“Fatum” to opowieść Lancelota - od wspomnień z dzieciństwa, przez związek z Mathilde, największą życiową miłością. Od dziecka zwany Lotto, bo imię nawet jak na amerykańskie Południe było zbyt pretensjonalne. Po nagłej śmierci ojca (udar w wieku 46 lat), wyrwał się matce spod kontroli, wszedł w narkotyki i łatwą erotykę, bo mimo trądziku był gładki i wygadany, po aresztowaniu za nieobyczajność opiekuńcza matka wysłała go do szkoły z internatem, a potem na studia. Dziedzic fortuny (wytwórnia wód mineralnych), nagle został wydziedziczony, gdy oznajmił, że się ożenił w wieku lat 23. Aspirujący aktor, nieodnoszący sukcesów, stawał się coraz bardziej zgorzkniały mimo wsparcia żony, utrzymującej dom; sytuacja uległa zmianie, kiedy odkrył w sobie geniusz dramaturga. “Furia” to dwukierunkowa - przeplatająca chronologicznie wspomnienia Mathilde oraz akcja podjęta tam, gdzie skończyło się “Fatum” - druga strona medalu w narracji żony. Opiekuńczej, mówiącej zawsze prawdę, skupionej na dobrostanie Lotta, zajmującej się jego finansami, zarządzaniem dorobkiem, gdzieś tam między wierszami cierpiącej z powodu braku akceptacji ze strony teściowej i niemożności zostania matką. Tyle że nie.
Nie jest to obraz z dwóch kamer, jak było w “The Affair”, ale dopiero po tym, jak niektóre sytuacje, opisywane przez męża, zostaną wyjaśnione przez żonę, można mieć pełen obraz tego, co się przez lata wydarzyło. Jest ogromna różnica, jak bohaterowie postrzegają samych siebie i jak są postrzegani przez partnera, jak wiele słów nie zostaje wypowiedzianych, jak wiele zostaje tajemnicą. Autorka świetnie opisuje wielostronność zdarzeń, brak jedynej prawdy, odcienie szarości sytuacji, kiedy każde z partnerów wchodzi z inną wiedzą i doświadczeniem. Lotto i Mathilde nie żyją też w próżni, dookoła nich krążą przyjaciele i wrogowie, rodzina, a przeszłość kładzie się czasem szarym cieniem na współczesności. Uprzedzam też, że opisy pożycia intymnego zaczynają się już na drugiej stronie, to jest ten typ książki; jednocześnie nie jest to tani erotyk.
Inne tej autorki:
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 27, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
“Fatum” to opowieść Lancelota - od wspomnień z dzieciństwa, przez związek z Mathilde, największą życiową miłością. Od dziecka zwany Lotto, bo imię nawet jak na amerykańskie Południe było zbyt pretensjonalne. Po nagłej śmierci ojca (udar w wieku 46 lat), wyrwał się matce spod kontroli, wszedł w narkotyki i łatwą erotykę, bo mimo trądziku był gładki i wygadany, po aresztowaniu za nieobyczajność opiekuńcza matka wysłała go do szkoły z internatem, a potem na studia. Dziedzic fortuny (wytwórnia wód mineralnych), nagle został wydziedziczony, gdy oznajmił, że się ożenił w wieku lat 23. Aspirujący aktor, nieodnoszący sukcesów, stawał się coraz bardziej zgorzkniały mimo wsparcia żony, utrzymującej dom; sytuacja uległa zmianie, kiedy odkrył w sobie geniusz dramaturga. “Furia” to dwukierunkowa - przeplatająca chronologicznie wspomnienia Mathilde oraz akcja podjęta tam, gdzie skończyło się “Fatum” - druga strona medalu w narracji żony. Opiekuńczej, mówiącej zawsze prawdę, skupionej na dobrostanie Lotta, zajmującej się jego finansami, zarządzaniem dorobkiem, gdzieś tam między wierszami cierpiącej z powodu braku akceptacji ze strony teściowej i niemożności zostania matką. Tyle że nie.
Nie jest to obraz z dwóch kamer, jak było w “The Affair”, ale dopiero po tym, jak niektóre sytuacje, opisywane przez męża, zostaną wyjaśnione przez żonę, można mieć pełen obraz tego, co się przez lata wydarzyło. Jest ogromna różnica, jak bohaterowie postrzegają samych siebie i jak są postrzegani przez partnera, jak wiele słów nie zostaje wypowiedzianych, jak wiele zostaje tajemnicą. Autorka świetnie opisuje wielostronność zdarzeń, brak jedynej prawdy, odcienie szarości sytuacji, kiedy każde z partnerów wchodzi z inną wiedzą i doświadczeniem. Lotto i Mathilde nie żyją też w próżni, dookoła nich krążą przyjaciele i wrogowie, rodzina, a przeszłość kładzie się czasem szarym cieniem na współczesności. Uprzedzam też, że opisy pożycia intymnego zaczynają się już na drugiej stronie, to jest ten typ książki; jednocześnie nie jest to tani erotyk.
Inne tej autorki:
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 27, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Spragniona jestem nowości, zwłaszcza że świat nagle skurczył się do najbliższych okolic (Schengen, wróć!), a i w najbliższych okolicach miejsca dzielą się na te jeszcze zamknięte albo zatłoczone. I wtem Poznań otworzył nową ścieżkę w koronach drzew, podobno drugą w Polsce, tuż przy Malcie. Zabrzmię jak egzaltowana nastolatka, ale po raz pierwszy od półtora miesiąca poczułam bezstresową radość, że można wyjść i jest gdzie. Wiadomo, dalej trzeba uważać[1], ale w las można bez maseczki! W zieleni pięknie pachnie, ptaszęta śpiewają, w weekendy jednak bym omijała, bo tłumy. W piątkowe popołudnie było już dość tłoczno, chociaż dało się zachować dystans. Całość jest na jakieś 20 minut spaceru (nawet Majut nie zdążył zapytać więcej niż raz "a kiedy wracamy do samochodu?"), więc nawet po pracy się da przed zmrokiem.
Gdzie to, pytacie. Ja weszłam od ulicy Krańcowej, na wysokości Wiankowej skręca się w las w stronę przeciwną niż Malta i Taj India (ale z Taj India można zamawiać na wynos!). W lesie trzeba kierować się bardziej w lewo niż w prawo, bo jednokierunkowa ścieżka idzie od lewej do prawej. Można też zaatakować od ulicy Czekalskie, ale jak zabłądzicie, to nie moja wina.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Serdecznie nie pozdrawiam tych, co szli ścieżką pod prąd, mimo że jednokierunkowa. I tych, co przyszli z piwem, bo przecież bez piwa się nie da; kosze pełne, butelki nie tylko przy koszach, ktoś posprząta, jasne. I tych, co pozrywali taśmy zabezpieczające, bo muszą koniecznie siedzieć w zamkniętej jeszcze części piknikowej. Kto im zabroni.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
dolina-cybiny, malta
- 1 komentarz
- Skomentuj
Spragniona jestem nowości, zwłaszcza że świat nagle skurczył się do najbliższych okolic (Schengen, wróć!), a i w najbliższych okolicach miejsca dzielą się na te jeszcze zamknięte albo zatłoczone. I wtem Poznań otworzył nową ścieżkę w koronach drzew, podobno drugą w Polsce, tuż przy Malcie. Zabrzmię jak egzaltowana nastolatka, ale po raz pierwszy od półtora miesiąca poczułam bezstresową radość, że można wyjść i jest gdzie. Wiadomo, dalej trzeba uważać[1], ale w las można bez maseczki! W zieleni pięknie pachnie, ptaszęta śpiewają, w weekendy jednak bym omijała, bo tłumy. W piątkowe popołudnie było już dość tłoczno, chociaż dało się zachować dystans. Całość jest na jakieś 20 minut spaceru (nawet Majut nie zdążył zapytać więcej niż raz "a kiedy wracamy do samochodu?"), więc nawet po pracy się da przed zmrokiem.
Gdzie to, pytacie. Ja weszłam od ulicy Krańcowej, na wysokości Wiankowej skręca się w las w stronę przeciwną niż Malta i Taj India (ale z Taj India można zamawiać na wynos!). W lesie trzeba kierować się bardziej w lewo niż w prawo, bo jednokierunkowa ścieżka idzie od lewej do prawej. Można też zaatakować od ulicy Czekalskie, ale jak zabłądzicie, to nie moja wina.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Serdecznie nie pozdrawiam tych, co szli ścieżką pod prąd, mimo że jednokierunkowa. I tych, co przyszli z piwem, bo przecież bez piwa się nie da; kosze pełne, butelki nie tylko przy koszach, ktoś posprząta, jasne. I tych, co pozrywali taśmy zabezpieczające, bo muszą koniecznie siedzieć w zamkniętej jeszcze części piknikowej. Kto im zabroni.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
dolina-cybiny, malta
- 1 komentarz
- Skomentuj
Przeczytałam (chyba po raz czwarty, ale niczego nie żałuję) Wyprawę czarownic, bo akcja “Panów i dam” rozpoczyna się od razu po powrocie trzech wiedźm z Genoi (i odwiedzin u słonia). Magrat wścieka się na Babcię i Nianię, bo nie chcą jej wyjaśnić, co się kryje za Tancerzami, kromlechami ustawiony w krąg w lancranckim lesie, rzuca więc czarownictwo i przenosi do zamku, gdzie Verence II zorganizował już wszystko, łącznie z ustaleniem terminu, na nadchodzący ślub młodej pary. Życie przyszłej królowej jest może i prestiżowe, ale… nudne. Obraza jej nieco mija, kiedy okazuje się, że nierozważna nastolatka przyciągnęła do Lancre Elfy, piękne, eleganckie, magiczne stworzenia, które chcą ludzi nieco sponiewierać, zanim ich zabiją. Na ślubie królewskiej pary, uświetnionym przedstawieniem w wykonaniu lokalnych talentów, pojawiają się też magowie z Niewidocznego Uniwersytetu - Myślak Stibbons, Kwestor, Bibliotekarz oraz sam rektor Mustrum Ridcully, pochodzący z Lancre i niegdyś przez chwilę zaangażowany z Esme Weatherwax[1]. Magrat wpada w furię ponownie, kiedy znajduje list wyjaśniający, skąd propozycja ślubu; a że jednocześnie na zamek (i całe Lancre) jest pełen Elfów, Magrat przekuwa złość w waleczność za sprawą zbroi legendarnej[2] królowej Ynci. Do pokonania Elfów (wiem, zdradzam fabułę, ale na litość, ta książka ma prawie 30 lat, ogarnijcie się) przydaje się obecność Casanundy, drugiego największego kochanka na Dysku, oraz pszczół.
Szekspir też był tutaj grany, mimo sugestii narratora, że “Sen nocy letniej” nie byłby wcale chwytliwym tytułem. Historia odwiecznych, choć zapomnianych istot, obecnych w przetworzonych ludowych legendach, z czarownicami, które jako jedyne pamiętają i dzięki temu mogą obronić świat. Całość nie jest może tak zabawna jak poprzedni tom, ale ma swoje mocne momenty (wychodek w garderobie, oczekiwanie na dostarczenie “Sztuki miłości”, taniec z kijami i wiadrami jako czynnik rozpraszający czy megality, tworzące Wielkiego Stukacza).
[1] Mam wrażenie, że to powielenie wątku z Równoumagicznienia, gdzie Babcia zaprzyjaźniła się (chociaż już w wieku dojrzałym) z ówczesnym rektorem Cutanglem; oczywiście to bardzo kreatywne użycie narracji, bo dzięki temu pojawia pomysł - użyty potem w “Bogach, honorze, Ankh Morpork” - nogawek czasu. Wiecie, to co mamy teraz, kiedy ze smutkiem patrzymy na zapisane w kalendarzu spotkania i wyjazdy, które nagle już nie są aktualne z powodu pandemii. W czwartek nie wyjeżdżam na Rugię, a Wy gdzie nie będziecie?
[2] Czytaj: nieistniejącej. Ale to nikomu nie przeszkadza.
Inne tego autora tutaj.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, sf-f, 2020
- 2 komentarze
- Skomentuj
Przeczytałam (chyba po raz czwarty, ale niczego nie żałuję) Wyprawę czarownic, bo akcja “Panów i dam” rozpoczyna się od razu po powrocie trzech wiedźm z Genoi (i odwiedzin u słonia). Magrat wścieka się na Babcię i Nianię, bo nie chcą jej wyjaśnić, co się kryje za Tancerzami, kromlechami ustawiony w krąg w lancranckim lesie, rzuca więc czarownictwo i przenosi do zamku, gdzie Verence II zorganizował już wszystko, łącznie z ustaleniem terminu, na nadchodzący ślub młodej pary. Życie przyszłej królowej jest może i prestiżowe, ale… nudne. Obraza jej nieco mija, kiedy okazuje się, że nierozważna nastolatka przyciągnęła do Lancre Elfy, piękne, eleganckie, magiczne stworzenia, które chcą ludzi nieco sponiewierać, zanim ich zabiją. Na ślubie królewskiej pary, uświetnionym przedstawieniem w wykonaniu lokalnych talentów, pojawiają się też magowie z Niewidocznego Uniwersytetu - Myślak Stibbons, Kwestor, Bibliotekarz oraz sam rektor Mustrum Ridcully, pochodzący z Lancre i niegdyś przez chwilę zaangażowany z Esme Weatherwax[1]. Magrat wpada w furię ponownie, kiedy znajduje list wyjaśniający, skąd propozycja ślubu; a że jednocześnie na zamek (i całe Lancre) jest pełen Elfów, Magrat przekuwa złość w waleczność za sprawą zbroi legendarnej[2] królowej Ynci. Do pokonania Elfów (wiem, zdradzam fabułę, ale na litość, ta książka ma prawie 30 lat, ogarnijcie się) przydaje się obecność Casanundy, drugiego największego kochanka na Dysku, oraz pszczół.
Szekspir też był tutaj grany, mimo sugestii narratora, że “Sen nocy letniej” nie byłby wcale chwytliwym tytułem. Historia odwiecznych, choć zapomnianych istot, obecnych w przetworzonych ludowych legendach, z czarownicami, które jako jedyne pamiętają i dzięki temu mogą obronić świat. Całość nie jest może tak zabawna jak poprzedni tom, ale ma swoje mocne momenty (wychodek w garderobie, oczekiwanie na dostarczenie “Sztuki miłości”, taniec z kijami i wiadrami jako czynnik rozpraszający czy megality, tworzące Wielkiego Stukacza).
[1] Mam wrażenie, że to powielenie wątku z Równoumagicznienia, gdzie Babcia zaprzyjaźniła się (chociaż już w wieku dojrzałym) z ówczesnym rektorem Cutanglem; oczywiście to bardzo kreatywne użycie narracji, bo dzięki temu pojawia pomysł - użyty potem w “Bogach, honorze, Ankh Morpork” - nogawek czasu. Wiecie, to co mamy teraz, kiedy ze smutkiem patrzymy na zapisane w kalendarzu spotkania i wyjazdy, które nagle już nie są aktualne z powodu pandemii. W czwartek nie wyjeżdżam na Rugię, a Wy gdzie nie będziecie?
[2] Czytaj: nieistniejącej. Ale to nikomu nie przeszkadza.
Inne tego autora tutaj.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, sf-f, 2020
- 2 komentarze
- Skomentuj
Maciej Z. Bordowicz - Fikcja #53
Spis osób:
- Franciszek Szpakowski (Szpaczek) - sprawia wrażenie przedstawiciela szmatławej elegancji i naciąganych manier
- Kubisz - dziennikarz, niewysoki, w przyciemnionych okularach, nie wygląda na 40 lat
- kapitan Jerzy Olecki - dość gwałtowny w reakcjach, przystojny, chłopięcy spryt czai się w oczach
- Zygmunt Rubin - przedwcześnie łysiejący, typ byłego sportowca wyczynowego
- Jastroń - dyrektor więzienia w Tarczewie, niski, grubawy, gładko wystrzyżony
- Jaranowski - więzień z podejrzanie regularnymi atakami gorączki
- podporucznik Iza - nieduża, ładna, a mundur leży na niej jak fartuszek szkolny na licealistce, nie umie w interpunkcję
- Adam Zdun - fotograf milicyjny, nadużywa retuszu, gdzie nie trzeba
- Tomasz Gozda - ma złote ręce do wszystkiego
- Józef Krupczak - 18-latek po poprawczaku, chętny na łatwy zarobek
- Staszewski - kasjer, cherlawy mężczyzna w okularach o grubych szkłach
- Zbyszek - niewysoki, w jasnym garniturze, funkcjonariusz incognito
- Joanna - młoda, bardzo ładna lekarka, biały fartuch leży na niej, jakby był szyty w Modzie Polskiej
- Mundzio Cajgowski - świetnie utrzymany facet po 50.
- Norowska - po 50., jak na swój wiek ma jeszcze pretensje do życia
- Andrzej - syn Norowskiej, ma smykałkę do elektroniki
Kilka lat przed współczesnym śledztwem, grupa przestępców - Rubin, Gozda i Krupczak - organizuje zuchwały napad na konwojenta przewożącego pieniądze. Krupczak ginie w płomieniach w celowo zablokowanym przez Gozdę samochodzie, wystawionym jako pułapka. Gozda ginie postrzelony przez milicję, pozostaje Rubin, któremu udaje się schować zrabowane walory, a aresztowany zostaje po pechowym spowodowaniu wypadku. W więzieniu w celi opowiada współosadzonym - Jaranowskiemu, Szpakowskiemu i Kubiszowi - o swoich wyczynach. Kubisz, jak się okazuje potem, jest dziennikarzem bez wyroku, który wyżebrał możliwość spędzenia miesiąca w więzieniu w celu uzyskania materiału na książkę. Z sukcesem, bo i sprzedana w sporej liczbie egzemplarzy oraz drukowana w odcinkach. Autor zapomniał już o całej sprawie, ale nagle dowiaduje się o śmierci “Szpaczka” oraz do jego drzwi puka Rubin, niedwuznacznie sugerujący, ze Kubisz podprowadził mu ukryte przed aresztowaniem pieniądze.
Jakkolwiek wprawiona jestem w analizowaniu zagadek kryminalnych, tak tutaj poległam, bo nie rozumiem związków między wszystkimi uczestnikami akcji. Wątek Jaranowskiego, któremu ktoś przemycał leki pozwalające na symulowanie choroby i pobyty w szpitalu, a finalnie go zabił, nie trzyma się kupy, wiążąc ze sobą lekarkę Joannę (notabene między wierszami pojawia się informacja, że to córka fotografa policyjnego) oraz Andrzeja, sprytnego majsterkowicza. Nie mam pojęcia, co z całą sprawą miał biznesmen Cajgowski poza pożyczeniem od śp. Szpaczka 100 tys. złotych, które okazały się być fałszywe. Oraz czemu mężczyzna po 50. “dobrze się trzyma”, a kobieta w tym samym wieku już tylko odcina kupony od własnej urody.
Się pije: koniak, zimne piwo.
Się pali: płaskie, giewonty.
Inne tego autora tutaj.
Andrzej Zarzycki - Dimanche znaczy niedziela #54
Spis osób:
- Roman Zagórny - dziennikarz z Dziennika Łódzkiego w delegacji, z przeszłością w służbach
- Roma Kulicka - ostra, przystojna blondynka, z mocnym makijażem oczu
- kapitan Jerzy Szarecki - Komenda Stołeczna MO, mózg operacji
- porucznik Paweł Grad - szczupły opalony blondyn, przyjaciel Szareckiego, życzliwie usposobiony do świata
- podpułkownik Tadeusz Kuźmierek - jowialny, fanatyczny wróg biurokracji
- Jadzia - sekretarka Kuźmierka, filuternie patrzy na Grada
- Henryk Kocoń - laborant w Spółdzielni Chemicznej, przypadkowy przechodzień
- porucznik Grzegorz Filipiak - Komenda Dzielnicowa
- kapral Leon Sikora - bystry WOP-ista incognito, pojawia się w reminiscencjach (ale istotnych!)
- Grażyna Holek - telefonistka, miła, lecz sprytna
- redaktor Andrzej Dymek - znajomy Zagórnego, bywalec SPATiF-u, zwany Otcodymkiem
- Dudzik (ps. Pyton) - emerytowany rzezimieszek
- inżynier Robert Skóra - właściciel hacjendy na Bielanach, organizuje imprezy z gołymi tancerkami
- porucznik Albin Kosma - system nerwowy prowadzonej akcji
- Zdzisław Trojanek - syn Feliksa, pilny uczeń Dudzika
- Feliks Trojanek - właściciel posesji przy Morwowej 2, dawniej postrach okolic
- Czesław Trojanek - syn Feliksa, łatwo nawiązuje kontakty, w tym międzynarodowe
Pół stołecznej milicji szuka tajemniczego “Pana Bolo”, który handluje walutą hurtowo oraz wprowadza zmowę cenową u koników, a krnąbrni dostają ostrzeżenia. Zupełnym przypadkiem Zagórny, mieszkający w Grand Hotelu, znajduje w eleganckiej torbie belgijskich linii lotniczych “Sabena” 20 tysięcy dolarów i karteczkę z tajemniczą notatką. Przepisuje karteczkę skrzętnie niczym student z dowcipu (co to idzie student, leży książka telefoniczna, na wszelki wypadek bierze i się uczy na pamięć), po czym w drodze na posterunek obrywa w głowę, a zawartość torby znika. Wprawdzie podpułkownik Kuźmierek ręczy za znajomego z dawnych czasów, ale jedna z linii śledczych oczywiście sugeruje, że Zagórny może być w szajce rozprowadzającej dolary (fałszywe i prawdziwe). Jak się łatwo domyślić, pomyłka następuje z powodu identycznych toreb, a współpraca Zagórnego pozwala sprawę wyjaśnić.
Się pali: fajkę, triumphy, carmeny.
Się pije: koniak (pliskę), żytnią z lodu.
Się je: strogonoff w kokilce.
Inne z tego cyklu tutaj.
#49 (przeczytałam też po raz kolejny EW052.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 23, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2020, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Maciej Z. Bordowicz - Fikcja #53
Spis osób:
- Franciszek Szpakowski (Szpaczek) - sprawia wrażenie przedstawiciela szmatławej elegancji i naciąganych manier
- Kubisz - dziennikarz, niewysoki, w przyciemnionych okularach, nie wygląda na 40 lat
- kapitan Jerzy Olecki - dość gwałtowny w reakcjach, przystojny, chłopięcy spryt czai się w oczach
- Zygmunt Rubin - przedwcześnie łysiejący, typ byłego sportowca wyczynowego
- Jastroń - dyrektor więzienia w Tarczewie, niski, grubawy, gładko wystrzyżony
- Jaranowski - więzień z podejrzanie regularnymi atakami gorączki
- podporucznik Iza - nieduża, ładna, a mundur leży na niej jak fartuszek szkolny na licealistce, nie umie w interpunkcję
- Adam Zdun - fotograf milicyjny, nadużywa retuszu, gdzie nie trzeba
- Tomasz Gozda - ma złote ręce do wszystkiego
- Józef Krupczak - 18-latek po poprawczaku, chętny na łatwy zarobek
- Staszewski - kasjer, cherlawy mężczyzna w okularach o grubych szkłach
- Zbyszek - niewysoki, w jasnym garniturze, funkcjonariusz incognito
- Joanna - młoda, bardzo ładna lekarka, biały fartuch leży na niej, jakby był szyty w Modzie Polskiej
- Mundzio Cajgowski - świetnie utrzymany facet po 50.
- Norowska - po 50., jak na swój wiek ma jeszcze pretensje do życia
- Andrzej - syn Norowskiej, ma smykałkę do elektroniki
Kilka lat przed współczesnym śledztwem, grupa przestępców - Rubin, Gozda i Krupczak - organizuje zuchwały napad na konwojenta przewożącego pieniądze. Krupczak ginie w płomieniach w celowo zablokowanym przez Gozdę samochodzie, wystawionym jako pułapka. Gozda ginie postrzelony przez milicję, pozostaje Rubin, któremu udaje się schować zrabowane walory, a aresztowany zostaje po pechowym spowodowaniu wypadku. W więzieniu w celi opowiada współosadzonym - Jaranowskiemu, Szpakowskiemu i Kubiszowi - o swoich wyczynach. Kubisz, jak się okazuje potem, jest dziennikarzem bez wyroku, który wyżebrał możliwość spędzenia miesiąca w więzieniu w celu uzyskania materiału na książkę. Z sukcesem, bo i sprzedana w sporej liczbie egzemplarzy oraz drukowana w odcinkach. Autor zapomniał już o całej sprawie, ale nagle dowiaduje się o śmierci “Szpaczka” oraz do jego drzwi puka Rubin, niedwuznacznie sugerujący, ze Kubisz podprowadził mu ukryte przed aresztowaniem pieniądze.
Jakkolwiek wprawiona jestem w analizowaniu zagadek kryminalnych, tak tutaj poległam, bo nie rozumiem związków między wszystkimi uczestnikami akcji. Wątek Jaranowskiego, któremu ktoś przemycał leki pozwalające na symulowanie choroby i pobyty w szpitalu, a finalnie go zabił, nie trzyma się kupy, wiążąc ze sobą lekarkę Joannę (notabene między wierszami pojawia się informacja, że to córka fotografa policyjnego) oraz Andrzeja, sprytnego majsterkowicza. Nie mam pojęcia, co z całą sprawą miał biznesmen Cajgowski poza pożyczeniem od śp. Szpaczka 100 tys. złotych, które okazały się być fałszywe. Oraz czemu mężczyzna po 50. “dobrze się trzyma”, a kobieta w tym samym wieku już tylko odcina kupony od własnej urody.
Się pije: koniak, zimne piwo.
Się pali: płaskie, giewonty.
Inne tego autora tutaj.
Andrzej Zarzycki - Dimanche znaczy niedziela #54
Spis osób:
- Roman Zagórny - dziennikarz z Dziennika Łódzkiego w delegacji, z przeszłością w służbach
- Roma Kulicka - ostra, przystojna blondynka, z mocnym makijażem oczu
- kapitan Jerzy Szarecki - Komenda Stołeczna MO, mózg operacji
- porucznik Paweł Grad - szczupły opalony blondyn, przyjaciel Szareckiego, życzliwie usposobiony do świata
- podpułkownik Tadeusz Kuźmierek - jowialny, fanatyczny wróg biurokracji
- Jadzia - sekretarka Kuźmierka, filuternie patrzy na Grada
- Henryk Kocoń - laborant w Spółdzielni Chemicznej, przypadkowy przechodzień
- porucznik Grzegorz Filipiak - Komenda Dzielnicowa
- kapral Leon Sikora - bystry WOP-ista incognito, pojawia się w reminiscencjach (ale istotnych!)
- Grażyna Holek - telefonistka, miła, lecz sprytna
- redaktor Andrzej Dymek - znajomy Zagórnego, bywalec SPATiF-u, zwany Otcodymkiem
- Dudzik (ps. Pyton) - emerytowany rzezimieszek
- inżynier Robert Skóra - właściciel hacjendy na Bielanach, organizuje imprezy z gołymi tancerkami
- porucznik Albin Kosma - system nerwowy prowadzonej akcji
- Zdzisław Trojanek - syn Feliksa, pilny uczeń Dudzika
- Feliks Trojanek - właściciel posesji przy Morwowej 2, dawniej postrach okolic
- Czesław Trojanek - syn Feliksa, łatwo nawiązuje kontakty, w tym międzynarodowe
Pół stołecznej milicji szuka tajemniczego “Pana Bolo”, który handluje walutą hurtowo oraz wprowadza zmowę cenową u koników, a krnąbrni dostają ostrzeżenia. Zupełnym przypadkiem Zagórny, mieszkający w Grand Hotelu, znajduje w eleganckiej torbie belgijskich linii lotniczych “Sabena” 20 tysięcy dolarów i karteczkę z tajemniczą notatką. Przepisuje karteczkę skrzętnie niczym student z dowcipu (co to idzie student, leży książka telefoniczna, na wszelki wypadek bierze i się uczy na pamięć), po czym w drodze na posterunek obrywa w głowę, a zawartość torby znika. Wprawdzie podpułkownik Kuźmierek ręczy za znajomego z dawnych czasów, ale jedna z linii śledczych oczywiście sugeruje, że Zagórny może być w szajce rozprowadzającej dolary (fałszywe i prawdziwe). Jak się łatwo domyślić, pomyłka następuje z powodu identycznych toreb, a współpraca Zagórnego pozwala sprawę wyjaśnić.
Się pali: fajkę, triumphy, carmeny.
Się pije: koniak (pliskę), żytnią z lodu.
Się je: strogonoff w kokilce.
Inne z tego cyklu tutaj.
#49 (przeczytałam też po raz kolejny EW052.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 23, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2020, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Westworld jest reklamowany jako park rozrywki inny niż wszystkie - odwiedzający może znaleźć się na Dzikim Zachodzie, z idealnie zachowanymi ludzkimi zachowaniami z epoki, zaprogramowanymi w nieodróżnialnych od ludzi androidach, zwanych hostami. Może wybrać wyprawy, w jakich uczestniczy: ratowanie damy w niebezpieczeństwie, poszukiwanie niebezpiecznych przestępców (“Wanted Dead or Alive” jak najbardziej obowiązuje), poszukiwanie złota czy wizyta w klimatycznym domu uciech. Rozrywka jest całkowicie zależna od woli odwiedzającego - jest panem otaczającego go świata, może niszczyć, zabijać, gwałcić, wedle uznania, jest też przy tym bezpieczny, poza siniakami nikt nie może odwiedzającego skrzywdzić; nie ponosi żadnych konsekwencji, bo hosty po “śmierci” (czy raczej uszkodzeniu) są resetowane i, w razie potrzeby, naprawiane, więc kolejny dzień rozpoczyna dla nich kolejną pętlę fabularną. Oczywiście do czasu, kiedy niektóre z androidów zaczynają - w wyniku błędu w programie albo może świadomej akcji programisty - pamiętać. Od obserwowania linii fabularnych hostów, zmienianych przez odwiedzających park jeszcze bardziej fascynujące jest obserwowanie działania ogromnej korporacji, zajmującej się programowaniem androidów: walka o władzę, zaspokojenie sponsorów, usuwanie błędów jak najniższym kosztem[1], dopinanie budżetów i słupki popularności.
Tyle że to serial zupełnie o czym innym, bo o rozwoju świadomości u sztucznej inteligencji. Dodatkowo fabuła świetnie zmieszana jest za pomocą zabawy z liniami czasowymi, oglądający trochę ma poczucie bycia hostem z brakiem jasności, co to jest “teraz”. Doskonale się bawiłam, odkrywając kolejne warstwy i pułapki zastawione na widza, któremu należycie można zamieszać w głowie. Każdy sezon (na razie obejrzałam pierwsze dwa, czekam, aż trzeci pojawi się w całości) odsłania kolejne kawałki układanki, zmieniając zupełnie wymowę poprzednich wydarzeń. Androidy okazują się być bardziej ludzkie od swoich twórców, pojawia się oczywiście motyw świetnie rozegrany w “Battlestar Gallactica”, czyli istnieją hosty, które uważają się za ludzi. Jest mnóstwo krwi i brutalności, ale jednocześnie bywa zabawnie, bo - jak wszędzie - ludzie, korona stworzenia, są jednak dość prymitywni i łatwo nimi manipulować (moja ulubiona para komediowa - technicy Felix i Silvester, cyniczna PM-ka Elsie czy oczywiście egotyczny i kapryśny jak nastolatka twórca linii fabularnych Lee).
Uprzedzając pytania: tak, polecam. Ogromnie mi się podobało, czekam na ciąg dalszy, przez trzy tygodnie aktywnie dyskutowałam z telewizorem, próbując łapać twórców na nielogicznościach i dziurach fabularnych (serio, codzienne łatanie popsutych przez odwiedzających hostów to jednak jest słaby model biznesowy, podobnie jak wprowadzony zupełnie bez sensu w sezonie drugim “czytnik” w kapeluszu).
[1] Zachwycałam się już na FB procesami wytwarzania oprogramowania w Westworld/Delos: ukrywanie błędów przed zwierzchnikami, minimalny koszt naprawy (po co wycofywać 200 wadliwych “podzespołów”, skoro odwiedzający zauważą błędy może u kilku z nich), testowanie na produkcji czy brak kontroli wersji mimo ogromnego centralnego systemu inwigilacji. Oczywiście to wszystko ma sens, patrząc na rozwój fabuły. Oraz “Kontrola Jakości” (QA) z bronią maszynową, za każdym razem łezka mi cieknie.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 23, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Westworld jest reklamowany jako park rozrywki inny niż wszystkie - odwiedzający może znaleźć się na Dzikim Zachodzie, z idealnie zachowanymi ludzkimi zachowaniami z epoki, zaprogramowanymi w nieodróżnialnych od ludzi androidach, zwanych hostami. Może wybrać wyprawy, w jakich uczestniczy: ratowanie damy w niebezpieczeństwie, poszukiwanie niebezpiecznych przestępców (“Wanted Dead or Alive” jak najbardziej obowiązuje), poszukiwanie złota czy wizyta w klimatycznym domu uciech. Rozrywka jest całkowicie zależna od woli odwiedzającego - jest panem otaczającego go świata, może niszczyć, zabijać, gwałcić, wedle uznania, jest też przy tym bezpieczny, poza siniakami nikt nie może odwiedzającego skrzywdzić; nie ponosi żadnych konsekwencji, bo hosty po “śmierci” (czy raczej uszkodzeniu) są resetowane i, w razie potrzeby, naprawiane, więc kolejny dzień rozpoczyna dla nich kolejną pętlę fabularną. Oczywiście do czasu, kiedy niektóre z androidów zaczynają - w wyniku błędu w programie albo może świadomej akcji programisty - pamiętać. Od obserwowania linii fabularnych hostów, zmienianych przez odwiedzających park jeszcze bardziej fascynujące jest obserwowanie działania ogromnej korporacji, zajmującej się programowaniem androidów: walka o władzę, zaspokojenie sponsorów, usuwanie błędów jak najniższym kosztem[1], dopinanie budżetów i słupki popularności.
Tyle że to serial zupełnie o czym innym, bo o rozwoju świadomości u sztucznej inteligencji. Dodatkowo fabuła świetnie zmieszana jest za pomocą zabawy z liniami czasowymi, oglądający trochę ma poczucie bycia hostem z brakiem jasności, co to jest “teraz”. Doskonale się bawiłam, odkrywając kolejne warstwy i pułapki zastawione na widza, któremu należycie można zamieszać w głowie. Każdy sezon (na razie obejrzałam pierwsze dwa, czekam, aż trzeci pojawi się w całości) odsłania kolejne kawałki układanki, zmieniając zupełnie wymowę poprzednich wydarzeń. Androidy okazują się być bardziej ludzkie od swoich twórców, pojawia się oczywiście motyw świetnie rozegrany w “Battlestar Gallactica”, czyli istnieją hosty, które uważają się za ludzi. Jest mnóstwo krwi i brutalności, ale jednocześnie bywa zabawnie, bo - jak wszędzie - ludzie, korona stworzenia, są jednak dość prymitywni i łatwo nimi manipulować (moja ulubiona para komediowa - technicy Felix i Silvester, cyniczna PM-ka Elsie czy oczywiście egotyczny i kapryśny jak nastolatka twórca linii fabularnych Lee).
Uprzedzając pytania: tak, polecam. Ogromnie mi się podobało, czekam na ciąg dalszy, przez trzy tygodnie aktywnie dyskutowałam z telewizorem, próbując łapać twórców na nielogicznościach i dziurach fabularnych (serio, codzienne łatanie popsutych przez odwiedzających hostów to jednak jest słaby model biznesowy, podobnie jak wprowadzony zupełnie bez sensu w sezonie drugim “czytnik” w kapeluszu).
[1] Zachwycałam się już na FB procesami wytwarzania oprogramowania w Westworld/Delos: ukrywanie błędów przed zwierzchnikami, minimalny koszt naprawy (po co wycofywać 200 wadliwych “podzespołów”, skoro odwiedzający zauważą błędy może u kilku z nich), testowanie na produkcji czy brak kontroli wersji mimo ogromnego centralnego systemu inwigilacji. Oczywiście to wszystko ma sens, patrząc na rozwój fabuły. Oraz “Kontrola Jakości” (QA) z bronią maszynową, za każdym razem łezka mi cieknie.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 23, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 2 komentarze
- Skomentuj