Lata 50., frankistowska Hiszpania. Do małego rybackiego miasteczka przybywa emigrant z Niemiec, Willi Mohr. Uciekł z NRD przez RFN, ma trochę oszczędności, planuje malować, bo mu całkiem nieźle wychodzi, aczkolwiek nie jest to jego marzenie, tylko jego kolegi, który miał z nim przyjechać, ale jednak został w rozczłonkowanej ojczyźnie. Poznaje parę Norwegów - Siglinde i Dana, przez dłuższy czas mieszkają razem, przyjaźnią się, Willi jest zafascynowany piękną blondynką, podobnie jak ich lokalny znajomy, Ramón, jeden z braci Alemany. Razem wyjeżdżają na plażę, imprezują, nie myślą o powrocie aż do dnia, kiedy Dan i Sig wypływają z braćmi na wycieczkę i już nie wracają. Czytelnik wie, że bracia zabili zaprzyjaźnionych z nimi turystów po tym, jak Ramon zgwałcił kobietę, Willi się tego domyśla. Snuje się po wiosce, patrzy oskarżycielsko… Chronologia nie jest linearna, jednocześnie narracja przechodzi do serii przesłuchań najpierw w lokalnej policji, potem w hiszpańskim analogu SB, bo nagle się okazuje, że Willi przypadkiem uczestniczy w partyzantce wspierającej strajki robotników.
Jaka to przykra i nieprzyjemna książka. Sielankę (no, powiedzmy, ja bym to nazwała życiem z dnia na dzień z braku pieniędzy i perspektyw) wakacyjnych zabaw trójki emigrantów przerywają wstrząsające opowieści o brutalnym tłumieniu strajków w kopalniach, prześladowaniu wrogów politycznych, w tym wysiedlonych z własnego kraju Asturyjczyków, indoktrynacji, torturach, dramatycznej biedzie i bezrobociu powojennej Hiszpanii. Danowi i Siglinde jest w zasadzie wszystko jedno, gdzie są i co się dzieje wokół nich, Willi żyje w posttraumatycznym zawieszeniu, wprawdzie nie walczył podczas wojny, bo nie zdążył, ale cały jego świat zniknął; na NRD był za mało ideowy, na RFN zbyt komunistyczny. Dodajcie do tego przemoc wobec zwierząt (zabijanie nadmiarowych szczeniąt), zdecydowanie nie musicie czytać, to nie jest jeszcze ten Wahlöö od łagodnej, nieco ironicznej Szwecji i komisarza Becka.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#80
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 1, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, kryminal, z-jamnikiem, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lata 50., frankistowska Hiszpania. Do małego rybackiego miasteczka przybywa emigrant z Niemiec, Willi Mohr. Uciekł z NRD przez RFN, ma trochę oszczędności, planuje malować, bo mu całkiem nieźle wychodzi, aczkolwiek nie jest to jego marzenie, tylko jego kolegi, który miał z nim przyjechać, ale jednak został w rozczłonkowanej ojczyźnie. Poznaje parę Norwegów - Siglinde i Dana, przez dłuższy czas mieszkają razem, przyjaźnią się, Willi jest zafascynowany piękną blondynką, podobnie jak ich lokalny znajomy, Ramón, jeden z braci Alemany. Razem wyjeżdżają na plażę, imprezują, nie myślą o powrocie aż do dnia, kiedy Dan i Sig wypływają z braćmi na wycieczkę i już nie wracają. Czytelnik wie, że bracia zabili zaprzyjaźnionych z nimi turystów po tym, jak Ramon zgwałcił kobietę, Willi się tego domyśla. Snuje się po wiosce, patrzy oskarżycielsko… Chronologia nie jest linearna, jednocześnie narracja przechodzi do serii przesłuchań najpierw w lokalnej policji, potem w hiszpańskim analogu SB, bo nagle się okazuje, że Willi przypadkiem uczestniczy w partyzantce wspierającej strajki robotników.
Jaka to przykra i nieprzyjemna książka. Sielankę (no, powiedzmy, ja bym to nazwała życiem z dnia na dzień z braku pieniędzy i perspektyw) wakacyjnych zabaw trójki emigrantów przerywają wstrząsające opowieści o brutalnym tłumieniu strajków w kopalniach, prześladowaniu wrogów politycznych, w tym wysiedlonych z własnego kraju Asturyjczyków, indoktrynacji, torturach, dramatycznej biedzie i bezrobociu powojennej Hiszpanii. Danowi i Siglinde jest w zasadzie wszystko jedno, gdzie są i co się dzieje wokół nich, Willi żyje w posttraumatycznym zawieszeniu, wprawdzie nie walczył podczas wojny, bo nie zdążył, ale cały jego świat zniknął; na NRD był za mało ideowy, na RFN zbyt komunistyczny. Dodajcie do tego przemoc wobec zwierząt (zabijanie nadmiarowych szczeniąt), zdecydowanie nie musicie czytać, to nie jest jeszcze ten Wahlöö od łagodnej, nieco ironicznej Szwecji i komisarza Becka.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#80
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 1, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, kryminal, z-jamnikiem, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[16.08.2023]
Jeśli zastanawialiście się, skąd wybór jednej z ostatnich lektur, odpowiedź jest dość oczywista.
Od razu przyznam się, że jakkolwiek spacer po Kap Arkona uważam za jeden z najlepszych podczas wyjazdu, tak był nieco pechowy. Do pierwszego pecha przyczyniłam się czynnie, upierając się, że przecież da się dojechać dalej niż na parking w Putgarten, bo na 100% będzie gdzie zaparkować (kto ma nastolatka na pokładzie, niech rzuci kamieniem, czasem lepiej podjechać niż słuchać wyrzekania). I owszem, dało się podjechać, ale wracając znaleźliśmy za wycieraczką pocztówkę, gdzie pracownik gminy informował uprzejmie acz po niemiecku, iż konsekwencje będą wyciągnięte, bo mimo braku widocznego zakazu się nie wjeżdża. Drugi pech był już typowo pechem, skręciłam nieco kostkę idąc, dało się w miarę rozmasować i poza lekkim pobolewaniem nie przeszkadzała w wejściu na dwie latarnie morskie - Peilturm i Neuer Leuchtturm - i chodzeniu, ale wieczorem zaczęła boleć i doskwiera do dziś. Ale do brzegu.
Jak już się zostawi auto na parkingu, można pieszo, można też takim turystycznym pociągiem za dość słoną opłatę za przejazd w każdą stronę, a optymalnie rowerem, jak się ma. I albo się idzie na cypelek, gdzie stoją wspomniane dwie latarnie - obie bez windy, obie płatne, w jednej jest sklep z mydłem i powidłem, biżuterią i peruwiańską odzieżą, w drugiej za to numerowane schody, więc ludzie z OCD nie muszą odliczać, albo się idzie do rybackiej wioski Vitt. Rodzinie pary starczyło na okolice latarni, chociaż eloy wszedł tylko na jedną, a nastolatka na żadną, wioskę zostawiłam na następny raz. Ale przylądek absolutnie świetne miejsce na pół dnia chodzenia, bo można i zejść na kamienistą plażę, i poszwędać się po polnych dróżkach. W Putgarten jest kilka restauracji, ja nie odmówiłam sobie bułki ze śledziem, z cebulką, sałatą i ogórkiem, reszta zajęła się frytkami i currywurstem z małej budki z szumną nazwą Europa à la carte. Doskonała bułka, chociaż budka niepozorna, można kartą.














GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 31, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
niemcy, rugia, kap-arkona, putgarten
- 1 komentarz
- Skomentuj
[16.08.2023]
Jeśli zastanawialiście się, skąd wybór jednej z ostatnich lektur, odpowiedź jest dość oczywista.
Od razu przyznam się, że jakkolwiek spacer po Kap Arkona uważam za jeden z najlepszych podczas wyjazdu, tak był nieco pechowy. Do pierwszego pecha przyczyniłam się czynnie, upierając się, że przecież da się dojechać dalej niż na parking w Putgarten, bo na 100% będzie gdzie zaparkować (kto ma nastolatka na pokładzie, niech rzuci kamieniem, czasem lepiej podjechać niż słuchać wyrzekania). I owszem, dało się podjechać, ale wracając znaleźliśmy za wycieraczką pocztówkę, gdzie pracownik gminy informował uprzejmie acz po niemiecku, iż konsekwencje będą wyciągnięte, bo mimo braku widocznego zakazu się nie wjeżdża. Drugi pech był już typowo pechem, skręciłam nieco kostkę idąc, dało się w miarę rozmasować i poza lekkim pobolewaniem nie przeszkadzała w wejściu na dwie latarnie morskie - Peilturm i Neuer Leuchtturm - i chodzeniu, ale wieczorem zaczęła boleć i doskwiera do dziś. Ale do brzegu.
Jak już się zostawi auto na parkingu, można pieszo, można też takim turystycznym pociągiem za dość słoną opłatę za przejazd w każdą stronę, a optymalnie rowerem, jak się ma. I albo się idzie na cypelek, gdzie stoją wspomniane dwie latarnie - obie bez windy, obie płatne, w jednej jest sklep z mydłem i powidłem, biżuterią i peruwiańską odzieżą, w drugiej za to numerowane schody, więc ludzie z OCD nie muszą odliczać, albo się idzie do rybackiej wioski Vitt. Rodzinie pary starczyło na okolice latarni, chociaż eloy wszedł tylko na jedną, a nastolatka na żadną, wioskę zostawiłam na następny raz. Ale przylądek absolutnie świetne miejsce na pół dnia chodzenia, bo można i zejść na kamienistą plażę, i poszwędać się po polnych dróżkach. W Putgarten jest kilka restauracji, ja nie odmówiłam sobie bułki ze śledziem, z cebulką, sałatą i ogórkiem, reszta zajęła się frytkami i currywurstem z małej budki z szumną nazwą Europa à la carte. Doskonała bułka, chociaż budka niepozorna, można kartą.














GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 31, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
niemcy, rugia, kap-arkona, putgarten
- 1 komentarz
- Skomentuj
Londyn. W redakcji czasopisma modowego podczas dopinania ważnego numeru z relacją z paryskiego pokazu mody, jedna z redaktorek zostaje znaleziona martwa, otruta. Śledztwo prowadzi dystyngowany nadinspektor Henryk Tibbet, prywatnie wuj jednej z pięknych, choć nieco tępych[1] modelek, Weroniki. Zamordowana Helena była z kimś w tajemniczym, choć platonicznym związku (mimo słusznego wieku była dziewicą), biurowi plotkarze jednak nie do końca wiedzą, z kim. Śledztwo polega na mozolnym odpytywaniu pracowników redakcji, poszukiwaniu lekarza, u którego była tuż przed śmiercią Helena, wreszcie sprowadzaniu tajemniczego artefaktu przez paryską Sûreté i wielkiego zaskoczenia na pokazie mody (w stylu Stephanie Harper).
Rzecz się dzieje w latach 60. i klimat jest bardzo retro. Panie w pracy siedzą w kapeluszach z woalkami (”Czarny słomkowy kapelusz zaczynał nieprzyjemnie uciskać skronie, ale nie przyszłoby jej do głowy zdjąć go, tak samo jak rozebrać się publicznie”), obowiązkowo noszą rękawiczki, panowie - w tym Tibbet - posługują się biletami wizytowymi. Na porządku dziennym są uwagi na temat damskiej urody i perspektyw (“ta mała Weronika jest cudownie zbudowana. Mógłbym coś z nią zrobić”) oraz charakteru, bo wszystkie kobiety to histeryczki lub trzpiotki. Osoby homoseksualne nazywane są bez skrępowania pedałami, jeden z nich jest nawet szantażowany przeszłością. Twarze kobiet są albo wypacykowane, albo przypominają sekutnice. Tłumacz ma pewne problemy z nawiązaniami - nie wyłapuje Jeevesa ani Karola (zapewne Charlesa) Dodgsona. A, autorce też nie podoba się narastający hipsteryzm: “Wynikiem stopniowej inwazji tego terenu przez poszukujących mieszkań artystów i intelektualistów były niedorzecznie pomalowane na niebiesko i żółto drzwi frontowe i skrzynki na kwiaty w oknach”. Najgorzej.
Się pije: whisky (rodzimą i irlandzką), wytworny szampan, sok pomidorowy.
Gender codzienny: [Mężczyźni] przede wszystkim winni posiadać prawdziwy talent i oryginalność; następnie muszą być przygotowani do pracy w świecie po większej części kobiecym, pod kobiecym kierownictwem, nie tracąc nigdy swej męskości, co jest w naszej pracy niesłychanie ważne. Nie angażuję — dodał wojowniczo — pederastów, choćby nie wiem jak zdolnych. Nie chodzi tu o stronę moralną, tylko po prostu o to, że jeśli wziąć pod uwagę koncepcyjną stronę naszego magazynu, mężczyzn jest tam bardzo niewielu i każdy z nich musi dostarczyć sto procent męskości jako czynnika równoważącego element w przeważającym stopniu kobiecy.
Bawiąc-uczyć: toile (w znaczeniu prototypu, wykroju).
Się je: wędzonego łososia i suflet rumowy oraz kurczę na zimno.
[1] Oczywiście ocena intelektu pochodzi od wuja - Henryk zadumał się ponuro nad dziwnym kaprysem Natury, która w osobie siostrzenicy jego żony połączyła niezwykłą urodę z wyraźnie ograniczonym umysłem - panna jest całkiem niegłupia i gdyby wuj jej słuchał bardziej uważnie, a nie kazał się co chwila uciszać, to rozwiązałby sprawę wcześniej. Ba, sprytny plan Weroniki z przebieranką pozwala na ujęcie zbrodniarza.
Inne z tej serii.
#79
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 30, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminal, z-jamnikiem, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Londyn. W redakcji czasopisma modowego podczas dopinania ważnego numeru z relacją z paryskiego pokazu mody, jedna z redaktorek zostaje znaleziona martwa, otruta. Śledztwo prowadzi dystyngowany nadinspektor Henryk Tibbet, prywatnie wuj jednej z pięknych, choć nieco tępych[1] modelek, Weroniki. Zamordowana Helena była z kimś w tajemniczym, choć platonicznym związku (mimo słusznego wieku była dziewicą), biurowi plotkarze jednak nie do końca wiedzą, z kim. Śledztwo polega na mozolnym odpytywaniu pracowników redakcji, poszukiwaniu lekarza, u którego była tuż przed śmiercią Helena, wreszcie sprowadzaniu tajemniczego artefaktu przez paryską Sûreté i wielkiego zaskoczenia na pokazie mody (w stylu Stephanie Harper).
Rzecz się dzieje w latach 60. i klimat jest bardzo retro. Panie w pracy siedzą w kapeluszach z woalkami (”Czarny słomkowy kapelusz zaczynał nieprzyjemnie uciskać skronie, ale nie przyszłoby jej do głowy zdjąć go, tak samo jak rozebrać się publicznie”), obowiązkowo noszą rękawiczki, panowie - w tym Tibbet - posługują się biletami wizytowymi. Na porządku dziennym są uwagi na temat damskiej urody i perspektyw (“ta mała Weronika jest cudownie zbudowana. Mógłbym coś z nią zrobić”) oraz charakteru, bo wszystkie kobiety to histeryczki lub trzpiotki. Osoby homoseksualne nazywane są bez skrępowania pedałami, jeden z nich jest nawet szantażowany przeszłością. Twarze kobiet są albo wypacykowane, albo przypominają sekutnice. Tłumacz ma pewne problemy z nawiązaniami - nie wyłapuje Jeevesa ani Karola (zapewne Charlesa) Dodgsona. A, autorce też nie podoba się narastający hipsteryzm: “Wynikiem stopniowej inwazji tego terenu przez poszukujących mieszkań artystów i intelektualistów były niedorzecznie pomalowane na niebiesko i żółto drzwi frontowe i skrzynki na kwiaty w oknach”. Najgorzej.
Się pije: whisky (rodzimą i irlandzką), wytworny szampan, sok pomidorowy.
Gender codzienny: [Mężczyźni] przede wszystkim winni posiadać prawdziwy talent i oryginalność; następnie muszą być przygotowani do pracy w świecie po większej części kobiecym, pod kobiecym kierownictwem, nie tracąc nigdy swej męskości, co jest w naszej pracy niesłychanie ważne. Nie angażuję — dodał wojowniczo — pederastów, choćby nie wiem jak zdolnych. Nie chodzi tu o stronę moralną, tylko po prostu o to, że jeśli wziąć pod uwagę koncepcyjną stronę naszego magazynu, mężczyzn jest tam bardzo niewielu i każdy z nich musi dostarczyć sto procent męskości jako czynnika równoważącego element w przeważającym stopniu kobiecy.
Bawiąc-uczyć: toile (w znaczeniu prototypu, wykroju).
Się je: wędzonego łososia i suflet rumowy oraz kurczę na zimno.
[1] Oczywiście ocena intelektu pochodzi od wuja - Henryk zadumał się ponuro nad dziwnym kaprysem Natury, która w osobie siostrzenicy jego żony połączyła niezwykłą urodę z wyraźnie ograniczonym umysłem - panna jest całkiem niegłupia i gdyby wuj jej słuchał bardziej uważnie, a nie kazał się co chwila uciszać, to rozwiązałby sprawę wcześniej. Ba, sprytny plan Weroniki z przebieranką pozwala na ujęcie zbrodniarza.
Inne z tej serii.
#79
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 30, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminal, z-jamnikiem, 2023
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tatuś Muminka był sfrustrowany i przestawał czuć się potrzebny - wszyscy mieli coś roboty, a on nie. Mała Mi stwierdziła, że nie umie wykrzyczeć złości, tylko dusi w sobie. Wtem wpadł na pomysł, żeby cała rodzina wyjechała na maleńką wyspę z latarnią morską, gdzie dzika natura i cały świat do zagospodarowania od nowa; nieważne, że mała kropka na mapie mogła zostać napstrzona przez muchę.
Teraz należało cieszyć się, że zaczynają nowe życie, od samego początku, że Tatuś będzie się starał o wszystko, co im potrzebne, że będzie się nimi opiekował i strzegł ich. Najwidoczniej za dobrze im było. „Dziwne – myślała smętnie Mama Muminka. – Dziwne, że ludzie mogą stać się smutni, a nawet źli, gdy życie staje się zbyt łatwe. Ale tak to już jest. I wtedy najlepiej zacząć od nowa, od drugiego końca”.
Na wyspie nie jest tak, jak sobie wszyscy wyobrażali. W latarni nie ma latarnika oraz nie można w ogóle jej rozpalić. Muminek znajduje zaciszny zakątek, ale są tam mrówki; scena, kiedy odkrywa, że Mała Mi zrobiła mrówkocyd, jest bardzo smutna; trochę mniej minorowa jest początkowo straszna historia spotkań z Buką, która podążyła za rodziną, skuszona światłem sztormówki. Mama odkrywa, że tęskni za doliną i czuje się nie na miejscu, a róże nie chcą rosnąć na wodorostach, nie wspominając o braku muszli do ozdabiania rabatek. Do Tatusia dociera, że podjął się czegoś, co go przerasta - wyspa nie odpuszcza ani na krok, nie da się na niej zrobić oswojonej i łagodnej Doliny, ma tajemnice i wcale nie jest przyjazna. Najlepiej, jak zawsze, odnajduje się Mała Mi, ale ona nie potrzebuje nikogo ani niczego do szczęścia. Wtem finał, kiedy wyjaśnia się, kim jest zagubiony rybak, który niczego nie pamięta.
Zaskoczyło mnie, jak krótka jest to historia i jak urwane jest zakończenie. Oczywiście dopowiadam sobie, że później rodzina wraca do Doliny, gdzie czeka na nich listopadowy Homek, Mama Muminka smaży mu naleśniki i przygarnia do rodziny. Ale tak myślę w sierpniu, w listopadzie równie dobrze mogli nie wrócić. I jak to u Jansson - niby to historia dla dzieci, ale jednak zupełnie nie da dzieci.
Inne tej autorki.
#78
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 29, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, dla-dzieci, 2023
- 2 komentarze
- Skomentuj
Tatuś Muminka był sfrustrowany i przestawał czuć się potrzebny - wszyscy mieli coś roboty, a on nie. Mała Mi stwierdziła, że nie umie wykrzyczeć złości, tylko dusi w sobie. Wtem wpadł na pomysł, żeby cała rodzina wyjechała na maleńką wyspę z latarnią morską, gdzie dzika natura i cały świat do zagospodarowania od nowa; nieważne, że mała kropka na mapie mogła zostać napstrzona przez muchę.
Teraz należało cieszyć się, że zaczynają nowe życie, od samego początku, że Tatuś będzie się starał o wszystko, co im potrzebne, że będzie się nimi opiekował i strzegł ich. Najwidoczniej za dobrze im było. „Dziwne – myślała smętnie Mama Muminka. – Dziwne, że ludzie mogą stać się smutni, a nawet źli, gdy życie staje się zbyt łatwe. Ale tak to już jest. I wtedy najlepiej zacząć od nowa, od drugiego końca”.
Na wyspie nie jest tak, jak sobie wszyscy wyobrażali. W latarni nie ma latarnika oraz nie można w ogóle jej rozpalić. Muminek znajduje zaciszny zakątek, ale są tam mrówki; scena, kiedy odkrywa, że Mała Mi zrobiła mrówkocyd, jest bardzo smutna; trochę mniej minorowa jest początkowo straszna historia spotkań z Buką, która podążyła za rodziną, skuszona światłem sztormówki. Mama odkrywa, że tęskni za doliną i czuje się nie na miejscu, a róże nie chcą rosnąć na wodorostach, nie wspominając o braku muszli do ozdabiania rabatek. Do Tatusia dociera, że podjął się czegoś, co go przerasta - wyspa nie odpuszcza ani na krok, nie da się na niej zrobić oswojonej i łagodnej Doliny, ma tajemnice i wcale nie jest przyjazna. Najlepiej, jak zawsze, odnajduje się Mała Mi, ale ona nie potrzebuje nikogo ani niczego do szczęścia. Wtem finał, kiedy wyjaśnia się, kim jest zagubiony rybak, który niczego nie pamięta.
Zaskoczyło mnie, jak krótka jest to historia i jak urwane jest zakończenie. Oczywiście dopowiadam sobie, że później rodzina wraca do Doliny, gdzie czeka na nich listopadowy Homek, Mama Muminka smaży mu naleśniki i przygarnia do rodziny. Ale tak myślę w sierpniu, w listopadzie równie dobrze mogli nie wrócić. I jak to u Jansson - niby to historia dla dzieci, ale jednak zupełnie nie da dzieci.
Inne tej autorki.
#78
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 29, 2023
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, dla-dzieci, 2023
- 2 komentarze
- Skomentuj
[15-17.08.2023]
Na Rugii nie można ominąć kurortów, problem w tym, że jest ich sporo. Taki Sellin ma przepiękne 400-metrowe molo z klimatycznym budynkiem na środku, na końcu z gondolą, w której można się zanurzyć, żeby zobaczyć co pod wodą w Bałtyku (spoiler alert - nic, chyba że w bardzo słoneczny dzień i po burzy, patrz Zinnowitz). Na molo można dojść promenadą Wilhelmstrasse, bogato obudowaną filigranowymi wytwornymi pensjonatami, a zamiast schodzić schodami, można zjechać i wjechać ukośną windą (darmo!). Dołożę chyba obowiązkową rubryczkę do każdego wpisu - “Czego Nie Widziałam” (CNW): tutaj to Muzeum Bursztynu (Bernsteinmuseum).




W Binz w zasadzie tylko zjedliśmy pyszny obiad w greckiej restauracji, jednej z najlepszych jak do tej pory. CNW: molo, piękna plaża, Dom Zdrojowy (Kurhaus) i duża dzielnica zdrojowa z willami i pensjonatami, większość w świetlistej bieli.

Do Sassnitz przyjechałam na obiad i na spacer po rybackim porcie, gdzie między innymi stateczki, którymi można obejrzeć kredowe klify w parku narodowym Jasmund z wody (tak, CNW). Przespacerowałam się z rodziną do połowy 1,5-kilometrowego mola, które na końcu ma latarnię morską, ale to był ten jeden dzień, kiedy upał zelżał i zaczęło padać, więc znowu CNW; na listę niezobaczonych dochodzą też zoo (Tierpark Sassnitz) i Muzeum Archeologii Podwodnej. Nie zjadłam też tradycyjnej ryby w bułce, bo a) byłam po obiedzie, b) jadłam dzień wcześniej na Kap Arkona, o czym niebawem. Niestety, nie mam zdjęcia ani bułki, ani ryby, ale była pyszna!








Adresy:
- El Greco Binz - Wylichstraße 7 (Binz), restauracja grecka
- Traki - Strandpromenade 1 (Sassnitz), restauracja bułgarska
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 28, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, B is for Birthday -
Tagi:
niemcy, rugia, binz, sassnitz, sellin
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[15-17.08.2023]
Na Rugii nie można ominąć kurortów, problem w tym, że jest ich sporo. Taki Sellin ma przepiękne 400-metrowe molo z klimatycznym budynkiem na środku, na końcu z gondolą, w której można się zanurzyć, żeby zobaczyć co pod wodą w Bałtyku (spoiler alert - nic, chyba że w bardzo słoneczny dzień i po burzy, patrz Zinnowitz). Na molo można dojść promenadą Wilhelmstrasse, bogato obudowaną filigranowymi wytwornymi pensjonatami, a zamiast schodzić schodami, można zjechać i wjechać ukośną windą (darmo!). Dołożę chyba obowiązkową rubryczkę do każdego wpisu - “Czego Nie Widziałam” (CNW): tutaj to Muzeum Bursztynu (Bernsteinmuseum).




W Binz w zasadzie tylko zjedliśmy pyszny obiad w greckiej restauracji, jednej z najlepszych jak do tej pory. CNW: molo, piękna plaża, Dom Zdrojowy (Kurhaus) i duża dzielnica zdrojowa z willami i pensjonatami, większość w świetlistej bieli.

Do Sassnitz przyjechałam na obiad i na spacer po rybackim porcie, gdzie między innymi stateczki, którymi można obejrzeć kredowe klify w parku narodowym Jasmund z wody (tak, CNW). Przespacerowałam się z rodziną do połowy 1,5-kilometrowego mola, które na końcu ma latarnię morską, ale to był ten jeden dzień, kiedy upał zelżał i zaczęło padać, więc znowu CNW; na listę niezobaczonych dochodzą też zoo (Tierpark Sassnitz) i Muzeum Archeologii Podwodnej. Nie zjadłam też tradycyjnej ryby w bułce, bo a) byłam po obiedzie, b) jadłam dzień wcześniej na Kap Arkona, o czym niebawem. Niestety, nie mam zdjęcia ani bułki, ani ryby, ale była pyszna!








Adresy:
- El Greco Binz - Wylichstraße 7 (Binz), restauracja grecka
- Traki - Strandpromenade 1 (Sassnitz), restauracja bułgarska
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 28, 2023
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, B is for Birthday -
Tagi:
niemcy, rugia, binz, sassnitz, sellin
- 0 komentarzy
- Skomentuj