Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: slucham-literatury

Astrid Lindgren - Dzieci z Wyspy Saltkråkan

Nie wiem jak Wy, ale ja nie byłam świadoma, że Astrid napisała książkę w stylu “Dzieci z Bullerbyn”, ale bardziej dojrzałą. Na szczęście mam przyjaciół, którzy o takich ważnych rzeczach wspominają, dzięki, siwo!

Na małą wysepkę Saltkråkan płynie rodzina Melkersonów, planują spędzić tam całe wakacje; dzieci - najstarsza, pełnoletnia już Malin, dwaj nastoletni chłopcy Niklas i Johan oraz najmłodszy Pelle - początkowo nie są zachwycone, bo chociażby dach chaty stolarza cieknie (“proszę o oznaki radości!”), ale szybko odkrywają uroki wyspy. Starsi chłopcy znajdują towarzystwo w chacie obok, gdzie mieszkają również nastoletnie Freddie i Teddie, zaś Pelle - uwielbiający zwierzęta, taki szwedzki Gerry Durrell - kręci się z małą Stiną i rządzącą wszystkimi nieco starszą Tjorven, która wszystko wie i wszystkich zna, a do tego ma pięknego psa Bosmana. To opowieść o idealnym lecie, pełnym wycieczek, przygód, psot, odstraszania zalotników starszej siostry, obserwowania #nieustającegopasmasukcesów złotej rączki Melkera Melkersona, wreszcie wnikliwego, choć nieco naiwnego obserwowania świata dorosłych - czasem niesłownych, skąpych i podstępnych, czasem uczciwych, dobrych i opiekuńczych. Zdarzają się sytuacje dramatyczne - dzieci uwięzione na morzu w czasie mgły; podejrzenie, że Bosman zagryzł królika i poranił owce; przykra sprawa z młodą foką, którą chciwy znalazca chciał sprzedać, mimo że obiecał ją dzieciom; wreszcie groźba sprzedaży chaty stolarza bogaczowi, który planował ją zburzyć. Oczywiście, spoiler alert, ze wszystkich opałów udaje się wyjść szczęśliwie, chociaż są miejsca, gdzie - jako współczesny rodzic - mam dreszcze (matka umierająca przy porodzie, sugestia zastrzelenia Bosmana, dzieci samotnie pływające łódką po morzu).

Słuchałam audiobooka z Youtuba, niespecjalnie polecam, bo osoba czyta głosem Cejrowskiego i prawie bez intonacji.

#116/#2

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 15, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 4 komentarze - Skomentuj


Małgorzata Kalicińska - Dom nad rozlewiskiem

Potrzebowałam czegoś nieskomplikowanego w uszach do pestkowania śliwek na korzenne powidła, wylosował się właśnie “Dom” i już w pierwszym rozdziale narratorka zachwyca się dojrzałą śliwką i marzy o smażeniu powideł w tytułowym domu na Mazurach. Wiadomo, przypadek (a może nie?), ale dałam na wejściu duży kredyt zaufania, chociaż pamiętałam dużo opinii walcujących autorkę na płasko. Więc w Kalicińskiej są dwa wilki - jeden ironiczny, sarkastyczny, a nawet cyniczny, który opisuje celnie hipokryzję pracy w agencji reklamowej, a wcześniej w telewizji, nieudany związek bez miłości, takie sobie życie erotyczne oraz zanikanie społeczne i zawodowe kobiety po 40. Niestety, jest też drugi wilk - pal diabli, że czułostkowy, ckliwy, egzaltowany - niestety też boomerski, rasistowski, klasistowski, pełen hipokryzji i zwyczajnie głupi. Podpisuję się pod wszystkimi zarzutami krytyków, a nieco zalet tej książki - kilka ciekawych historii, opowieść o ratowaniu się z kryzysu w życiu, wielopokoleniowej miłości matki do córki, przyjaźni - jest skutecznie stłamszonych przez ogrom wad, żenujących opinii, jakie autorka wkłada w usta bohaterki czy rzeczy zwyczajnie szkodliwych (np. nazywanie boreliozy wymysłem farmaceutów, wszak kiedyś ludzi gryzły kleszcze i żyli albo sugerowanie, że zapuszczenie barszczu Sosnowskiego w ogródku, bo taki ładny). Jeśli tego byłoby za mało, akcję powieści przeplatają opisy gorącego seksu i detaliczne przepisy kulinarne, bo bohaterka od razu po zejściu z penisa siada do siekania i pieczenia.

Imienniczka autorki, Małgorzata[1], po redukcji w agencji reklamowej, nie umie sobie znaleźć miejsca w życiu. Teściowa doradza jej, żeby odwiedziła matkę, która opuściła córkę, gdy ta była nastolatką. Małgorzata jedzie więc na Mazury, zatrzymuje się po drodze, żeby się wysikać na śniegu, po czym natychmiast nawiązuje z matką doskonały kontakt, bo okazuje się, że to nieżyjący już ojciec matkę wywalił z domu z powodu zdrady i zakazał się kontaktować, wszystko wybaczone. Bohaterka decyduje się zamieszkać z matką i z przyszywaną ciotką, Kaśką, osobą z niepełnosprawnością intelektualną. Na początku dorabia sobie przez internet pracami zleconymi, po czym wpada na pomysł rozbudowy domu w pensjonat. Rozstaje się w zgodzie z mężem (ona go zdradzała podczas pracy w agencji, on - jak się okazało - sypiał ze swoją szefową, proszę przechodzić), na miejscu nawiązuje intymne kontakty z dentystą Januszem, Janusz okazuje się być alkoholikiem, zostawia go, spotyka się incydentalnie z kimś innym, ale wraca do Janusza, który obiecuje nie pić. Do pensjonatu zjeżdżają się wszyscy - córka z przyjaciółmi, mąż z nową flamą, narzeczony matki, ci lepsi sąsiedzi (o gorszych za chwilę), sielska atmosfera, namaszczone rozmowy po świt (“- O! Zobaczcie! - woła Konrad. - Bociek! / - Marysiu! Złap się za cipkę! - mówię szybko. - Złap się, bo inaczej...wiesz, ten dureń dzieci roznosi”). Koniec tomu pierwszego.

Przeczytałam, żebyście Wy nie musiały. Jakie to złe. Małgorzata zachwyca się wsią spokojną, wsią wesołą, ale z pozycji “pani z miasta”; mieszkańcy są dobrzy, choć prości (przy czym partnerami dla pani z Warszawy mogą być tylko napływowi, nie prostacy z okolic) albo, kontrastowo, śmierdzący alkoholicy, podłe plotkary czy przemocowcy i przestępcy, chętnie wyciągający rękę po cudze, bo PGR nauczył ich tylko kradzieży. Wyśmiewa pomysł młodych w kwestii otwartego związku, mimo że chyba każda z głównych postaci ma na koncie ukradkowe romanse. Szydzi z lokalnych pijaczków, ale sama spożywa niesamowite ilości alkoholu - naleweczki, pysznie chłodzące piwo, dobrze schłodzoną wódeczkę na trawienie, koniaczek do rozmowy - nawet wtedy, kiedy już wie, że jej kochanek ma problem alkoholowy (ale to co innego!). Z jednej strony twierdzi, że siła tkwi w kobietach i kobiecej sztamie, ale bez żadnych oporów nazywa wszystkie młode koleżanki z pracy i potencjalne podrywki znajomych panów “cipciami”. Jakkolwiek historia opóźnionej intelektualnie Kaśki[2], odebranej od patologicznego ojca-alkoholika, ma pozytywny wydźwięk, tak bardzo gorzko brzmi spokojna opowieść o ukradkowej sterylizacji, żeby się “głupie” nie mnożyło. Ćwierć książki zajmują fatfobiczne rozważania bohaterki na temat tego, że na domowej kuchni “apetycznie przytyła”, pod tym kątem analizuje wszystkie napotkane kobiety, wyrzucając im zapuszczenie. W planach pensjonatu uwzględniane są tylko osoby starsze lub bezdzietni, bo najgorsze są “wychowywane bezstresowo” drące ryja bachory[3], których Małgorzata nienawidzi. Jest sporo rozważań o tym, jak bardzo cierpi duma bohaterki, że musi “usługiwać” byle komu, prowadząc pensjonat; na szczęście przyjmują tylko ludzi na poziomie, którzy awansują do rodziny, więc nie ma ujmy na honorze. Jest tęsknota za szlachtą i ginącym świecie przedwojennych majątków (“Zastępy podkuchennych robiących setki pierogów, kołdunów? Wielkie kuchnie całe w mące i śmiechach? Szpikowe kluseczki do rosołu? Zupę rakową?”). Jest pochwała pielęgniarki, która w klasztorze opiekuje się erotycznie staruszkami za pomocą zręcznej dłoni (cytat mogę okazać na życzenie, ale ostrzegam, to jest mocno krindżowe). Wreszcie, wspominałam o rasizmie? Proszę, dwie zabawne scenki:

Z cukierni vis-a-vis McDonalda wysypuje się grupa Niemców. Głośno krzyczą po niemiecku, gestykulują i zajmują całą ulicę. Przystajemy. Piotr wchodzi w tłum z podniesionymi rękoma i woła:
- Nicht schissen!
- Sorry... - któryś przeprasza po angielsku i uśmiecha się.
Robi się cicho i Niemcy milkną. Szybko wchodzą na frytki i hamburgera, nie wiedząc, czym może ich ugościć Kraków. Profani. Kilka osób klaszcze. Piotr kłania się i ma na twarzy minę chłopczyka, który wie, że narozrabiał.
Peter - ten skośnooki kurdupel [Holender pochodzenia azjatyckiego] (...) powiedziałam już rozwścieczona namolnością tego dupka.(...)
- Mamo, Tomek! Ten mały żółtek ciągnie mnie do łóżka!
Tomasz był rozbawiony:
- I co? Pytasz się tatusia o zgodę?
- Tomasz! - Dałam mu ścierką po plecach. - Z takim konusem?! Pijanym, małym, holenderskim krasnoludkiem? Zwariowałeś?! Za kogo mnie masz?
- Widzisz, jakie robisz wrażenie?
- Na konusie. Pijanym Tamagoci. Pewnie wszystko ma na bateryjkę. Kurczak. Japoński kogucik.
- Masz rację, Gosiu. - Tomasz wstał do wyjścia. - Oni są do bani w te klocki. (...) Owszem, mówiła, że napaleni na Europejki, ale jak króliki - robią to bez finezji.
- Nie chcę z królikiem i to jeszcze miniaturką! On mi sięga do sutka! Karzełek. Idę spać.(...) Karzełek-królik Peter, puścił mi oczko przy śniadaniu. Ale głupol!

Nie planuję następnych tomów, jeśli ktoś z Was czytał, poproszę o pobieżne streszczenie, zwłaszcza tomu trzeciego, bo słyszałam, że jest jeszcze gorzej, a tego nawet w audiobooku nie dam rady, mimo uroczej Marty Klubowicz.

[1] Zdrabniana na wszystkie możliwe sposoby, od takiej “Gonisi” kwas mi podchodził do gardła. Ale to moja prywatna fobia.

[2] Z postacią Kaśki w ogóle jest taki problem, że nie wychodzi poza rolę bezwolnej służącej, która wykonuje polecenia, albo - posadzona przez telewizorem - bez zrozumienia ogląda migający ekran.

[3] Państwo Kwintowie są w porządku, bo wprawdzie ona bez skrępowania karmi niemowlę dużą, białą piersią, ale dziecko w ogóle nie płacze i jak się okazuje, to ludzie Wysoko Moralni:

Starsi państwo popatrywali na nowo przybyłą rodzinę z zainteresowaniem, zastanawiając się, czy obecność ich będzie miła czy dręcząca. Zaniemówili, kiedy Piotr nakrył do stołu, podał śniadanie żonie i Józiowi, po czym usiadł i złożył dłonie, oni też i zmówili cicho modlitwę! Potem radośnie wzięli się do jedzenia. Pani Wanda miała wielkie oczy pełne uśmiechu, a Bogdanowie zerkali z uszanowaniem. Z naszych tu nikt nigdy nie modlił się przed posiłkiem. Nawet w niedziele nie chodzili do kościoła. Wcześniej Tadeuszowie podobno chodzili. Teraz w niedzielne poranki odmawiają modlitwę w pokoju. Pan Staś jest niewierzący, pani Wanda owszem. Sama jeździ do kościoła. W tygodniu.

#103 / #1

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 24, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 1 komentarz - Skomentuj


Barack Obama - Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu

Autobiografia byłego prezydenta USA, napisana w połowie lat 90., jeszcze zanim został znanym politykiem; nie jest przez to mniej ciekawa, chociaż oczywiście interesująca byłaby druga część, stworzona już przez człowieka doświadczonego. Nie jestem fanką biografii, nie będę więc streszczać życia Obamy. To, co mnie uderzyło, to życie "pomiędzy", które zdefiniowało jego poglądy. Syn Kenijczyka i Amerykanki, urodzony na Hawajach, dorastający w Indonezji, nigdy nie czuł się w pełni czarny, ale ewidentnie też nie był biały. To pozwalało mu na bogatą obserwację rasizmu i przemocy wobec osób kolorowych i efektów takiej polityki - utrudnień w edukacji, nieufności wobec władz, ubóstwa czy wreszcie niereperowalnego podziału na Czarnych i Białych. Na epizody aktywizmu i prób polepszenia socjalnego sytuacji Czarnych środowisk w Chicago, autor nakłada swoje poszukiwania śladów ojca, które prowadzą go do Kenii.

#141/#3

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 17, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Margery Allingham - Jak najwięcej grobów

Wyznam, że ta ksiązka jest tak skomplikowana, że wprawdzie zaczęłam słuchać audiobooka w ramach niekrępującej rozrywki w ramach podwożenia dziecka do i ze szkoły, ale odkryłam, że absolutnie nie nadążam, nie wiem, kto jest kim, więc przeczytałam też ebooka. Nie żebym zapanowała nad narracyjnym chaosem, tym bardziej, że autorka stosuje sztuczki typu “a wtedy detektyw odbył znamienną rozmowę, która mu wiele wyjaśniła”, ale przynajmniej wiem, kto zabił. Nie jest to oczywiście wina Rocha Siemianowskiego, który czyta świetnie, tylko materiału wejściowego.

Albert Campion ma zostać gubernatorem gdzieś na rubieżach Imperium, wyjazd z dziećmi i małżonką oraz prestiż. Ale to nie jest zupełnie o tym, a o śledztwie, jakie nieoficjalnie prowadzi na Apron Street na prośbę trzech osób - służącego, dawnego szefa-policjanta i znajomej aktorki. Aktorka, Rene, prowadzi pensjonat, w którym - między innymi - zamieszkuje ekscentryczna acz zubożała rodzina Palinode’ów. Wszyscy, poza 20-letnią osieroconą siostrzenicą, są już dość wiekowi, stąd nie dziwi nikogo, że dwójka z rodzeństwa zmarła w niedużym odstępie czasowym od siebie. Nie dziwi do momentu, kiedy lokalny lekarz zaczyna dostawać anonimy, sugerujące, że zaniedbał odkrycie, że oboje zmarli zostali otruci. Campion szuka motywu, szuka osoby wysyłającej anonimy, a zanim zlokalizuje zbrodniarza, natyka się na kilka innych tajemnic, usiłowanie zabójstwa i samobójstwo oraz uczestniczy w pościgu za karawanem.

To nie tak, że ta książka jest zła czy źle napisana, tylko sposób narracji jest dość przestarzały, a tempo powolne. Dialogi są zabawne, postaci świetne, opisy czasem zawierają perełki słowne (“na pierwszy rzut oka wyglądał jak tylna część słonia z pantomimy”), a jak ktoś lubi angielskie klasyczne kryminały, to może nawet będzie zachwycony.

#122/#2

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 1, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Lew Tołstoj - Anna Karenina

To nie tak, że przeczytałam, żebyście Wy nie musieli, ale to naprawdę książka na okres totalnej posuchy czytelniczej, bo rozdęta do granic możliwości wieloma, czasem zupełnie zbędnymi, wątkami. Dobrze się czyta, ale emocji już po latach budzi niewiele, raczej znudzenie. Jakbym nie przesłuchała[1], to bym raczej porzuciła w trakcie.

Trzon historii to miłość Anny Kareniny (księżniczki[2] Obłońskiej) i hrabiego Aleksego Wrońskiego; ona - znudzona małżeństwem ze starszym i nudnym urzędnikiem, on - zachwycony jej dojrzałą urodą w porównaniu z nastolatkami, z którymi się wcześniej uganiał. Na początku w ukryciu, w pewnym momencie, kiedy już się ukryć nie dało (widoczna ciąża Anny) już oficjalnie. Wroński nalegał na rozwód i ślub, Anna była temu niechętna, bo to oznaczało dla niej stratę ukochanego syna, który by został przy mężu. I jakkolwiek Annę byłam w stanie zrozumieć - syn, ciężki poród córki na granicy śmierci, depresja poporodowa, silny ostracyzm społeczny - tak jest to bohaterka, którą ma się ochotę kopać w tyłek, tak bardzo sama utrudniała sobie życie wymyślonymi problemami z wiadomym finałem, kiedy to rzuciła się pod pociąg, żeby Aleksy żałował, że był dla niej taki niedobry. No żałował, jak cholera, ale było pozamiatane.

Dookoła tej pary krąży cała reszta - brat Stiwa Obłoński, żonaty z księżniczką Darią (Dolly) Szczerbacką, ojciec chyba siedmiorga żyjących dzieci, zdradzający żonę z kim popadnie; młodsza siostra Darii, Kitty, zakochana bez wzajemności we Wrońskim, ale - po długiej chorobie i namyśle - biorąca ślub z zamożnym posiadaczem ziemskim, Lewinem; epizodycznie pojawiający się ich znajomi i dalsza rodzina. Lewin jest chyba najbardziej prominentnym bohaterem drugoplanowym - pisze książkę o rolnictwie (narzekając na leniwych chłopów), usiłuje zapomnieć o wiarołomnej Kitty, która początkowo odrzuciła jego oświadczyny, ale szczęśliwie się odnajdują, ślub, sielanka na wsi i dziecko, wreszcie dyskutuje ze sobą swój ateizm. Oprócz tego jest o polityce, działalności społecznej, w finale o wojnie w Serbii czy wreszcie - nawiązując do słynnego pierwszego zdania - o tym, że każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

[1] Jakbyście zastanawiali się, czemu przestały pojawiać się notki o audiobookach, to nie przestały, tylko nie miałam o czym pisać. Audiobooka zaczęłam słuchać jeszcze w 2019 w drodze do pracy, potem przyszły święta, potem miałam okres niechęci do słuchawek, WTEM pandemia i lockdown, więc przestałam wychodzić. Ale skończyłam, to może i pandemia się skończy (ha ha, not).

[2] Okrutnie bawił mnie ten wielki świat książąt i księżniczek, miałkich i często zapożyczonych u innych, z salonowymi obrzędami, bywaniem i dyskusjami typu “czy służba wojskowa powinna być obowiązkowa” oraz “czemu Polacy się bronią przed naszą kulturą, przecież niesiemy nieokrzesańcom kaganiec oświaty” (sic!).

#106/#1

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 23, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jane Austen - Duma i uprzedzenie

Zacznę od tego, że jeśli uwielbiacie tę książkę i uważacie ją za arcydzieło, to proponuję przejść gdzie indziej, tu tylko się zirytujecie. Chyba mam absolutnie ślepą plamkę na literaturę romantyczną, bo nie widzę w powieści wartości innej niż historyczna (cieszmy się, że czasy mainstreamowych idiotek w falbankach minęły), bohaterki są wszystkie - również ta jakże swawolna i inteligentna Elżbieta (Lizzie) - gęsiami, a wszystko obraca się wokół plotki i pieniądza.

Pan Bennet ma głupią żonę (która używa swoich “słabych nerwów” jako sposobu na uzyskanie tego, co chce, więc może mimo tego, że ciągle gada głupoty, to jednak jest całkiem sprytna) oraz 5 córek; niektóre są ładne, niektóre mniej, a jedna jest podobno inteligentna. Podstawowym zmartwieniem pani Bennet jest wydanie córek za mąż, najlepiej za bogatych panów, więc nieustająco marudzi mężowi, że muszą bywać. Kiedy pojawia się więc zamożny kawaler, pan Bingley, matce jest wszystko jedno, która córka; kiedy podoba mu się najstarsza, Jane, wysyła ją z wizytą sprytnie po popołudniu w deszcz bez opcji na powrót, dramatyczne przeziębienie zatrzymuje ją w domu pana Bingleya, a jak wiadomo, częsta ekspozycja wzmacnia pragnienie. Lizzie, ta niby najinteligentniejsza (bo czyta książki i nie ogląda się za regimentem wojska), zostaje podczas pierwszego balu obrażona przez przyjaciela pana Bingleya, niejakiego Darcy’ego, uznała go więc za gbura bez względu na jego wielki majątek. Dla ułatwienia dodam, że gburowatość Darcy’ego polega na tym, że nie wchodzi w układy i układziki towarzyskie, nie lubi tańczyć ani poznawać nowych panien, o Elżbiecie powiedział, że nieciekawa na pierwszy rzut oka oraz nie mówi populistycznych głupot jak “sympatyczny” Bingley. Nie żeby był człowiekiem idealnym, bo jego [spoiler alert] oświadczyny, w których wyjaśnia Lizzie, że chciałby ją *mimo* jej ubóstwa i żenującej rodziny, to majstersztyk bucówy. Nie przeszkadza to oczywiście w niczym, bo wystarczy, że dla odmiany od wyniosłego milczenia wyjaśnił przyczyny swojego postępowania, żeby panna Bennet stopniała jak masło na patelni.[spoiler alert]

Cała intryga opiera się na tym, że Jane “zakochała” się w Bingleyu od razu, a on tak nie do końca, bo dał sobie wyperswadować związek jako nieprzyszłościowy, zaś Lizzie nie zakochała się od razu w panu Darcym, bo była zarówno dumna, jak i uprzedzona, a każdą sytuację analizowała na niekorzyść tego ostatniego. Pomiędzy jest mnóstwo ploteczek, dworskich intryg, pieniędzy w tle każdej akcji, bali i konwenansów. N-U-D-A. Zero emocji. Naprawdę A.D. 2019 to jest dalej świetna książka (abstrahując od obrazków z filmu, jak Colin Firth eksponuje tors)?

Dodatkową wadą była lektorka (no chyba nie myśleliście, że to czytam), która uparcie czytała nazwisko Fitzwilliam jako [fajc-łiljam], a Pemberley jako [pamberlej].

Inne tej autorki tutaj.

#82/#12

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 31, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 7 komentarzy - Skomentuj


Jerome K. Jerome - Trzech panów na rowerach (tym razem bez psa)

Trzech już nie tak młodych mężczyzn (Harris i narrator - obdarzeni żonami i przychówkiem, Jerzy - jeszcze kawaler, mieszkający z ciotunią) stwierdza, że nie byłoby głupio oderwać się trochę od szarej[1] rzeczywistości i wyjechać na wycieczkę. Odpada podróż statkiem (tu pyszna dygresyjna opowieść o tym, jak Harris wynajął jacht, żeby ze świeżo poślubioną małżonką pożeglować oglądać fiordy), wybór pada więc na rowery i - metodą eliminowania kolejnych krajów - na Szwarcwald. Sama wyprawa opisana jest dość pretekstowo, w formie trasy po kilku niemieckich miastach, za to co krok pojawiają się pyszne anegdotki z przeszłości i wnikliwe analizy różnych zjawisk - od zwyczajów kulinarnych Niemców (z uwzględnieniem spożycia alkoholu), przez zakupy, naukę języków, angielskich turystów czy rynek rowerowy (bo kwestia jazdy rowerem jest dość istotna w książce).

Bawiłam się słuchając Rocha Siemianowskiego zaskakująco dobrze (zaskakująco nie że lektor, bo to klasa zawsze, ale że pamiętam pewne znużenie lekturą pierwszego tomu wesołych przygód); zwłaszcza zabawne są historie o tym, jak Harris zgubił żonę na tandemie czy awantura w restauracji z psem i prosięciem. Z perspektywy czasu nieco mniej bawi naiwny pogląd autora o ultra grzecznych Niemcach, praworządnych i uczciwych, nazywanych aniołami Europy.

[1] No umówmy się - żaden z panów nie plami się raczej codzienną pracą, jedynym zmartwieniem ich jest fakt, że muszą “wykupić” sobie czas wycieczki u żon, które mają zachcianki typu nowy piec czy wyjazd do kurortu. A już wzmianki typu “na Drezno najlepiej przeznaczyć kilka miesięcy, żeby nie mieć niedosytu spędzenia w nim tygodnia czy dwóch” budzą pewną moją irytację.

Inne tego autora tutaj.

#75/#11

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 26, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Émile Ajar - Życie przed sobą

Schyłek lat 60., Paryż. Belleville, dzielnica pełna kolorowych emigrantów, na szóstym piętrze bez windy mieszka Momo, kilku-kilkunastoletni (do pewnego momentu sam nie wie, ile ma lat) Arab. Opiekuje się nim pani Roza, chorobliwie otyła stara Żydówka z Polski, cudem uratowana z obozu (do dziś trzyma pod łóżkiem portret Hitlera, co stanowi pocieszenie w trudnych chwilach, bo ona żyje, a on nie). Kiedyś była prostytutką, “radziła sobie” na ulicy, obecnie zajmuje się dziećmi innych dam ulicznych, którym nie wolno oficjalnie mieć dzieci, nawet jeśli mają “strączyciela”. Narracja Momo, chłopca wychowywanego przez całą dzielnicę - lekarza-społecznika, transwestytę Lolę, lokalnych sprzedawców czy liczne damy negocjowalnego afektu, w przerażający sposób pokazuje (co potęgowane jest naiwną narracją przedwcześnie dojrzałego dziecka) zaniedbania społeczne w środowiskach emigranckich i tych, którzy żyją na obrzeżach legalności.

Oprócz przemycanej między wierszami historii życia Momo, to bardzo fizjologiczna opowieść o umieraniu. Momo zdaje sobie sprawę, że zdrowie pani Rozy coraz bardziej szwankuje, nawet nie przez to, że mieszkają na 6. piętrze, ale z powodu postępującej degeneracji jej mózgu z powodu problemów z krążeniem (według Momo cierpi na “amnestię”). Pani Roza również zdaje sobie z tego sprawę, a jej największą obawą jest śmierć (a wcześniej długa wegetacja) w szpitalu, którego - jak i wszystkich innych służb socjalnych - panicznie się boi. Pani Roza jest jedyną osobą, którą funkcjonalnie osierocony Momo kocha; chce zrobić wszystko, żeby złagodzić jej cierpienie odchodzenia, na tyle, na ile dziecko jest w stanie pomóc. Celne spostrzeżenia Momo, czasem zabawne swoją świeżością, podkreślają tylko grozę opisywanej historii (svanyavr pułbcvrp hxeljn cnavą Ebmę j cemltbgbjnarw cemrm avą abemr j cvjavpl, tqmvr bcvrxhwr fvę cemrm gltbqavr wrw ebmxłnqnwąplz fvę pvnłrz).

Nie znałam wcześniej nazwiska autora, zapewne dlatego, że pseudonim Romaina Gary’ego, którego już bardziej kojarzę (choć nic nie czytałam).

Inne tego autora:

#69/#10

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 13, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 2 komentarze - Skomentuj


Gunther Grass - Wróżby kumaka

1989. Polka Aleksandra Piątkowska (wdowa) i Niemiec Alexander Reschke (wdowiec) poznali się w listopadzie na jednym z gdańskich targowisk. Jego rodzina była z Gdańska, jej z Lwowa, obie wyrwane przez wojnę i powojenne zmiany ze swoich korzeni. Zakochują się w sobie mądrą, dojrzałą miłością, mimo bagażu życiowego, akceptując łagodnie swoje różnice (ona nałogowo pali, on nie; ona była za długo w PZPR, on był jako młodzieniec w Hitlerjugend; on jest otwarty na inne narody, ona nienawidzi Rosjan i nie szanuje Azjatów, można by długo wymieniać). O ich związku mimochodem opowiada kolega szkolny Reschkego, któremu ten ostatni przesłał mnóstwo notatek i dokumentów, mimochodem, bo głównym celem Alexandra było zachowanie historii wspólnego przedsięwzięcia z Aleksandrą - stworzenia Polsko–Niemiecko–Litewskiego Towarzystwa Cmentarnego, gdzie ludzie odcięci od swoich korzeni będą mogli spocząć na rodzinnej ziemi, nic to, że dopiero po śmierci. Odtwarzana z zapisków Reschkego (a zapewne po części autobiograficznych autora) historia Gdańska w okresie post-socjalistycznej transformacji jest ciekawym para-dokumentem, zwłaszcza z nałożoną na nią opowieścią osobistą o parze wdowców.

Niestety, wszystko psuje wątek Towarzystwa i - w pewnym sensie - ekologii. Egzaltowane wywody się nad tym, że ludzie zasługują na grób w Ziemi Przodków, że to obowiązek żyjących, są jednak mniej odrzucające niż polityka. Pomysł dwojga zakochanych przeradza się w polityczne monstrum: rady nadzorcze, walki o wpływy, audyty finansowe, nieustające kłótnie o to, czy sprowadzanie do Polski (oczywiście za grube marki) ekshumowanych prochów ludzi zmarłych i pochowanych jest świętokradztwem i skokiem na kasę, czy naturalnych rozwojem przedsiębiorstwa; czy budowa pól golfowych i domów spokojnej starości dla “dobrych Niemców” to wypełnienie niszy rynkowej czy jednak rozbieranie po kawałku Polski. Plącze się wątek emigranta z Bengalu, pana Chatterjee, który rozpoczyna intratne przedsięwzięcie transportu rikszowego w Gdańsku, wspieranego przez Reschkego w tajemnicy przed Towarzystwem. Wreszcie - żeby tytułowi stało się zadość - jest o zwłowróżbności kumaka, który (mimo że jego występowania w naturze jest zagrożone przez cywilizację) pojawia się jako zły omen, sygnalizujący smutną pointę - cnen tvavr j cemlcnqxbjlz jlcnqxh cemrq yho mn Arncbyrz cbqpmnf jlznembarw cbqeóżl Nyrxfnaqel, orm mjvąmxh m snohłą . Jakie to było nudne. Doceniam ogromny risercz, ale jeśli jak ja nie interesujecie się (fikcyjną) historią Gdańska, to zdecydowanie warto poszukać innej książki Grassa.

#63/#9

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 17, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Antoni Marczyński - Kłopoty ze spadkiem

W prasie pojawia się anons: "...PRAGNĄC ZAŁATWIĆ OSTATECZNIE SWOJE SPRAWY RODZINNE PROSZĘ WSZYSTKICH MOICH KREWNYCH, ABY MI WYBACZYLI DAWNE DZIWACTWA I W DNIU MOICH URODZIN A ZARAZEM IMIENIN, CZYLI SZÓSTEGO MAJA, ZECHCIELI PRZYBYĆ DO MNIE. JAN BORZĘCKI". W efekcie w willi profesora, znanego, acz ekscentrycznego wynalazcy, spotyka się cała jego rodzina. Atmosfera nie jest zbyt lekka, mimo że celem spotkania miało być rozwiązanie wszystkich waśni i konfliktów, bo i profesor ma ciężki charakter, tu kogoś obrazi, tam kogoś wydziedziczy. Dookoła szaleje burza, słychać strzał, profesor zostaje znaleziony martwy. W willi znajduje się 12 spokrewnionych osób (dwie dorosłe siostry przyrodnie ze swoimi dorosłymi już dziećmi, bratanek z żoną czy wreszcie kuzynka profesora z mężem) oraz służba i współpracownicy profesora - zarządca jego majątku i głuchoniemy totumfacki, który chyba jako jedyny jest śmiercią pracodawcy zasmucony. Do skłóconej rodziny zabitego dołącza młody, inteligentny piłkarz o tym samym nazwisku co denat (acz o nieustalonym stopniu pokrewieństwa, zwabiony ogłoszeniem) i kapitan Huber, próbujący ze sprzecznych zeznań i zapiekłych waśni wyciągnąć ziarno prawdy.

To ramotka (z tego, co czytałam, to uwspółcześniona wersja historii z międzywojnia), w stylu “zamkniętego pokoju”. Ktoś kradnie testament, wszyscy podejrzewają wszystkich, chęć uzyskania spadku jest powodem wielu zdarzeń, w tle odbywają się romanse i wyjaśniają się tajemnice z przeszłości. Bohaterowie są obdarzeni całą gamą cech: ktoś zdradza żonę, ktoś inny jest tchórzem, jedna z pań jest wyjątkową idiotką, ktoś jest chciwy. Wisienką na torcie jest nieco przypadkowo[1] pojawiający się sportowiec, którego ironiczne komentarze doskonale puentują niektóre zachowania uczestników. Ale pomijając czasem zabawne dialogi, to tak niekoniecznie.

[1] Michał Borzęcki pojawia się w willi z ciekawości, zanim jeszcze następuje feralny wystrzał i padają kolejne trupy. Trudno uwierzyć w dogodne zdolności detektywistyczne młodego człowieka, dzięki którym[2] udaje się zbrodnie wyjaśnić.

[2] Albowiem kapitan Huber jest absolutnie pozbawiony błyskotliwości, ignoruje oczywiste ślady, nie zleca przeszukania całej willi, co w zasadzie od razu rozwiązałoby tajemnicę oraz nie kwestionuje niczyjej tożsamości[3].

[3] Qmvęxv pmrzh xnexbłbzan zvfglsvxnpwn m fvbfgemrńprz cemroenalz mn tłhpubavrzrtb fłhżąprtb, xgóel qbtbqavr hzneł v bq qjópu gltbqav tavwr an fgelpuh, gejn cemrm xbyrwar xvyxnanśpvr qav.

Audiobook doskonale czyta Roch Siemianowski.

#54/#8

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipiec 26, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj