Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Lubię amerykańskich wykładowców

Mówią wyraźnie, umieją świetnie opowiadać, robią co 45 minut przerwę, podczas której puszczają filmy (dziś zawiesiłam się po raz nie wiem który na bohaterze tragicznym - wiewiórze z "Ice Age"), o 15 wyjmują czekoladki i oznajmiają, że tego nam wszystkim potrzeba. Za oknem słońce przeplatane deszczem, a kto nie nosi aparatu, ten głuptas.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 14, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Lubię amerykańskich wykładowców

Mówią wyraźnie, umieją świetnie opowiadać, robią co 45 minut przerwę, podczas której puszczają filmy (dziś zawiesiłam się po raz nie wiem który na bohaterze tragicznym - wiewiórze z "Ice Age"), o 15 wyjmują czekoladki i oznajmiają, że tego nam wszystkim potrzeba. Za oknem słońce przeplatane deszczem, a kto nie nosi aparatu, ten głuptas.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 14, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Thomas Duncan - Panna na nieboskłonie

Na okładce kusi czytelnikowy Jamnik, tymczasem książka okazała się nie być kryminałem. Nie zmienia to faktu, że to świetnie opisana historia pewnej panny, która przybyła z tropikalnych Wysp Dziewiczych do Santa Fe i nieco wstrząsnęła małym miasteczkiem w Nowym Meksyku. Nie jest to romans w pełnym tego słowa znaczeniu, ale pełne dygresji wspomnienia Pete'a McCabe, pisarza westernów, który przypadkiem znalazł się w Santa Fe w momencie, kiedy przybyła do niego Solveig Skovgaard. Dunka z pochodzenia, blondynka o chłodnej urodzie, przyjechała odebrać wygraną w konkursie poetyckim; jej wierszami zachwycił się poproszony o ocenę Pete. Chwilę później zachwycił się samą dziewczyną, mądrą, eteryczną, delikatną, ale niekoniecznie tak niewinną, jak chciała się wydawać. I było czarownie, powietrze aż drżało od emocji, tyle że panna poetka najpierw malowniczo uskarżając się na zanik weny poprosiła go o napisanie recenzji, a potem ukradła jego wiersze. Kiedy poprosiła go o napisanie za nią książki ze wspomnieniami z jej dzieciństwa, miłość się skończyła, bo odmówił. I obserwował, jak nieśmiała poetka z prowincji przeistacza się w milionerkę, jak metodą kolejnych kroków zdobyła sławę i majątek.

Świetny jest klimat dusznego, przygranicznego miasteczka, z panią Kenwick - filantropką i właścicielką pisma, z biedującym malarzem, od którego dzieła kupują rotacyjnie mieszkańcy miasta, żeby delikwent nie umarł z głodu czy z akcją niszczenia tablic reklamowych. Dodatkowo to małe studium natchnienia i pisania, wzorcowa kariera autora śmieciowatych opowiadań o kowbojach i krowach, który awansował na autora bestsellerów, stanowiących podstawę do znanych filmów, mimo że do końca nie miał wielkiego poważania dla swojej pisaniny. I trochę historia przypadku, bo wystarczyłoby, żeby ktoś nie pojechał na stację, ktoś inny nie został wspomniany w rozmowie, a jeszcze ktoś trzeci nie podszedł i się nie przedstawił.

Inne z tej serii.

#1 (wprawdzie ogon z 2011, ale)

Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 11, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2012, z-jamnikiem - 1 komentarz - Skomentuj


Thomas Duncan - Panna na nieboskłonie

Na okładce kusi czytelnikowy Jamnik, tymczasem książka okazała się nie być kryminałem. Nie zmienia to faktu, że to świetnie opisana historia pewnej panny, która przybyła z tropikalnych Wysp Dziewiczych do Santa Fe i nieco wstrząsnęła małym miasteczkiem w Nowym Meksyku. Nie jest to romans w pełnym tego słowa znaczeniu, ale pełne dygresji wspomnienia Pete'a McCabe, pisarza westernów, który przypadkiem znalazł się w Santa Fe w momencie, kiedy przybyła do niego Solveig Skovgaard. Dunka z pochodzenia, blondynka o chłodnej urodzie, przyjechała odebrać wygraną w konkursie poetyckim; jej wierszami zachwycił się poproszony o ocenę Pete. Chwilę później zachwycił się samą dziewczyną, mądrą, eteryczną, delikatną, ale niekoniecznie tak niewinną, jak chciała się wydawać. I było czarownie, powietrze aż drżało od emocji, tyle że panna poetka najpierw malowniczo uskarżając się na zanik weny poprosiła go o napisanie recenzji, a potem ukradła jego wiersze. Kiedy poprosiła go o napisanie za nią książki ze wspomnieniami z jej dzieciństwa, miłość się skończyła, bo odmówił. I obserwował, jak nieśmiała poetka z prowincji przeistacza się w milionerkę, jak metodą kolejnych kroków zdobyła sławę i majątek.

Świetny jest klimat dusznego, przygranicznego miasteczka, z panią Kenwick - filantropką i właścicielką pisma, z biedującym malarzem, od którego dzieła kupują rotacyjnie mieszkańcy miasta, żeby delikwent nie umarł z głodu czy z akcją niszczenia tablic reklamowych. Dodatkowo to małe studium natchnienia i pisania, wzorcowa kariera autora śmieciowatych opowiadań o kowbojach i krowach, który awansował na autora bestsellerów, stanowiących podstawę do znanych filmów, mimo że do końca nie miał wielkiego poważania dla swojej pisaniny. I trochę historia przypadku, bo wystarczyłoby, żeby ktoś nie pojechał na stację, ktoś inny nie został wspomniany w rozmowie, a jeszcze ktoś trzeci nie podszedł i się nie przedstawił.

Inne z tej serii.

#1 (wprawdzie ogon z 2011, ale)

Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 11, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2012, z-jamnikiem - 1 komentarz - Skomentuj


Zamek Gargamela

Się buduje. Tymczasem ciekawa jestem, czy ktoś wpadnie na pomysł zagospodarowania fantastycznego, urokliwego dojścia z ulicy 23 Lutego (skądinąd, podoba mi się idea mówienia "idę z 23 Lutego na 27 Grudnia", możliwe chyba tylko w Poznaniu) do nowopowstałego zamku. Od kiedy pamiętam, za brzydkim płotem były krzaki i drzewa i ścieżka, obiecująco prowadząca "gdzieś w górę". Może więc, drogie miasto?

Maj wszedł w świat dialogu z pluszakami. Podpuszczamy go nieco, włączając w samochodzie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" Lady Pank i powodując liczne pytania z tylnej kanapy: "Ciemu nas tam nie ma, mamo? Bo zia daleko?". Wczoraj odbiłam pytanie: "No właśnie, czemu nas tam nie ma, Maju?" i usłyszałam: "Wewióko, ciemu nas tam nie ma?".

Poza tym TŻ mnie po raz trzeci ograł w Memory, a ryba w Palmiarni ochlapała.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 9, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Moje miasto, Maja - - 9 komentarzy - Skomentuj


Zamek Gargamela

Się buduje. Tymczasem ciekawa jestem, czy ktoś wpadnie na pomysł zagospodarowania fantastycznego, urokliwego dojścia z ulicy 23 Lutego (skądinąd, podoba mi się idea mówienia "idę z 23 Lutego na 27 Grudnia", możliwe chyba tylko w Poznaniu) do nowopowstałego zamku. Od kiedy pamiętam, za brzydkim płotem były krzaki i drzewa i ścieżka, obiecująco prowadząca "gdzieś w górę". Może więc, drogie miasto?

Maj wszedł w świat dialogu z pluszakami. Podpuszczamy go nieco, włączając w samochodzie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" Lady Pank i powodując liczne pytania z tylnej kanapy: "Ciemu nas tam nie ma, mamo? Bo zia daleko?". Wczoraj odbiłam pytanie: "No właśnie, czemu nas tam nie ma, Maju?" i usłyszałam: "Wewióko, ciemu nas tam nie ma?".

Poza tym TŻ mnie po raz trzeci ograł w Memory, a ryba w Palmiarni ochlapała.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 9, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Moje miasto, Maja - - 9 komentarzy - Skomentuj


Klara S. Meralda - Sąsiadka kapitana Kotowicza

Ze znanych mi książkowych funkcjonariuszy, kapitan Kotowicz jest - przynajmniej prywatnie - raczej z tych pierdołowatych, co to się boją reakcji żony bądź żony ciotki. Bo mieszka ze świeżo pozyskaną żoną, sekretarką z komendy, która po ślubie przeniosła się do innego szefa, żeby nie pozostawać z mężem w zależności służbowej. Mieszka też z ciotką żony, jak to ładnie Bazyl określił - Radio Wolna Europa, która zajmowała się prowadzeniem domu (przynosiła rano mleko i bułeczki, od świtu czyhała u rzeźnika na schab, gotowała obiady), robieniem kapitanowi wyrzutów oraz węszeniem, czym się zajmując sąsiedzi. I z psem Florką mieszkał, co ma jakieś tam znaczenie dla akcji. Właśnie od ciotki kapitan dowiedział się, że "ta sąsiadka z góry" to ma mnóstwo pieniędzy, a nie wiadomo gdzie pracuje, ma nieużytą gosposię, która nie chce nic opowiadać i nie dość, że przychodzą do niej młodzi panowie, mimo że jest po 40., to jeszcze bywa u niej masażystka.

I tak trochę żeby zaimponować ciotce, kapitan zawiera znajomość z atrakcyjną nie tylko towarzysko sąsiadką. A to wymienia jej korki na automatyczne (inwestując w znajomość 180 zł i spektakularnie wpadając w tarapaty, bo zataił to przed swoim zaobrączkowanym Kurczątkiem), a to jadąc delegację przeżywa z panią Zaręską dość niewinne sam na sam na korytarzu przedziału sypialnego. I kto wie, czy szczęście małżeńskie kapitana nie byłoby zagrożone, gdyby nie to, że ktoś "tę z góry" otruł podczas "wilii" (słowo "wigilia" nie pada ani razu w książce). Kotowicz prowadzi śledztwo, samotnie urządza po pogrzebie "stypę" w kawiarni, zjadając dla uczczenia pamięci krótkiej znajomości parówki i popijając podwójny winiak. W toku śledztwa poznaje szczegółowo stan finansów i układy życiowe sąsiadki (a ciotka bardzo zazdrości!) i okazuje się, że jej wszyscy krewni i znajomi mogliby życzyć jej śmierci, bo nie była najmilszą osobą.

Kryminał mierny, jakby nie ciotka - bardzo mierny, ale ma sporo szczegółów zaopatrzeniowo-kulinarnych: herbata "Earl Grey" jest zdobywana tajemniczym sposobem przez żonę, a w "Delikatesach" można dostać wieczorem czerstwe pieczywo, masło ser i puszkę śledzi.

Inne tego autora:

#80 (z ubiegłego roku)

Listy robić nie będę, ale z ciekawości podliczyłam i tak:

  • 20 obyczajowych, licząc felietony i biografie,
  • 48 kryminałów, z czego 20 skandynawskich, 7 z PRL-u, 1 polski współczesny, 5 angielskich, 9 amerykańskich, 2 rosyjskie, izraelski, niemiecki i francuski),
  • 6 science-fiction/fantasy,
  • 3 dla dzieci (jednak z tych grubszych),
  • 3 wspomnieniowo-kulinarne.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 6, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, prl, 2012, kryminal - 5 komentarzy - Skomentuj


Klara S. Meralda - Sąsiadka kapitana Kotowicza

Ze znanych mi książkowych funkcjonariuszy, kapitan Kotowicz jest - przynajmniej prywatnie - raczej z tych pierdołowatych, co to się boją reakcji żony bądź żony ciotki. Bo mieszka ze świeżo pozyskaną żoną, sekretarką z komendy, która po ślubie przeniosła się do innego szefa, żeby nie pozostawać z mężem w zależności służbowej. Mieszka też z ciotką żony, jak to ładnie Bazyl określił - Radio Wolna Europa, która zajmowała się prowadzeniem domu (przynosiła rano mleko i bułeczki, od świtu czyhała u rzeźnika na schab, gotowała obiady), robieniem kapitanowi wyrzutów oraz węszeniem, czym się zajmując sąsiedzi. I z psem Florką mieszkał, co ma jakieś tam znaczenie dla akcji. Właśnie od ciotki kapitan dowiedział się, że "ta sąsiadka z góry" to ma mnóstwo pieniędzy, a nie wiadomo gdzie pracuje, ma nieużytą gosposię, która nie chce nic opowiadać i nie dość, że przychodzą do niej młodzi panowie, mimo że jest po 40., to jeszcze bywa u niej masażystka.

I tak trochę żeby zaimponować ciotce, kapitan zawiera znajomość z atrakcyjną nie tylko towarzysko sąsiadką. A to wymienia jej korki na automatyczne (inwestując w znajomość 180 zł i spektakularnie wpadając w tarapaty, bo zataił to przed swoim zaobrączkowanym Kurczątkiem), a to jadąc delegację przeżywa z panią Zaręską dość niewinne sam na sam na korytarzu przedziału sypialnego. I kto wie, czy szczęście małżeńskie kapitana nie byłoby zagrożone, gdyby nie to, że ktoś "tę z góry" otruł podczas "wilii" (słowo "wigilia" nie pada ani razu w książce). Kotowicz prowadzi śledztwo, samotnie urządza po pogrzebie "stypę" w kawiarni, zjadając dla uczczenia pamięci krótkiej znajomości parówki i popijając podwójny winiak. W toku śledztwa poznaje szczegółowo stan finansów i układy życiowe sąsiadki (a ciotka bardzo zazdrości!) i okazuje się, że jej wszyscy krewni i znajomi mogliby życzyć jej śmierci, bo nie była najmilszą osobą.

Kryminał mierny, jakby nie ciotka - bardzo mierny, ale ma sporo szczegółów zaopatrzeniowo-kulinarnych: herbata "Earl Grey" jest zdobywana tajemniczym sposobem przez żonę, a w "Delikatesach" można dostać wieczorem czerstwe pieczywo, masło ser i puszkę śledzi.

Inne tego autora:

#80 (z ubiegłego roku)

Listy robić nie będę, ale z ciekawości podliczyłam i tak:

  • 20 obyczajowych, licząc felietony i biografie,
  • 48 kryminałów, z czego 20 skandynawskich, 7 z PRL-u, 1 polski współczesny, 5 angielskich, 9 amerykańskich, 2 rosyjskie, izraelski, niemiecki i francuski),
  • 6 science-fiction/fantasy,
  • 3 dla dzieci (jednak z tych grubszych),
  • 3 wspomnieniowo-kulinarne.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 6, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, prl, 2012, kryminal - 5 komentarzy - Skomentuj


A w Empiku Czas Kultury 4/2011...

... w którym można (w zacnym towarzystwie) przeczytać mój reportaż o macierzyństwie w Internecie. Na zachętę kawałek:


Kiedy w grudniu 2008 zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski, nie spodziewałam się, że nagle i trochę wbrew swojej woli wejdę w całkiem innym internet, świat który do tej pory pieczołowicie omijałam - internet dla kobiet w ciąży i młodych mam. Zniknęła poprawna polszczyzna, zaczęły się zdrobnienia, zdrobnionka, zdrobnioniuśka. Kobieta w ciąży obrosła (czasem nawet we własnych słowach!) w miana brzuchatki, ciężarówki czy wielorybka. Znikały po kolei tabu - wydalanie, intymność, okrywanie nagości, choroby wrodzone i nabyte, wszystko podawane w tonie reporterskim, często okraszone personaliami i bogato ilustrowane zdjęciami.

(...) Internet zegalitaryzował komunikację. I nagle młoda blogująca czy pisząca na forum mama, dzieląca się swoim dwubiegunowym macierzyństwem - bo macierzyństwo rzadko jest letnie, miota się od bezbrzeżnego zachwytu, zwanego w internetach budyniem bądź pieluchowym zapaleniem mózgu (patrz E jak Euforia) do strachu, maksymalnej irytacji, zmęczenia i wkurzenia, graniczącego z depresją (patrz D jak Depresja) - znajduje się w samym środku [globalnej] wsi, która Lepiej Wie, jak dziecko powinna wychować. I jak w tradycyjnej wsi, najłatwiej jest udzielać rad zza płotu, bez znajomości rzeczy, ale z krzyczącą pewnością, że trzeba biedną, nieświadomą i niedouczoną matkę naprostować na Jedyną Właściwą Drogę. Tyle że w globalnej wiosce nie ma jednoznacznej, określonej tradycją czy wyznaniem drogi. Znika solidarność jajników, są za to odłamy i frakcje, czasem współpracujące, czasem się zwalczające.

Dodatkowo kupując "Czas Kultury" dostaniecie wersję papierową wydanego chyba rok temu elektronicznie zbiorku Macierzyństwo bez lukru, wspomagającego małego Mikołaja. Warto podwójnie.

Autografy na każdym podetkniętym mi egzemplarzu - gratis.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 3, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Przeczytali mnie - - 12 komentarzy - Skomentuj


A w Empiku Czas Kultury 4/2011...

... w którym można (w zacnym towarzystwie) przeczytać mój reportaż o macierzyństwie w Internecie. Na zachętę kawałek:


Kiedy w grudniu 2008 zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski, nie spodziewałam się, że nagle i trochę wbrew swojej woli wejdę w całkiem innym internet, świat który do tej pory pieczołowicie omijałam - internet dla kobiet w ciąży i młodych mam. Zniknęła poprawna polszczyzna, zaczęły się zdrobnienia, zdrobnionka, zdrobnioniuśka. Kobieta w ciąży obrosła (czasem nawet we własnych słowach!) w miana brzuchatki, ciężarówki czy wielorybka. Znikały po kolei tabu - wydalanie, intymność, okrywanie nagości, choroby wrodzone i nabyte, wszystko podawane w tonie reporterskim, często okraszone personaliami i bogato ilustrowane zdjęciami.

(...) Internet zegalitaryzował komunikację. I nagle młoda blogująca czy pisząca na forum mama, dzieląca się swoim dwubiegunowym macierzyństwem - bo macierzyństwo rzadko jest letnie, miota się od bezbrzeżnego zachwytu, zwanego w internetach budyniem bądź pieluchowym zapaleniem mózgu (patrz E jak Euforia) do strachu, maksymalnej irytacji, zmęczenia i wkurzenia, graniczącego z depresją (patrz D jak Depresja) - znajduje się w samym środku [globalnej] wsi, która Lepiej Wie, jak dziecko powinna wychować. I jak w tradycyjnej wsi, najłatwiej jest udzielać rad zza płotu, bez znajomości rzeczy, ale z krzyczącą pewnością, że trzeba biedną, nieświadomą i niedouczoną matkę naprostować na Jedyną Właściwą Drogę. Tyle że w globalnej wiosce nie ma jednoznacznej, określonej tradycją czy wyznaniem drogi. Znika solidarność jajników, są za to odłamy i frakcje, czasem współpracujące, czasem się zwalczające.

Dodatkowo kupując "Czas Kultury" dostaniecie wersję papierową wydanego chyba rok temu elektronicznie zbiorku Macierzyństwo bez lukru, wspomagającego małego Mikołaja. Warto podwójnie.

Autografy na każdym podetkniętym mi egzemplarzu - gratis.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 3, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Przeczytali mnie - - 12 komentarzy - Skomentuj