Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

George Simenon - Maigret w kabarecie

Francja komisarza Maigreta jest brzydka. Zimno, pada deszcz, mordują jedną z ładniejszych striptizerek, która okazuje się być platoniczną ukochaną jednego z młodszych funkcjonariuszy. Maigret uprawia z żoną small talk o pogodzie, chodzi od knajpy do knajpy, wypijając po kielonku na rozgrzewkę (we francuskiej policji nie ma chyba zasady, że na służbie się nie popija). Czasem wraca pijany o 5 nad ranem, bo przesłuchując podejrzanych nie bardzo zwracał uwagę, co popija. W kabarecie (elegantsza nazwa knajpy, gdzie się patrzy na rozebrane girlsy, a potem stawia im się trunki) nawet się zadomawia, wchodzi w życie właścicieli - Freda, który lubi sobie w wolnej chwili bzyknąć pracownice na pięterku i Rozy, która jest od Freda starsza 20 lat i patrzy na "hobby" męża ze zrozumieniem. Kryminał jakiś taki bez sensu - dużo ludzi snuje się po nocnych późnojesiennych uliczkach Paryża, przesłuchują narkomanów i homoseksualistów, a na końcu się okazuje, że dwa morderstwa i potencjalne trzecie było popełnione od tak sobie, ale tak naprawdę nie wiadomo, bo morderca zostaje zabity podczas ujęcia. Nudnawe.

Inne tego autora, inne z tej serii:

#59

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 2, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zygmunt Stewa - Miliony majora G

Mam wrażenie, że cały kryminał powstał dlatego, że major G. nie miał ortalionowego płaszcza i całą jesień i wiosnę musiał chodzić w ohydnym, starym i brzydkim prochowcu. O ortalionie marzył od dawna, ale ze swojej nędznej pensyjki nie mógł sobie na ten luksus pozwolić. Dlatego do żywego dotknął go fakt, że Źli Przemytnicy kupują za grosze ortaliony w RFN (i inne pożądane dobra typu jednorazowe zapalniczki, które można przerobić na wielorazowe) i przemycają je, żeby pozbawić socjalistyczne państwo należnego cła (w ocenianej wielkości 15 mln ówczesnych złotych). Śledztwo trwało długo, wymagało mnóstwo pracy, ale ponieważ przyszła zima, to majorowi zapał zelżał, bo na zimę miał piękne palto, szyte na miarę, z doskonałej "jodełki", które budziło zachwyt nawet wśród zwierzchników ("Naczelnik podszedł bliżej i odezwał się półgłosem: - Widziałem was dzisiaj rano, w tej jesionce w jodełkę. Moglibyście mi powiedzieć, kto wam to szył? Major G. poczuł się tak, jakby ktoś aksamitem przetarł sam koniuszek jego serca. Udało, że bagatelizuje. - Stara już. Ale mogę wam powiedzieć, oczywiście"). Podczas śledztwa nie pada żaden trup (chociaż w PRL-u przestępstwa gospodarcze też pociągały za sobą rozlew krwi, bo każdy złodziej to morderca), ale zaangażowanych jest w nie mnóstwo sił, również tzw. "cisi" wywiadowcy, podobno bardzo ważni dla działania państwa.

Szczególnie spodobały mi się w tym produkcyjniaku dialogi majora G. z plutonowym, który woził go samochodem służbowym (bo nawet milicja rzadko miała prywatne). Plutonowy nijak nie mógł załapać, w jaki sposób popełniane są przestępstwa gospodarcze ("Macie sto gramów złota o próbie 999,9... - Eee, skąd ja tyle złota? Obywatelu majorze! - Sto gramów? Tyle co nic... Dziesięć deko. Kiełbasy więcej zjecie na śniadanie. Nie tak dawno, na Wybrzeżu to było, nakryli faceta, który przewiózł przez granicę, wiele ile złota? (...) Czterdzieści! - Co czterdzieści? - plutonowy bezwiednie przyhamował wóz. - Kilo, czterdzieści kilo! - wypalił major G. - Skurwiel! To znaczy, przepraszam, obywatelu majorze. Tak mi się tylko wyrwało"), poza tym doskonale wiedział, że i tak pan major by go złapał, skuł i odwiózł na komendę ("A nawet gdybym (...), to gdzie ja bym to topił? Na gazie? Stara nie znosi, jak się kręcę po kuchni"). Niestety, plutonowemu wyrywa się o jedna "kurwa" za dużo i koleżeńskie rozmowy się urywają, bo major G. czuje się urażony, ale wraz z rozwojem śledztwa udaje się stosunki majora z jego kierowcą naprawić.

Tyle z wartości rozrywkowych. Na minus - strasznie nie lubię kryminałów, dziejących się w Nibylandzie ("Zbrodnia w Dzielnicy Północnej" Kisielewskiego). Nie lubię też kryminałów, w których autorowi nie stało wyobraźni i nawet nie raczył wymyślić personaliów bohaterów. Major G., kapitan B czy pułkownik W. to obciach dla autora. Tylko zagraniczni kontrahenci przemytników i niektórzy spekulanci pojawiają się z nazwiska, ale i tak nie jest to bardzo dopracowana książka.

#58

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 2, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2007, kryminal - 1 komentarz - Skomentuj


Zygmunt Stewa - Miliony majora G

Mam wrażenie, że cały kryminał powstał dlatego, że major G. nie miał ortalionowego płaszcza i całą jesień i wiosnę musiał chodzić w ohydnym, starym i brzydkim prochowcu. O ortalionie marzył od dawna, ale ze swojej nędznej pensyjki nie mógł sobie na ten luksus pozwolić. Dlatego do żywego dotknął go fakt, że Źli Przemytnicy kupują za grosze ortaliony w RFN (i inne pożądane dobra typu jednorazowe zapalniczki, które można przerobić na wielorazowe) i przemycają je, żeby pozbawić socjalistyczne państwo należnego cła (w ocenianej wielkości 15 mln ówczesnych złotych). Śledztwo trwało długo, wymagało mnóstwo pracy, ale ponieważ przyszła zima, to majorowi zapał zelżał, bo na zimę miał piękne palto, szyte na miarę, z doskonałej "jodełki", które budziło zachwyt nawet wśród zwierzchników ("Naczelnik podszedł bliżej i odezwał się półgłosem: - Widziałem was dzisiaj rano, w tej jesionce w jodełkę. Moglibyście mi powiedzieć, kto wam to szył? Major G. poczuł się tak, jakby ktoś aksamitem przetarł sam koniuszek jego serca. Udało, że bagatelizuje. - Stara już. Ale mogę wam powiedzieć, oczywiście"). Podczas śledztwa nie pada żaden trup (chociaż w PRL-u przestępstwa gospodarcze też pociągały za sobą rozlew krwi, bo każdy złodziej to morderca), ale zaangażowanych jest w nie mnóstwo sił, również tzw. "cisi" wywiadowcy, podobno bardzo ważni dla działania państwa.

Szczególnie spodobały mi się w tym produkcyjniaku dialogi majora G. z plutonowym, który woził go samochodem służbowym (bo nawet milicja rzadko miała prywatne). Plutonowy nijak nie mógł załapać, w jaki sposób popełniane są przestępstwa gospodarcze ("Macie sto gramów złota o próbie 999,9... - Eee, skąd ja tyle złota? Obywatelu majorze! - Sto gramów? Tyle co nic... Dziesięć deko. Kiełbasy więcej zjecie na śniadanie. Nie tak dawno, na Wybrzeżu to było, nakryli faceta, który przewiózł przez granicę, wiele ile złota? (...) Czterdzieści! - Co czterdzieści? - plutonowy bezwiednie przyhamował wóz. - Kilo, czterdzieści kilo! - wypalił major G. - Skurwiel! To znaczy, przepraszam, obywatelu majorze. Tak mi się tylko wyrwało"), poza tym doskonale wiedział, że i tak pan major by go złapał, skuł i odwiózł na komendę ("A nawet gdybym (...), to gdzie ja bym to topił? Na gazie? Stara nie znosi, jak się kręcę po kuchni"). Niestety, plutonowemu wyrywa się o jedna "kurwa" za dużo i koleżeńskie rozmowy się urywają, bo major G. czuje się urażony, ale wraz z rozwojem śledztwa udaje się stosunki majora z jego kierowcą naprawić.

Tyle z wartości rozrywkowych. Na minus - strasznie nie lubię kryminałów, dziejących się w Nibylandzie ("Zbrodnia w Dzielnicy Północnej" Kisielewskiego). Nie lubię też kryminałów, w których autorowi nie stało wyobraźni i nawet nie raczył wymyślić personaliów bohaterów. Major G., kapitan B czy pułkownik W. to obciach dla autora. Tylko zagraniczni kontrahenci przemytników i niektórzy spekulanci pojawiają się z nazwiska, ale i tak nie jest to bardzo dopracowana książka.

#58

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 2, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2007, kryminal - 1 komentarz - Skomentuj


Zygmunt Stewa - Miliony majora G

Mam wrażenie, że cały kryminał powstał dlatego, że major G. nie miał ortalionowego płaszcza i całą jesień i wiosnę musiał chodzić w ohydnym, starym i brzydkim prochowcu. O ortalionie marzył od dawna, ale ze swojej nędznej pensyjki nie mógł sobie na ten luksus pozwolić. Dlatego do żywego dotknął go fakt, że Źli Przemytnicy kupują za grosze ortaliony w RFN (i inne pożądane dobra typu jednorazowe zapalniczki, które można przerobić na wielorazowe) i przemycają je, żeby pozbawić socjalistyczne państwo należnego cła (w ocenianej wielkości 15 mln ówczesnych złotych). Śledztwo trwało długo, wymagało mnóstwo pracy, ale ponieważ przyszła zima, to majorowi zapał zelżał, bo na zimę miał piękne palto, szyte na miarę, z doskonałej "jodełki", które budziło zachwyt nawet wśród zwierzchników ("Naczelnik podszedł bliżej i odezwał się półgłosem: - Widziałem was dzisiaj rano, w tej jesionce w jodełkę. Moglibyście mi powiedzieć, kto wam to szył? Major G. poczuł się tak, jakby ktoś aksamitem przetarł sam koniuszek jego serca. Udało, że bagatelizuje. - Stara już. Ale mogę wam powiedzieć, oczywiście"). Podczas śledztwa nie pada żaden trup (chociaż w PRL-u przestępstwa gospodarcze też pociągały za sobą rozlew krwi, bo każdy złodziej to morderca), ale zaangażowanych jest w nie mnóstwo sił, również tzw. "cisi" wywiadowcy, podobno bardzo ważni dla działania państwa.

Szczególnie spodobały mi się w tym produkcyjniaku dialogi majora G. z plutonowym, który woził go samochodem służbowym (bo nawet milicja rzadko miała prywatne). Plutonowy nijak nie mógł załapać, w jaki sposób popełniane są przestępstwa gospodarcze ("Macie sto gramów złota o próbie 999,9... - Eee, skąd ja tyle złota? Obywatelu majorze! - Sto gramów? Tyle co nic... Dziesięć deko. Kiełbasy więcej zjecie na śniadanie. Nie tak dawno, na Wybrzeżu to było, nakryli faceta, który przewiózł przez granicę, wiele ile złota? (...) Czterdzieści! - Co czterdzieści? - plutonowy bezwiednie przyhamował wóz. - Kilo, czterdzieści kilo! - wypalił major G. - Skurwiel! To znaczy, przepraszam, obywatelu majorze. Tak mi się tylko wyrwało"), poza tym doskonale wiedział, że i tak pan major by go złapał, skuł i odwiózł na komendę ("A nawet gdybym (...), to gdzie ja bym to topił? Na gazie? Stara nie znosi, jak się kręcę po kuchni"). Niestety, plutonowemu wyrywa się o jedna "kurwa" za dużo i koleżeńskie rozmowy się urywają, bo major G. czuje się urażony, ale wraz z rozwojem śledztwa udaje się stosunki majora z jego kierowcą naprawić.

Tyle z wartości rozrywkowych. Na minus - strasznie nie lubię kryminałów, dziejących się w Nibylandzie ("Zbrodnia w Dzielnicy Północnej" Kisielewskiego). Nie lubię też kryminałów, w których autorowi nie stało wyobraźni i nawet nie raczył wymyślić personaliów bohaterów. Major G., kapitan B czy pułkownik W. to obciach dla autora. Tylko zagraniczni kontrahenci przemytników i niektórzy spekulanci pojawiają się z nazwiska, ale i tak nie jest to bardzo dopracowana książka.

#58

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 2, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Są rzeczy, których nie chcesz wiedzieć

Ja nie chciałam wiedzieć nic o nowotworach ani o ich leczeniu. Teraz wiem. Od wczoraj niestety wiem też, że chemioterapia może powodować paskudne skutki uboczne. Kot Hera po całej nocy wymiotów dostał silnego ataku podniecenia i walczyliśmy z nią ciężko, żeby sobie nie zrobiła (i nam) krzywdy. Były straty w ludziach, potwornie ciężkie przejścia dla kota, pomógł dobry weterynarz, który przybiegł do domu i kota lekami uspokoił. Pomogli bardzo sąsiedzi, bez których nie dałabym rady utrzymać kota ani utrzymać telefonu w łapie. Pomogła mi bardzo Zofia, która przyjechała do mnie, żebym mogła spędzić noc nie panikując. Bo bałam się jak cholera i cały czas myślałam tylko, żeby kot nie umarł. Dzisiaj kot słaby, i przylepny okrutnie, na tyle, że nie mogłam iść pod prysznic, a większość dnia spędziłam na kanapie z kotem, który robił mru i walił mnie z czółka co kilkanaście sekund z pełną atencją.

Zasikana sypialnia wyszorowana, łykam antybiotyk na pogryziony palec, plama krwi weterynarza na ścianie zostanie pewnie do następnego malowania. Mam nadzieję, że kot poza osłabieniem nie odniósł żadnych szkód. Tak, uważam, że to nie jest sprawiedliwe, bo to jest naprawdę dobry kot.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 30, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Koty - - 0 komentarzy - Skomentuj


Są rzeczy, których nie chcesz wiedzieć

Ja nie chciałam wiedzieć nic o nowotworach ani o ich leczeniu. Teraz wiem. Od wczoraj niestety wiem też, że chemioterapia może powodować paskudne skutki uboczne. Kot Hera po całej nocy wymiotów dostał silnego ataku podniecenia i walczyliśmy z nią ciężko, żeby sobie nie zrobiła (i nam) krzywdy. Były straty w ludziach, potwornie ciężkie przejścia dla kota, pomógł dobry weterynarz, który przybiegł do domu i kota lekami uspokoił. Pomogli bardzo sąsiedzi, bez których nie dałabym rady utrzymać kota ani utrzymać telefonu w łapie. Pomogła mi bardzo Zofia, która przyjechała do mnie, żebym mogła spędzić noc nie panikując. Bo bałam się jak cholera i cały czas myślałam tylko, żeby kot nie umarł. Dzisiaj kot słaby, i przylepny okrutnie, na tyle, że nie mogłam iść pod prysznic, a większość dnia spędziłam na kanapie z kotem, który robił mru i walił mnie z czółka co kilkanaście sekund z pełną atencją.

Zasikana sypialnia wyszorowana, łykam antybiotyk na pogryziony palec, plama krwi weterynarza na ścianie zostanie pewnie do następnego malowania. Mam nadzieję, że kot poza osłabieniem nie odniósł żadnych szkód. Tak, uważam, że to nie jest sprawiedliwe, bo to jest naprawdę dobry kot.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 30, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Koty - - 0 komentarzy - Skomentuj


Są rzeczy, których nie chcesz wiedzieć

Ja nie chciałam wiedzieć nic o nowotworach ani o ich leczeniu. Teraz wiem. Od wczoraj niestety wiem też, że chemioterapia może powodować paskudne skutki uboczne. Kot Hera po całej nocy wymiotów dostał silnego ataku podniecenia i walczyliśmy z nią ciężko, żeby sobie nie zrobiła (i nam) krzywdy. Były straty w ludziach, potwornie ciężkie przejścia dla kota, pomógł dobry weterynarz, który przybiegł do domu i kota lekami uspokoił. Pomogli bardzo sąsiedzi, bez których nie dałabym rady utrzymać kota ani utrzymać telefonu w łapie. Pomogła mi bardzo Zofia, która przyjechała do mnie, żebym mogła spędzić noc nie panikując. Bo bałam się jak cholera i cały czas myślałam tylko, żeby kot nie umarł. Dzisiaj kot słaby, i przylepny okrutnie, na tyle, że nie mogłam iść pod prysznic, a większość dnia spędziłam na kanapie z kotem, który robił mru i walił mnie z czółka co kilkanaście sekund z pełną atencją.

Zasikana sypialnia wyszorowana, łykam antybiotyk na pogryziony palec, plama krwi weterynarza na ścianie zostanie pewnie do następnego malowania. Mam nadzieję, że kot poza osłabieniem nie odniósł żadnych szkód. Tak, uważam, że to nie jest sprawiedliwe, bo to jest naprawdę dobry kot.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 30, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Łupy od braci Niemców i nie tylko

Zima przyszła, trzeba zacząć robić zapasy i zacząć myśleć o prezentach. Na razie oprezentowałam siebie:

  • Cocoa d'Arriba firmy Hachez - truskawki z pieprzem, mango i chili, pomarańcza, wszystko na bazie gorzkiej 77%, bywają w Piotrze i Pawle, akurat pojawiła się notka na Chocablogu
  • After Eight w czarnej czekoladzie, jest jeszcze pomarańczowe (słabsze) i z baileysem (niezłe)
  • Baileys karmelowy - nie kupiłam, bo mam jeszcze miętowy, ale podobno dobry
  • merlin wysypał nowościami: Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Przepisy L. M. Montgomery, Lato w kuchni przez okrągły rok Nigelli (brzydkie tłumaczenie, Forever Summer ładniejsze), Fuzja smaków. Podróże kulinarne Roberta Makłowicza, Zimistrz. Opowieść ze Świata Dysku Pratchetta, Nowe przygody Mikołajka. Tom 2 (ciekawe, czy za rok tom 3), Nie ma z czego się śmiać Stefanii Grodzieńskiej

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 24, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Przydasie - - 4 komentarze - Skomentuj


Łupy od braci Niemców i nie tylko

Zima przyszła, trzeba zacząć robić zapasy i zacząć myśleć o prezentach. Na razie oprezentowałam siebie:

  • Cocoa d'Arriba firmy Hachez - truskawki z pieprzem, mango i chili, pomarańcza, wszystko na bazie gorzkiej 77%, bywają w Piotrze i Pawle, akurat pojawiła się notka na Chocablogu
  • After Eight w czarnej czekoladzie, jest jeszcze pomarańczowe (słabsze) i z baileysem (niezłe)
  • Baileys karmelowy - nie kupiłam, bo mam jeszcze miętowy, ale podobno dobry
  • merlin wysypał nowościami: Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Przepisy L. M. Montgomery, Lato w kuchni przez okrągły rok Nigelli (brzydkie tłumaczenie, Forever Summer ładniejsze), Fuzja smaków. Podróże kulinarne Roberta Makłowicza, Zimistrz. Opowieść ze Świata Dysku Pratchetta, Nowe przygody Mikołajka. Tom 2 (ciekawe, czy za rok tom 3), Nie ma z czego się śmiać Stefanii Grodzieńskiej

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 24, 2007

Link bezpośredni - Kategoria: Przydasie - - 4 komentarze - Skomentuj


Łupy od braci Niemców i nie tylko

Zima przyszła, trzeba zacząć robić zapasy i zacząć myśleć o prezentach. Na razie oprezentowałam siebie:

  • Cocoa d'Arriba firmy Hachez - truskawki z pieprzem, mango i chili, pomarańcza, wszystko na bazie gorzkiej 77%, bywają w Piotrze i Pawle, akurat pojawiła się notka na Chocablogu
  • After Eight w czarnej czekoladzie, jest jeszcze pomarańczowe (słabsze) i z baileysem (niezłe)
  • Baileys karmelowy - nie kupiłam, bo mam jeszcze miętowy, ale podobno dobry
  • merlin wysypał nowościami: Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Przepisy L. M. Montgomery, Lato w kuchni przez okrągły rok Nigelli (brzydkie tłumaczenie, Forever Summer ładniejsze), Fuzja smaków. Podróże kulinarne Roberta Makłowicza, Zimistrz. Opowieść ze Świata Dysku Pratchetta, Nowe przygody Mikołajka. Tom 2 (ciekawe, czy za rok tom 3), Nie ma z czego się śmiać Stefanii Grodzieńskiej

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 24, 2007

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj