[18-20.08.2020]
Podlasie to arcyciekawa okolica pod względem etnologicznym. Na styku z Białorusią, mimo egalizaryzującego wpływu PRL-u, mieszkają tu wyznawcy katolicyzmu, prawosławia i muzułmanie. Fantastycznie to widać na cmentarzach, gdzie obok siebie stoją czasem krzyże katolickie i prawosławne (dwu- lub trzybelkowe - pozioma, jak u katolików, jedna ukośna poniżej, druga mniejsza pozioma powyżej), a nagrobki są opisane cyrylicą albo alfabetem łacińskim nawet w ramach tej samej rodziny. Jako że estetykę kościołów mam już nieco opatrzoną (chociaż z chęci przeżyć ekstremalnych nieustająco kusi mnie wyprawa do Lichenia), przejechałam szlakiem malowniczych, ultra-kolorowych - ale w tym dobrym sensie - cerkwi oraz jednego meczetu. Meczet w Kruszynianach okazał się niestety być must-have wszystkich wycieczek z okolicy, na parkingu kilka autokarów; wokół i w środku kłębiły się dzikie tłumy tych, którym nie straszne było zdjęcie obuwia (bo byli tacy, co odmawiali). Zrezygnowałam z wchodzenia do środka, pewnie lepiej się tam wybrać nie w sierpniu. W cerkwiach było różnie - większość była zamknięta na kłódkę, można było jedynie przespacerować się dookoła. W Trześciance proboszcz o sporej wiedzy historycznej i biblijnej snuł opowieści o genezie artefaktów we wnętrzu; w Hajnówce nie weszłam do cerkwi pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela, bo trwała tam długa i skomplikowana choreograficznie msza, zaś w Soborze św. Trójcy sympatyczny duszpasterz zaprosił nas do środka i pokazał, którędy wyjść, jakby było główne wejście zamknięte, co sprowokowało Majuta do uwagi, że był zaskakująco miły jak na księdza. W niektórych miejscach sugerowano umawianie się na zwiedzanie, odpuściłam, bo plan wycieczki był raczej po stronie chaosu.
Nawet jak się jest ateistką, warto mieć chustę do nakrycia głowy przed wejściem, zwyczajnie z grzeczności. Nie jestem wielbicielką zwyczajów religijnych, zwłaszcza wywodzących się z patriarchalizmu, ale do wgapiania się w bogactwo ikon i witraży mogę zrobić wyjątek.
Miejscowości z poniższej listy są wybrane dość losowo - mieszkaliśmy w Hajnówce, zrobiliśmy dwie wycieczki samochodowe (jedna zahaczającą o Białystok, o czym niebawem).
Wiele miejsc ominęliśmy - Supraśl z fantastycznie monumentalnymi świątyniami, Pasynki, Klejniki, Sokółkę, Orlę czy drugą enklawę Tatarską w Bohonikach, nie wspominając o wszystkich miejscach z przepięknymi pejzażami po drodze.
Hajnówka - cmentarz i cerkiew cmentarna pw. Wszystkich Świętych, cerkiew pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela i Sobór św. Trójcy
Dubiny - cerkiew pw. Zaśnięcia Matki Bożej
Łosinka - cmentarz i cerkiew prawosławna pw. św. Jerzego i cerkiew św. Apostoła Jakuba
Narew - Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego
Nowa Wola - Cerkiew pw. św. Jana Chrzciciela
Gródek - Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy
Kruszyniany - najstarszy zachowany drewniany meczet
Trześcianka - cerkiew św. Michała Archanioła
Soce - kaplica pw. św. Proroka Eliasza
Puchły - parafia prawosławna pw. Opieki Matki Bożej
Klejniki - Cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego
Łosinka - cmentarz
Parafia prawosławna pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach
Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego w Narwi
Cerkiew pw. Zaśnięcia Matki Bożej w Dubinach
Meczet w Kruszynianach
Cerkiew cmentarna pw. Wszystkich Świętych w Hajnówce / Kaplica pw. św. Proroka Eliasza w Socach
Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance
Cerkiew pw. św. Jana Chrzciciela w Nowej Woli / Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance
Sobór św. Trójcy w Hajnówce - wnętrze i z zewnątrz
Parafia prawosławna pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 6, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, podlasie, soce, puchly, trzescianka, hajnowka, narew, nowa-wola, dubiny, losinka, grodek, klejniki, kruszyniany
- 4 komentarze
- Skomentuj
[18-20.08.2020]
Podlasie to arcyciekawa okolica pod względem etnologicznym. Na styku z Białorusią, mimo egalizaryzującego wpływu PRL-u, mieszkają tu wyznawcy katolicyzmu, prawosławia i muzułmanie. Fantastycznie to widać na cmentarzach, gdzie obok siebie stoją czasem krzyże katolickie i prawosławne (dwu- lub trzybelkowe - pozioma, jak u katolików, jedna ukośna poniżej, druga mniejsza pozioma powyżej), a nagrobki są opisane cyrylicą albo alfabetem łacińskim nawet w ramach tej samej rodziny. Jako że estetykę kościołów mam już nieco opatrzoną (chociaż z chęci przeżyć ekstremalnych nieustająco kusi mnie wyprawa do Lichenia), przejechałam szlakiem malowniczych, ultra-kolorowych - ale w tym dobrym sensie - cerkwi oraz jednego meczetu. Meczet w Kruszynianach okazał się niestety być must-have wszystkich wycieczek z okolicy, na parkingu kilka autokarów; wokół i w środku kłębiły się dzikie tłumy tych, którym nie straszne było zdjęcie obuwia (bo byli tacy, co odmawiali). Zrezygnowałam z wchodzenia do środka, pewnie lepiej się tam wybrać nie w sierpniu. W cerkwiach było różnie - większość była zamknięta na kłódkę, można było jedynie przespacerować się dookoła. W Trześciance proboszcz o sporej wiedzy historycznej i biblijnej snuł opowieści o genezie artefaktów we wnętrzu; w Hajnówce nie weszłam do cerkwi pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela, bo trwała tam długa i skomplikowana choreograficznie msza, zaś w Soborze św. Trójcy sympatyczny duszpasterz zaprosił nas do środka i pokazał, którędy wyjść, jakby było główne wejście zamknięte, co sprowokowało Majuta do uwagi, że był zaskakująco miły jak na księdza. W niektórych miejscach sugerowano umawianie się na zwiedzanie, odpuściłam, bo plan wycieczki był raczej po stronie chaosu.
Nawet jak się jest ateistką, warto mieć chustę do nakrycia głowy przed wejściem, zwyczajnie z grzeczności. Nie jestem wielbicielką zwyczajów religijnych, zwłaszcza wywodzących się z patriarchalizmu, ale do wgapiania się w bogactwo ikon i witraży mogę zrobić wyjątek.
Miejscowości z poniższej listy są wybrane dość losowo - mieszkaliśmy w Hajnówce, zrobiliśmy dwie wycieczki samochodowe (jedna zahaczającą o Białystok, o czym niebawem).
Wiele miejsc ominęliśmy - Supraśl z fantastycznie monumentalnymi świątyniami, Pasynki, Klejniki, Sokółkę, Orlę czy drugą enklawę Tatarską w Bohonikach, nie wspominając o wszystkich miejscach z przepięknymi pejzażami po drodze.
Hajnówka - cmentarz i cerkiew cmentarna pw. Wszystkich Świętych, cerkiew pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela i Sobór św. Trójcy
Dubiny - cerkiew pw. Zaśnięcia Matki Bożej
Łosinka - cmentarz i cerkiew prawosławna pw. św. Jerzego i cerkiew św. Apostoła Jakuba
Narew - Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego
Nowa Wola - Cerkiew pw. św. Jana Chrzciciela
Gródek - Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy
Kruszyniany - najstarszy zachowany drewniany meczet
Trześcianka - cerkiew św. Michała Archanioła
Soce - kaplica pw. św. Proroka Eliasza
Puchły - parafia prawosławna pw. Opieki Matki Bożej
Klejniki - Cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego
Łosinka - cmentarz
Parafia prawosławna pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach
Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego w Narwi
Cerkiew pw. Zaśnięcia Matki Bożej w Dubinach
Meczet w Kruszynianach
Cerkiew cmentarna pw. Wszystkich Świętych w Hajnówce / Kaplica pw. św. Proroka Eliasza w Socach
Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance
Cerkiew pw. św. Jana Chrzciciela w Nowej Woli / Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance
Sobór św. Trójcy w Hajnówce - wnętrze i z zewnątrz
Parafia prawosławna pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 6, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, podlasie, soce, puchly, trzescianka, hajnowka, narew, nowa-wola, dubiny, losinka, grodek, klejniki, kruszyniany
- 4 komentarze
- Skomentuj
Książka podzielona jest na rozłożone w czasie cztery epizody z życia Lutka[1], pierwszego dziecka urodzonego w komunie hippisowskiej, która rozpoczęła budowę Arkadii, ostoi wolności. Pierwsza część to lata 70. - życie wspólnoty, gdzie każdy wkłada według możliwości pracę, a bierze miłość i opiekę, widziane oczami 6-latka, uznawanego przez otoczenie za nieco opóźnionego w rozwoju. Mimo że wszyscy żyją na granicy ubóstwa i głodu, gnieżdżą w szopach i przyczepach, odbudowując zrujnowany wspólny dom, ten okres jest w oczach dziecka sielanką, mimo ewidentnie niepokojących sygnałów - matka ma głęboką depresję, a dookoła mało kto jest szczęśliwy. Części druga to lata 80. i zmierzch Arkadii. Do wspólnoty przybywa coraz więcej nowych - spragnionych narkotycznych wrażeń i wolnej miłości nastolatków, drobnych przestępców, którzy w komunie widzą azyl, a charyzmatyczny przywódca jest wpatrzony we własny pępek i przyrodzenie, a nie w dobrostan rodziny. Lutek przeżywa dojrzewanie i pierwszą miłość do Helle, swojej równolatki. W części trzeciej - co ciekawe - retrospekcyjnie - pokazany jest związek Lutka i Helle, przyjście na świat ich córki, kariera fotograficzna i uniwersytecka Lutka, wreszcie nagłe zniknięcie Helle, która w przeciwieństwie do protagonisty nie chciała być uwiązana do niczego. W tle losy innych mieszkańców Arkadii.
Najmocniejsza dla mnie jest ostatnia część. Jest rok 2018 (przypominam, że książka została wydana w 2011). Córka - Grace - ma 14 lat, Lutek wychowuje ją samotnie. Jednocześnie dzieją się dwie rzeczy - po częściowo nieudanym samobójstwie rodziców przeżywa matka Lutka, Hanna, ale jest w kiepskim stanie, zwłaszcza że do zatrucia lekami dochodzi postępujące stwardnienie rozsiane, niszczące jej ciało (bezpośredni powód samobójstwa); na świecie powoli pojawia się pandemia, spowodowana przez wirusa typu SARS, doprowadzającego błyskawicznie do niewydolności oddechowej (2011, wspominałam?). Lutek z Grace wracają do Arkadii, żeby zająć się Hanną i uciec od szybko rozprzestrzeniającej się choroby, w którą - mimo kilkuset tysięcy zgonów - niektórzy nie wierzą. Jest tu trochę elementów fantastycznych (przenośny komputer wspomagający mowę osoby niesprawnej za pomocą rejestracji ruchów oka), ale reszta jest boleśnie aktualna - jak dawać sobie radę podczas pandemii i kiedy pozwolić ukochanej osobie odejść.
Nie wiem, jak Groff to robi, ale każda z jej książek jest inna, a wszystkie świetne. Umie pokazać męża żyjącego z żoną, której nie zna i żonę, która latami buduje ułudę, żeby mąż był szczęśliwy. Umie w zapach i fakturę świata na skraju przepaści. Umie wreszcie w bycie dzieckiem, dorosłym i starcem.
[1] Zastanawiało mnie tłumaczenie imienia głównego bohatera, Ridella Sorella, jako Lutek. W oryginale nazywa się Bit - od Itty-Bitty (maleństwo), u nas wyewoluował w (Ma)Lutka.
Inne tej autorki.
#113
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 4, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Książka podzielona jest na rozłożone w czasie cztery epizody z życia Lutka[1], pierwszego dziecka urodzonego w komunie hippisowskiej, która rozpoczęła budowę Arkadii, ostoi wolności. Pierwsza część to lata 70. - życie wspólnoty, gdzie każdy wkłada według możliwości pracę, a bierze miłość i opiekę, widziane oczami 6-latka, uznawanego przez otoczenie za nieco opóźnionego w rozwoju. Mimo że wszyscy żyją na granicy ubóstwa i głodu, gnieżdżą w szopach i przyczepach, odbudowując zrujnowany wspólny dom, ten okres jest w oczach dziecka sielanką, mimo ewidentnie niepokojących sygnałów - matka ma głęboką depresję, a dookoła mało kto jest szczęśliwy. Części druga to lata 80. i zmierzch Arkadii. Do wspólnoty przybywa coraz więcej nowych - spragnionych narkotycznych wrażeń i wolnej miłości nastolatków, drobnych przestępców, którzy w komunie widzą azyl, a charyzmatyczny przywódca jest wpatrzony we własny pępek i przyrodzenie, a nie w dobrostan rodziny. Lutek przeżywa dojrzewanie i pierwszą miłość do Helle, swojej równolatki. W części trzeciej - co ciekawe - retrospekcyjnie - pokazany jest związek Lutka i Helle, przyjście na świat ich córki, kariera fotograficzna i uniwersytecka Lutka, wreszcie nagłe zniknięcie Helle, która w przeciwieństwie do protagonisty nie chciała być uwiązana do niczego. W tle losy innych mieszkańców Arkadii.
Najmocniejsza dla mnie jest ostatnia część. Jest rok 2018 (przypominam, że książka została wydana w 2011). Córka - Grace - ma 14 lat, Lutek wychowuje ją samotnie. Jednocześnie dzieją się dwie rzeczy - po częściowo nieudanym samobójstwie rodziców przeżywa matka Lutka, Hanna, ale jest w kiepskim stanie, zwłaszcza że do zatrucia lekami dochodzi postępujące stwardnienie rozsiane, niszczące jej ciało (bezpośredni powód samobójstwa); na świecie powoli pojawia się pandemia, spowodowana przez wirusa typu SARS, doprowadzającego błyskawicznie do niewydolności oddechowej (2011, wspominałam?). Lutek z Grace wracają do Arkadii, żeby zająć się Hanną i uciec od szybko rozprzestrzeniającej się choroby, w którą - mimo kilkuset tysięcy zgonów - niektórzy nie wierzą. Jest tu trochę elementów fantastycznych (przenośny komputer wspomagający mowę osoby niesprawnej za pomocą rejestracji ruchów oka), ale reszta jest boleśnie aktualna - jak dawać sobie radę podczas pandemii i kiedy pozwolić ukochanej osobie odejść.
Nie wiem, jak Groff to robi, ale każda z jej książek jest inna, a wszystkie świetne. Umie pokazać męża żyjącego z żoną, której nie zna i żonę, która latami buduje ułudę, żeby mąż był szczęśliwy. Umie w zapach i fakturę świata na skraju przepaści. Umie wreszcie w bycie dzieckiem, dorosłym i starcem.
[1] Zastanawiało mnie tłumaczenie imienia głównego bohatera, Ridella Sorella, jako Lutek. W oryginale nazywa się Bit - od Itty-Bitty (maleństwo), u nas wyewoluował w (Ma)Lutka.
Inne tej autorki.
#113
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 4, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Bella ma napisać drugą książkę. Pierwsza, “Kroniki rozczarowanego millenialsa”, powstała niejako mimochodem, z jej celnych wpisów w social mediach, popularnych wśród znajomych; wydana przez ambitne wydawnictwo odniosła spory sukces, zadatkowano więc drugą książkę. I tu się zaczyna problem, bo Bella - mimo trzech miesięcy we Włoszech na koszt wydawnictwa - nie dała rady nic sensownego napisać. Po powrocie ma oddać pierwszą wersję powieści, decyduje się więc pociągnąć w biurze wydawnictwa nockę, żeby “doszlifować szkic”. Założenie zacne, ale impreza w pubie z dawno nie widzianymi przyjaciółmi jeszcze zacniejsza. Napije się, zarzuci coś na dobry humor, potańczy i z nową energią wróci i napisze. Prokrastynacja level master. Odzyskuje świadomość bladym świtkiem, nad kilkoma stronami dziwnego, chaotycznego tekstu, którego pisania nie pamięta. W ogóle coś dziwnego się dzieje z jej głową, niewiele pamięta z poprzedniej nocy. Dopiero w przebłyskach zaczyna do niej docierać, że została odurzona i ktoś ją, półprzytomną, zgwałcił w toalecie.
Od razu ustawię poziom - to jest komedia, ale czarna i jadąca po bandzie. Śmieję się z Belli, która trzaska selfie podczas zeznań na policji czy rozmowy o kiepskich wynikach badań u lekarza, jednocześnie mrozi mnie, kiedy do Belli (i oglądającego) dociera, skąd rana na czole i kiedy powoli odkrywa, co się zdarzyło tej nocy. Nie śmieję się już, kiedy widzę, że za żarcikami ukrywa traumę, że nie potrafi sobie poradzić z tym, co się wydarzyło mimo terapii i pomocy przyjaciół. Można pójść łatwą drogą, nierozsądna dziewczynka nie pilnowała drinka, ale naprawdę nie o to chodzi (por. victim blaming). Jest to jednak serial dość nierówny i z manierą edukacyjną. Oprócz wyjaśnienia i przepracowania zdarzeń feralnej imprezy, jest o ukradkowym ściąganiu prezerwatywy podczas stosunku bez wiedzy drugiej osoby, gwałcie na męskiej randce z grindera, lekceważonym przez policję (wszak po to poszedł, poza tym jest mężczyzną), fałszywych oskarżeniach czy konsensualności.
PS Zdradzę finał - Bella napisała i wydała drugą książkę.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 2, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Bella ma napisać drugą książkę. Pierwsza, “Kroniki rozczarowanego millenialsa”, powstała niejako mimochodem, z jej celnych wpisów w social mediach, popularnych wśród znajomych; wydana przez ambitne wydawnictwo odniosła spory sukces, zadatkowano więc drugą książkę. I tu się zaczyna problem, bo Bella - mimo trzech miesięcy we Włoszech na koszt wydawnictwa - nie dała rady nic sensownego napisać. Po powrocie ma oddać pierwszą wersję powieści, decyduje się więc pociągnąć w biurze wydawnictwa nockę, żeby “doszlifować szkic”. Założenie zacne, ale impreza w pubie z dawno nie widzianymi przyjaciółmi jeszcze zacniejsza. Napije się, zarzuci coś na dobry humor, potańczy i z nową energią wróci i napisze. Prokrastynacja level master. Odzyskuje świadomość bladym świtkiem, nad kilkoma stronami dziwnego, chaotycznego tekstu, którego pisania nie pamięta. W ogóle coś dziwnego się dzieje z jej głową, niewiele pamięta z poprzedniej nocy. Dopiero w przebłyskach zaczyna do niej docierać, że została odurzona i ktoś ją, półprzytomną, zgwałcił w toalecie.
Od razu ustawię poziom - to jest komedia, ale czarna i jadąca po bandzie. Śmieję się z Belli, która trzaska selfie podczas zeznań na policji czy rozmowy o kiepskich wynikach badań u lekarza, jednocześnie mrozi mnie, kiedy do Belli (i oglądającego) dociera, skąd rana na czole i kiedy powoli odkrywa, co się zdarzyło tej nocy. Nie śmieję się już, kiedy widzę, że za żarcikami ukrywa traumę, że nie potrafi sobie poradzić z tym, co się wydarzyło mimo terapii i pomocy przyjaciół. Można pójść łatwą drogą, nierozsądna dziewczynka nie pilnowała drinka, ale naprawdę nie o to chodzi (por. victim blaming). Jest to jednak serial dość nierówny i z manierą edukacyjną. Oprócz wyjaśnienia i przepracowania zdarzeń feralnej imprezy, jest o ukradkowym ściąganiu prezerwatywy podczas stosunku bez wiedzy drugiej osoby, gwałcie na męskiej randce z grindera, lekceważonym przez policję (wszak po to poszedł, poza tym jest mężczyzną), fałszywych oskarżeniach czy konsensualności.
PS Zdradzę finał - Bella napisała i wydała drugą książkę.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 2, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[15.08.2020]
W zasadzie to wyszło przypadkiem. D. zaprosił mnie na urodziny na świeżym powietrzu do miejscowości Rakowo. Zupełnym przypadkiem Rakowów w Polsce jest piętnaście, założyłam więc optymistycznie, że chodzi o Rakowo pod Czerniejewem, rzut beretem od Poznania, pojedziemy, pożyczymy i rozsądnie wrócimy (bo jak można nocować we własnym łóżku, to jednak nocujmy we własnym łóżku). Wtem okazało się, że chodziło o Rakowo za Wałczem, tuż pod Bornem Sulinowem, pośród drawskich jezior. Złote pola i krystalicznie czysta woda, nie wzięłam kostiumu, za to zmoczyłam sukienkę, brodząc po płyciźnie i fotografując muszelki.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 1, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, drawski-park-krajobrazowy, zachodniopomorskie, rakowo
- 5 komentarzy
- Skomentuj
[15.08.2020]
W zasadzie to wyszło przypadkiem. D. zaprosił mnie na urodziny na świeżym powietrzu do miejscowości Rakowo. Zupełnym przypadkiem Rakowów w Polsce jest piętnaście, założyłam więc optymistycznie, że chodzi o Rakowo pod Czerniejewem, rzut beretem od Poznania, pojedziemy, pożyczymy i rozsądnie wrócimy (bo jak można nocować we własnym łóżku, to jednak nocujmy we własnym łóżku). Wtem okazało się, że chodziło o Rakowo za Wałczem, tuż pod Bornem Sulinowem, pośród drawskich jezior. Złote pola i krystalicznie czysta woda, nie wzięłam kostiumu, za to zmoczyłam sukienkę, brodząc po płyciźnie i fotografując muszelki.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 1, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, drawski-park-krajobrazowy, zachodniopomorskie, rakowo
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Grupa ludzi z problemami - tracąca popularność autorka romansów, nowobogacka para z innymi oczekiwaniami wobec życia, rodzina w żałobie, gej szukający odpowiedzi na pytanie, czy chce mieć z partnerem dziecko, opuszczona przez męża żona, chcąca odzyskać atrakcyjność, wreszcie przebrzmiały gwiazdor sportowy - trafia do luksusowego “SPA”, gdzie właścicielka - ekscentryczna emigrantka pochodzenia rosyjskiego - obiecuje im, że w ciągu 10 dni wyjdą jako zupełnie inni ludzie. Na początku jest trudno - cyfrowy i realny detoks (z bagaży znika przemycony alkohol, papierosy i elektronika), milczenie, wstawanie nad ranem na medytację wszystkich irytują, ale wszyscy stopniowo przyzwyczajają się do nowego stylu. Powoli ujawniają swoje problemy podczas terapii; do tego momentu jest to taka trochę beletrystyka self-help - odłóż elektronikę, wsłuchaj się w siebie, zdrowo i skromnie się odżywiaj, unikaj używek, bądź wdzięczny/a, zacznij ćwiczyć, a staniesz się nowym, lepszym człowiekiem. Tyle że nie do końca, bo coś tajemniczego dzieje się w ośrodku odnowy, a - najpierw - cyfrowe odcięcie, potem już realne, kiedy grupa zostaje zamknięta w sali w piwnicy, okazuje się być kluczowe do procesu “odmiany”.
Jest to chyba najsłabsza ze wszystkich książek Moriarty. Bohaterowie są z kartonu (recepta dla pisarki to “nie przejmuj się złą recenzją, zacznij pisać thrillery zamiast romansów”, dla opuszczonej żony “to nie twoja wina, uwierz, że jesteś atrakcyjna” itp.), zaś demoniczna Masza, która jlzlśyvłn nhgbefxą grencvę zvxebqnjxnzv YFQ benm hmlfxnavr bśjvrpravn mn cbzbpą temloxój unyhplabtraalpu orm jvrqml xyvragój, okazuje się być dobrym, choć niezrozumianym człowiekiem. Dodatkowe “głębokie” myśli: (nawet duże) pieniądze szczęścia nie dają, nie ma sensu szukać w sobie winy, gdy inna osoba odbiera sobie życie, lepiej być chudym i młodym niż starym i grubym oraz dramatyczne wydarzenia budują przyjaźnie na całe życie (albo nie).
Inne tej autorki tutaj; przeczytałam też drugi raz “A teraz śpij”, bo pojawiło się nowe wydanie tej samej książki ze zmienionym tytułem “Miłość i inne obsesje”, a zanim się zorientowałam, że już czytałam, to trochę zeszło.
#111-112
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 31, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Grupa ludzi z problemami - tracąca popularność autorka romansów, nowobogacka para z innymi oczekiwaniami wobec życia, rodzina w żałobie, gej szukający odpowiedzi na pytanie, czy chce mieć z partnerem dziecko, opuszczona przez męża żona, chcąca odzyskać atrakcyjność, wreszcie przebrzmiały gwiazdor sportowy - trafia do luksusowego “SPA”, gdzie właścicielka - ekscentryczna emigrantka pochodzenia rosyjskiego - obiecuje im, że w ciągu 10 dni wyjdą jako zupełnie inni ludzie. Na początku jest trudno - cyfrowy i realny detoks (z bagaży znika przemycony alkohol, papierosy i elektronika), milczenie, wstawanie nad ranem na medytację wszystkich irytują, ale wszyscy stopniowo przyzwyczajają się do nowego stylu. Powoli ujawniają swoje problemy podczas terapii; do tego momentu jest to taka trochę beletrystyka self-help - odłóż elektronikę, wsłuchaj się w siebie, zdrowo i skromnie się odżywiaj, unikaj używek, bądź wdzięczny/a, zacznij ćwiczyć, a staniesz się nowym, lepszym człowiekiem. Tyle że nie do końca, bo coś tajemniczego dzieje się w ośrodku odnowy, a - najpierw - cyfrowe odcięcie, potem już realne, kiedy grupa zostaje zamknięta w sali w piwnicy, okazuje się być kluczowe do procesu “odmiany”.
Jest to chyba najsłabsza ze wszystkich książek Moriarty. Bohaterowie są z kartonu (recepta dla pisarki to “nie przejmuj się złą recenzją, zacznij pisać thrillery zamiast romansów”, dla opuszczonej żony “to nie twoja wina, uwierz, że jesteś atrakcyjna” itp.), zaś demoniczna Masza, która jlzlśyvłn nhgbefxą grencvę zvxebqnjxnzv YFQ benm hmlfxnavr bśjvrpravn mn cbzbpą temloxój unyhplabtraalpu orm jvrqml xyvragój, okazuje się być dobrym, choć niezrozumianym człowiekiem. Dodatkowe “głębokie” myśli: (nawet duże) pieniądze szczęścia nie dają, nie ma sensu szukać w sobie winy, gdy inna osoba odbiera sobie życie, lepiej być chudym i młodym niż starym i grubym oraz dramatyczne wydarzenia budują przyjaźnie na całe życie (albo nie).
Inne tej autorki tutaj; przeczytałam też drugi raz “A teraz śpij”, bo pojawiło się nowe wydanie tej samej książki ze zmienionym tytułem “Miłość i inne obsesje”, a zanim się zorientowałam, że już czytałam, to trochę zeszło.
#111-112
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 31, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj