Kategoria:
seriale
Kurt Grimmer, oficer berlińskiego Wydziału Zabójstw, to taki odwrotny Midas - czego się dotknie, to się w odchody zmienia. Uwolnił się z neonazistowskiego bractwa, ma żonę, trójkę dzieci i dom na przedmieściach, ale zamieszanie przy zwłokach młodego Turka zastaje go u kochanki w podłej dzielnicy Marzahn. Kiedy odkrywa, że zamordowany to Orkan Erdem, gwiazda drużyny piłki nożnej, przejmuje sprawę od niedoświadczonych młodziaków z radiowozu, ale nie dlatego, żeby przeprowadzić śledztwo dobrze, tylko żeby zdążyć z zakładami na jutrzejszy mecz Niemcy-Turcja. Bo nie wspomniałam, że ma ogromne zadłużenie z powodu namiętności do hazardu. Ofiara zbrodni na razie nie jest znana publicznie, co teoretycznie daje przewagę policji i pozwala uniknąć niepokojów społecznych; dodatkowo do śledztwa zostaje włączony Erol Birkan, funkcjonariusz pochodzenia tureckiego, co ma zablokować zarzuty o rasizm. Grimmer od razu nawiązuje nić porozumienia z Birkanem, tyle że nie, ponieważ publicznie wyszydza jego pochodzenie i orientację seksualną - Erol jest homoseksualistą, a następnie organizuje spuszczenie mu powitalnego łomotu.
Śledztwo w sprawie morderstwa szybko dotyka dwóch grup przestepczych znanych policji - podejrzewają o zabicie piłkarza libański gang Tarik-Amira, zajmujący się kolportowaniem narkotyków i ustawianiem zakładów oraz chorwacki gang Kovaca ze specjalizacją w nielegalnym hazardzie. Grimmer jest zadłużony u Kovaca, zaś Birkan wychowywał się w dzielnicy opanowanej przez Tarik-Amira, przez co chęć usunięcia gangu to sprawa osobista. I tak naprawdę sprawa morderstwa schodzi na drugi plan mimo nacisków ze strony zwierzchników, bo rozpętała się podskórna wojna między policją i gangami (nie zapominajmy o bractwie neonazistów z Marzahn, do którego należą brat i matka Grimmera).
Owszem, zgodzę się z opiniami, że jest to serial nierówny - dużo jest wycięte z kartonu: przejaskrawieni, nieobliczalni Libańczycy; skorumpowany związek piłkarski; złowrodzy aż do śmieszności neonaziści z wąsem i w bawarskich szortach, ale na samym końcu to świetny (choć fikcyjny!) serial o płonącym konfliktem Berlinie z podziałem rasowym w dzielnicach, biedą, rasizmem i źle działającą policją. Co ciekawe, nie jest to Berlin znany z pocztówek - rzecz nie dzieje się na Alexanderplatz czy przy Unter den Linden, tylko wśród blokowisk wschodniego Berlina (a ja na listę must-have w Berlinie dopisuję wizytę przy serialowej siedzibie jednostki specjalnej policji).
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 22, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Kurt Grimmer, oficer berlińskiego Wydziału Zabójstw, to taki odwrotny Midas - czego się dotknie, to się w odchody zmienia. Uwolnił się z neonazistowskiego bractwa, ma żonę, trójkę dzieci i dom na przedmieściach, ale zamieszanie przy zwłokach młodego Turka zastaje go u kochanki w podłej dzielnicy Marzahn. Kiedy odkrywa, że zamordowany to Orkan Erdem, gwiazda drużyny piłki nożnej, przejmuje sprawę od niedoświadczonych młodziaków z radiowozu, ale nie dlatego, żeby przeprowadzić śledztwo dobrze, tylko żeby zdążyć z zakładami na jutrzejszy mecz Niemcy-Turcja. Bo nie wspomniałam, że ma ogromne zadłużenie z powodu namiętności do hazardu. Ofiara zbrodni na razie nie jest znana publicznie, co teoretycznie daje przewagę policji i pozwala uniknąć niepokojów społecznych; dodatkowo do śledztwa zostaje włączony Erol Birkan, funkcjonariusz pochodzenia tureckiego, co ma zablokować zarzuty o rasizm. Grimmer od razu nawiązuje nić porozumienia z Birkanem, tyle że nie, ponieważ publicznie wyszydza jego pochodzenie i orientację seksualną - Erol jest homoseksualistą, a następnie organizuje spuszczenie mu powitalnego łomotu.
Śledztwo w sprawie morderstwa szybko dotyka dwóch grup przestepczych znanych policji - podejrzewają o zabicie piłkarza libański gang Tarik-Amira, zajmujący się kolportowaniem narkotyków i ustawianiem zakładów oraz chorwacki gang Kovaca ze specjalizacją w nielegalnym hazardzie. Grimmer jest zadłużony u Kovaca, zaś Birkan wychowywał się w dzielnicy opanowanej przez Tarik-Amira, przez co chęć usunięcia gangu to sprawa osobista. I tak naprawdę sprawa morderstwa schodzi na drugi plan mimo nacisków ze strony zwierzchników, bo rozpętała się podskórna wojna między policją i gangami (nie zapominajmy o bractwie neonazistów z Marzahn, do którego należą brat i matka Grimmera).
Owszem, zgodzę się z opiniami, że jest to serial nierówny - dużo jest wycięte z kartonu: przejaskrawieni, nieobliczalni Libańczycy; skorumpowany związek piłkarski; złowrodzy aż do śmieszności neonaziści z wąsem i w bawarskich szortach, ale na samym końcu to świetny (choć fikcyjny!) serial o płonącym konfliktem Berlinie z podziałem rasowym w dzielnicach, biedą, rasizmem i źle działającą policją. Co ciekawe, nie jest to Berlin znany z pocztówek - rzecz nie dzieje się na Alexanderplatz czy przy Unter den Linden, tylko wśród blokowisk wschodniego Berlina (a ja na listę must-have w Berlinie dopisuję wizytę przy serialowej siedzibie jednostki specjalnej policji).
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 22, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Sam Fox jest aktorką i samotną matką, zarabia na dom i byłego męża (który miał lepszego adwokata i to on dostaje alimenty zamiast łożyć na nią i dzieci) oraz wychowuje swoje trzy córki w Los Angeles. Wchodzi właśnie w wiek średni, co oznacza, że przestaje być widzialna dla przemysłu rozrywkowego, kto chciałby oglądać kobietę w okolicy menopauzy. Do nieustającego martwienia się o byt dochodzi kwestia opieki nad matką - narcystyczną Phil, skrajnie nieodpowiedzialną hoarderką. Dookoła kręcą się przyjaciele i znajomi. Serial nie ma w zasadzie jakiejś konkretnej akcji, to taki uroczy snuj o kobiecej perspektywie na wiele rzeczy: feminizm, menopauzę i kryzys wieku średniego u kobiet (na który nie pomaga kupno nowego samochodu i 30 lat młodszy partner), przepracowanie rozwodu, relacji damsko-męskich czy wreszcie burzliwego wchodzenia dzieci w okres dojrzewania. To też opowieść o codzienności - gotowaniu, walce z zatykającym się sedesem, odbieraniu dzieci z zajęć, radzeniu sobie z coraz bardziej niesprawną fizycznie seniorką czy wreszcie ze swoimi problemami zdrowotnymi
Sam (grana przez fantastyczną Pamelę Adlon[1]), elokwentna i ironiczna, nie jest kopią męskich bohaterów (a takie zarzuty padały między innymi dlatego, że serial produkował i w dwóch pierwszych sezonach pisał scenariusz Louis CK). Mimo wielu lat w showbiznesie - grze w filmach, podkładaniu głosów, w teatrze - ciągle musi udowadniać, że jeszcze się nadaje (i czasem przegrywa sromotnie, kiedy bardziej znane nazwisko pojawia się na afiszu albo musi uczestniczyć w castingu do dubbingu postaci, którą grała przez 10 lat i… zostaje zastąpiona przez technikę cyfrową). Uczy swoje córki szacunku dla siebie samych, bo chociaż w ten sposób może naprawić zaniedbania z czasów swojego dorastania z, oględnie mówiąc, skupioną na sobie matką. A łatwo nie jest, bo każda z córek jest inna; najstarsza Max daje matce w kość swoim dorastaniem, młodsza Frankie, androgyniczna artystka, chce się uwolnić z domowej nadopiekuńczości, wreszcie najmłodsza Duke jest jednocześnie najbardziej urocza, ale też najbardziej potrzebuje wsparcia. W tle pojawia się duch zmarłego ojca Sam, bon vivanta, który ją zawsze wspierał, dopóki był; dialogi Sam z ojcem są urocze. W ogóle uwielbiam serial za warstwę słowną - ostro, mądrze, bez konwenansów mówi się o miesiączce, śmierci, depresji, strachu i samotności.
Bardzo się cieszę na kolejny - piąty - sezon.
[1] Jak już wspominałam na FB, totalnie mogłaby mnie grać w serialu o moim wspaniałym życiu.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 19, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Sam Fox jest aktorką i samotną matką, zarabia na dom i byłego męża (który miał lepszego adwokata i to on dostaje alimenty zamiast łożyć na nią i dzieci) oraz wychowuje swoje trzy córki w Los Angeles. Wchodzi właśnie w wiek średni, co oznacza, że przestaje być widzialna dla przemysłu rozrywkowego, kto chciałby oglądać kobietę w okolicy menopauzy. Do nieustającego martwienia się o byt dochodzi kwestia opieki nad matką - narcystyczną Phil, skrajnie nieodpowiedzialną hoarderką. Dookoła kręcą się przyjaciele i znajomi. Serial nie ma w zasadzie jakiejś konkretnej akcji, to taki uroczy snuj o kobiecej perspektywie na wiele rzeczy: feminizm, menopauzę i kryzys wieku średniego u kobiet (na który nie pomaga kupno nowego samochodu i 30 lat młodszy partner), przepracowanie rozwodu, relacji damsko-męskich czy wreszcie burzliwego wchodzenia dzieci w okres dojrzewania. To też opowieść o codzienności - gotowaniu, walce z zatykającym się sedesem, odbieraniu dzieci z zajęć, radzeniu sobie z coraz bardziej niesprawną fizycznie seniorką czy wreszcie ze swoimi problemami zdrowotnymi
Sam (grana przez fantastyczną Pamelę Adlon[1]), elokwentna i ironiczna, nie jest kopią męskich bohaterów (a takie zarzuty padały między innymi dlatego, że serial produkował i w dwóch pierwszych sezonach pisał scenariusz Louis CK). Mimo wielu lat w showbiznesie - grze w filmach, podkładaniu głosów, w teatrze - ciągle musi udowadniać, że jeszcze się nadaje (i czasem przegrywa sromotnie, kiedy bardziej znane nazwisko pojawia się na afiszu albo musi uczestniczyć w castingu do dubbingu postaci, którą grała przez 10 lat i… zostaje zastąpiona przez technikę cyfrową). Uczy swoje córki szacunku dla siebie samych, bo chociaż w ten sposób może naprawić zaniedbania z czasów swojego dorastania z, oględnie mówiąc, skupioną na sobie matką. A łatwo nie jest, bo każda z córek jest inna; najstarsza Max daje matce w kość swoim dorastaniem, młodsza Frankie, androgyniczna artystka, chce się uwolnić z domowej nadopiekuńczości, wreszcie najmłodsza Duke jest jednocześnie najbardziej urocza, ale też najbardziej potrzebuje wsparcia. W tle pojawia się duch zmarłego ojca Sam, bon vivanta, który ją zawsze wspierał, dopóki był; dialogi Sam z ojcem są urocze. W ogóle uwielbiam serial za warstwę słowną - ostro, mądrze, bez konwenansów mówi się o miesiączce, śmierci, depresji, strachu i samotności.
Bardzo się cieszę na kolejny - piąty - sezon.
[1] Jak już wspominałam na FB, totalnie mogłaby mnie grać w serialu o moim wspaniałym życiu.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 19, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Paul (Martin Freeman) i Ally (Daisy Haggard, możecie ją kojarzyć z “Episodes”, szefowa działu komedii, która nigdy się nie śmiała; tu się śmieje) wychowują dwójkę dzieci - 3-latkę i 7-latka. I w zasadzie to właśnie serial o tym, jak być rodzicem. Czasem przejaskrawiony, czasem bardzo prawdziwy (“jak chcesz go udusić, to weź kołderkę w tygryski, jest cięższa”), zabawny i posępny jednocześnie. Jak walczyć z absurdalnymi dla dorosłego strachami dziecka, jak położyć dzieci spać, kiedy nie chcą (i żeby żona nie wezwała policji), jak (nie) radzić sobie z balansowaniem między karierą a rodziną, jak być dorosłym dzieckiem nieodpowiedzialnego/narcystycznego rodzica, wreszcie co zrobić, kiedy świat się wali z powodu choroby dziecka. Trochę o rolach w związku - kto sobie radzi, kto nie, kto jest lepszym organizatorem i dlaczego, czy wreszcie czemu się wrzeszczy na dzieci, które się kocha najbardziej na świecie.
Odpowiadając na powtarzające się pytanie - tak, polecam, zwłaszcza rodzicom. Nie rodzicom też, jeśli lubią komedie brytyjskie.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 9, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Paul (Martin Freeman) i Ally (Daisy Haggard, możecie ją kojarzyć z “Episodes”, szefowa działu komedii, która nigdy się nie śmiała; tu się śmieje) wychowują dwójkę dzieci - 3-latkę i 7-latka. I w zasadzie to właśnie serial o tym, jak być rodzicem. Czasem przejaskrawiony, czasem bardzo prawdziwy (“jak chcesz go udusić, to weź kołderkę w tygryski, jest cięższa”), zabawny i posępny jednocześnie. Jak walczyć z absurdalnymi dla dorosłego strachami dziecka, jak położyć dzieci spać, kiedy nie chcą (i żeby żona nie wezwała policji), jak (nie) radzić sobie z balansowaniem między karierą a rodziną, jak być dorosłym dzieckiem nieodpowiedzialnego/narcystycznego rodzica, wreszcie co zrobić, kiedy świat się wali z powodu choroby dziecka. Trochę o rolach w związku - kto sobie radzi, kto nie, kto jest lepszym organizatorem i dlaczego, czy wreszcie czemu się wrzeszczy na dzieci, które się kocha najbardziej na świecie.
Odpowiadając na powtarzające się pytanie - tak, polecam, zwłaszcza rodzicom. Nie rodzicom też, jeśli lubią komedie brytyjskie.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 9, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Westworld jest reklamowany jako park rozrywki inny niż wszystkie - odwiedzający może znaleźć się na Dzikim Zachodzie, z idealnie zachowanymi ludzkimi zachowaniami z epoki, zaprogramowanymi w nieodróżnialnych od ludzi androidach, zwanych hostami. Może wybrać wyprawy, w jakich uczestniczy: ratowanie damy w niebezpieczeństwie, poszukiwanie niebezpiecznych przestępców (“Wanted Dead or Alive” jak najbardziej obowiązuje), poszukiwanie złota czy wizyta w klimatycznym domu uciech. Rozrywka jest całkowicie zależna od woli odwiedzającego - jest panem otaczającego go świata, może niszczyć, zabijać, gwałcić, wedle uznania, jest też przy tym bezpieczny, poza siniakami nikt nie może odwiedzającego skrzywdzić; nie ponosi żadnych konsekwencji, bo hosty po “śmierci” (czy raczej uszkodzeniu) są resetowane i, w razie potrzeby, naprawiane, więc kolejny dzień rozpoczyna dla nich kolejną pętlę fabularną. Oczywiście do czasu, kiedy niektóre z androidów zaczynają - w wyniku błędu w programie albo może świadomej akcji programisty - pamiętać. Od obserwowania linii fabularnych hostów, zmienianych przez odwiedzających park jeszcze bardziej fascynujące jest obserwowanie działania ogromnej korporacji, zajmującej się programowaniem androidów: walka o władzę, zaspokojenie sponsorów, usuwanie błędów jak najniższym kosztem[1], dopinanie budżetów i słupki popularności.
Tyle że to serial zupełnie o czym innym, bo o rozwoju świadomości u sztucznej inteligencji. Dodatkowo fabuła świetnie zmieszana jest za pomocą zabawy z liniami czasowymi, oglądający trochę ma poczucie bycia hostem z brakiem jasności, co to jest “teraz”. Doskonale się bawiłam, odkrywając kolejne warstwy i pułapki zastawione na widza, któremu należycie można zamieszać w głowie. Każdy sezon (na razie obejrzałam pierwsze dwa, czekam, aż trzeci pojawi się w całości) odsłania kolejne kawałki układanki, zmieniając zupełnie wymowę poprzednich wydarzeń. Androidy okazują się być bardziej ludzkie od swoich twórców, pojawia się oczywiście motyw świetnie rozegrany w “Battlestar Gallactica”, czyli istnieją hosty, które uważają się za ludzi. Jest mnóstwo krwi i brutalności, ale jednocześnie bywa zabawnie, bo - jak wszędzie - ludzie, korona stworzenia, są jednak dość prymitywni i łatwo nimi manipulować (moja ulubiona para komediowa - technicy Felix i Silvester, cyniczna PM-ka Elsie czy oczywiście egotyczny i kapryśny jak nastolatka twórca linii fabularnych Lee).
Uprzedzając pytania: tak, polecam. Ogromnie mi się podobało, czekam na ciąg dalszy, przez trzy tygodnie aktywnie dyskutowałam z telewizorem, próbując łapać twórców na nielogicznościach i dziurach fabularnych (serio, codzienne łatanie popsutych przez odwiedzających hostów to jednak jest słaby model biznesowy, podobnie jak wprowadzony zupełnie bez sensu w sezonie drugim “czytnik” w kapeluszu).
[1] Zachwycałam się już na FB procesami wytwarzania oprogramowania w Westworld/Delos: ukrywanie błędów przed zwierzchnikami, minimalny koszt naprawy (po co wycofywać 200 wadliwych “podzespołów”, skoro odwiedzający zauważą błędy może u kilku z nich), testowanie na produkcji czy brak kontroli wersji mimo ogromnego centralnego systemu inwigilacji. Oczywiście to wszystko ma sens, patrząc na rozwój fabuły. Oraz “Kontrola Jakości” (QA) z bronią maszynową, za każdym razem łezka mi cieknie.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 23, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Westworld jest reklamowany jako park rozrywki inny niż wszystkie - odwiedzający może znaleźć się na Dzikim Zachodzie, z idealnie zachowanymi ludzkimi zachowaniami z epoki, zaprogramowanymi w nieodróżnialnych od ludzi androidach, zwanych hostami. Może wybrać wyprawy, w jakich uczestniczy: ratowanie damy w niebezpieczeństwie, poszukiwanie niebezpiecznych przestępców (“Wanted Dead or Alive” jak najbardziej obowiązuje), poszukiwanie złota czy wizyta w klimatycznym domu uciech. Rozrywka jest całkowicie zależna od woli odwiedzającego - jest panem otaczającego go świata, może niszczyć, zabijać, gwałcić, wedle uznania, jest też przy tym bezpieczny, poza siniakami nikt nie może odwiedzającego skrzywdzić; nie ponosi żadnych konsekwencji, bo hosty po “śmierci” (czy raczej uszkodzeniu) są resetowane i, w razie potrzeby, naprawiane, więc kolejny dzień rozpoczyna dla nich kolejną pętlę fabularną. Oczywiście do czasu, kiedy niektóre z androidów zaczynają - w wyniku błędu w programie albo może świadomej akcji programisty - pamiętać. Od obserwowania linii fabularnych hostów, zmienianych przez odwiedzających park jeszcze bardziej fascynujące jest obserwowanie działania ogromnej korporacji, zajmującej się programowaniem androidów: walka o władzę, zaspokojenie sponsorów, usuwanie błędów jak najniższym kosztem[1], dopinanie budżetów i słupki popularności.
Tyle że to serial zupełnie o czym innym, bo o rozwoju świadomości u sztucznej inteligencji. Dodatkowo fabuła świetnie zmieszana jest za pomocą zabawy z liniami czasowymi, oglądający trochę ma poczucie bycia hostem z brakiem jasności, co to jest “teraz”. Doskonale się bawiłam, odkrywając kolejne warstwy i pułapki zastawione na widza, któremu należycie można zamieszać w głowie. Każdy sezon (na razie obejrzałam pierwsze dwa, czekam, aż trzeci pojawi się w całości) odsłania kolejne kawałki układanki, zmieniając zupełnie wymowę poprzednich wydarzeń. Androidy okazują się być bardziej ludzkie od swoich twórców, pojawia się oczywiście motyw świetnie rozegrany w “Battlestar Gallactica”, czyli istnieją hosty, które uważają się za ludzi. Jest mnóstwo krwi i brutalności, ale jednocześnie bywa zabawnie, bo - jak wszędzie - ludzie, korona stworzenia, są jednak dość prymitywni i łatwo nimi manipulować (moja ulubiona para komediowa - technicy Felix i Silvester, cyniczna PM-ka Elsie czy oczywiście egotyczny i kapryśny jak nastolatka twórca linii fabularnych Lee).
Uprzedzając pytania: tak, polecam. Ogromnie mi się podobało, czekam na ciąg dalszy, przez trzy tygodnie aktywnie dyskutowałam z telewizorem, próbując łapać twórców na nielogicznościach i dziurach fabularnych (serio, codzienne łatanie popsutych przez odwiedzających hostów to jednak jest słaby model biznesowy, podobnie jak wprowadzony zupełnie bez sensu w sezonie drugim “czytnik” w kapeluszu).
[1] Zachwycałam się już na FB procesami wytwarzania oprogramowania w Westworld/Delos: ukrywanie błędów przed zwierzchnikami, minimalny koszt naprawy (po co wycofywać 200 wadliwych “podzespołów”, skoro odwiedzający zauważą błędy może u kilku z nich), testowanie na produkcji czy brak kontroli wersji mimo ogromnego centralnego systemu inwigilacji. Oczywiście to wszystko ma sens, patrząc na rozwój fabuły. Oraz “Kontrola Jakości” (QA) z bronią maszynową, za każdym razem łezka mi cieknie.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 23, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Avenue 5 to ekskluzywny wycieczkowy statek kosmiczny korporacji Hermana Judda, na którym można spędzić niezapomniane 8 tygodni, płynąc przez kosmos - oderwać się od szarej rzeczywistości, odpocząć, skorzystać z licznych rozrywek na pokładzie, zjeść w jednej z wielu doskonałych restauracji, a po powrocie opowieść znajomym. Problem w tym, że to wszystko reklamowa fasada - wystarczy drobny incydent, żeby zmienić trajektorię statku, który na Ziemię powróci teraz za 3 lata, co - poza koniecznością opanowania rozhisteryzowanego tłumu - oznacza sporo wyzwań logistycznych, chociażby zapanowania nad tym, że kończą się przyprawy. I nie wystarczy tlenu, zwłaszcza że Judd beztrosko zabrał dodatkowe 500 osób na pokład ponad bezpieczny limit. Teoretycznie powinny być na to scenariusze, a wytrenowana załoga (sami przystojni młodzi ludzie płci obojga) powinni sobie z tym poradzić, zwłaszcza z charyzmatycznym i doświadczonym kapitanem Clarkiem (Hugh Laurie). Tyle że załoga mostka i kapitan okazują się być ładnie wyglądającymi aktorami, planu B nikt nie zabrał, a jedyny człowiek, który był w stanie zadokować statek po powrocie, orbituje martwy wokół statku.
I byłby to doskonały premise dla świetnego serialu, tyle że niestety scenariusz szybko zbłądził w stronę groteski, dodatkowo przerywaną fekalnymi incydentami. Żarty są powtarzane, sporo humoru zasadza się na wyśmiewaniu ludzi (wygadana pasażerka o imieniu Karen (sic!), przejmująca od zdecydowanie nie nadającego się rzecznika posadę, para, której wyjazd miał uratować związek, kłócąca się na każdym kroku, milioner-idiota), dodatkowo treści jest dość niewiele. Da się obejrzeć, czasem nawet z uśmiechem pod wąsem, czasem nieco z zażenowaniem, ale nie jest to serial obowiązkowy. Jak chcecie o statku w kosmosie, to wróćcie do “Czerwonego Karła”.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 4, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Avenue 5 to ekskluzywny wycieczkowy statek kosmiczny korporacji Hermana Judda, na którym można spędzić niezapomniane 8 tygodni, płynąc przez kosmos - oderwać się od szarej rzeczywistości, odpocząć, skorzystać z licznych rozrywek na pokładzie, zjeść w jednej z wielu doskonałych restauracji, a po powrocie opowieść znajomym. Problem w tym, że to wszystko reklamowa fasada - wystarczy drobny incydent, żeby zmienić trajektorię statku, który na Ziemię powróci teraz za 3 lata, co - poza koniecznością opanowania rozhisteryzowanego tłumu - oznacza sporo wyzwań logistycznych, chociażby zapanowania nad tym, że kończą się przyprawy. I nie wystarczy tlenu, zwłaszcza że Judd beztrosko zabrał dodatkowe 500 osób na pokład ponad bezpieczny limit. Teoretycznie powinny być na to scenariusze, a wytrenowana załoga (sami przystojni młodzi ludzie płci obojga) powinni sobie z tym poradzić, zwłaszcza z charyzmatycznym i doświadczonym kapitanem Clarkiem (Hugh Laurie). Tyle że załoga mostka i kapitan okazują się być ładnie wyglądającymi aktorami, planu B nikt nie zabrał, a jedyny człowiek, który był w stanie zadokować statek po powrocie, orbituje martwy wokół statku.
I byłby to doskonały premise dla świetnego serialu, tyle że niestety scenariusz szybko zbłądził w stronę groteski, dodatkowo przerywaną fekalnymi incydentami. Żarty są powtarzane, sporo humoru zasadza się na wyśmiewaniu ludzi (wygadana pasażerka o imieniu Karen (sic!), przejmująca od zdecydowanie nie nadającego się rzecznika posadę, para, której wyjazd miał uratować związek, kłócąca się na każdym kroku, milioner-idiota), dodatkowo treści jest dość niewiele. Da się obejrzeć, czasem nawet z uśmiechem pod wąsem, czasem nieco z zażenowaniem, ale nie jest to serial obowiązkowy. Jak chcecie o statku w kosmosie, to wróćcie do “Czerwonego Karła”.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 4, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj