Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Seks nocy letniej

Mam takie miękkie miejsce w serduszku dla wczesnego Allena z całym jego nowojorsko-żydowskim bohaterem - sfrustrowanym, pokrywającym zakłopotanie dowcipkowaniem, z libido nieadekwatnym do skromnego wyglądu, okularami, szelkami i łysinką. Wprawdzie niespecjalnie przepadam za filmami kostiumowymi, ale tutaj kostiumy dodają niesamowitego uroku. Dystyngowany i dość leciwy Leopold, profesor Uniwersytetu Nowojorskiego bierze ślub z młodą, acz dość doświadczoną życiowo Ariel. Ślub ma odbyć się w wiejskim domu kuzynki profesora, Adrian. Adrian cierpi na oziębłość, a Andrew, jej mąż, w celu rozładowania napięcia zajmuje się wynalazkami. Do tego na zaplanowaną uroczystość przyjeżdża przyjaciel Andrew, doktor Maxwell z przypadkowo zabraną pielęgniarką Dulcy, która nieprzypadkowo okazuje się znawczynią ars amandi. Trzy pary w pięknych okolicznościach przyrody proszą się o wprowadzenie pewnego zamieszania w podziale na związki. W tle odbywa się parę dyskusji o ucywilizowaniu, o granicach między realnością a mistycyzmem, trochę biegania po lesie i rozmów o s.eksie, wraz z końcowym wnioskiem, że nie warto wszystkiego traktować poważnie.

Sympatyczny film na wieczór, brakuje w nim trochę allenowskiego Nowego Jorku (mała acz urokliwa scenka na terenie Uniwersytetu), za to pejzażyki wiejskie przemiłe.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 17, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Moja Walentynka

Pierwsza taka. Czerwone lampioniki, camembert z truskawkami i zielonym pieprzem (tak, naiwnością byłoby sądzić, że o tej porze roku można dostać coś więcej niż kartonowe owoce z dmuchanego plastiku o aromacie zgodnym z naturalnym, ale musiałam spróbować), kawa z cynamonem, bukiet ciemnoczerwonych tulipanów. Choinkowe światełka, porozwieszane wszędzie. Małe świeczki na każdym stoliku. Dla gości wieczornych na stołach porozsypywane były różane płatki, oświetlone tea-lightami. Brzęk machiny do kawy. Dzbanuszek z herbatą i woda mineralna z cytryną.

I zachwycone spojrzenie wielkich, szeroko otwartych oczu. Zielona pognieciona serwetka. Ręce sięgające do mojej twarzy, usiłujące złapać brzeg mojego talerza. Bezzębny uśmiech. To naprawdę obłędne jest pokazywać świat niespełna 6-miesięcznej córce. Skończyła się pewna era (nie, nie gorsza; tym wszystkim, którzy twierdzą, że "zanim" ich życie było puste, mogę tylko nieszczerze współczuć), teraz jest inaczej. Nie, nie gorzej.

Czekam na wiosnę, żeby świat stał się bardziej przejezdny i przyjazny. Może i sople malowniczo zwisające z balkonu są urocze, ale wolę pokazywać zielone liście na drzewach, motyle, kwiaty i ślimaki. Poproszę wiosnę NAOW! Tak jak nadchodzenie jesieni to melancholijna schyłkowość, tak dłuższy dzień (o 17 jeszcze nie jest ciemno!), pierwsze pączki na drzewach i coroczny festiwal na największą dziurę w wielkopolskiej nawierzchni budzi nadzieję, że przyjdzie lato i już tak zostanie.

A poza tym opanowałam maleńki kawałek chaosiku, pakując go w kolorowe pudełka z BRW i jest mi z tym trochę lepiej.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 14, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


Moja Walentynka

Pierwsza taka. Czerwone lampioniki, camembert z truskawkami i zielonym pieprzem (tak, naiwnością byłoby sądzić, że o tej porze roku można dostać coś więcej niż kartonowe owoce z dmuchanego plastiku o aromacie zgodnym z naturalnym, ale musiałam spróbować), kawa z cynamonem, bukiet ciemnoczerwonych tulipanów. Choinkowe światełka, porozwieszane wszędzie. Małe świeczki na każdym stoliku. Dla gości wieczornych na stołach porozsypywane były różane płatki, oświetlone tea-lightami. Brzęk machiny do kawy. Dzbanuszek z herbatą i woda mineralna z cytryną.

I zachwycone spojrzenie wielkich, szeroko otwartych oczu. Zielona pognieciona serwetka. Ręce sięgające do mojej twarzy, usiłujące złapać brzeg mojego talerza. Bezzębny uśmiech. To naprawdę obłędne jest pokazywać świat niespełna 6-miesięcznej córce. Skończyła się pewna era (nie, nie gorsza; tym wszystkim, którzy twierdzą, że "zanim" ich życie było puste, mogę tylko nieszczerze współczuć), teraz jest inaczej. Nie, nie gorzej.

Czekam na wiosnę, żeby świat stał się bardziej przejezdny i przyjazny. Może i sople malowniczo zwisające z balkonu są urocze, ale wolę pokazywać zielone liście na drzewach, motyle, kwiaty i ślimaki. Poproszę wiosnę NAOW! Tak jak nadchodzenie jesieni to melancholijna schyłkowość, tak dłuższy dzień (o 17 jeszcze nie jest ciemno!), pierwsze pączki na drzewach i coroczny festiwal na największą dziurę w wielkopolskiej nawierzchni budzi nadzieję, że przyjdzie lato i już tak zostanie.

A poza tym opanowałam maleńki kawałek chaosiku, pakując go w kolorowe pudełka z BRW i jest mi z tym trochę lepiej.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 14, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


Moja Walentynka

Pierwsza taka. Czerwone lampioniki, camembert z truskawkami i zielonym pieprzem (tak, naiwnością byłoby sądzić, że o tej porze roku można dostać coś więcej niż kartonowe owoce z dmuchanego plastiku o aromacie zgodnym z naturalnym, ale musiałam spróbować), kawa z cynamonem, bukiet ciemnoczerwonych tulipanów. Choinkowe światełka, porozwieszane wszędzie. Małe świeczki na każdym stoliku. Dla gości wieczornych na stołach porozsypywane były różane płatki, oświetlone tea-lightami. Brzęk machiny do kawy. Dzbanuszek z herbatą i woda mineralna z cytryną.

I zachwycone spojrzenie wielkich, szeroko otwartych oczu. Zielona pognieciona serwetka. Ręce sięgające do mojej twarzy, usiłujące złapać brzeg mojego talerza. Bezzębny uśmiech. To naprawdę obłędne jest pokazywać świat niespełna 6-miesięcznej córce. Skończyła się pewna era (nie, nie gorsza; tym wszystkim, którzy twierdzą, że "zanim" ich życie było puste, mogę tylko nieszczerze współczuć), teraz jest inaczej. Nie, nie gorzej.

Czekam na wiosnę, żeby świat stał się bardziej przejezdny i przyjazny. Może i sople malowniczo zwisające z balkonu są urocze, ale wolę pokazywać zielone liście na drzewach, motyle, kwiaty i ślimaki. Poproszę wiosnę NAOW! Tak jak nadchodzenie jesieni to melancholijna schyłkowość, tak dłuższy dzień (o 17 jeszcze nie jest ciemno!), pierwsze pączki na drzewach i coroczny festiwal na największą dziurę w wielkopolskiej nawierzchni budzi nadzieję, że przyjdzie lato i już tak zostanie.

A poza tym opanowałam maleńki kawałek chaosiku, pakując go w kolorowe pudełka z BRW i jest mi z tym trochę lepiej.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 14, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Kolejne heroiczne zmagania

Po sierpniowej kampanii łazienkowo-przedpokojowej opadłam z sił, ale pożądam kolejnych zmian.

  • Wybrać dywan. Zorientować się, że nie ma dywanów w formacie 4x2m. Wybrać wykładzinę. Czekać 4 tygodnie na sprowadzenie, bo tak to jest, jak się ma wymagania kolorystyczne[1].
  • Wybrać biurka w IKEI.
  • Zdjąć cały pierdolnik z biurek i okolic, przechować bezpiecznie (oraz nie zwariować bez stacjonarnego komputera).
  • Wyrzucić stare biurka i starą wykładzinę, jak przyjedzie nowa.
  • Cieszyć się przez chwilę idealnie pustym kątem kuchni.
  • Rozłożyć nową wykładzinę.
  • Okazać kotom i objaśnić, że TEJ NIE DRAPIEMY.
  • Przywieźć i zmontować biurka.
  • Władować do szuflad tonę papierów, która od kilku lat oczekuje w różnego autoramentu kartonach i pudłach.

Ciekawe, czy zdążę, zanim młodzież zacznie pełzać.

[1] Uprzejmy pan zapytał, w czym może pomóc. TŻ objaśnił, że wykładzinę albo dywan w rozmiarze 4x2m. Pan zaprowadził nad pod belę jakiejś granatowej szkarady i zapytał, czy taką. Bez większego wahania objaśniłam, że szukamy ładnej.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 13, 2010

Link bezpośredni - - 2 komentarze - Skomentuj


Kolejne heroiczne zmagania

Po sierpniowej kampanii łazienkowo-przedpokojowej opadłam z sił, ale pożądam kolejnych zmian.

  • Wybrać dywan. Zorientować się, że nie ma dywanów w formacie 4x2m. Wybrać wykładzinę. Czekać 4 tygodnie na sprowadzenie, bo tak to jest, jak się ma wymagania kolorystyczne[1].
  • Wybrać biurka w IKEI.
  • Zdjąć cały pierdolnik z biurek i okolic, przechować bezpiecznie (oraz nie zwariować bez stacjonarnego komputera).
  • Wyrzucić stare biurka i starą wykładzinę, jak przyjedzie nowa.
  • Cieszyć się przez chwilę idealnie pustym kątem kuchni.
  • Rozłożyć nową wykładzinę.
  • Okazać kotom i objaśnić, że TEJ NIE DRAPIEMY.
  • Przywieźć i zmontować biurka.
  • Władować do szuflad tonę papierów, która od kilku lat oczekuje w różnego autoramentu kartonach i pudłach.

Ciekawe, czy zdążę, zanim młodzież zacznie pełzać.

[1] Uprzejmy pan zapytał, w czym może pomóc. TŻ objaśnił, że wykładzinę albo dywan w rozmiarze 4x2m. Pan zaprowadził nad pod belę jakiejś granatowej szkarady i zapytał, czy taką. Bez większego wahania objaśniłam, że szukamy ładnej.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 13, 2010

Link bezpośredni - - 2 komentarze - Skomentuj


Kolejne heroiczne zmagania

Po sierpniowej kampanii łazienkowo-przedpokojowej opadłam z sił, ale pożądam kolejnych zmian.

  • Wybrać dywan. Zorientować się, że nie ma dywanów w formacie 4x2m. Wybrać wykładzinę. Czekać 4 tygodnie na sprowadzenie, bo tak to jest, jak się ma wymagania kolorystyczne[1].
  • Wybrać biurka w IKEI.
  • Zdjąć cały pierdolnik z biurek i okolic, przechować bezpiecznie (oraz nie zwariować bez stacjonarnego komputera).
  • Wyrzucić stare biurka i starą wykładzinę, jak przyjedzie nowa.
  • Cieszyć się przez chwilę idealnie pustym kątem kuchni.
  • Rozłożyć nową wykładzinę.
  • Okazać kotom i objaśnić, że TEJ NIE DRAPIEMY.
  • Przywieźć i zmontować biurka.
  • Władować do szuflad tonę papierów, która od kilku lat oczekuje w różnego autoramentu kartonach i pudłach.

Ciekawe, czy zdążę, zanim młodzież zacznie pełzać.

[1] Uprzejmy pan zapytał, w czym może pomóc. TŻ objaśnił, że wykładzinę albo dywan w rozmiarze 4x2m. Pan zaprowadził nad pod belę jakiejś granatowej szkarady i zapytał, czy taką. Bez większego wahania objaśniłam, że szukamy ładnej.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 13, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Roseanna

Komisarz Martin Beck ma niepracującą i dość marudną żonę, dwójkę dzieci w wieku szkolnym, hobbystycznie buduje modele okrętów, ale na szczęście ma też pracę, która pozwala mu nie przebywać za dużo w domu. Podczas pogłębiania jednego z kanałów znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Śledztwo się wlecze, Beck i jego współpracownicy spędzają nad nim mnóstwo dupogodzin, przemierzają niezliczone kilometry, poruszają pół świata, bo ofiara okazuje się być Amerykanką. Trochę bawi zestawienie ze współczesnymi kryminałami, gdzie łatwiej się odpuszcza. Ten dzieje się w latach 60. ubiegłego wieku (uwielbiam to dookreślenie, chociaż dla mnie mentalnie to jednak cały czas "ten wiek") i wysiłek, jaki szwedzka policja wkłada w pojedynczą sprawę, jest niesamowity. I za ten wysiłek cenię szwedzkie kryminały. I za melancholię, zadumę nad zdjęciem, spacer z hotelu do nabrzeża i wieczór przy kolejnej paczce papierosów marki Floryda, podczas którego wykluwa się nowa koncepcja śledztwa. Nie ma deus ex machina, jest ciężka praca.

Inne tych autorów.

#7

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 11, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, panowie, 2010, kryminal - 4 komentarze - Skomentuj


Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Roseanna

Komisarz Martin Beck ma niepracującą i dość marudną żonę, dwójkę dzieci w wieku szkolnym, hobbystycznie buduje modele okrętów, ale na szczęście ma też pracę, która pozwala mu nie przebywać za dużo w domu. Podczas pogłębiania jednego z kanałów znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Śledztwo się wlecze, Beck i jego współpracownicy spędzają nad nim mnóstwo dupogodzin, przemierzają niezliczone kilometry, poruszają pół świata, bo ofiara okazuje się być Amerykanką. Trochę bawi zestawienie ze współczesnymi kryminałami, gdzie łatwiej się odpuszcza. Ten dzieje się w latach 60. ubiegłego wieku (uwielbiam to dookreślenie, chociaż dla mnie mentalnie to jednak cały czas "ten wiek") i wysiłek, jaki szwedzka policja wkłada w pojedynczą sprawę, jest niesamowity. I za ten wysiłek cenię szwedzkie kryminały. I za melancholię, zadumę nad zdjęciem, spacer z hotelu do nabrzeża i wieczór przy kolejnej paczce papierosów marki Floryda, podczas którego wykluwa się nowa koncepcja śledztwa. Nie ma deus ex machina, jest ciężka praca.

Inne tych autorów.

#7

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 11, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, panowie, 2010, kryminal - 4 komentarze - Skomentuj


Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Roseanna

Komisarz Martin Beck ma niepracującą i dość marudną żonę, dwójkę dzieci w wieku szkolnym, hobbystycznie buduje modele okrętów, ale na szczęście ma też pracę, która pozwala mu nie przebywać za dużo w domu. Podczas pogłębiania jednego z kanałów znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Śledztwo się wlecze, Beck i jego współpracownicy spędzają nad nim mnóstwo dupogodzin, przemierzają niezliczone kilometry, poruszają pół świata, bo ofiara okazuje się być Amerykanką. Trochę bawi zestawienie ze współczesnymi kryminałami, gdzie łatwiej się odpuszcza. Ten dzieje się w latach 60. ubiegłego wieku (uwielbiam to dookreślenie, chociaż dla mnie mentalnie to jednak cały czas "ten wiek") i wysiłek, jaki szwedzka policja wkłada w pojedynczą sprawę, jest niesamowity. I za ten wysiłek cenię szwedzkie kryminały. I za melancholię, zadumę nad zdjęciem, spacer z hotelu do nabrzeża i wieczór przy kolejnej paczce papierosów marki Floryda, podczas którego wykluwa się nowa koncepcja śledztwa. Nie ma deus ex machina, jest ciężka praca.

Inne tych autorów.

#7

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 11, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj