie jest dobrze. Obejrzałam do końca siłą rozpędu, autentycznie obawiam się, że kolejny sezon może już być absolutnie niestrawny.

Uprzedzając pytanie - polecam dla wielbicieli cyber-punka (bo na bezrybiu itd.) i książki, natomiast tak z doskoku - niekoniecznie.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 24, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 6 komentarzy - Skomentuj


La casa de papel / Dom z papieru

Silene, uciekającą właśnie przed policją po nieudanym skoku, zatrzymuje na ulicy sympatycznie wyglądający mężczyzna w okularach i proponuje jej udział w unikatowym napadzie. Decyzję nie jest trudno podjąć, bo alternatywą jest powrót do rodzinnego domu, gdzie policja już zastawiła na nią pułapkę przy współudziale jej rodziców. Mężczyzna w okularach, Profesor, zbiera 8 specjalistów i planuje kradzież ponad 2 miliardów euro w nienamierzalnych odcinkach. Ba, nawet wygląda na to, że podczas kradzieży nikt nie ucierpi. Szybko się okazuje, że mimo przepracowania każdego szczegółu, zawsze jest jakiś element, który może zawieść (ze szczególnym uwzględnieniem elementu ludzkiego), stąd grube emocje. Ba, często widz jest wprowadzany w błąd, żeby w kolejnym odcinku przekonać się, czy rzeczywiście sytuacja wymknęła się Profesorowi spod kontroli.

Narratorką jest specjalistka od napadów, Silene, aktualnie nosząca pseudonim Tokio. W zaatakowanej przez drużynę Mennicy Narodowej w Madrycie poza nią jest ekspert od zabezpieczeń (Rio), znawca materiałów wybuchowych i drążenia tuneli (Moskwa) z synem-mięśniakiem (Denver), ekspertka od fałszowania pieniędzy (Nairobi), dwóch silnych i milczących mężczyzn o etnicznym pochodzeniu, obeznanych z bronią (Helsinki i Oslo) oraz psychopatyczny znawca ludzkich zachowań (Berlin). A, i zakładnicy - pracownicy banku oraz przypadkowa grupka uczniów, odwiedzających Muzeum Pieniądza, nieprzypadkowo w skład której weszła córka ambasadora Wielkiej Brytanii, 67 osób. Profesor obstawia całość z zewnątrz i z gracją wkręca się w bliską okolicę prowadzącej negocjacje specjalistki, Raquel (w czym pomaga wydatnie fakt, że matka Raquel ma Alzheimera, a sama policjantka wiele problemów ze sobą).

Wiadomo, przy takiej skali przedsięwzięcia czasem trzeba zawiesić niewiarę na kołku (serio - opieranie akcji na tym, że uda się założyć w okularach policjantowi podsłuch to jednak za dużo nawet dla mnie; ale może są ludzie, którzy nie zwrócą uwagi na taki drobiazg jak metalowy krążek o pół centymetra średnicy wspawany w zausznik, nie wiem, nie oceniam) i nie zadawać pytań np. w jaki sposób wyżywić przez ładne kilka dni ponad 70 osób. Z takimi założeniami to bardzo smaczny serial, zwłaszcza że nieamerykański i z ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi.

Absolutnie czekam na drugi sezon.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 8, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 1 komentarz - Skomentuj


Rita

Jeśli myślicie, że nie ma nudniejszego serialu niż obyczajówka o szkole, to setnie się mylicie. Przede wszystkim szkoła jest w Danii, gdzie niekoniecznie typowe rozwiązania pedagogiczne są w cenie, a ludzie - oczywiście dalece nie wszyscy - bywają dość nietradycyjni w swoich poglądach i zachowaniu. Rita jest nauczycielką i to całkiem niezłą - dobrze dogaduje się z dziećmi, nawet tymi problematycznymi. Jak sama mówi, wybrała bycie nauczycielką, żeby chronić dzieci przed niektórymi rodzicami (co w trakcie kolejnych sezonów, kiedy pojawia się jej matka i ojciec, niejako wszystko wyjaśnia). Absurdalnie, sama niespecjalnie dobrze dogaduje się ze swoimi dziećmi - najmłodszym Jeppe, który właśnie odkrywa, że jest homoseksualistą, średnią Molly, która na progu dorosłości nie jest w stanie zachowywać się jak dorosła czy wreszcie z najstarszym Rocco, w stabilnym związku, tuż przed założeniem rodziny. Rita postępuje zawsze po swojemu, ale ma przy okazji wiele deficytów, w czym nie pomaga rozwiązywanie problemów za pomocą alkoholu i przygodnego seksu[1].

Uwielbiałam pierwsze trzy sezony - skomplikowany związek między Ritą a dyrektorem szkoły Rasmusem, przerywany różnymi epizodami z innymi panami[2], walkę o trudnych uczniów, drugoplanowych nauczycieli (zwłaszcza Hjordis, która jest niesamowitym połączeniem szczeniaka i elfa, absolutnie przy tym nieirytującym). Czwarty sezon, mam wrażenie, został zaplanowany jako schyłkowy - Rita po zamknięciu szkoły, której poświęciła sporo swojego dorosłego życia, wraca do miasteczka, w którym się wychowywała, żeby tam podreperować lokalną szkołę. Niestety, jest to sezon najsłabszy, bo Rita głównie przemyka się po swoich śladach, kiedy miała 16 lat i próbuje naprawić to, co wtedy zaszło.

[1] Totalnie wierzę, że jak się ma prozopagnozję, to można wyrwać w pubie bwpn fjbwrw anwoneqmvrw ceboyrznglpmarw hpmraavpl.

[2] Wprawdzie kibicowałam bardzo dynamice duo Jonas-Rita, ale scenarzyści mniej (robiąc z tego pierwszego palanta zamiast erotomana), więc moim faworytem został Said.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 6, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Cuckoo / Good Place

Miałam napisać o "Eternal Sunshine of the Spotless Mind", które sobie po raz kolejny obejrzałam, ale okazało się, że zapomniałam o ostatnim seansie w 2011, więc voilà. Zamiast - dwa nowe, świeże i - uwaga - absolutnie niewymuszenie zabawne seriale.

Cuckoo to brytyjski serial o rodzinie z przedmieść - Ken, 45-letni prawnik, w własnym wyobrażeniu luzak i rockers, ale tak naprawdę nudziarz; Lorna - nieco odjechana ekscentryczka i młodszy syn Dylan, prawiczek i nie najbystrzejszy, ale za to wyszczekany. Historia zaczyna się, gdy starsza córka, Rachel, wraca z Tajlandii po roku przerwy przed studiami i przywozi ze sobą męża - hipisa amerykańskiego pochodzenia, Cuckoo. Cuckoo (Samberg) jest naiwnym dzieckiem natury, wielbiącym zen i seks, zupełnie nieprzystosowanym do świata, w którym obowiązują normy społeczne i trzeba zarabiać pieniądze. Doskonałe w każdym wymiarze, zwłaszcza jeśli do tego dołoży się sąsiadów - psychopatycznego wielbiciela Kena, Steve'a wraz z żoną, która w pewnym momencie zostawia go dla włoskiego żigolaka. W drugim sezonie zaskakującym twistem Samberg zostaje zastąpiony innym aktorem, znacznie słabszym, ale siła i zabawność serialu nie opada poniżej poziomu.

Z kolei Good Place to amerykański serial o Raju. Eleanor trafia po śmierci do nieba, jak w każdej dobrej korporacji przechodzi przez tzw. orientation day, oprowadzana przez Architekta osiedla, Michaela (doskonały Danson), który opowiada jej o niebiańskich zasadach i pokazuje piękny dom, w którym ma zamieszkać ze swoim soul-mate, Chidim - filozofem. Dom ma idealnie odpowiadać jej ziemskim upodobaniom, Chidi ma wszelkie cechy najlepszego przyjaciela, wieczne życie ma wypełniać radosna praca i odpoczynek z przyjaciółmi. Problem w tym, że Eleanor jest osobą... całkiem nikczemną, niemiłą i zdecydowanie czuje, że nastąpiła jakaś pomyłka. Oczywiście zaczyna udawać, żeby wtopić się w tło, licząc, że jej to ujdzie na sucho, ale Raj zaczyna się sypać. Prosi więc Chidiego, żeby nauczył ją, jak udawać osobę dobrą i moralną.

Jaki to fantastyczny serial - przewrotny, śmieszny, ironiczny, a kiedy już myślisz, że bohaterowie (bo - jak się okazuje - nie tylko Eleanor nie jest na swoim miejscu) powoli wychodzą na prostą, sytuacja zostaje pokazana od zupełnie innej strony. Jeszcze zabawniejszej i powodującej kolejne perypetie. Najlepsza rola męska - Jason Mendoza/Jianyu Li, najlepsza rola żeńska - Janet.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 12, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


W pułapce

Na Islandii problemy komunikacyjne się zdarzają, zwłaszcza podczas kiepskich warunków atmosferycznych zimą - przestają latać samoloty, schodzą lawiny, generalnie wszystkie służby są na to przygotowane. Problem pojawia się kiedy w miasteczku Seyðisfjörður (kozacka nazwa[1]) zostaje znaleziony w fiordzie brutalnie okaleczony męski tors; ekipa śledczych z Reykjaviku nie może dotrzeć, ciężar śledztwa spada na lokalną, całkiem niegłupią, choć pozbawioną specjalistycznych środków, policję (do przechowywania zwłok używają lokalnej przetwórni ryb). Podejrzenie pada na kogoś z właśnie przycumowanego promu z Danii, który zostaje zatrzymany w porcie, między innymi dlatego, że jego załoga zachowuje się dość podejrzanie, a na pokładzie odkryto przemytnika kobiet. Trzech policjantów to jednak za mało, żeby przepytać ponad setkę pasażerów promu oraz ustalić, kim właściwie był zamordowany, którego zwłoki dodatkowo znikają z przetwórni, a na twitterze ktoś publikuje ich zdjęcia, irytując kwaterę główną w stolicy. Dodatkowo Andri, komendant policji, ma własne problemy - tuż przed odcięciem do miasteczka przyjeżdża jego była żona z aktualnym partnerem, żeby zabrać ich wspólne dzieci od dziadków.

Mocną stroną serialu są widoki - przepiękne, mocne zdjęcia surowych, ale i pięknych islandzkich pejzaży. Oglądając, miałam wrażenie, że to właśnie prezentacja zimowego piękna była celem samym w sobie, a akcję kryminalną dołożono zupełnie przy okazji, żeby poszerzyć potencjalne grono odbiorców.

[1] W ogóle wszyscy się kozacko nazywają, tak że kompletnie nie byłam w stanie zapamiętać, kim są pojawiający się w dialogach Ásgeir, Eiríkur, Hjörtur czy Kolbrún, o rozróżnieniu płci nie wspominając.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 1, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Killjoys

Gdzieś w odległej galaktyce Quad, składającej się z czterech zamieszkałych planet grupa najemników zajmuje się doprowadzaniem przestępców przez oblicze sprawiedliwości, oczywiście za wynagrodzeniem. Do atrakcyjnej (wiem, nie jest to jej jedyna zaleta, gdyż jest cyniczna, zna sztuki walki i świetnie strzela, ale naprawdę jest na kim oko zawiesić) Dutch i jej elokwentnego współpracownika Johna na początku pierwszego sezonu dołącza brat Johna, D'avin, były żołnierz, cierpiący na zaniki pamięci i PTSD. Teoretycznie ekipa jest bezstronna, nie opowiada się po stronie żadnego rządu ani ugrupowania, ale szybko się okazuje, że próbuje w swojej pracy posługiwać się własną etyką, co nie przysparza im przyjaciół. W tle przygodowych odcinków snują się wątki przeszłości Dutch, wychowanej przez tajemniczego mistrza Khlynena, którego usiłuje wyśledzić; próby odtworzenia wydarzeń, które doprowadziły do dziur w pamięci D'Avina oraz - na poziomie wielkiej polityki - wykluwającej się rewolucji, która obejmuje wszystkie planety.

Boję się zaryzykować porównania do Firefly, ale się niedwuznacznie nasuwa - rzecz się dzieje czasem w przestrzeni, czasem w nieco uwspółcześnionym świecie Dzikiego Zachodu, barwni bohaterowie, scenografia bywa nieco szorstka (dużo twórczego użycia ekranów z folii i ciasnych pomieszczeń wyglądających jak kontenery od środka, jest mroczna tajemnica z przeszłości, bohaterów łączą (skrywane lub nie) uczucia, a dramat i patetyczność niektórych wydarzeń jest tonowany dowcipem i cynicznymi dialogami.

Serial jest kanadyjski, co bawi tym bardziej, że w obsadzie pojawia się trzydzieścilatpóźniej część obsady hitu lat 90. - "Żaru tropików" (co prowadzi do wniosku, że Kanada ma wprawdzie ogromne zaplecze pejzażów w Kolumbii Brytyjskiej, ale podobnie ograniczony wachlarz aktorów jak Polska, gdzie w każdym filmie jest Karolak albo Kot, chyba że potrzeba amanta, to wjeżdża Małaszyński).

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 17, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


Ponieważ

... bab gadar i absolutny zanik umiejętności posługiwania się słowem pisanym, a do tego lista szkiców notek mi dramatycznie rośnie, dziś będzie o serialach w telegraficznym skrócie:

  • Love: Gus, nudny i nieco aspergerowaty nauczyciel, pracujący na planie filmowym poznaje Mickey, odjechaną, acz socjopatyczną dziewczynę ze związkofobią. Nie ma absolutnie szansy na to, żeby im się wspólnie udało utrzymać nietypowo zaczęty związek, ale nieustająco próbują. Śmieszne, ale czasem do bólu amerykańskie.
  • Easy: etiudki o różnych nietypowych sytuacjach w związkach (np. pani chce się bawić w przebieranki, pan niespecjalnie albo mąż ukrywa przed ciężarną żoną, że rozkręca manufakturę kraftowego piwa, bo żona w ciąży nie może pić). Niespecjalnie ciekawe, chociaż fajna obsada.
  • Crazyhead: Amy chodzi do psychiatry, bo widuje ludzi z płonącymi twarzami, co nie jest specjalnie głupie do momentu, kiedy poznaje Raquel, również obdarzoną tym rodzajem widzenia. Zombie, demony, dużo krwi i rzeczy niesmacznych, ale to serial brytyjski, więc niespecjalnie dziwi.
  • Sex&Drugs&Rock&Roll - Deanis Leary w roli eks-rockmana, który po latach usiłuje wskrzesić dawny zespół. Pojawia się właśnie pełnoletnia córka, która również chce zrobić karierę na scenie, eks-żona i barwna ekipa z drugiego planu (najlepszy jest Rehab, basista).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 7, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj