Kategoria:
koty
Latami się nic nie działo, ale zmotywowana do działania przez obietnice Zarządu Wspólnoty, że remont elewacji, a z drugiej strony chęć przespania nocy bez hałasów samochodów zza okna (tak, niby cicha dzielnica, ale cofająca się o 6:15 ciężarówka spod pobliskiej hurtowni, gdzie nie powinna wjeżdżać, a wjeżdża czy śmieciarki), kazałam wymienić okna. Oszczędzę Wam epopei pt. okna wymienione, trzeba znaleźć ekipę, która je opaździerzy, żeby nie było widocznej pianki, okna są oporządzone[1], a przy okazji robienia dokumentacji powdrożeniowej na specjalne życzenie telewidzów zaczęłam fotografować doniczkowe, których trochę mi się w sypialni pojawiło w ostatniej pięciolatce . Wiele w sypialni poza tym się nie zmieniło - doszły nowe szafki nocne i nowe książki do przeczytania. I trochę kurzu.
Szafki: Mørteens - Actona Buca
Muszelka na biżuterię: IKEA NYFÅNGAD
Kwietnik: Jak-Pol - LOFT
Kwiaty: różne źródła - figowiec benjamina (również jako bonsai), begonia koralowa, monstera dziurawa i odmiana minima, pilea, alokazja, grubosz, geranium, maranta (kwitnie!), skrzydłokwiat (kwitnie!), grudnik (kwitnie co roku), zamiokulkas, fitonia zielona i nieco zaniedbana miseczka z sukulentami.
Geranium / Monstera minima
Zapomniałam odlepić wszystkie naklejki
Maranta - kwiatek / Parapet z zielonością
Alokazja / Monstera i kwietnik
Się śpi, się czyta
Się czyta / Kwietnik
Pilea / Pani Pyza, gościnnie
Maranta
Biżuteria / Grudnik
[1] Tak, ściany nie są pomalowane, tylko zagruntowane pod malowanie. Na razie nie mam siły organizować ekipy ani malować. Dojdziemy do tego.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipiec 16, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Pytacie, jak jest. Różnie. Czasem lepiej, nie gniecie mnie nic w dołku, wstaję rano, nic nie boli, pracuję, robię obiad, idę na spacer, czytam, robię zdjęcia i zasypiam jak kamień. Z tym "dołkiem" przypomniała mi się taka raczej refleksyjna anegdotka. Po latach odbijania się od lekarzy ortopedów ("ja tu nic nie widzę, proszę łykać coś przeciwzapalnego i więcej się ruszać, no i schudnąć"), dostałam wreszcie skierowanie na fizjoterapię. Pierwsza wizyta, specjalista mnie ogląda, dotyka tu i ówdzie, wreszcie zjeżdża na okolice splotu słonecznego i pyta: "Pani to się raczej tak wszystkim stresuje, co?". Tak, 0,8 filifionki. Wracając do tego, jak jest, to czasem mam ochotę zwinąć się w kłębek pod biurkiem, a konieczność zalogowania się do służbowego komputera napawa mnie przerażeniem, mimo że lubię swoją pracę i ludzi, z którymi pracuję. Zwykle jest pomiędzy, niestety z wyraźnym skrętem w stronę "zawsze, kurwa, coś". Przepracowuję powoli stratę, po dwóch miesiącach zakończyłam wymianę okien, młodzież zakończyła rok szkolny (+10 do ulgi), Bursz wyleczon z nie wiadomo czym spowodowanej niedyspozycji, zdążę z naprawą felernego mostka, bo dentysta miał termin jeszcze przed urlopem, po czym przychodzą wyniki kolejnej morfologii kota Szarsza, gdzie przeraźliwa anemia, a pod kocią pachą wtem guz. Ci, co bywali tu w 2007/2008 może pamiętają operacje i chemioterapię kota Hery, która nie zakończyła się sukcesem. Szarsz ma 13 lat, objawy nietypowe, czekam na wyniki panelu hematologicznego i cytologii płynu z guza.
No chciałabym się tak nie stresować.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 15, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Pytacie, jak jest. Różnie. Czasem lepiej, nie gniecie mnie nic w dołku, wstaję rano, nic nie boli, pracuję, robię obiad, idę na spacer, czytam, robię zdjęcia i zasypiam jak kamień. Z tym "dołkiem" przypomniała mi się taka raczej refleksyjna anegdotka. Po latach odbijania się od lekarzy ortopedów ("ja tu nic nie widzę, proszę łykać coś przeciwzapalnego i więcej się ruszać, no i schudnąć"), dostałam wreszcie skierowanie na fizjoterapię. Pierwsza wizyta, specjalista mnie ogląda, dotyka tu i ówdzie, wreszcie zjeżdża na okolice splotu słonecznego i pyta: "Pani to się raczej tak wszystkim stresuje, co?". Tak, 0,8 filifionki. Wracając do tego, jak jest, to czasem mam ochotę zwinąć się w kłębek pod biurkiem, a konieczność zalogowania się do służbowego komputera napawa mnie przerażeniem, mimo że lubię swoją pracę i ludzi, z którymi pracuję. Zwykle jest pomiędzy, niestety z wyraźnym skrętem w stronę "zawsze, kurwa, coś". Przepracowuję powoli stratę, po dwóch miesiącach zakończyłam wymianę okien, młodzież zakończyła rok szkolny (+10 do ulgi), Bursz wyleczon z nie wiadomo czym spowodowanej niedyspozycji, zdążę z naprawą felernego mostka, bo dentysta miał termin jeszcze przed urlopem, po czym przychodzą wyniki kolejnej morfologii kota Szarsza, gdzie przeraźliwa anemia, a pod kocią pachą wtem guz. Ci, co bywali tu w 2007/2008 może pamiętają operacje i chemioterapię kota Hery, która nie zakończyła się sukcesem. Szarsz ma 13 lat, objawy nietypowe, czekam na wyniki panelu hematologicznego i cytologii płynu z guza.
No chciałabym się tak nie stresować.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 15, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 4 komentarze
- Skomentuj
[20.12.2020 - 17.01.2021]
Od kilku lat czekałam na śnieg, żeby pokazać pocztówkowo piękne, choć smutne okolice - poniemieckie baraki. W latach 1941-1943 wysiedlano do nich Polaków mieszkających w centrum miasta, często z przymusem pracy w HCP. Po wojnie przy Opolskiej, Wieluńskiej, Gliwickiej czy - opodal - Czechosłowackiej, mieszkali bezrobotni i niewydolni finansowo. Od kilku lat powoli snują się plany przeprowadzenia mieszkańców, ale niespecjalnie sprawnie to idzie. Po stanie ulic - nieasfaltowanych ani niebrukowanych - sądząc, celowa polityka zaniedbań ma się tu dobrze. Domy są różne - czasem skrajnie zaniedbane, nieotynkowane i rozsypujące się, ze śmietnikiem w przedogródku, czasem w kafelkach i ze złotymi szprosami. Więcej na wikipedii.
Na Czechosłowacką trafiłam w mroźny grudniowy poranek i zostałam zaanektowana przez lokalnego biało-burego, który stwierdził, że czekał na mnie całe swoje życie. Na Opolskiej zmarzłam w styczniową niedzielę przy -9.
Czechosłowacka
Opolska
GALERIA ZDJĘĆ.
Poprzednie epizody: Kolonia mieszkaniowa przy ul. Wspólnej * Kolonia robotników kolejowych * Osiedle dla bezdomnych i bezrobotnych.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 23, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
[20.12.2020 - 17.01.2021]
Od kilku lat czekałam na śnieg, żeby pokazać pocztówkowo piękne, choć smutne okolice - poniemieckie baraki. W latach 1941-1943 wysiedlano do nich Polaków mieszkających w centrum miasta, często z przymusem pracy w HCP. Po wojnie przy Opolskiej, Wieluńskiej, Gliwickiej czy - opodal - Czechosłowackiej, mieszkali bezrobotni i niewydolni finansowo. Od kilku lat powoli snują się plany przeprowadzenia mieszkańców, ale niespecjalnie sprawnie to idzie. Po stanie ulic - nieasfaltowanych ani niebrukowanych - sądząc, celowa polityka zaniedbań ma się tu dobrze. Domy są różne - czasem skrajnie zaniedbane, nieotynkowane i rozsypujące się, ze śmietnikiem w przedogródku, czasem w kafelkach i ze złotymi szprosami. Więcej na wikipedii.
Na Czechosłowacką trafiłam w mroźny grudniowy poranek i zostałam zaanektowana przez lokalnego biało-burego, który stwierdził, że czekał na mnie całe swoje życie. Na Opolskiej zmarzłam w styczniową niedzielę przy -9.
Czechosłowacka
Opolska
GALERIA ZDJĘĆ.
Poprzednie epizody: Kolonia mieszkaniowa przy ul. Wspólnej * Kolonia robotników kolejowych * Osiedle dla bezdomnych i bezrobotnych.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 23, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Ogródek babci I. brzęczy owadami, szumi wiatrem w liściach, czasem przemknie się kot sąsiadów (i nikt mi nie wierzy, że kot mi się pozwolił wyczochrać oraz wykonał #pokabrzuszek, przecież on taki niedotykalski). Cały rok coś w nim jest, nawet zimą, mimo że babcia I. zawsze mówi "Ale tu nic nie ma ciekawego, pozarastało wszystko, a ogórki mi coś zeżarło". Pozbierałam trochę koloru z ostatnich dwóch lat, mnie bardzo cieszy, chociaż to nie moja praca.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 16, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ogródek babci I. brzęczy owadami, szumi wiatrem w liściach, czasem przemknie się kot sąsiadów (i nikt mi nie wierzy, że kot mi się pozwolił wyczochrać oraz wykonał #pokabrzuszek, przecież on taki niedotykalski). Cały rok coś w nim jest, nawet zimą, mimo że babcia I. zawsze mówi "Ale tu nic nie ma ciekawego, pozarastało wszystko, a ogórki mi coś zeżarło". Pozbierałam trochę koloru z ostatnich dwóch lat, mnie bardzo cieszy, chociaż to nie moja praca.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 16, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[20-25.08.2019]
Castiglione del Lago nie jest prominentną pozycją w przewodnikach po Umbrii, ale to urocze i bezpretensjonalne miasteczko - jak wskazuje nazwa - nad jeziorem. Jezioro Trazymeńskie niestety szybko okazało się no go dla Majuta, albowiem jest mętne, nieco muliste i zdarza się, że pływają rybie zwłoki. Dlatego po pierwszej wizycie na jednym z okolicznych basenów na świeżym powietrzu, podzieliliśmy się na ekipę w wodzie (Majut, TŻ) i na ekipę zwiedzającą okolicę (pozostali, dla których basen jest jednym z piekielnych kręgów). Historyczne centrum miasteczka, otoczone średniowiecznymi murami obronnymi jest malutkie, kilkanaście uliczek, restauracje, dwa czy trzy kościoły z urokliwymi zdobieniami (i koty, zawiera też koty[1]), ale centralnym zabytkiem jest średniowieczny zamek Rocca del Leone. Można popełnić ten błąd co ja i w ponad 30-stopniowym skwarze uderzyć od razu na zamek, gdzie okazuje się, że można wejść tylko na dziedziniec. Można też sprytniej zacząć od muzeum, mieszczącego się w Palazzo della Corgna, skąd wąskim tunelem (chłodnym!) idzie się na mury obronne zamku. Mury jak mury, budzą podziw rozmachem, ale widoki na jezioro i miasteczko warte wszystkiego. W samym pałacu sufity i ściany ozdobione są bogato freskami, od patrzenia na nie boli kark; nie wyobrażam sobie malowania ich z głową zadartą do góry.
Zirytowana postępującą niemocą znajomego biura podróży, którym wcześniej ogarniałam wakacje, wakacyjne lokum znalazłam na bookingu. Wydzielony apartament w kamiennym domu, w dużym ogrodzie z trampoliną, hamakiem i jaszczurkami, z właścicielami tuż obok, ale nieiwazyjnie, ale chętnie powiedzą, gdzie jeść i co zobaczyć w okolicy. Na stanie porcelana z serii Churchill, można o poranku kawę w ogrodzie jak lady.
Apartament znajduje się pod miasteczkiem, więc gdziekolwiek trzeba podjechać autem (albo rowerem, gospodarze udostępniają), ale okolica rekompensuje. Tuż obok jest stadnina, gdzie o poranku światło jak z katalogu.
O restauracjach w drodze już pisałam wcześniej, ale i w samym Castiglione del Lago warto zajrzeć do kilku:
- Cafe Latino, Via Vittorio Emanuele 45 - ryby, pizza i mięso, do tego taras widokowy z panoramą jeziora.
- Ristorante la Taverna di Julio, Via Amerigo Vespucci 5 - grill prowadzony przez argentyńskiego emigranta.
- Alisè Cafè, Via della Stazione 5 - ogromne lody i dobra kawa. Tuż przy stacji, jak kto lubi pociągiem.
GALERIA ZDJĘĆ (dużo!).
[1] W gratisie GALERIA ZDJĘĆ włoskich kotów.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 25, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[20-25.08.2019]
Castiglione del Lago nie jest prominentną pozycją w przewodnikach po Umbrii, ale to urocze i bezpretensjonalne miasteczko - jak wskazuje nazwa - nad jeziorem. Jezioro Trazymeńskie niestety szybko okazało się no go dla Majuta, albowiem jest mętne, nieco muliste i zdarza się, że pływają rybie zwłoki. Dlatego po pierwszej wizycie na jednym z okolicznych basenów na świeżym powietrzu, podzieliliśmy się na ekipę w wodzie (Majut, TŻ) i na ekipę zwiedzającą okolicę (pozostali, dla których basen jest jednym z piekielnych kręgów). Historyczne centrum miasteczka, otoczone średniowiecznymi murami obronnymi jest malutkie, kilkanaście uliczek, restauracje, dwa czy trzy kościoły z urokliwymi zdobieniami (i koty, zawiera też koty[1]), ale centralnym zabytkiem jest średniowieczny zamek Rocca del Leone. Można popełnić ten błąd co ja i w ponad 30-stopniowym skwarze uderzyć od razu na zamek, gdzie okazuje się, że można wejść tylko na dziedziniec. Można też sprytniej zacząć od muzeum, mieszczącego się w Palazzo della Corgna, skąd wąskim tunelem (chłodnym!) idzie się na mury obronne zamku. Mury jak mury, budzą podziw rozmachem, ale widoki na jezioro i miasteczko warte wszystkiego. W samym pałacu sufity i ściany ozdobione są bogato freskami, od patrzenia na nie boli kark; nie wyobrażam sobie malowania ich z głową zadartą do góry.
Zirytowana postępującą niemocą znajomego biura podróży, którym wcześniej ogarniałam wakacje, wakacyjne lokum znalazłam na bookingu. Wydzielony apartament w kamiennym domu, w dużym ogrodzie z trampoliną, hamakiem i jaszczurkami, z właścicielami tuż obok, ale nieiwazyjnie, ale chętnie powiedzą, gdzie jeść i co zobaczyć w okolicy. Na stanie porcelana z serii Churchill, można o poranku kawę w ogrodzie jak lady.
Apartament znajduje się pod miasteczkiem, więc gdziekolwiek trzeba podjechać autem (albo rowerem, gospodarze udostępniają), ale okolica rekompensuje. Tuż obok jest stadnina, gdzie o poranku światło jak z katalogu.
O restauracjach w drodze już pisałam wcześniej, ale i w samym Castiglione del Lago warto zajrzeć do kilku:
- Cafe Latino, Via Vittorio Emanuele 45 - ryby, pizza i mięso, do tego taras widokowy z panoramą jeziora.
- Ristorante la Taverna di Julio, Via Amerigo Vespucci 5 - grill prowadzony przez argentyńskiego emigranta.
- Alisè Cafè, Via della Stazione 5 - ogromne lody i dobra kawa. Tuż przy stacji, jak kto lubi pociągiem.
GALERIA ZDJĘĆ (dużo!).
[1] W gratisie GALERIA ZDJĘĆ włoskich kotów.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 25, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[20.08.2019]
Do Montepulciano nie wybrałam się dlatego, że kręcono tam “Zmierzch - Księżyc w nowiu” albo “Angielskiego pacjenta”, bardziej dlatego, że “Pod słońcem Toskanii” (choć autorka pierwowzoru książkowego mieszkała pod Cortoną, o której później). Jak wiele innych w okolicy, niewielkie Montepulciano położone jest na wzgórzu, w przepięknej toskańskiej scenerii. Jest małe i kameralne, akurat na leniwe popołudnie. Zaparkować można przy ulicy Via dell’Oriolo, otaczającej mury, bo w samym centrum parkować mogą tylko mieszkańcy (a przynajmniej nie byłam w stanie określić, gdzie mogłabym wjechać i zaparkować na legalu). Mimo niechęci rodziny do wspinania się, weszliśmy na wieżę w Palazzo Comunale (ratuszu miejskim) przy Piazza Grande; pomogło nieco, że na wieżę dało się wjechać windą, nic to, że raptem na drugie piętro, a po przejściu przez zupełnie niewyględne archiwum miejskie i tak trzeba było się wdrapać po wąskich schodach. Widoki - jak widać na zdjęciach poniżej.
Catspotting: 2. Jedliśmy w restauracji Pozzo di Pulcinella (Piazza Michelozzo 7); Majut był zachwycony stekiem z kością, najlepszy obiad podczas całego wyjazdu.
Przewodniki wyliczają optymalne trasy dojazdu z najładniejszymi widokami, ale tam wszędzie jest ślicznie. Jechałam przez miejscowość o dźwięcznej nazwie Pozzuolo, trafiając na pola słoneczników, winnicę czy wzgórza obsadzone cyprysami. Nie wypada nie polecić.
Pole słoneczników[1] / Toskania
Winnica gdzieś pod Montepulciano
Roślin / Widok z murów
Uliczka z flagami / Dzwon na wieży ratusza / Drzwi
Lokales / Widok na Torre di Pulcinella
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Co ciekawe, wszystkie odwrócone tyłem do słońca. Fototropizm, you do it wrong.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 20, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Koty -
- 1 komentarz
- Skomentuj