Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: slucham-literatury

Zygmunt Zeydler-Zborowski - Bardzo dobry fachowiec

Skojarzenia to przekleństwo, więc cały czas miałam w głowie Johna Pollacka, który przyjechał do Odessy łapać motyle[1]. Amerykanin Eddie Rolson przyjeżdża do Polski, żeby wyśledzić i zlikwidować byłego sekretarza włoskiego mafiozo, który nie dość, że ukradł kompromitujące dokumenty, to jeszcze zaszantażował pracodawcę ich ujawnieniem. Rzecz oczywiście się rozgrywa na kontrastach między Zachodem a Wschodem, Polska to dziki kraj, gdzie nie można ani skorumpować milicji, ani złapać taksówki[2]. W finale zlecenie zostaje wykonane, chociaż z przeszkodami, ale Rolson nie opuszcza Polski i nie inkasuje wynagrodzenia, bo milicja jest od niego sprytniejsza.

Się otacza luksusem: aparat w futerale z jaszczurczej skóry, cadillac, ubranie z niebieskiego tropiku, przeciwsłoneczne okulary w grubej oprawie.

Się pije: niechętnie alkohol w pracy (Rolson, woli sok pomarańczowy i coca-colę), koniak (również gruziński), wódkę, czerwone wino, kompot, kawę, Martini dry z sokiem z cytryny, wodę sodową z syfonu.

Się jada: gotowaną kapustę (popularne w Polsce); masło, szynkę, sardynki, ser tylżycki, bułkę paryską; krakersy i słone paluszki (pod koniak), polędwicę z groszkiem, lody, babkę piaskową; ser, chleb, jajecznicę z kiełbasą krakowską i parówki; krem sułtański, melbę i torty (i się tyje).

Się pali: Winstony (i używa zapalniczki z gazem usypiającym).

Się przechowuje: cukier w puszce po herbacie “Jubileuszowej”.

Się uprawia pożycie intymne: kilkukrotnie.

[1] Oczywiście wiem, że na podstawie książki powstał odcinek “07 zgłoś się”, konkretnie “Przerwany urlop”, gdzie w rolę mordercy wcielił się Troński.

[2] Do wszystkiego są kolejki - do taksówek, po bilety do kina, po pomarańcze.

Inne tego autora.

#5/#2

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 15, 2026

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Błękitne okulary

To jeden z tzw. produkcyjniaków, z jakich słynęła Kłodzińska - źle ludzie robią złe rzeczy tylko dla zysku, wydaje im się, że są sprytni, ale milicja jest sprytniejsza. Grupa mężczyzn zawiązuje spisek, spotykają się w nielegalnym salonie gier w prywatnym mieszkaniu, a jeden z nich - tajemniczy doktor Hacen - zleca im przekręty i skoki, z których kasą dzielą się równo. Nie spotykają Hacena poza szulernią, wiedzą o nim tylko tyle, że jest stary, schorowany, siwy, mówi szeptem, bo miał operację krtani i nosi niebieskie okulary. Sprawa zaczyna się sypać, kiedy pewien prokurator znajduje swojego kolegę otrutego cyjankiem i nie wierzy w samobójstwo[1]; potem pewien nieco szemrany adwokat ulega wypadkowi w swojej łazience. Milicja odkrywa, kim jest Hacen i - zdradzam fabułę - kapitan Szczęsny przebiera się za niego, żeby wyciągnąć z konspiratorów zeznania, kto zabił, a kto kradł.

Się pije: radebergera (na bogato), likier bananowy z kubańskiego sklepu, kawę Neskę, Fruktovit, Istrę, wódkę (ukradkiem, w filiżance), koniak, whisky & soda (w Londynie), wodę mineralną (na wytrzeźwienie), angielską gorzką, wódkę eksportową, wermut, lekko podgrzany burgund, czarną kawę z jarzębiakiem, Armagnac i Hennesy .

Się je: chleb Graham z twarożkiem; kanapki, bigos, rybki z puszki, truskawki ze śmietaną, sałatkę jarzynową z domowym majonezem (w salonie gier); kajzerki z szynką konserwową i bułgarskim dżemem ze śliwek; baleron, chleb, wędzone rybki w oliwie z puszki, ser i masło; lody i ciastka (w kawiarni); pomidorową, barszcz i bigos; solone migdały (na zakąskę); szczupaka w galarecie, ryby faszerowane, szynkę, sałatkę z drobiu i sosy; kurczęta po polsku i sałatę; kefir z młodymi ziemniakami i naleśniki.

Się pali: Carmeny, Sporty, Pall Malle (Francuz, o dźwięcznym nazwisku Moron (sic!)).

Się zażywa luksusu w kąpieli: gałka sosnowa i lawendowe mydło.

Się zażywa: fanodorm, proszki z krzyżykiem.

Się kupuje: żyletki w komisie.

Bawiąc-uczyć: badanie tkanek na okrzemki, żeby potwierdzić utopienie.

[1] Pojawiają się czasem cudownie odjechane komentarze typu, że denat nie był pederastą, ale mógł się z tym kryć, może dlatego leżał w dzień w szlafroku na tapczanie.

Inne tej autorki, inne z tej serii.

#3/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 10, 2026

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Rzeź bezkręgowców

Na zakończenie roku przesłuchałam, żebyście Wy nie musiały. To “późna” Chmielewska, kiedy już zabrakło autorce pomysłów, umiaru i klasy, a redakcji krytycyzmu. Fabuła jest pretekstowa - pisarka Joanna przypadkiem ociera się o kolejne morderstwa; giną osoby związane z filmem, nazywane przez autorkę pasożytami, płazińcami itd. (stąd tytuł). Ich winą jest niszczenie literatury wysokiej za pomocą spapranych ekranizacji, co Chmielewską osobiście dotknęło, więc cieszy się z każdej zbrodni. Wszystkie nitki zbiegają się dookoła Ewy Marsz, niegdyś poczytnej pisarki, której kariera utknęła po dwóch kiepskich ekranizacjach i przebojach z wydawnictwem, Joanna ją lubi, więc wprawdzie ochoczo pomaga znajomemu komisarzowi w śledztwie, ale tak, żeby Ewy nie obciążyć. Akcji właściwej - poza krążeniem po mieście i przypadkowych rozmowach - w zasadzie nie ma, mieszkanie Chmielewskiej to główna kwatera chaosu - wszyscy do niej dzwonią, faksują[1] i przyjeżdżają, żeby przy niesmacznym koniaczku i smacznym winku wymieniać informacje. Czasem na zakąskę jest ser albo paszteciki z resztek[2].

Ale pal diabli akcja, jest chaotyczna, ale do czegoś prowadzi w finale. Bardziej mnie irytowały przemycane przez autorkę seksizm i rasizm; przypadkowo oglądana przez okno blondyneczka jest określona na wygląd jako idiotka, pojawia się szydera z osób czarnych. Kiedy kobieta z mężczyznami schodzi do piwnicy i słychać krzyk, nikogo to nie alarmuje, bo wszyscy myśleli, że panowie gwałcą panią, ludzka rzecz. Na podejście autorki do licznie prowadzonych w międzyczasie “biznesów” mogę tylko położyć zen, skoro Joanna chlubi się nieczytaniem umów, wszystko podpisuje w ciemno, a poproszona o wysłanie na jakieś konto pieniędzy, po prostu to robi bez zastanowienia. Złośliwie bym podsumowała, kto tu był blondyneczką idiotką, ale nie jestem przecież złośliwa.

[1] Autorka gardzi “małpią pocztą”, nie korzysta z emaili.

[2] Autorka z uporem opisuje karmienie dochodzących kotów, którymi się “opiekuje”, odpadkami. Zbiera dla nich skórki z kaszanki, rybie szczątki, resztki mięsa kwestionowalnej świeżości…

Inne tej autorki.

#122/#32

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 5, 2026

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 3 komentarze - Skomentuj


Jerzy Edigey - Operacja “Wolfram”

Szwajcarski przedsiębiorca, Anton Miller, mimo swojego średniego wieku i blizny na policzku, dalej jest atrakcyjnym mężczyzną. Wprawdzie jego celem jest załatwianie interesów i dlatego pojawia się w RPA, ale nie wyrzuca uroczej pokojówki, która spontanicznie ładuje mu się do łóżka. Wracając do interesów, Miller tak naprawdę nie jest Szwajcarem, nie nazywa się Miller, a blizna jest sztuczna. Cały czas czekałam na jakąś zakrętkę fabularną, że Miller okaże się panem Milewskim, sprytnym emigrantem PRL-owskim, ale nie; to nietypowa dla autora powieść sensacyjna, dziejąca się w wielkim świecie. Otóż pan Miller, po nieudanym skoku na bank w Marsylii, przez swojego znajomego nakręca transakcję na wolfram, którego RPA potrzebuje dużo, a trzymające łapę na brazylijskich zasobach USA limituje. Następuje karkołomna operacja, w wyniku której ruda wolframu jest kupiona dla Japonii, tyle że tam nie dociera. I oprócz zarobku na metalu “biznesmeni” mieliby jeszcze ubezpieczenie od Lloyda, bo załadowany rudą statek niespodziewanie tonie, ale wszystko się sypie, bo jeden z marynarzy chciał uratować drogi aparat fotograficzny i złamał nogę.

Nie wiem, czy ta książka jest bardziej seksistowska, rasistowska czy neokolonialna. Miller kręci się wszędzie tam, gdzie są konflikty zbrojne - Biafra, dawna Rodezja, Kambodża; tu sprzeda broń, tu kupi jakieś cenne surowce, absolutnie wszystko jedno komu i od kogo, byle kasa się zgadzała, strona etyczna w ogóle go nie interesuje. Co kilka stron padają deprecjonujące czarnych określenia, wśród których “czarny zboczeniec” jest jednym z łagodniejszych. Co do pań - Miller nie opędza się od wspomnianej pokojówki, robi też wielokrotnie “małą grzeczność” (sic!) towarzyszącej mu japońskiej przewodniczce, mimo że ta ma krótkie nóżki[1]. Szkoda mu zamordowanej recepcjonistki, bo była ładna i się do niego uśmiechała. Cudownie. Trochę wspominków podróżniczych - ewidentnie autor zwiedzał Kioto, uczestniczył w ceremonii parzenia herbaty i spędził nieco czasu w Kapsztadzie.

[1] I, jak się okazuje, narzeczonego, a z Millerem sypiała służbowo, w ramach obowiązków. Co Millera zaskakuje, ale nie dziwi, wszak jest przyzwyczajony do damskiej atencji.

Inne tego autora.

#117/#31

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 23, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Robert Louis Stevenson - Wyspa skarbów

Jakoś tak jest, że “chłopackie” książki się lepiej starzeją niż dla dziewcząt. Mogę się oczywiście czepiać rasizmu czy szowinizmu, ale to tak oczywiste jak oddychanie. “Wyspa” jest całkiem zacną przygodową opowieścią o młodym chłopcu, Jimie Hawkinsie, który wraz z owdowiałą matką prowadził tawernę “Admiral Benbow” i mieli pecha (czy - jak się potem okazuje - szczęście), że zalągł im się lokator: stary, paskudny marynarz. Po nagłej śmierci gościa w jego bagażu znalazło się tajemnicze zawiniątko z mapą skarbu, udało się odeprzeć atak jego dawnych kamratów, a potem matkę-karczmarkę zostawiono samą sobie (oddychanie, tak), a młody Jim z lokalnym lordem, zaufanym służącym i domowym lekarzem kupili okręt, zebrali załogę i wybrali się w podróż życia. Oczywiście wnikliwa czytelniczka od razu wiedziała, że dziwnie wyglądająca załoga zebrana przez jednonogiego kucharza niekoniecznie będzie posłusznie wykonywać rozkazy kapitana, ale protagoniści dowiedzieli się o tym dopiero na wyspie, kiedy wtem większość załogi okazała się piratami. Trochę strzelania i biegania po wyspie, sprytny ocaleniec, dyplomacja lekarza oraz brawura młodego Jima, to wszystko przyczyniło się do pokonania piratów i triumfalnego powrotu ze skarbem.

#116/#30

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 20, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Malwina przegrała milion

1983[1]. Fabryka w Golewicach finalizuje zakup technologii katalizatora od francuskiej firmy, kiedy to firma nagle zrywa negocjacje i jej przedstawiciele wyjeżdżają. To oznacza katastrofę, bo bez katalizatora nie ruszy produkcja potrzebnych nawozów sztucznych. Grupa inżynierów unosi się honorem i stwierdza, że sami wykminią technologię, nie trzeba opóźniać rozpoczęcia produkcji, czekając na laboratorium z Centrali. I wszystko prowadziłoby do wykonania planu, gdyby nie pojawiające się dziwne zdarzenia - ktoś odkręcił kurki u jednego z inżynierów, mieszkanie drugiego spłonęło, trzeci się czymś zatruł, a w jego samochodzie zginęła przypadkowa osoba. Włącza się milicja, która zaczyna podejrzewać, że ktoś sabotuje prace. W drugim wątku pokazana jest perspektywa i motywacje sabotażystów - jednemu oczy się świecą do dolarów, jakie ma dostać z centrali w Monachium, drugi chciałby robić bomby w Stanach, trzeci marzy o luksusie. Oczywiście milicja jest zawsze o krok z przodu, a po serii przebieranek i udawanek, następuje wielki finał. Spoiler alert: inżynierom udaje się mimo przeciwności wynaleźć katalizator.

Się opowiada zabawne dowcipy: o zgwałceniu martwej kobiety, bo Francuz gwałciciel myślał, że to Angielka.

Się czyta: Archera “Czy powiemy panu prezydentowi?”. Co ciekawe, mam wydanie zmienione pt. “Co powiemy pani prezydent?”

Się je: pierożki z mięsem ze zsiadłym mlekiem, ziemniaki również ze zsiadłym mlekiem; jarzynową, mielony z sałatą i coś, co nazywało się kompotem, a smakowało jak rozpuszczone landrynki (u “Truciciela”); chłodnik na śmietanie z jajkiem, kurczaka z sałatą, kompot z truskawek (w domu rodzinnym); sandacza w galarecie, pieczywo, masło, bulion z pasztecikiem, bryzol dla pani i golonka dla panów (w hotelowej restauracji); kaszankę po staropolsku, zrazy po chłopsku (drogo w skansenie); sałatkę z pomidorów i jajecznicę z 6 jaj (na śniadanie, jest też szynka); wspólnie - trzeba oddać kartki żywnościowe osobie gotującej obiady.

Się pali: Marlboro, Ekstra mocne, Pall Malle, Chesterfieldy, Gauloise’y (we Francji).

Się chowa: wódkę w tajnym schowku w tapczanie, bo inaczej mąż wszystko wychla.

Się pije: 2 piwa (więc trzeźwy), zimne mleko, colę, domową nalewkę smorodinówkę, koniak (i zagryza czosnkową kiełbasą dla zabicia zapachu), dry martini z lodem (pod słone paluszki), szkocką, wermut, petit crème, anyżówkę, piwo wzmocnione żytem (pod ogórek lub pomidora), “Neskę” ze śmietanką, sodową z syfonu.

Się przekupuje: paczką kawy, zagranicznymi papierosami, angielską herbatą.

Się nosi: kolorowe skarpety do sandałów, dżinsowe spodnie modnie wytarte na kolanach, koszulkę z idiotycznym napisem “I love you” (przez którą właściciel o mało co nie pobił jakiegoś pedała, który napis wziął do siebie).

[1] Jest to o tyle istotne, że - według “Amerykanina” - fala uchodźców politycznych nie jest już miło witana za granicą. Burzliwe czasy są wspomniane również w odniesieniu do jednego drugoplanowego bohatera, który zaangażował się w wielką politykę, ale po kilku miesiącach mu się znudziło i wrócił do Golewic. Dyrektor zakładów zwierza się, że po październiku zrehabilitowano mnie, ale to nie to samo.

Inne tej autorki.

#110/#29

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 8, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Mark Twain - Przygody Tomka Sawyera

Spieszę donieść zaniepokojonym, że to w dalszym ciągu jest świetnie napisana książka przygodowa, zabawna, ironiczna, oczywiście nie wolna od znaków czasu, ale niebolesna w czytaniu.

Tomek mieszka u ciotki Polly, która załamuje ręce, co z niego wyrośnie. Bo to pędziwiatr, niekoniecznie sobie radzi z emocjami, lubi wdawać się w bójki, nie lubi się uczyć, a braki wiedzy nadrabia sprytem. Historia kary w postaci bielenia płotu, którą Tomek zamienił w zysk i chwałę w szkółce niedzielnej, to chyba jedna z moich ulubionych w książce. Bo wspólnym mianownikiem wszystkich przygód jest entuzjazm, dzięki któremu nawet z kiepskiej sytuacji - znudzenia zabawą w piratów, mrocznej wizyty na cmentarzu, lania od ciotki czy zagubienia się w grotach - Tomek potrafi wyjść z podniesioną głową. Niekoniecznie czysty, ale zadowolony.

Oczywiście jest i drugie dno - mimo pozornej opieki dzieci są zaniedbane, przemoc, głód i choroby są normą. Rzecz się dzieje na Południu, temat niewolnictwa jest potraktowany dość oględnie (Czarni są, tylko do kogoś należą), a naczelnym wrogiem jest metys Joe, który zupełnie przypadkiem zszedł na drogę zbrodni po tym, jak został ukarany za “włóczęgostwo”. Wiem, Twain doskonale wiedział, co robi, ale pewne didaskalia się mogą przydać, zwłaszcza jak się czyta książkę młodzieży.

#108/#28

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 4, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Niech pan zdejmie rękawiczki

Pani Eufemia Kwiatkowska, emerytowana nauczycielka muzyki, mieszka w “kołchozie” - współdzielonym mieszkaniu z nieprzyjaznymi jej współlokatorami. Kiedy wreszcie otrzymuje przydział na mieszkanie na nowowybudowanym osiedlu Za Wiatrakami, nie waha się, nawet jeśli mieszkania mają niedoróbki i chodzi plotka, że ktoś morduje starsze panie[1]. Plotka okazuje się prawdą. Mimo to pani Eufemia wywiesza ogłoszenie o lekcjach muzyki, bo w związku ze zmianą zamieszkania musi znaleźć nowych klientów. Zaprzyjaźnia się też z państwem inżynierostwem, których córeczkę uczy gry na pianinie i szybko nawiązuje kontakt z dzielnicowym sierżantem Lipkowskim, który ma pomysł, żeby wykorzystać ją jako przynętę. Jako potencjalnych złoczyńców Lipkowski typuje tzw. złote rączki, którzy świadczą nielegalnie usługi remontowo-stolarskie - zamontują zamek, wyheblują okno, żeby się zamykało, położą kafelki czy wręcz naprawią to, co spieprzyli, oddając mieszkanie. Całość jest utrzymana w dość lekkim klimacie, z dużym udziałem starszej pani w rozwiązaniu sprawy. Dzielnicowy też okazuje się sprytniejszy od Komendy Głównej Milicji, co zostaje finalnie zaakceptowane po początkowej niechęci do udziału sierżanta w śledztwie.

Się pije: kawę (gorzką, bo cukier daleko i wstyd prosić o podanie).

Się marzy: o zakupie Taunusa (taki europejski Ford!).

Się nosi: drogi zegarek “Omega”.

Elektronika: radio „Aga”, telewizor „Granit” - istotny dla śledztwa, “Philips” - nowoczesny, z Zachodu.

[1] Oczywiście, że pojawiają się żarciki z potencjalnego tła seksualnego napaści - wszyscy są zgodni, że przecież 60-latki nikt nie tknie, bo stara i do tego brzydka, mimo wspomnianych przypadków gwałtu na osobie 80+. Ale to we Francji (ciągle aktualnie, niestety).

Inne tego autora.

#102/#27

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 23, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Joseph Conrad - Jądro ciemności

Narrator, Charles Marlow, płynie ze znajomymi po Tamizie i opowiada o swojej przygodzie w Kongo, gdzie pracował dla belgijskiej firmy, handlującej kością słoniową. Pływał parowcem między placówkami i przewoził ludzi i towary, skrzętnie omijając wzrokiem dramat niewolników, pracujących nad siły w upale i umierających z głodu, chorób lub pobicia; wiadomo, kość słoniowa jest cenna, cel uświęca środki. Ostatnim zadaniem jest przewiezienie z odległego miejsca niejakiego Kurtza, najlepszego agenta, który jest chory. Po drodze słyszy o jego geniuszu, wrażliwości i inteligencji, na miejscu okazuje się, że jest tak samo paskudny jak inni biali i wykorzystuje ufających mu czarnych do swoich celów. Narrator jest zaskoczony, bo spodziewał się kogoś bardziej wzniosłego niż ogarniętego chciwością cwaniaka, mimo to po śmierci agenta przekazuje jego narzeczonej polukrowany obraz rzeczywistości. Kurtyna.

Nie do końca rozumiem przełomowość tej książki, aczkolwiek mam perspektywę roku 2025 i obrzydliwe rzeczy, robione przez kolonizatorów podbitym przez nich ludziom, są znane. Możliwe, że opublikowanie tej opowieści pod koniec XIX wieku wstrząsnęło światem, zapewne traktującym zdobywców Czarnego Kontynentu nie jak bohaterów, za których chcieli uchodzić, a za przestępców, zabijających i wykorzystujących natywnych mieszkańców do swoich celów, zagrabiając im wszystko, co mieli. Sam narrator nie jest też wolny od pogardy w stosunku do Czarnych, wprawdzie sam bezpośrednio nie przyczynia się do ich cierpienia, ale ma w głowie, że jakby mu kazali, to by to robił bez większego wahania. Jak inni pracownicy firmy; cel uświęca środki. Wada - książka jest przegadana, przefilozofowana i napisana drętwym językiem, albo takie jest jej tłumaczenie na polski; słyszałam, że jest znacznie lepszy przekład Dukaja, czytał ktoś?

#100/#26

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 21, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 3 komentarze - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Lądowanie w Garwolinie

W redakcji dodatku sobotniego panuje letnia nuda, nic się nie dzieje, pracy jest na dzień-dwa w tygodniu. Wtem sekretarz redakcji zadaje sobie filozoficzne pytanie, jaka byłaby reakcja ludzi na pojawienie się statku kosmicznego i kosmitów. Od słowa do słowa wszyscy zapalają się do absurdalnego pomysłu, żeby na rynku w Garwolinie zasymulować taką sytuację i zbadać, co się stanie. I, co jest jeszcze bardziej absurdalne, udaje im się ten pomysł skutecznie zrealizować, że rzecz się dzieje w czasie gospodarki wszelakiego niedoboru, pozyskanie materiałów niezbędnych do zasymulowania obcej cywilizacji jest nietrywialne.

Ta książka wyjątkowo dobrze się zestarzała, była zabawna bez elementu żenady. Mam też wrażenie, że czytałam ją raptem raz, mimo że jest całkiem zabawna; może dlatego, że wyszła późno, odkopana ze stosu niewydanych. Zderzenie realiów PRL-u z nudzącymi się dziennikarzami jest klimatycznie bardzo pokrewne historiom z biura architektonicznego, a przez to dość ponadczasowe. Dodatkowo to świetna satyra na ówczesne społeczeństwo - centralne zarządzanie zmuszające na przykład do upłynnienia szybko psującego się towaru, “załatwianie” po znajomości, kolejki po cokolwiek i całkiem niedelikatnie zarysowana powszechna tendencja do nadużywania napojów wyskokowych. Wreszcie to szydera z prasy jako organu o zerowej wiarygodności, gdzie dementi czasem mówi więcej niż oryginalna wiadomość, bo nawet w takim Garwolinie ludzie nie są tacy głupi, żeby się na oficjałkę nabrać.

Inne tej autorki.

#99/#25

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 19, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 2 komentarze - Skomentuj