Kategoria:
listy-spod-rozy
[26.08.2017]
Poza uroczym miasteczkiem, o którym poprzednio, w Taorminie są żelazne punkty turystyczne, których nie warto ominąć. Pierwszy to Castelmola, ruiny zameczku na skale jeszcze wyżej nad Taorminą (ponad 500 m n.p.m.), do której i tak już wjeżdża się na górę. Wjechać można albo autobusem Hop on (czerwonym, 10 euro za dzień bez względu na liczbę przejechanych przystanków, fajny na całodzienne zwiedzanie różnych miejsc), albo lokalnym (niebieskim, 1,8 euro za przystanek, 3 euro w dwie strony, sensowny, jak robi się do trzech przystanków dziennie). Teoretycznie można zejść z górki piechotą - trasa ma ok. 4 km, ale jest stroma, wąska i niespecjalnie polecam, zwłaszcza z dziećmi, chociaż widoki niewątpliwie przepiękne, a lokalne wioseczki, wciśnięte między szosę a skałę, są urocze. Z samego zamku zostało w zasadzie niewiele - resztki murów, do których doklejony jest punkt informacyjny z maleńkim muzeum marionetek (wstęp do całości bezpłatny), ale to fantastyczny punkt widokowy na całą Taorminę, zatokę i Etnę. Po zamku oprowadzał nas puchaty przewodnik z pędzlem na ogonie, zalegając co jakiś czas na ciepłym murku. Poniżej zamku jest wioska, w której mieszka koło 1000 mieszkańców - kościół, kilka restauracji, placyk, na którym zawracają bocianyautobusy, brak parkingów (z wjazdem samochodem może być kłopot).

Punkt drugi to Teatr Grecki, już w samej Taorminie. Wstęp 10 euro (dorosły, dzieci do 18 lat i osoby obchodzące urodziny[1] nie płacą(!), a do 26 lat mają zniżki, jeśli są z terenów EU). Od starożytności (300 BC) zachowały się spore kawałki, sporo uzupełniano aż do współczesności (m. in. dodając plastikowe krzesła, których dwadzieścia lat temu jeszcze nie było[2]), ale efekt i tak jest niesamowity. Może to efekt zmęczenia upałem i końcem wakacji, ale właśnie tam poczułam, że jest za ładnie. Gdzie nie spojrzę - pięknie, ale to takie męczące tak podziwiać cały czas; przestałam się dziwić obojętnym na wdzięki okoliczności przyrody i historii mieszkańcom. Małe muzeum (chłodniej!) z artefaktami znalezionymi w okolicy, Dees zawiesiła się nad tabliczką z księgami rachunkowymi, wykutymi dłutem w kamieniu (Ctrl-Z nie działa, jaka to presja, żeby się nie pomylić, a 2000 lat później ktoś może odszyfrować, że Patrokles kupił od Andromachy krowę za 50 drachm, kompletne zdzierstwo).


Trzecim punktem jest klasztor Madonny Della Roca ("Na skale") oraz mieszczący się nad nim zamek Saracenów, do którego się idzie schodami z klasztoru. Nie dotarłam tam, źródła są sprzeczne, czy aktualnie można zamek zwiedzać, czy nie. Żałuję, następnym razem.
GALERIA ZDJĘĆ (cała Taormina, również z poprzedniej notki).
[1] Zasiorbałam żałośnie przy kasie, że taki pech - pojutrze mam urodziny, ale już będę w samolocie powrotnym, kasjer zawinszował sobie okazania dokumentu, po czym wręczył mi bilet gratis. Profit!
[2] Co widać na przykład na początku "Jej Wysokości Afrodyty" Woody Allena.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[26.08.2017]
Poza uroczym miasteczkiem, o którym poprzednio, w Taorminie są żelazne punkty turystyczne, których nie warto ominąć. Pierwszy to Castelmola, ruiny zameczku na skale jeszcze wyżej nad Taorminą (ponad 500 m n.p.m.), do której i tak już wjeżdża się na górę. Wjechać można albo autobusem Hop on (czerwonym, 10 euro za dzień bez względu na liczbę przejechanych przystanków, fajny na całodzienne zwiedzanie różnych miejsc), albo lokalnym (niebieskim, 1,8 euro za przystanek, 3 euro w dwie strony, sensowny, jak robi się do trzech przystanków dziennie). Teoretycznie można zejść z górki piechotą - trasa ma ok. 4 km, ale jest stroma, wąska i niespecjalnie polecam, zwłaszcza z dziećmi, chociaż widoki niewątpliwie przepiękne, a lokalne wioseczki, wciśnięte między szosę a skałę, są urocze. Z samego zamku zostało w zasadzie niewiele - resztki murów, do których doklejony jest punkt informacyjny z maleńkim muzeum marionetek (wstęp do całości bezpłatny), ale to fantastyczny punkt widokowy na całą Taorminę, zatokę i Etnę. Po zamku oprowadzał nas puchaty przewodnik z pędzlem na ogonie, zalegając co jakiś czas na ciepłym murku. Poniżej zamku jest wioska, w której mieszka koło 1000 mieszkańców - kościół, kilka restauracji, placyk, na którym zawracają bocianyautobusy, brak parkingów (z wjazdem samochodem może być kłopot).

Punkt drugi to Teatr Grecki, już w samej Taorminie. Wstęp 10 euro (dorosły, dzieci do 18 lat i osoby obchodzące urodziny[1] nie płacą(!), a do 26 lat mają zniżki, jeśli są z terenów EU). Od starożytności (300 BC) zachowały się spore kawałki, sporo uzupełniano aż do współczesności (m. in. dodając plastikowe krzesła, których dwadzieścia lat temu jeszcze nie było[2]), ale efekt i tak jest niesamowity. Może to efekt zmęczenia upałem i końcem wakacji, ale właśnie tam poczułam, że jest za ładnie. Gdzie nie spojrzę - pięknie, ale to takie męczące tak podziwiać cały czas; przestałam się dziwić obojętnym na wdzięki okoliczności przyrody i historii mieszkańcom. Małe muzeum (chłodniej!) z artefaktami znalezionymi w okolicy, Dees zawiesiła się nad tabliczką z księgami rachunkowymi, wykutymi dłutem w kamieniu (Ctrl-Z nie działa, jaka to presja, żeby się nie pomylić, a 2000 lat później ktoś może odszyfrować, że Patrokles kupił od Andromachy krowę za 50 drachm, kompletne zdzierstwo).


Trzecim punktem jest klasztor Madonny Della Roca ("Na skale") oraz mieszczący się nad nim zamek Saracenów, do którego się idzie schodami z klasztoru. Nie dotarłam tam, źródła są sprzeczne, czy aktualnie można zamek zwiedzać, czy nie. Żałuję, następnym razem.
GALERIA ZDJĘĆ (cała Taormina, również z poprzedniej notki).
[1] Zasiorbałam żałośnie przy kasie, że taki pech - pojutrze mam urodziny, ale już będę w samolocie powrotnym, kasjer zawinszował sobie okazania dokumentu, po czym wręczył mi bilet gratis. Profit!
[2] Co widać na przykład na początku "Jej Wysokości Afrodyty" Woody Allena.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 26, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Archipelag Wysp Liparyjskich (zwanych Eolskimi[1]) składa się z siedmiu wysp i całego mnóstwa mniejszych skałek i wysepek. Dopłynąć można w miarę szybko (w 1,5 godziny[2]) wodolotem z Mesyny (a wcześniej wstać o 5:45, żeby o 6:30 stać na przystanku na autokar; wakacje to czas odpoczynku, ale przy okazji widać wschód słońca[3]).
Lipari to największa z wysp, najbardziej cywilizowana (chociaż nie bardzo wierzę w zapewnienia z przewodnika, że na większości jedynym środkiem lokomocji są zwierzęta). Wąskie uliczki, schody, a na wzgórzu (mnóstwo schodów!) normańska katedra Św. Bartłomieja, muzeum archeologiczne i pocztówkowy widok na okolicę. Z wielką lubością wchodzę do kościołów latem, nie dość, że w środku bywa obłędnie ładnie, to jeszcze czasem należycie chłodno. Oprócz pozostałości po maleńkim klasztorze normańskim (za drobną opłatą), Maj zachwycił się kościelnym kotem, który nie zwracając na nikogo uwagi usiłował umościć się w konfesjonale. Udało nam się znaleźć ekskluzywną restaurację na Piazza Mazzini (Ristorante Filippino), ze świetnym jedzeniem i kelnerem z Polski (przez co nie mogłam udawać światowca z google translate, że niby wiem, co jest w daniu).
Port w Mesynie
Salina
Czarny piasek z Vulcano / Wodolot / Port w Mesynie
Salina
Port w Lipari
Sufit w katedrze Św. Bartłomieja / Lokales / Klasztor normański
Katedra Św. Bartłomieja
Pasta z tuńczyka i miecznika z lokalnymi kaparami / Restauracja Filippino
Wąskie uliczki / Lokalne badziewko / Budynki Muzeum Archeologicznego
Wyspa Vulcano jest raczej czysto rekreacyjna - wulkaniczne źródła siarki, w których się można obłożyć śmierdzącym błotem i czarna plaża, którą - ze względu na upał i brak czarownego zapachu nieświeżych jajek - wszyscy jednogłośnie wybrali. Zrobiłam kilka (naprawdę kilka) zdjęć, bo siedziałam przez ponad 2 godziny w płytkiej wodzie, a jakbym mogła, to bym i została na dłużej. W ramach egzotyki - TŻ z wody zaobserwował przejście mikro-trąby powietrznej przez plażę. Z brzegu było tylko widać przewracające się leżaki i ludzi (ale to może z ekscytacji).
Baia Negra / Skała z Totoro
Fumarola - wulkan plujący siarkowym dymem / Port na Vulcano
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Normalnie czuję, jakbym się "Mitologią" Parandowskiego pocierała.
[2] Albo krócej, płynęliśmy na Lipari dużym łukiem, żeby obejrzeć po drodze mniejsze wyspy - Salinę, Panareę i Filicudi i Alicudi.
[3] Chyba że się jest nadgorliwym fotografem i wstaje o 6:15, żeby fotografować marinę o świcie, BTDT.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 25, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Archipelag Wysp Liparyjskich (zwanych Eolskimi[1]) składa się z siedmiu wysp i całego mnóstwa mniejszych skałek i wysepek. Dopłynąć można w miarę szybko (w 1,5 godziny[2]) wodolotem z Mesyny (a wcześniej wstać o 5:45, żeby o 6:30 stać na przystanku na autokar; wakacje to czas odpoczynku, ale przy okazji widać wschód słońca[3]).
Lipari to największa z wysp, najbardziej cywilizowana (chociaż nie bardzo wierzę w zapewnienia z przewodnika, że na większości jedynym środkiem lokomocji są zwierzęta). Wąskie uliczki, schody, a na wzgórzu (mnóstwo schodów!) normańska katedra Św. Bartłomieja, muzeum archeologiczne i pocztówkowy widok na okolicę. Z wielką lubością wchodzę do kościołów latem, nie dość, że w środku bywa obłędnie ładnie, to jeszcze czasem należycie chłodno. Oprócz pozostałości po maleńkim klasztorze normańskim (za drobną opłatą), Maj zachwycił się kościelnym kotem, który nie zwracając na nikogo uwagi usiłował umościć się w konfesjonale. Udało nam się znaleźć ekskluzywną restaurację na Piazza Mazzini (Ristorante Filippino), ze świetnym jedzeniem i kelnerem z Polski (przez co nie mogłam udawać światowca z google translate, że niby wiem, co jest w daniu).
Port w Mesynie
Salina
Czarny piasek z Vulcano / Wodolot / Port w Mesynie
Salina
Port w Lipari
Sufit w katedrze Św. Bartłomieja / Lokales / Klasztor normański
Katedra Św. Bartłomieja
Pasta z tuńczyka i miecznika z lokalnymi kaparami / Restauracja Filippino
Wąskie uliczki / Lokalne badziewko / Budynki Muzeum Archeologicznego
Wyspa Vulcano jest raczej czysto rekreacyjna - wulkaniczne źródła siarki, w których się można obłożyć śmierdzącym błotem i czarna plaża, którą - ze względu na upał i brak czarownego zapachu nieświeżych jajek - wszyscy jednogłośnie wybrali. Zrobiłam kilka (naprawdę kilka) zdjęć, bo siedziałam przez ponad 2 godziny w płytkiej wodzie, a jakbym mogła, to bym i została na dłużej. W ramach egzotyki - TŻ z wody zaobserwował przejście mikro-trąby powietrznej przez plażę. Z brzegu było tylko widać przewracające się leżaki i ludzi (ale to może z ekscytacji).
Baia Negra / Skała z Totoro
Fumarola - wulkan plujący siarkowym dymem / Port na Vulcano
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Normalnie czuję, jakbym się "Mitologią" Parandowskiego pocierała.
[2] Albo krócej, płynęliśmy na Lipari dużym łukiem, żeby obejrzeć po drodze mniejsze wyspy - Salinę, Panareę i Filicudi i Alicudi.
[3] Chyba że się jest nadgorliwym fotografem i wstaje o 6:15, żeby fotografować marinę o świcie, BTDT.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 25, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie umiem powiedzieć, które miejsca na Sycylii są a must have, bo - zaskoczenie - wszędzie jest pięknie. Syrakuzy są jednym z większych miast, ale komfortowo dla zwiedzających taką typową starówkę mają wydzieloną na wyspie Ortigii. Całość można obejść wybrzeżem wolnym krokiem w niecałą godzinę, ale warto zacząć błądzić w labiryncie wąskich uliczek. Uroczy jest konglomerat kultur - tu starożytna grecka świątynia Ateny została zaadoptowana na chrześcijańską bazylikę, tam obok nowożytna grecka twierdza Maniace (do której spóźniliśmy się o 15 minut, bo przecież 13:00 to najlepsza pora na zamknięcie muzeum). Mnóstwo sklepów, restauracji, obiecujące (ale obietnicy nie dotrzymujące[1]) muzeum lalek, fantastyczny widok na zatokę, zwłaszcza w okolicy Źródła Aretuzy, jednego z niewielu miejsc w okolicy, gdzie rosną papirusy. Już poza wyspą jest podobno wielkie i ciekawe muzeum archeologiczne oraz dobrze zachowany grecki amfiteatr, następnym razem.
Widok na zatokę
Wszechobecny oleander / Źródło Aretuzy
Kościół Św. Jana Chrzciciela
Marionetki, te są całkiem estetyczne
Pozostałości świątyni Apollina
Posadzka w bazylice #ihavethisthingwithfloors / Bazylika
Marina
Źródło Aretuzy, to pierzaste to papirus
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Muzeum jest płatne (niedramatycznie, ale i nie groszowo), składa się z dwóch salek, w których jest kilkadziesiąt marionetek, z czego niektóre mocno kwestionowalne estetycznie. Całość ogląda się w minut 10, a za dodatkową opłatą odbywają się przedstawienia po włosku. Można ominąć, młodzież 8-9 lat nie była zachwycona.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 24, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie umiem powiedzieć, które miejsca na Sycylii są a must have, bo - zaskoczenie - wszędzie jest pięknie. Syrakuzy są jednym z większych miast, ale komfortowo dla zwiedzających taką typową starówkę mają wydzieloną na wyspie Ortigii. Całość można obejść wybrzeżem wolnym krokiem w niecałą godzinę, ale warto zacząć błądzić w labiryncie wąskich uliczek. Uroczy jest konglomerat kultur - tu starożytna grecka świątynia Ateny została zaadoptowana na chrześcijańską bazylikę, tam obok nowożytna grecka twierdza Maniace (do której spóźniliśmy się o 15 minut, bo przecież 13:00 to najlepsza pora na zamknięcie muzeum). Mnóstwo sklepów, restauracji, obiecujące (ale obietnicy nie dotrzymujące[1]) muzeum lalek, fantastyczny widok na zatokę, zwłaszcza w okolicy Źródła Aretuzy, jednego z niewielu miejsc w okolicy, gdzie rosną papirusy. Już poza wyspą jest podobno wielkie i ciekawe muzeum archeologiczne oraz dobrze zachowany grecki amfiteatr, następnym razem.
Widok na zatokę
Wszechobecny oleander / Źródło Aretuzy
Kościół Św. Jana Chrzciciela
Marionetki, te są całkiem estetyczne
Pozostałości świątyni Apollina
Posadzka w bazylice #ihavethisthingwithfloors / Bazylika
Marina
Źródło Aretuzy, to pierzaste to papirus
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Muzeum jest płatne (niedramatycznie, ale i nie groszowo), składa się z dwóch salek, w których jest kilkadziesiąt marionetek, z czego niektóre mocno kwestionowalne estetycznie. Całość ogląda się w minut 10, a za dodatkową opłatą odbywają się przedstawienia po włosku. Można ominąć, młodzież 8-9 lat nie była zachwycona.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 24, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[23.08.2017]
Jest wiele sposobów, żeby wejść na sam szczyt Etny. Zwykle podjeżdża się autem albo autobusem do schroniska Rifugio Sapienza (1900 m n.p.m.), gdzie się parkuje[1] i wychodzi na lokalny odpowiednik Krupówek (mnóstwo sklepików z badziewkiem i standów z lokalnymi specjałami[2]). Stąd można iść piechotą do góry po osypującej się ścieżce z drobniutkiego żużlu (co wyjaśnia sugerowane wszędzie buty za kostkę[3], długie spodnie i rękawiczki), wjechać terenówką czy innym busem albo podjechać kolejką linową, Funivia dell'Etna. Ostatnia opcja ma zdecydowany wow factor dla młodzieży płci dowolnej mimo dość słonej ceny (ok. 30 euro w górę i w dół). Z górnej stacji (2500 m n.p.m.) można iść piechotą (jeszcze stromiej) lub w ramach droższego biletu przesiąść się na busik do góry. Ponieważ nasza wesoła wycieczka składała się z jednego dorosłej osoby ze szwankującym kolanem oraz dwóch kapryśnie chętnych lub niechętnych do wspinania się dzieci, ograniczyliśmy się do spaceru po księżycowej okolicy i powrotu ostatnią kolejką w okolicach 17.
(obowiązkowe pamiątki lepiej kupować niżej / wagonik kolejki)
Umówmy się, że - poza pięknymi (choć często mglistymi) widokami - warto na Etnę ogromnie, bo jest tam w sierpniu chłodniej niż na reszcie wyspy. Z 30 stopni (a czasem i upiornych ponad 35) i pełnego słońca wchodzi się w absolutnie przyjemne 15-18 stopni, można skorzystać z bluzy, którą się wlekło pół Europy ze sobą (oraz kupić bluzę z sycylijską sówką dziecku, bo się nie spakowało odzieży dla dziecka, bhawo ja).
Z pewnym zażenowaniem przyznam, że Etna nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak pobliski krater Silvestriego, który można obejść w kilkanaście minut, zejść na dół i wrócić bez zadyszki. W przeciwieństwie do Etny, która jest czarno-szara (aczkolwiek porośnięta tu i ówdzie), krater jest raczej kolorowy - zielonkawo-rudy, porośnięty mchami, trawami i drobnymi kwiatuszkami. Na dole ktoś ułożył z kamieni spiralę, przedni pomysł, kosmici mają gdzie lądować. Dodatkowo na zdjęciach widać, jak często zmienia się pogoda - od szaroburej mgły do błękitnego nieba bez śladu chmur.
(ludzie fotografujący NIC)
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Pozdrawiam uczynnego dżentelmena, który stwierdził, że właśnie odjeżdża i bez sensu, żebyśmy płacili za parking, skoro już jest prawie 16, więc oddał nam swoją kartę parkingową.
[2] Jak niechętna jestem kupowaniu dla samego kupowania, tak ogromnie mnie ujął sprzedający na stoisku z miodami, biegle operujący w wystarczającym zakresie ponad 10 językami. Proszę, łyżeczka, krem z pistacji, dobre, dobre, bardzo dobre? Miód z castagna! Dobre? Bardzo dobre? W efekcie wyszłam ze słoiczkiem kremu z pistacji i miodami (cytrynowym, eukaliptusowym, pomarańczowym i kasztanowym). Zupełnie nie żałuję, jak i reszty mojego nadbagażu, o czym niebawem.
[3] Czy weszłam na kawałek Etny w sandałach? Ależ. Bez skarpet, ale miałam w zanadrzu[4], jakby co.
[4] Nawet nie swoje, podkradłam parę skarpetek Majowi, z Anką i Elzą.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 23, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 3 komentarze
- Skomentuj
[23.08.2017]
Jest wiele sposobów, żeby wejść na sam szczyt Etny. Zwykle podjeżdża się autem albo autobusem do schroniska Rifugio Sapienza (1900 m n.p.m.), gdzie się parkuje[1] i wychodzi na lokalny odpowiednik Krupówek (mnóstwo sklepików z badziewkiem i standów z lokalnymi specjałami[2]). Stąd można iść piechotą do góry po osypującej się ścieżce z drobniutkiego żużlu (co wyjaśnia sugerowane wszędzie buty za kostkę[3], długie spodnie i rękawiczki), wjechać terenówką czy innym busem albo podjechać kolejką linową, Funivia dell'Etna. Ostatnia opcja ma zdecydowany wow factor dla młodzieży płci dowolnej mimo dość słonej ceny (ok. 30 euro w górę i w dół). Z górnej stacji (2500 m n.p.m.) można iść piechotą (jeszcze stromiej) lub w ramach droższego biletu przesiąść się na busik do góry. Ponieważ nasza wesoła wycieczka składała się z jednego dorosłej osoby ze szwankującym kolanem oraz dwóch kapryśnie chętnych lub niechętnych do wspinania się dzieci, ograniczyliśmy się do spaceru po księżycowej okolicy i powrotu ostatnią kolejką w okolicach 17.
(obowiązkowe pamiątki lepiej kupować niżej / wagonik kolejki)
Umówmy się, że - poza pięknymi (choć często mglistymi) widokami - warto na Etnę ogromnie, bo jest tam w sierpniu chłodniej niż na reszcie wyspy. Z 30 stopni (a czasem i upiornych ponad 35) i pełnego słońca wchodzi się w absolutnie przyjemne 15-18 stopni, można skorzystać z bluzy, którą się wlekło pół Europy ze sobą (oraz kupić bluzę z sycylijską sówką dziecku, bo się nie spakowało odzieży dla dziecka, bhawo ja).
Z pewnym zażenowaniem przyznam, że Etna nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak pobliski krater Silvestriego, który można obejść w kilkanaście minut, zejść na dół i wrócić bez zadyszki. W przeciwieństwie do Etny, która jest czarno-szara (aczkolwiek porośnięta tu i ówdzie), krater jest raczej kolorowy - zielonkawo-rudy, porośnięty mchami, trawami i drobnymi kwiatuszkami. Na dole ktoś ułożył z kamieni spiralę, przedni pomysł, kosmici mają gdzie lądować. Dodatkowo na zdjęciach widać, jak często zmienia się pogoda - od szaroburej mgły do błękitnego nieba bez śladu chmur.
(ludzie fotografujący NIC)
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Pozdrawiam uczynnego dżentelmena, który stwierdził, że właśnie odjeżdża i bez sensu, żebyśmy płacili za parking, skoro już jest prawie 16, więc oddał nam swoją kartę parkingową.
[2] Jak niechętna jestem kupowaniu dla samego kupowania, tak ogromnie mnie ujął sprzedający na stoisku z miodami, biegle operujący w wystarczającym zakresie ponad 10 językami. Proszę, łyżeczka, krem z pistacji, dobre, dobre, bardzo dobre? Miód z castagna! Dobre? Bardzo dobre? W efekcie wyszłam ze słoiczkiem kremu z pistacji i miodami (cytrynowym, eukaliptusowym, pomarańczowym i kasztanowym). Zupełnie nie żałuję, jak i reszty mojego nadbagażu, o czym niebawem.
[3] Czy weszłam na kawałek Etny w sandałach? Ależ. Bez skarpet, ale miałam w zanadrzu[4], jakby co.
[4] Nawet nie swoje, podkradłam parę skarpetek Majowi, z Anką i Elzą.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 23, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Jeśli Giardini-Naxos to Mielno (zachowując proporcję), to Taormina to połączenie Sopotu i Międzyzdrojów, bogato okraszone dobrze zachowanymi pozostałościami po starożytnych Grekach[1]. Do Taorminy się wjeżdża serpentynami, albowiem w większości jest na górze[2], co gwarantuje z jednej strony mnóstwo schodków, zaułków i ukosów, z drugiej - obłędny widok z klifów na turkusową wodę zatoki. Pierwszego dnia pokręciliśmy się po starówce, leniwie i bez przygód po dość burzliwym poranku, gdzie to zaliczyliśmy kryzys wynikający z przegrzania i kapiących lodów.
O tym, czemu Taormina była obowiązkowym punktem wycieczki, napisała już Dees. Ja tylko mogę dodać nieśmiertelne -
obraz wart 1000 słów.
Widok na wschód / Trinacria - symbol wyspy / Widok na zachód
Malowniczy zaułek / Lokales ze sklepu z wyborami glinianymi
Funivia
Detale
Widok z kolejki
Porcelanki
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nie padło pytanie, choć paść powinno, czemu nie Włochach. Albowiem pierwsi byli Fenicjanie (Palermo), ale po nich niewiele zostało, potem Grecy, po których zostało dużo (Syrakuzy, Katania, Mesyna i wszystko, co na wschodnim wybrzeżu), następnie Kartagińczycy (zachodnie wybrzeże), aż wreszcie na to wszystko weszli starożytni Rzymianie, którzy zagarnęli całość (oprócz małej wioski w Galii, ale to inna opowieść). Potem byli Wandalowie, Ostrogoci, Arabowie, Normanowie, Hiszpanie, Niemcy i Francuzi, a na końcu mafia.
[2] Za pierwszym razem kilkukilometrową drogę wąskimi serpentynami, wzdłuż których radośnie parkują sobie mieszkańcy, a autobus[3] pokonuje czasem zwisając kawałkiem na kilkudziesięciometrową przepaścią, pokonuje się chyba na jednym wdechu. Następnym razem już się częściej oddycha, nawet wyrażając zachwyt widokiem. Za kolejnymi nawet wyrabia się pewną blazę, dopóki się nie spojrzy w dół. W sumie do Taorminy wjeżdżaliśmy trzy razy (raz tranzytem), zjeżdżając o raz mniej, bo skorzystaliśmy z kolejki wagonikowej[4].
[3] Lokalne autobusy na Sycylii to oddzielna historia. Rozkład jazdy jest delikatną sugestią, albo przyjedzie, albo nie. Jeden autobus z właściwą miejscowością na tablicy podjechał, zatrzymał się, wysiadł rosły ciemnoskóry i machając rękami oraz mówiąc głośne "NONONONO" zatarasował wejście, po czym autobus odjechał. W kolejnym autobusie okazało się, że ponieważ na tym konkretnie przystanku są sprzedawane bilety w budce, kierowca ich nie sprzeda (mimo że na przystanku bez budki by sprzedał); mimo emitowania "SI SI" na propozycję, że ja podejdę, kupię i wrócę, kierowca zamknął drzwi i odjechał. Dla odmiany na szczycie góry z Castelmola[5] kierowca wjechał, wydał pasażerów, ale nie pobrał nowych, tylko oznajmił, że ma przerwę i pusty zjechał na dół, informując, że "będzie następny". Niewypada niepolecić.
[4] Wagonikami (Funivią) zjeżdża się z Taorminy górskiej do Taorminy na poziomie morza, gdzie luksusowe hotele, plaże i Isola Bella, o której w następnym odcinku. Kolejka kosztuje podobnie jak autobus, więc jak kto wrażliwszy, mniej strasznie się wjeżdża wyciągiem niż zakrętami. Jak przystało na #nieustającepasmosukcesów, kiedy weszliśmy na stację kolejki, okazało się, że aktualnie nie jeździ, bo lata helikopter medyczny, co transport linowy czemuś zawiesza. Po półgodzinie całość ruszyła, ale co się młodzież namarudziła, to ich.
[5] Castelmola obowiązkowo, ale o tym - a jakże - w następnym odcinku. I o teatrze greckim.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 22, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Jeśli Giardini-Naxos to Mielno (zachowując proporcję), to Taormina to połączenie Sopotu i Międzyzdrojów, bogato okraszone dobrze zachowanymi pozostałościami po starożytnych Grekach[1]. Do Taorminy się wjeżdża serpentynami, albowiem w większości jest na górze[2], co gwarantuje z jednej strony mnóstwo schodków, zaułków i ukosów, z drugiej - obłędny widok z klifów na turkusową wodę zatoki. Pierwszego dnia pokręciliśmy się po starówce, leniwie i bez przygód po dość burzliwym poranku, gdzie to zaliczyliśmy kryzys wynikający z przegrzania i kapiących lodów.
O tym, czemu Taormina była obowiązkowym punktem wycieczki, napisała już Dees. Ja tylko mogę dodać nieśmiertelne -
obraz wart 1000 słów.
Widok na wschód / Trinacria - symbol wyspy / Widok na zachód
Malowniczy zaułek / Lokales ze sklepu z wyborami glinianymi
Funivia
Detale
Widok z kolejki
Porcelanki
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nie padło pytanie, choć paść powinno, czemu nie Włochach. Albowiem pierwsi byli Fenicjanie (Palermo), ale po nich niewiele zostało, potem Grecy, po których zostało dużo (Syrakuzy, Katania, Mesyna i wszystko, co na wschodnim wybrzeżu), następnie Kartagińczycy (zachodnie wybrzeże), aż wreszcie na to wszystko weszli starożytni Rzymianie, którzy zagarnęli całość (oprócz małej wioski w Galii, ale to inna opowieść). Potem byli Wandalowie, Ostrogoci, Arabowie, Normanowie, Hiszpanie, Niemcy i Francuzi, a na końcu mafia.
[2] Za pierwszym razem kilkukilometrową drogę wąskimi serpentynami, wzdłuż których radośnie parkują sobie mieszkańcy, a autobus[3] pokonuje czasem zwisając kawałkiem na kilkudziesięciometrową przepaścią, pokonuje się chyba na jednym wdechu. Następnym razem już się częściej oddycha, nawet wyrażając zachwyt widokiem. Za kolejnymi nawet wyrabia się pewną blazę, dopóki się nie spojrzy w dół. W sumie do Taorminy wjeżdżaliśmy trzy razy (raz tranzytem), zjeżdżając o raz mniej, bo skorzystaliśmy z kolejki wagonikowej[4].
[3] Lokalne autobusy na Sycylii to oddzielna historia. Rozkład jazdy jest delikatną sugestią, albo przyjedzie, albo nie. Jeden autobus z właściwą miejscowością na tablicy podjechał, zatrzymał się, wysiadł rosły ciemnoskóry i machając rękami oraz mówiąc głośne "NONONONO" zatarasował wejście, po czym autobus odjechał. W kolejnym autobusie okazało się, że ponieważ na tym konkretnie przystanku są sprzedawane bilety w budce, kierowca ich nie sprzeda (mimo że na przystanku bez budki by sprzedał); mimo emitowania "SI SI" na propozycję, że ja podejdę, kupię i wrócę, kierowca zamknął drzwi i odjechał. Dla odmiany na szczycie góry z Castelmola[5] kierowca wjechał, wydał pasażerów, ale nie pobrał nowych, tylko oznajmił, że ma przerwę i pusty zjechał na dół, informując, że "będzie następny". Niewypada niepolecić.
[4] Wagonikami (Funivią) zjeżdża się z Taorminy górskiej do Taorminy na poziomie morza, gdzie luksusowe hotele, plaże i Isola Bella, o której w następnym odcinku. Kolejka kosztuje podobnie jak autobus, więc jak kto wrażliwszy, mniej strasznie się wjeżdża wyciągiem niż zakrętami. Jak przystało na #nieustającepasmosukcesów, kiedy weszliśmy na stację kolejki, okazało się, że aktualnie nie jeździ, bo lata helikopter medyczny, co transport linowy czemuś zawiesza. Po półgodzinie całość ruszyła, ale co się młodzież namarudziła, to ich.
[5] Castelmola obowiązkowo, ale o tym - a jakże - w następnym odcinku. I o teatrze greckim.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 22, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 5 komentarzy
- Skomentuj