Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: seriale

Lost

TL;DR w formie streszczenia wideo (są spoilery).

Lot Oceanic Airlines 815, z Sydney do Los Angeles z niewiadomych przyczyn samolot rozpada się w powietrzu i część pasażerów cudem uchodzi z życiem z katastrofy, spadając na dziwną wyspę, gdzie Dzieją Się Rzeczy. A to Czarny Dym niespodziewanie zabija ludzi, a to zdziczała osadniczka zastawia pułapki, ktoś porywa dzieci, znajdują się dziwne artefakty typu monstrualna rzeźba stopy z czterema palcami, a w bunkrze siedzi zarośnięty Szkot i wciska guzik co 108 minut. Eklektyczna grupa pasażerów - lekarz z osobowością typu A, przestępca, oszust, artysta/inżynier, ćpun, milioner z przypadku, małżeństwo nie mówiące po angielsku, surwiwalista, rodzeństwo kidults, żołnierz, policjant, dentysta, ksiądz, psycholog, przyszła matka, męczennik, święty, grzesznik (płci dowolnej) - każdy ma jakąś tajemnicę, często tragedię w przeszłości, co wychodzi w przerywających akcję na wyspie flashbackach, i dla każdego to miejsce jest nowym, chociaż niekoniecznie optymalnym początkiem, a często niespodziewanym końcem. Wszyscy - poza jedną osobą - mają jeden cel: wydostać się z wyspy.

Zacznijmy to zwierzeń. Od wielu lat określałam siebie jako “sierotę po Lost”, bo mało który serial dał mi tyle emocji, co gorączkowe binge’owanie kolejnych odcinków pierwszego sezonu, kiedy wszystko było niespodziewane, nieoczywiste, zaskakujące i, cholera jasna, to jest całkiem nowa telewizja! Tym boleśniej odczuwałam przerwy między sezonami i wreszcie dziwny, niejednoznaczny finał, ckliwy do wyrzygu i niekoniecznie wyjaśniający wszystko w stopniu wystarczająco wprost, ale jednocześnie taki ładny i robiący ciepełko w serduszku. Minęło 20 lat od premiery, wczoraj skończyłam ponowne oglądanie serialu (120 odcinków + apokryfy), w międzyczasie zrobiłam doktorat z interpretacji i analiz, które powstały przez te wszystkie lata i… niczego nie żałuję. To dalej fantastyczny serial, ze świetnymi postaciami, mieszanką wszystkiego - dramy, romansu, tajemnicy, mistycyzmu, podróży w czasie, podstępnej korporacji, teorii spiskowych, zbiegów okoliczności, sarkastycznego i czasem autoironiczego humoru[1] i, co chyba najważniejsze, pokazujący, że nic się od tysiącleci nie zmienia: człowiek potrzebuje drugiego człowieka i poczucia sensu tego, co robi. Dodatkowo jest zaskakujący technicznie - kilka planów czasowych, asynchroniczne wydarzenia, czasem zupełnie niespodziewana scena ma swoje rozwiązanie kilkanaście odcinków później. Kolejne oglądanie ma też tę zaletę, że nie czeka się tak żarłocznie na wyjaśnienie tej setki tajemnic, bo zasadniczo już wiadomo, co jest ważne, a co nie i można się skupić na tym, co dzieje się między ludźmi. Niekoniecznie wszystkie rozwiązania fabularne mi się podobają, niektóre elementy się mocno zestarzały[2], bo jednak świat zmienił się od lat 2004-2010, nie przepadam też za mistycyzmem, wynagrodzenie cierpienia i wyrzeczeń w życiu za pomocą połączenia w buddyjskim bardo, gdzie szczęśliwość i możliwość przejścia do wiekuistego, ekumenicznego światła, jest teorią z gruntu mi obcą, a wcale niesubtelne wyjaśnienie przyczyn jak ze złego dowcipu nie pomogło, ale ostatnie trzy miesiące oglądania sprawiły mi mnóstwo przyjemności[3]. To, co mi znacznie pomogło z perspektywy czasu, to odkrycie, że to logiczne wyjaśnienie tego, co się działo w świecie “Losta” niekoniecznie jest logicznym wyjaśnieniem w naszym świecie - stąd tłumaczenie Czarnego Dymu nanobotami czy szukanie na mapie przenoszącej się wyspy, która jest na Osi Świata i jest zasobnikiem życiodajnej energii jest czynnością zarówno rozczarowującą, jak i bezsensowną. I jeśli się przyjmie tę optykę, to serial ma o wiele więcej sensu, łącznie z zakończeniem jak z ulotki Świadków Jehowy. A, jakby kto pytał - nieustająco Team Sawyer (oraz absolutnie chcę sidequel, gdzie Lapidus, Miles i Hurley będą komentować rzeczywistość).

[1] Uwielbiam to w popkulturze, że można zmontować taki świat, gdzie jednocześnie łezka mi leci, bo protagonista odchodzi, dokonawszy Ostatecznego Aktu nadludzkim wysiłkiem (i jest piesek, piesek zawsze +50 do wzruszenia), a 30 sekund później chichoczę ze sceny jak z “Pingwinów z Madagaskaru”, gdzie da się samolot naprawić za pomocą srebrnej taśmy (“I don’t believe in a lot of things, but I do believe in duct tape”).

[2] Arab = terrorysta, tylko mężczyźni mogą być bohaterami, Koreanka musi znać się na ziołach (chociaż nie jest farmaceutką, a córką wpływowego biznesmena), osobie z niepełnosprawnością trzeba przede wszystkim współczuć, gruby = leniwy. Nie wchodzę nawet w kwestię omijania poczucia zagrożenia u kobiet, żaden z większości mężczyzn na wyspie nawet nie pomyśli przedmiotowo i takiej myśli nie zrealizuje, chociaż czasopisma z gołymi paniami są elementem scenografii. Mogę tak długo, ale jakby nie o to chodzi.

[3] Nieustająco mam ciarki, jak widzę to promo. Uwielbiam sposób, w jaki w tym serialu udało się zbudować klimat niesamowitości i przeżycia transcendentalnego, nawet jeśli nie wszystkie obietnice zostały dotrzymane. I tak, daję się łatwo łapać na większość filmowych sztuczek typu "on tak na nią patrzy", trudno.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 26, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 5 komentarzy - Skomentuj


Lost

TL;DR w formie streszczenia wideo (są spoilery).

Lot Oceanic Airlines 815, z Sydney do Los Angeles z niewiadomych przyczyn samolot rozpada się w powietrzu i część pasażerów cudem uchodzi z życiem z katastrofy, spadając na dziwną wyspę, gdzie Dzieją Się Rzeczy. A to Czarny Dym niespodziewanie zabija ludzi, a to zdziczała osadniczka zastawia pułapki, ktoś porywa dzieci, znajdują się dziwne artefakty typu monstrualna rzeźba stopy z czterema palcami, a w bunkrze siedzi zarośnięty Szkot i wciska guzik co 108 minut. Eklektyczna grupa pasażerów - lekarz z osobowością typu A, przestępca, oszust, artysta/inżynier, ćpun, milioner z przypadku, małżeństwo nie mówiące po angielsku, surwiwalista, rodzeństwo kidults, żołnierz, policjant, dentysta, ksiądz, psycholog, przyszła matka, męczennik, święty, grzesznik (płci dowolnej) - każdy ma jakąś tajemnicę, często tragedię w przeszłości, co wychodzi w przerywających akcję na wyspie flashbackach, i dla każdego to miejsce jest nowym, chociaż niekoniecznie optymalnym początkiem, a często niespodziewanym końcem. Wszyscy - poza jedną osobą - mają jeden cel: wydostać się z wyspy.

Zacznijmy to zwierzeń. Od wielu lat określałam siebie jako “sierotę po Lost”, bo mało który serial dał mi tyle emocji, co gorączkowe binge’owanie kolejnych odcinków pierwszego sezonu, kiedy wszystko było niespodziewane, nieoczywiste, zaskakujące i, cholera jasna, to jest całkiem nowa telewizja! Tym boleśniej odczuwałam przerwy między sezonami i wreszcie dziwny, niejednoznaczny finał, ckliwy do wyrzygu i niekoniecznie wyjaśniający wszystko w stopniu wystarczająco wprost, ale jednocześnie taki ładny i robiący ciepełko w serduszku. Minęło 20 lat od premiery, wczoraj skończyłam ponowne oglądanie serialu (120 odcinków + apokryfy), w międzyczasie zrobiłam doktorat z interpretacji i analiz, które powstały przez te wszystkie lata i… niczego nie żałuję. To dalej fantastyczny serial, ze świetnymi postaciami, mieszanką wszystkiego - dramy, romansu, tajemnicy, mistycyzmu, podróży w czasie, podstępnej korporacji, teorii spiskowych, zbiegów okoliczności, sarkastycznego i czasem autoironiczego humoru[1] i, co chyba najważniejsze, pokazujący, że nic się od tysiącleci nie zmienia: człowiek potrzebuje drugiego człowieka i poczucia sensu tego, co robi. Dodatkowo jest zaskakujący technicznie - kilka planów czasowych, asynchroniczne wydarzenia, czasem zupełnie niespodziewana scena ma swoje rozwiązanie kilkanaście odcinków później. Kolejne oglądanie ma też tę zaletę, że nie czeka się tak żarłocznie na wyjaśnienie tej setki tajemnic, bo zasadniczo już wiadomo, co jest ważne, a co nie i można się skupić na tym, co dzieje się między ludźmi. Niekoniecznie wszystkie rozwiązania fabularne mi się podobają, niektóre elementy się mocno zestarzały[2], bo jednak świat zmienił się od lat 2004-2010, nie przepadam też za mistycyzmem, wynagrodzenie cierpienia i wyrzeczeń w życiu za pomocą połączenia w buddyjskim bardo, gdzie szczęśliwość i możliwość przejścia do wiekuistego, ekumenicznego światła, jest teorią z gruntu mi obcą, a wcale niesubtelne wyjaśnienie przyczyn jak ze złego dowcipu nie pomogło, ale ostatnie trzy miesiące oglądania sprawiły mi mnóstwo przyjemności[3]. To, co mi znacznie pomogło z perspektywy czasu, to odkrycie, że to logiczne wyjaśnienie tego, co się działo w świecie “Losta” niekoniecznie jest logicznym wyjaśnieniem w naszym świecie - stąd tłumaczenie Czarnego Dymu nanobotami czy szukanie na mapie przenoszącej się wyspy, która jest na Osi Świata i jest zasobnikiem życiodajnej energii jest czynnością zarówno rozczarowującą, jak i bezsensowną. I jeśli się przyjmie tę optykę, to serial ma o wiele więcej sensu, łącznie z zakończeniem jak z ulotki Świadków Jehowy. A, jakby kto pytał - nieustająco Team Sawyer (oraz absolutnie chcę sidequel, gdzie Lapidus, Miles i Hurley będą komentować rzeczywistość).

[1] Uwielbiam to w popkulturze, że można zmontować taki świat, gdzie jednocześnie łezka mi leci, bo protagonista odchodzi, dokonawszy Ostatecznego Aktu nadludzkim wysiłkiem (i jest piesek, piesek zawsze +50 do wzruszenia), a 30 sekund później chichoczę ze sceny jak z “Pingwinów z Madagaskaru”, gdzie da się samolot naprawić za pomocą srebrnej taśmy (“I don’t believe in a lot of things, but I do believe in duct tape”).

[2] Arab = terrorysta, tylko mężczyźni mogą być bohaterami, Koreanka musi znać się na ziołach (chociaż nie jest farmaceutką, a córką wpływowego biznesmena), osobie z niepełnosprawnością trzeba przede wszystkim współczuć, gruby = leniwy. Nie wchodzę nawet w kwestię omijania poczucia zagrożenia u kobiet, żaden z większości mężczyzn na wyspie nawet nie pomyśli przedmiotowo i takiej myśli nie zrealizuje, chociaż czasopisma z gołymi paniami są elementem scenografii. Mogę tak długo, ale jakby nie o to chodzi.

[3] Nieustająco mam ciarki, jak widzę to promo. Uwielbiam sposób, w jaki w tym serialu udało się zbudować klimat niesamowitości i przeżycia transcendentalnego, nawet jeśli nie wszystkie obietnice zostały dotrzymane. I tak, daję się łatwo łapać na większość filmowych sztuczek typu "on tak na nią patrzy", trudno.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 26, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 5 komentarzy - Skomentuj


Wzgórze psów (ponownie)

Musiałam przeczytać znowu książkę, bo to, co zobaczyłam w serialu, mogę określić jedynie jako bardzo słabe streszczenie. Jeśli nie chcecie czytać książki, to serial zostawi Was z poczuciem “Ale o co tyle szumu?”, więc nie czytajcie dalej (bo spoilery), tylko idźcie czytać książkę, chociaż oczywiście nie opękacie tego w niecałe 5 godzin jak serialu.

Jak można było ze świetnej, wielowarstwowej narracji, gdzie prywatna tragedia Mikołaja, którego całe życie zostało naznaczone śmiercią byłej dziewczyny, przeplatała się z tragedią sterroryzowanego najpierw przez przestępców, potem przez szemranych biznesmenów i sprzedajną nomenklaturę, małego zapomnianego miasta, gdzie członkowie toksycznej rodziny usiłowali wyłowić z ogromu traumy, zaniedbań i wzajemnych pretensji jakąkolwiek nadzieję, gdzie związki rozpadały się bez względu na to, ile miłości ludzie do siebie czuli, zrobić tak płytką i nijaką historię? Gwiazdor pisarski, przed którym wszystkie drzwi stoją otworem, a agenci pchają się z zaliczkami i propozycjami, wraca na urodziny ojca do małego miasteczka, odkrywa, że ojciec się nie zmienił i dalej go wkurza, jego żona, nie dość, że wkręca się w jakieś polityczne lokalne intrygi ojca i jego kamratów, to jeszcze go zdradziła, a dodatkowo na każdym kroku przypomina sobie o tragedii sprzed lat. I nikt go nie szanuje specjalnie. Zamiast wyjechać, ciągnie te taczki, tu oberwie, tam robi coś wbrew sobie, ale tak na pół gwizdka, jakiś Niemiec (nie Alzheimer), szaman na bagnach, policja odmawia prowadzenia śledztwa, a i to przed laty spaprała dramatycznie[1], zbiegi okoliczności, wtem na poły wyjaśniony finał i napisy końcowe. Rozczarowanie. Serial ratuje tylko Więckiewicz, grający ojca oraz Jasmina Polak w roli Justyny, reszta jest w zasadzie nie do zapamiętania. I obrazki ładne, nawet animację przełknęłam, chociaż logicznie była idiotyczna[1].

[1] Serio, wątek Gizma - w oryginale zaćpanego nastolatka, który miał wizję zabitej Darii i zaraz po aresztowaniu się zabił z małą pomocą z zewnątrz, co zamknęło śledztwo, chociaż już przy czytaniu krzyczałam w duchu "mikroślady badajcie, do cholery, może testy DNA?!" - został przerobiony na jakąś idiotyczną historyjkę o bracie z rozwojem intelektualnym na poziomie trzylatka, który wyobraża sobie, że jest rycerzem, ale nie ratuje królewny, za to dostaje łomot i bez żadnych dowodów zamykają go za gwałt w psychiatryku, gdzie po kilkunastu latach tuż po wizycie Mikołaja bez żadnego powodu przegryza sobie żyły. Bo tak.

#10

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 25, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Wzgórze psów (ponownie)

Musiałam przeczytać znowu książkę, bo to, co zobaczyłam w serialu, mogę określić jedynie jako bardzo słabe streszczenie. Jeśli nie chcecie czytać książki, to serial zostawi Was z poczuciem “Ale o co tyle szumu?”, więc nie czytajcie dalej (bo spoilery), tylko idźcie czytać książkę, chociaż oczywiście nie opękacie tego w niecałe 5 godzin jak serialu.

Jak można było ze świetnej, wielowarstwowej narracji, gdzie prywatna tragedia Mikołaja, którego całe życie zostało naznaczone śmiercią byłej dziewczyny, przeplatała się z tragedią sterroryzowanego najpierw przez przestępców, potem przez szemranych biznesmenów i sprzedajną nomenklaturę, małego zapomnianego miasta, gdzie członkowie toksycznej rodziny usiłowali wyłowić z ogromu traumy, zaniedbań i wzajemnych pretensji jakąkolwiek nadzieję, gdzie związki rozpadały się bez względu na to, ile miłości ludzie do siebie czuli, zrobić tak płytką i nijaką historię? Gwiazdor pisarski, przed którym wszystkie drzwi stoją otworem, a agenci pchają się z zaliczkami i propozycjami, wraca na urodziny ojca do małego miasteczka, odkrywa, że ojciec się nie zmienił i dalej go wkurza, jego żona, nie dość, że wkręca się w jakieś polityczne lokalne intrygi ojca i jego kamratów, to jeszcze go zdradziła, a dodatkowo na każdym kroku przypomina sobie o tragedii sprzed lat. I nikt go nie szanuje specjalnie. Zamiast wyjechać, ciągnie te taczki, tu oberwie, tam robi coś wbrew sobie, ale tak na pół gwizdka, jakiś Niemiec (nie Alzheimer), szaman na bagnach, policja odmawia prowadzenia śledztwa, a i to przed laty spaprała dramatycznie[1], zbiegi okoliczności, wtem na poły wyjaśniony finał i napisy końcowe. Rozczarowanie. Serial ratuje tylko Więckiewicz, grający ojca oraz Jasmina Polak w roli Justyny, reszta jest w zasadzie nie do zapamiętania. I obrazki ładne, nawet animację przełknęłam, chociaż logicznie była idiotyczna[1].

[1] Serio, wątek Gizma - w oryginale zaćpanego nastolatka, który miał wizję zabitej Darii i zaraz po aresztowaniu się zabił z małą pomocą z zewnątrz, co zamknęło śledztwo, chociaż już przy czytaniu krzyczałam w duchu "mikroślady badajcie, do cholery, może testy DNA?!" - został przerobiony na jakąś idiotyczną historyjkę o bracie z rozwojem intelektualnym na poziomie trzylatka, który wyobraża sobie, że jest rycerzem, ale nie ratuje królewny, za to dostaje łomot i bez żadnych dowodów zamykają go za gwałt w psychiatryku, gdzie po kilkunastu latach tuż po wizycie Mikołaja bez żadnego powodu przegryza sobie żyły. Bo tak.

#10

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 25, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Można przewinąć, czyli o 2024

W 2024 było czytane. Przeczytałam i przesłuchałam 122 książki, a w tym 30 audiobooków, aczkolwiek szczerze przyznam, że audio tylko jako tło do grania w grę (Travel Town, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie) czy obróbki zdjęć, więc niespecjalnie wymagające. Przy wymagających się poddałam, nie weszło mi kiedyś ulubione “Niebo w płomieniach” Parandowskiego czy nawet zabawne “Moje przygody z wojskiem” Brandysa (ale może dokończę), natomiast nie planuję kończyć “Atlasa zbuntowanego” Ayn Rand, bo to pretensjonalny a nudny tekst dla Młodych Ambitnych, podobnie jak poddaję się z “Na tropach Smętka” Wańkowicza, która to pozycja nie dość, że jest polityczną agitką, a dodatkowo zwyczajnie mierzi mnie protekcjonalność narratora w stosunku do jego wszak ukochanej córki. Wracając do książek z wyboru, 13 krajów - najwięcej pozycji brytyjskich, rodzime i z USA ex-aequo, a już drobiazgi z Kanady, Irlandii, Czech, Danii, Hiszpanii, Islandii, Meksyku, Rosji (ale anty-Putinowskiej) i Szwecji. Dwa razy tyle książek pisanych przez kobiety niż przez mężczyzn! W tym roku tylko top najlepszych, jak ciekawe jesteście tych second-best, dajcie znać. A, przeczytałam też Ulissesa, możecie mnie dotknąć, ale don't try this at home. W tym roku nie planuję nic tak "ambitnego", z tym Proustem żartowałam.

W 2024 było podróżowane i to grubo. Luty w Libercu, do którego planuję wrócić już w czerwcu 2025 (do Liberca, nie do lutego, luty ma tylko tę zaletę, że jest krótki), w maju był powrót na Rugię, którą się na razie chyba nasyciłam i niespodziewanie Praga w roli przewodnika szkolnej wycieczki. Czerwiec to cudowna Andaluzja, ponownie już w kwietniu 2025!, w sierpniu zaś Lizbona i Porto. Do tego krótkie wypady do Goerlitz, Frankfurtu nad Odrą i Berlina (dwa razy!). Niestety to oznaczało w zasadzie brak wyjazdów w Polsce, nawet drobnych, smuteczek.

W 2024 było też oglądane, nie aż tak dużo jak czytane, ale w tym roku najlepiej spędziłam czas przy:

Nie mam żadnych ambitnych planów na ten rok, książek do czytania mi raczej nie zabraknie, bo i stosiki w domu i na kindlu, a i dilerzy nie zawodzą (kto wie, ta wie :-*). Rozważam od kilku lat wyjazd na Morawy i do Austrii, przygarnę polecenia z tamtych okolic. I oby nam się w nowym roku, ZOZS.

Zdjęć fajerwerków nie mam, bo byłam pod kocykiem.

Podsumowania 2023, 2022, 2021 i 2020.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 1, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 5 komentarzy - Skomentuj


Można przewinąć, czyli o 2024

W 2024 było czytane. Przeczytałam i przesłuchałam 122 książki, a w tym 30 audiobooków, aczkolwiek szczerze przyznam, że audio tylko jako tło do grania w grę (Travel Town, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie) czy obróbki zdjęć, więc niespecjalnie wymagające. Przy wymagających się poddałam, nie weszło mi kiedyś ulubione “Niebo w płomieniach” Parandowskiego czy nawet zabawne “Moje przygody z wojskiem” Brandysa (ale może dokończę), natomiast nie planuję kończyć “Atlasa zbuntowanego” Ayn Rand, bo to pretensjonalny a nudny tekst dla Młodych Ambitnych, podobnie jak poddaję się z “Na tropach Smętka” Wańkowicza, która to pozycja nie dość, że jest polityczną agitką, a dodatkowo zwyczajnie mierzi mnie protekcjonalność narratora w stosunku do jego wszak ukochanej córki. Wracając do książek z wyboru, 13 krajów - najwięcej pozycji brytyjskich, rodzime i z USA ex-aequo, a już drobiazgi z Kanady, Irlandii, Czech, Danii, Hiszpanii, Islandii, Meksyku, Rosji (ale anty-Putinowskiej) i Szwecji. Dwa razy tyle książek pisanych przez kobiety niż przez mężczyzn! W tym roku tylko top najlepszych, jak ciekawe jesteście tych second-best, dajcie znać. A, przeczytałam też Ulissesa, możecie mnie dotknąć, ale don't try this at home. W tym roku nie planuję nic tak "ambitnego", z tym Proustem żartowałam.

W 2024 było podróżowane i to grubo. Luty w Libercu, do którego planuję wrócić już w czerwcu 2025 (do Liberca, nie do lutego, luty ma tylko tę zaletę, że jest krótki), w maju był powrót na Rugię, którą się na razie chyba nasyciłam i niespodziewanie Praga w roli przewodnika szkolnej wycieczki. Czerwiec to cudowna Andaluzja, ponownie już w kwietniu 2025!, w sierpniu zaś Lizbona i Porto. Do tego krótkie wypady do Goerlitz, Frankfurtu nad Odrą i Berlina (dwa razy!). Niestety to oznaczało w zasadzie brak wyjazdów w Polsce, nawet drobnych, smuteczek.

W 2024 było też oglądane, nie aż tak dużo jak czytane, ale w tym roku najlepiej spędziłam czas przy:

Nie mam żadnych ambitnych planów na ten rok, książek do czytania mi raczej nie zabraknie, bo i stosiki w domu i na kindlu, a i dilerzy nie zawodzą (kto wie, ta wie :-*). Rozważam od kilku lat wyjazd na Morawy i do Austrii, przygarnę polecenia z tamtych okolic. I oby nam się w nowym roku, ZOZS.

Zdjęć fajerwerków nie mam, bo byłam pod kocykiem.

Podsumowania 2023, 2022, 2021 i 2020.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 1, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 5 komentarzy - Skomentuj


A Man on the Inside

Charles (Danson) jest emerytowanym profesorem architektury, wdowcem, jego córka wyprowadziła się z San Francisco do Sacramento, nie jest dziwne, że jego życie jest dość statyczne i mało emocjonujące. Oczywiście do czasu, kiedy w gazecie odkrywa ogłoszenie, do którego pasuje idealnie - wiekiem, charakterem i umiejętnościami. Ma zostać człowiekiem “w środku” w luksusowym domu spokojnej starości i odkryć, kto ukradł cenny naszyjnik Helen, mieszkającej tam matki zleceniodawcy. Podejrzani są wszyscy - mieszkańcy i obsługa, w tym na pierwszy rzut oka sympatyczna dyrektorka Didi (Beatriz), ale oczywiście nie można jej ufać. Charles łatwo zaprzyjaźnia się chyba z każdym, poza Helen, co nieco utrudnia śledztwo, bo liczba potencjalnych złodziei błyskawicznie spada.

Jaki to śliczny serial o tym, czego potrzebują starsi ludzie i co mogą dać światu. Nie naszyjniki, luksusowa limuzyna, drogie obiady raz na rok, tylko zainteresowanie, rozmowa i czas. Wiem, to amerykańska bajka, wszyscy są interesujący, ładni, zadbani, bogaci, prawie nikt nie jest toksycznym dziadersem płci dowolnej, a jeśli nawet ma pewne negatywne cechy, to ma złote serce i dobry gust. Znane nazwiska z obsady “The Good Place” i “Brooklyn 99”, przepiękne San Francisco w tle (tu byłam, tam byłam, chcę znowu!), a do tego niewymuszenie zabawne i niegłupie.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 17, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


A Man on the Inside

Charles (Danson) jest emerytowanym profesorem architektury, wdowcem, jego córka wyprowadziła się z San Francisco do Sacramento, nie jest dziwne, że jego życie jest dość statyczne i mało emocjonujące. Oczywiście do czasu, kiedy w gazecie odkrywa ogłoszenie, do którego pasuje idealnie - wiekiem, charakterem i umiejętnościami. Ma zostać człowiekiem “w środku” w luksusowym domu spokojnej starości i odkryć, kto ukradł cenny naszyjnik Helen, mieszkającej tam matki zleceniodawcy. Podejrzani są wszyscy - mieszkańcy i obsługa, w tym na pierwszy rzut oka sympatyczna dyrektorka Didi (Beatriz), ale oczywiście nie można jej ufać. Charles łatwo zaprzyjaźnia się chyba z każdym, poza Helen, co nieco utrudnia śledztwo, bo liczba potencjalnych złodziei błyskawicznie spada.

Jaki to śliczny serial o tym, czego potrzebują starsi ludzie i co mogą dać światu. Nie naszyjniki, luksusowa limuzyna, drogie obiady raz na rok, tylko zainteresowanie, rozmowa i czas. Wiem, to amerykańska bajka, wszyscy są interesujący, ładni, zadbani, bogaci, prawie nikt nie jest toksycznym dziadersem płci dowolnej, a jeśli nawet ma pewne negatywne cechy, to ma złote serce i dobry gust. Znane nazwiska z obsady “The Good Place” i “Brooklyn 99”, przepiękne San Francisco w tle (tu byłam, tam byłam, chcę znowu!), a do tego niewymuszenie zabawne i niegłupie.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 17, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Alias Grace / Margaret Atwood - Grace i Grace

Połowa XIX wieku. Grace Marks ma naście lat, kiedy za chlebem przybywa z Irlandii wraz z ojcem (matka umiera na statku w dramatycznych okolicznościach) i licznym rodzeństwem. Szybko zostaje wypchnięta na służbę, gdzie uczy się prac domowych i jednocześnie obserwuje, jak niezmienna jest dysproporcja między opcjami dla panów i podwładnych, mimo że w teorii to Nowy Świat i nowy początek. Zaprzyjaźnia się z Mary, nieco starszą od niej praczką, która przeprowadza ją przez pierwszą miesiączkę i wyjaśnia, jakie zagrożenia czekają na młode dziewczyny. Niestety, sama nie jest na nie odporna i zakochana w synu pani domu, co jest dyskretnie przemycone w narracji, zachodzi w ciążę i przy próbie usunięcia umiera, ku zgorszeniu wszystkich, którzy udawali, że problemu nie było. Grace, świadoma zagrożeń, przechodzi z domu do domu, wreszcie trafia do domu pana Kinneara, gdzie w teorii powinno jej być dobrze. Jest Nancy, przyjazna choć kapryśna gospodyni, pan domu zwykle w rozjazdach i niewymagający, przychodzi sympatyczny chłopiec na posyłki, jedynie w stajni pracuje wulgarny parobek. Już od początku wiadomo, że nastąpiła tragedia, a kilkanaście lat później odsiadująca wyrok za współudział w zabójstwie Grace odbywa terapeutyczne sesje z doktorem Jordanem, teraz można by go było nazwać psychologiem. Doktor Jordan chce zrozumieć, co się stało, że cicha, grzeczna i spokojna Grace trafiła do więzienia po bestialskim mordzie na dwóch osobach - czy była świadoma tego, co się stało, czy ją zmuszono, czy miała powody, żeby zabić i czy da się odtworzyć to, czego nie pamięta. A Grace nie pomaga, bo bardzo ostrożnie opowiada o przeszłości, wiedząc, że pan doktor może zwyczajnie nie rozumieć, jakie były przed nią wybory. Do tego ma świadomość, że mimo deklaracji o chęci pomocy czy szukaniu okoliczności łagodzących, w grę wchodzą też interesy osób, które się nią “opiekują”. Są trzy tropy wyjaśnienia zachowania Grace - nadnaturalny, gdzie dusza zmarłej Mary wstępowała w jej ciało i robiła rzeczy, których Grace nie była świadoma; psychologiczny - jako mechanizm obronny przed przemocą, w tym seksualną, pojawiła się druga osobowość, która w trauymatycznych momentach przejmowała kontrolę, pozostawiając Grace nieświadomą; wreszcie, że jest cyniczną kłamczuchą i amnezją wymiguje się od odpowiedzialności.

Najpierw obejrzałam miniserial, potem przeczytałam książkę. Niewiele się od siebie różnią, chociaż książka raczej skupia się na tym, jakie są motywacje do mówienia prawdy i kto na tym zyskuje bądź traci oraz jak bardzo ograniczona jest percepcja osób z innej “kasty”, zaś serial - mam wrażenie - wchodzi w nieco bardziej ezoteryczne teorie o wielu osobowościach, co miałoby sugerować brak odpowiedzialności Grace za zaistniałe wydarzenia. Bez względu na to, co rzeczywiście miało miejsce, opisana przez Atwood rzeczywistość osoby z klasy niższej, uzależnionej od dobrej woli “państwa” i zwyczajnie szczęścia, jest przerażająca brakiem wolnego wyboru. Odrzucenie awansów ze strony pracodawcy oznacza wyrzucenie bez referencji, wymuszona zgoda może prowadzić do ciąży i wygnania albo śmierci. Analogiczna jest sytuacja z doktorem Jordanem, który również zaskakująco mocno interesuje się cnotą Grace i szczegółowym rejestrem jej niedoli, i od tego, czy będzie współpracować, uzależnia pomoc; Grace jak Szecherezada podejmuje grę i opowiada pieczołowicie przygotowane cudności tak długo, jak jest w stanie utrzymać zainteresowanie. Podobną nutą też brzmi finał, gdzie Grace dostaje propozycję małżeństwa jako zadośćuczynienia za krzywdy, ale w dalszym ciągu to wybór pozorny, bo co innego ma robić. I nie jest w finale istotne, czy w wieku lat 16 została morderczynią, bo od początku była ofiarą systemu.

Ciekawa analiza.

Inne tej autorki.

#110

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 14, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Alias Grace / Margaret Atwood - Grace i Grace

Połowa XIX wieku. Grace Marks ma naście lat, kiedy za chlebem przybywa z Irlandii wraz z ojcem (matka umiera na statku w dramatycznych okolicznościach) i licznym rodzeństwem. Szybko zostaje wypchnięta na służbę, gdzie uczy się prac domowych i jednocześnie obserwuje, jak niezmienna jest dysproporcja między opcjami dla panów i podwładnych, mimo że w teorii to Nowy Świat i nowy początek. Zaprzyjaźnia się z Mary, nieco starszą od niej praczką, która przeprowadza ją przez pierwszą miesiączkę i wyjaśnia, jakie zagrożenia czekają na młode dziewczyny. Niestety, sama nie jest na nie odporna i zakochana w synu pani domu, co jest dyskretnie przemycone w narracji, zachodzi w ciążę i przy próbie usunięcia umiera, ku zgorszeniu wszystkich, którzy udawali, że problemu nie było. Grace, świadoma zagrożeń, przechodzi z domu do domu, wreszcie trafia do domu pana Kinneara, gdzie w teorii powinno jej być dobrze. Jest Nancy, przyjazna choć kapryśna gospodyni, pan domu zwykle w rozjazdach i niewymagający, przychodzi sympatyczny chłopiec na posyłki, jedynie w stajni pracuje wulgarny parobek. Już od początku wiadomo, że nastąpiła tragedia, a kilkanaście lat później odsiadująca wyrok za współudział w zabójstwie Grace odbywa terapeutyczne sesje z doktorem Jordanem, teraz można by go było nazwać psychologiem. Doktor Jordan chce zrozumieć, co się stało, że cicha, grzeczna i spokojna Grace trafiła do więzienia po bestialskim mordzie na dwóch osobach - czy była świadoma tego, co się stało, czy ją zmuszono, czy miała powody, żeby zabić i czy da się odtworzyć to, czego nie pamięta. A Grace nie pomaga, bo bardzo ostrożnie opowiada o przeszłości, wiedząc, że pan doktor może zwyczajnie nie rozumieć, jakie były przed nią wybory. Do tego ma świadomość, że mimo deklaracji o chęci pomocy czy szukaniu okoliczności łagodzących, w grę wchodzą też interesy osób, które się nią “opiekują”. Są trzy tropy wyjaśnienia zachowania Grace - nadnaturalny, gdzie dusza zmarłej Mary wstępowała w jej ciało i robiła rzeczy, których Grace nie była świadoma; psychologiczny - jako mechanizm obronny przed przemocą, w tym seksualną, pojawiła się druga osobowość, która w trauymatycznych momentach przejmowała kontrolę, pozostawiając Grace nieświadomą; wreszcie, że jest cyniczną kłamczuchą i amnezją wymiguje się od odpowiedzialności.

Najpierw obejrzałam miniserial, potem przeczytałam książkę. Niewiele się od siebie różnią, chociaż książka raczej skupia się na tym, jakie są motywacje do mówienia prawdy i kto na tym zyskuje bądź traci oraz jak bardzo ograniczona jest percepcja osób z innej “kasty”, zaś serial - mam wrażenie - wchodzi w nieco bardziej ezoteryczne teorie o wielu osobowościach, co miałoby sugerować brak odpowiedzialności Grace za zaistniałe wydarzenia. Bez względu na to, co rzeczywiście miało miejsce, opisana przez Atwood rzeczywistość osoby z klasy niższej, uzależnionej od dobrej woli “państwa” i zwyczajnie szczęścia, jest przerażająca brakiem wolnego wyboru. Odrzucenie awansów ze strony pracodawcy oznacza wyrzucenie bez referencji, wymuszona zgoda może prowadzić do ciąży i wygnania albo śmierci. Analogiczna jest sytuacja z doktorem Jordanem, który również zaskakująco mocno interesuje się cnotą Grace i szczegółowym rejestrem jej niedoli, i od tego, czy będzie współpracować, uzależnia pomoc; Grace jak Szecherezada podejmuje grę i opowiada pieczołowicie przygotowane cudności tak długo, jak jest w stanie utrzymać zainteresowanie. Podobną nutą też brzmi finał, gdzie Grace dostaje propozycję małżeństwa jako zadośćuczynienia za krzywdy, ale w dalszym ciągu to wybór pozorny, bo co innego ma robić. I nie jest w finale istotne, czy w wieku lat 16 została morderczynią, bo od początku była ofiarą systemu.

Ciekawa analiza.

Inne tej autorki.

#110

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 14, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj