Zacznę od wstępu, że tak, wiem - jestem w pozycji najbardziej uprzywilejowanej. Mam pracę, w której mogę wszystko ogarnąć za pomocą laptopa, współdzielonych plików, narzędzi do zarządzania zadaniami i telekonferencji; mogę bez problemu pracować z domu z kotem Burszykiem na kolanach[2], projekty się będą toczyć. Mam duży dom, w którym nie siedzimy sobie na głowie, z wydzieloną przestrzenią do pracy i zamykanym pokojem dziecięcym, a dziecko jest na tyle duże, że nie muszę kontrolować, czy sobie nie rozbija głowy albo nie źre proszku do prania. Ba, mam oszczędności, więc mogłabym w pańskim geście wykupić przedrożone maseczki ochronne z Allegro i codziennie nosić nową. Nie jestem w grupie ryzyka. Więc to, co poniżej, to są #problemypierwszegoświata, zdaję sobie sprawę.
Rozumiem konieczność izolacji i wyjęcie dzieci z placówek jest posunięciem słusznym, bo komunikacja miejska i ograniczenie wylęgarnia zarazy, ale jakże mnie irytuje niejawne założenie, że rodzice wtem rzucają wszystko i zaczynają prowadzić homeschooling na podstawie tak zwanych wytycznych ze szkoły albo setek porad z internetsów. Tak zwanych wytycznych, bo różnimy się w ocenie - według mnie zadania dla dzieci powinny być tak skonstruowane, żeby dziecko mogło w ciszy i spokoju samodzielnie ogarnąć temat, poza ewentualnym wsparciem technicznym rodzica. Według szkoły... Pokażę Wam na przykładzie zadania z muzyki (i tu, żeby było jasne, doceniam, że te zadania zostały przygotowane):
2. A to zadania na lekcję. Ma ono dwa poziomy trudności:
- słuchamy z dzieckiem najpierw wszystkich motywów w dur (od początku do 58 sekundy) żeby utrwalić się w tonalności i prosimy żeby
dziecko zaśpiewało dźwięk spoczynkowy. Jeśli to zrobi prawidłowo - przechodzimy dalej. Jeśli nie - słuchamy jeszcze raz od początku do
58 sekundy, bez powtarzania.
ćw. A: po każdym motywie (do 58 sekundy) dziecko śpiewa dźwięk spoczynkowy (tylko!)
ćw. B: dziecko powtarza tylko pierwszy dźwięk każdego motywu - resztę w głowie
(..)
3. Zadanie również na lekcję: dzieci słuchają czterech poniżej załączonych fragmentów i poruszają się do nich swobodnie. Po
każdym fragmencie określają jaki rodzaj ruchu ich zdaniem dominował w danym fragmencie: nagły/płynny, ciężki/lekki? Musicie zapytać jaki ruch dzieci czują. Mogą też opowiedzieć to własnymi słowami, ale nie chodzi o to z czym im się kojarzy muzyka, tylko o ruch - jaki on jest?
Uprzejmie proszę o poradę, jak mam to wcisnąć w dzień pracy, który na przykład w środę składał się u mnie z 7 (siedmiu!) telekonferencji w dwóch projektach, na których ustalałam, co robimy, co mówimy klientowi, rozmowie z klientem i podsumowaniach. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że z muzyki rozpoznaję hymn narodowy, a dziecko, któremu śpiewam kołysankę, stwierdza, że to jednak trochę żenada, ale miło, bo się staram. Żarty na bok, nie chcę zastępować szkoły, nie mam do tego kompetencji ani chęci, niech mnie ktoś przytuli.
O tym, że wstaję o 7 na zakupy, żeby uniknąć tłumów i wpadam w kocioł ludzi, którym niezbędne do życia jest 12 tacek z mięsem i porównywalna ilość innych dóbr (15 kilo ziemniaków, nic tylko braść), to już nawet nie wspominam. Przykre, tym bardziej, że mam poczucie, iż lwia część towarów łatwopsujących się wyląduje na śmietniku w ciągu tygodnia.
[1] No może nie o miłości, bo o miłości już było.
[2] Kot Burszyk mruczy, jest mięciutki, nie wierci się, ale potrafi przez pół godziny krążyć dookoła biurka, rozgłośnie drąc japę, że on nie wie, czy chce na kolanka, czy nie, ale coś kotu doskwiera w psyche, więc wyć musi.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 14, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Z głowy, czyli z niczego -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Zacznę od wstępu, że tak, wiem - jestem w pozycji najbardziej uprzywilejowanej. Mam pracę, w której mogę wszystko ogarnąć za pomocą laptopa, współdzielonych plików, narzędzi do zarządzania zadaniami i telekonferencji; mogę bez problemu pracować z domu z kotem Burszykiem na kolanach[2], projekty się będą toczyć. Mam duży dom, w którym nie siedzimy sobie na głowie, z wydzieloną przestrzenią do pracy i zamykanym pokojem dziecięcym, a dziecko jest na tyle duże, że nie muszę kontrolować, czy sobie nie rozbija głowy albo nie źre proszku do prania. Ba, mam oszczędności, więc mogłabym w pańskim geście wykupić przedrożone maseczki ochronne z Allegro i codziennie nosić nową. Nie jestem w grupie ryzyka. Więc to, co poniżej, to są #problemypierwszegoświata, zdaję sobie sprawę.
Rozumiem konieczność izolacji i wyjęcie dzieci z placówek jest posunięciem słusznym, bo komunikacja miejska i ograniczenie wylęgarnia zarazy, ale jakże mnie irytuje niejawne założenie, że rodzice wtem rzucają wszystko i zaczynają prowadzić homeschooling na podstawie tak zwanych wytycznych ze szkoły albo setek porad z internetsów. Tak zwanych wytycznych, bo różnimy się w ocenie - według mnie zadania dla dzieci powinny być tak skonstruowane, żeby dziecko mogło w ciszy i spokoju samodzielnie ogarnąć temat, poza ewentualnym wsparciem technicznym rodzica. Według szkoły... Pokażę Wam na przykładzie zadania z muzyki (i tu, żeby było jasne, doceniam, że te zadania zostały przygotowane):
2. A to zadania na lekcję. Ma ono dwa poziomy trudności:
- słuchamy z dzieckiem najpierw wszystkich motywów w dur (od początku do 58 sekundy) żeby utrwalić się w tonalności i prosimy żeby
dziecko zaśpiewało dźwięk spoczynkowy. Jeśli to zrobi prawidłowo - przechodzimy dalej. Jeśli nie - słuchamy jeszcze raz od początku do
58 sekundy, bez powtarzania.
ćw. A: po każdym motywie (do 58 sekundy) dziecko śpiewa dźwięk spoczynkowy (tylko!)
ćw. B: dziecko powtarza tylko pierwszy dźwięk każdego motywu - resztę w głowie
(..)
3. Zadanie również na lekcję: dzieci słuchają czterech poniżej załączonych fragmentów i poruszają się do nich swobodnie. Po
każdym fragmencie określają jaki rodzaj ruchu ich zdaniem dominował w danym fragmencie: nagły/płynny, ciężki/lekki? Musicie zapytać jaki ruch dzieci czują. Mogą też opowiedzieć to własnymi słowami, ale nie chodzi o to z czym im się kojarzy muzyka, tylko o ruch - jaki on jest?
Uprzejmie proszę o poradę, jak mam to wcisnąć w dzień pracy, który na przykład w środę składał się u mnie z 7 (siedmiu!) telekonferencji w dwóch projektach, na których ustalałam, co robimy, co mówimy klientowi, rozmowie z klientem i podsumowaniach. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że z muzyki rozpoznaję hymn narodowy, a dziecko, któremu śpiewam kołysankę, stwierdza, że to jednak trochę żenada, ale miło, bo się staram. Żarty na bok, nie chcę zastępować szkoły, nie mam do tego kompetencji ani chęci, niech mnie ktoś przytuli.
O tym, że wstaję o 7 na zakupy, żeby uniknąć tłumów i wpadam w kocioł ludzi, którym niezbędne do życia jest 12 tacek z mięsem i porównywalna ilość innych dóbr (15 kilo ziemniaków, nic tylko braść), to już nawet nie wspominam. Przykre, tym bardziej, że mam poczucie, iż lwia część towarów łatwopsujących się wyląduje na śmietniku w ciągu tygodnia.
[1] No może nie o miłości, bo o miłości już było.
[2] Kot Burszyk mruczy, jest mięciutki, nie wierci się, ale potrafi przez pół godziny krążyć dookoła biurka, rozgłośnie drąc japę, że on nie wie, czy chce na kolanka, czy nie, ale coś kotu doskwiera w psyche, więc wyć musi.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 14, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Z głowy, czyli z niczego -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Scott McGrath, znany dziennikarz śledczy, podjął temat kontrowersyjnego reżysera, Stanislasa Cordovy, twórcy filmów tak mrocznych (Lynch skrzyżowany z Bunuelem), że objętych zakazem wyświetlania. Sam reżyser od lat ukrywał się w swojej pustelniczej posiadłości w górach, nie wiadomo, czy jeszcze żyje, a wszyscy, którzy mieli z nim kontakt albo znikali, albo odmawiali odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Niestety, po nieudanym wywiadzie, w którym padło za dużo słów, Cordova wygrał proces o zniesławienie z grubym odszkodowaniem, zlecenia dla skompromitowanego autora się skończyły, a na koniec odeszła żona, zabierając ukochaną córeczkę. Minęło 5 lat, do McGratha odzywa się znajoma policjantka i zdradza mu, że córka Cordovy, Ashley, została znaleziona martwa, prawdopodobnie śmierć samobójcza, ale kto to wie. Dziennikarz nieco straceńczo stwierdza, że to doskonała okazja, żeby podjąć zaniedbany temat, bo może teraz wreszcie odkryje, co zmusiło genialne dziecko, światowej sławy pianistkę, córkę ekscentrycznego bogacza do takiego kroku; teza oczywiście jest taka, że jej ojciec to psychopata, niszczący wszystkich dookoła, więc zdecydowanie warto go przed światem odkryć. Dobiera sobie nieco przypadkowych współpracowników - 19-letnią aspirującą aktorkę Norę (chyba bezdomną) i Hoppera, młodego dilera narkotyków o tajemniczej przeszłości, w której miał okazję natknąć się na Ashley. Duża część książki to wyprawa - każda znaleziona wskazówka prowadzi do następnej, jest szpital psychiatryczny, czarna magia, włamanie i przemoc, mnóstwo przerażonych ludzi, a tuż przed finałem McGrath zaczyna się sam zastanawiać, czy warto kontynuować śledztwo, bo może odpowiedzi go przerosną.
Mam wiele zarzutów do książki - liniowa akcja; bohaterowie zachowują się, oględnie mówiąc, idiotycznie; McGrath, żyjący od zlecenia do zlecenia, sieje studolarówkami, a w razie czego wyciąga i tysiące, żeby pozyskać informacje; zamieszanie z żoną i córką dziennikarza jest dość irytujące; demoniczność Cordovy ociera się czasami o groteskę; Ashley z kolei jest tak genialna, że oczy bolą - ale jakże dobrze to się czyta. Jest suspens, są mylone tropy, odpowiedź wydaje się już oczywista, ale nie, może jednak w szczerym zwierzeniu strategicznie najważniejszej osoby tkwi pułapka. Plus za edycję - książka zawiera wycinki, zdjęcia, dla chętnych również interaktywną zabawę (nie sprawdzałam, czy jeszcze działa); niestety jest to wadą w przypadku czytania na kindlu, lepiej mi się czytało z ekranu. A, mimo mrocznej tematyki całość jest dość zabawna, McGrath bywa uroczo ironiczny:
– Jesteśmy w Nowym Jorku. Gdyby ludzie odkryli, że czczenie diabła naprawdę działa, każdy ambitny delikwent o osobowości typu A zacząłby praktykować w swojej kawalerce.
Inne tej autorki tutaj.
#31
Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 11, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2020, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Scott McGrath, znany dziennikarz śledczy, podjął temat kontrowersyjnego reżysera, Stanislasa Cordovy, twórcy filmów tak mrocznych (Lynch skrzyżowany z Bunuelem), że objętych zakazem wyświetlania. Sam reżyser od lat ukrywał się w swojej pustelniczej posiadłości w górach, nie wiadomo, czy jeszcze żyje, a wszyscy, którzy mieli z nim kontakt albo znikali, albo odmawiali odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Niestety, po nieudanym wywiadzie, w którym padło za dużo słów, Cordova wygrał proces o zniesławienie z grubym odszkodowaniem, zlecenia dla skompromitowanego autora się skończyły, a na koniec odeszła żona, zabierając ukochaną córeczkę. Minęło 5 lat, do McGratha odzywa się znajoma policjantka i zdradza mu, że córka Cordovy, Ashley, została znaleziona martwa, prawdopodobnie śmierć samobójcza, ale kto to wie. Dziennikarz nieco straceńczo stwierdza, że to doskonała okazja, żeby podjąć zaniedbany temat, bo może teraz wreszcie odkryje, co zmusiło genialne dziecko, światowej sławy pianistkę, córkę ekscentrycznego bogacza do takiego kroku; teza oczywiście jest taka, że jej ojciec to psychopata, niszczący wszystkich dookoła, więc zdecydowanie warto go przed światem odkryć. Dobiera sobie nieco przypadkowych współpracowników - 19-letnią aspirującą aktorkę Norę (chyba bezdomną) i Hoppera, młodego dilera narkotyków o tajemniczej przeszłości, w której miał okazję natknąć się na Ashley. Duża część książki to wyprawa - każda znaleziona wskazówka prowadzi do następnej, jest szpital psychiatryczny, czarna magia, włamanie i przemoc, mnóstwo przerażonych ludzi, a tuż przed finałem McGrath zaczyna się sam zastanawiać, czy warto kontynuować śledztwo, bo może odpowiedzi go przerosną.
Mam wiele zarzutów do książki - liniowa akcja; bohaterowie zachowują się, oględnie mówiąc, idiotycznie; McGrath, żyjący od zlecenia do zlecenia, sieje studolarówkami, a w razie czego wyciąga i tysiące, żeby pozyskać informacje; zamieszanie z żoną i córką dziennikarza jest dość irytujące; demoniczność Cordovy ociera się czasami o groteskę; Ashley z kolei jest tak genialna, że oczy bolą - ale jakże dobrze to się czyta. Jest suspens, są mylone tropy, odpowiedź wydaje się już oczywista, ale nie, może jednak w szczerym zwierzeniu strategicznie najważniejszej osoby tkwi pułapka. Plus za edycję - książka zawiera wycinki, zdjęcia, dla chętnych również interaktywną zabawę (nie sprawdzałam, czy jeszcze działa); niestety jest to wadą w przypadku czytania na kindlu, lepiej mi się czytało z ekranu. A, mimo mrocznej tematyki całość jest dość zabawna, McGrath bywa uroczo ironiczny:
– Jesteśmy w Nowym Jorku. Gdyby ludzie odkryli, że czczenie diabła naprawdę działa, każdy ambitny delikwent o osobowości typu A zacząłby praktykować w swojej kawalerce.
Inne tej autorki tutaj.
#31
Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 11, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2020, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Głównymi bohaterkami opowieści są siostry bliźniaczki, córki bogatego przemysłowca z rodu Ibo: Olanna - śliczna i buntownicza - opuszcza dom, by zamieszkać w miasteczku uniwersyteckim z biednym intelektualistą Odenigbo; Kainene - brzydsza, ale bardziej posłuszna - prowadzi firmę ojca oraz najpierw skrycie, a potem już oficjalnie spotyka się z Richardem, Anglikiem, aspirującym pisarzem, zachwyconym Afryką. Siostry oddaliły się od siebie, bo różne charaktery, bo inne aspiracje czy wreszcie miłość od rodziców rozdzielona nierówno. Chociaż może spoiwem całej historii jest życie Ugwu, prostego chłopca, który z wiejskiej chaty awansował do roli służącego u “pana profesora” Odenigbo; jego naiwne postrzeganie świata i prostota, skontrastowane z intelektualnymi rozmowami gości uniwersyteckich, stanowi tło dla wydarzeń w Nigerii z końca lat 60. XX wieku, zachłyśniętej wolnością tuż po uwolnieniu się spod kolonialnego buta Wielkiej Brytanii. Bujne życie towarzyskie, rozmaite problemy miłosne i drobne intrygi polityczne zostają niespodziewanie przerwane przez bagatelizowany konflikt między plemionami Hausa, Joruba i Igbo, czystki etniczne dają asumpt do założenia niepodległej Republiki Biafry. Jeśli nie słyszeliście o takim państwie, to dlatego, że istniało trzy lata; zignorowane przez mocarstwa światowe, które traktowały podział Nigerii jako okazję do wzmocnienia wpływów i rynek zbytu, również dla broni, po wyniszczającej wojnie, w której zginęło prawie 2 miliony ludności cywilnej, nie tylko w wyniku działań wojennych, ale z powodu głodu i chorób.
I tak jak nastrój początkowych dwóch części książki jest raczej lekki, bo zabawne jest zetknięcie prostego Ugwu z wyrafinowaną śmietanką intelektualną (scena prasowania skarpetek) czy łagodnie irytujące są intrygi matki Odenigbo, nie akceptującej jego wyzwolonej partnerki, tak od połowy klimat zmienia się drastycznie. Pijani nadzieją na samodzielne państwo intelektualiści nagle trafiają w sam środek brutalnej wojny. Wyrzuceni z domów, pod ostrzałem, stłoczeni na wyniszczonej ziemi z innymi uchodźcami, bez dostępu do jedzenia, lekarstw i czasem nawet czystej wody, obserwują, jak ich nowopowstający kraj rozsypuje się z powodu wewnętrznego rozłamu, obserwowany w milczeniu przez świat. Nie wiem, czy znając drugą połowę książki, chciałabym ją przeczytać; zostawia w głowie ślad.
– Ale jak to u nas powiadają, wojna światowa oprócz zła przyniosła również dobro – powiedział Okeoma. – Brat mojego ojca walczył w Burmie i wrócił podekscytowany jednym tylko pytaniem: otóż dlaczego dotychczas nikt nie powiedział mu, że biali nie są nieśmiertelni?
– Dlaczego pan to robi?
Hrabia ponownie nałożył okulary.
– Pracowałem z bojownikami o wolność w Etiopii, a wcześniej latałem wspomagać warszawskie getto – powiedział, uśmiechając się nieznacznie, jakby to miało stanowić odpowiedź na pytanie.
Inne tej autorki tutaj.
#30
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 9, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Głównymi bohaterkami opowieści są siostry bliźniaczki, córki bogatego przemysłowca z rodu Ibo: Olanna - śliczna i buntownicza - opuszcza dom, by zamieszkać w miasteczku uniwersyteckim z biednym intelektualistą Odenigbo; Kainene - brzydsza, ale bardziej posłuszna - prowadzi firmę ojca oraz najpierw skrycie, a potem już oficjalnie spotyka się z Richardem, Anglikiem, aspirującym pisarzem, zachwyconym Afryką. Siostry oddaliły się od siebie, bo różne charaktery, bo inne aspiracje czy wreszcie miłość od rodziców rozdzielona nierówno. Chociaż może spoiwem całej historii jest życie Ugwu, prostego chłopca, który z wiejskiej chaty awansował do roli służącego u “pana profesora” Odenigbo; jego naiwne postrzeganie świata i prostota, skontrastowane z intelektualnymi rozmowami gości uniwersyteckich, stanowi tło dla wydarzeń w Nigerii z końca lat 60. XX wieku, zachłyśniętej wolnością tuż po uwolnieniu się spod kolonialnego buta Wielkiej Brytanii. Bujne życie towarzyskie, rozmaite problemy miłosne i drobne intrygi polityczne zostają niespodziewanie przerwane przez bagatelizowany konflikt między plemionami Hausa, Joruba i Igbo, czystki etniczne dają asumpt do założenia niepodległej Republiki Biafry. Jeśli nie słyszeliście o takim państwie, to dlatego, że istniało trzy lata; zignorowane przez mocarstwa światowe, które traktowały podział Nigerii jako okazję do wzmocnienia wpływów i rynek zbytu, również dla broni, po wyniszczającej wojnie, w której zginęło prawie 2 miliony ludności cywilnej, nie tylko w wyniku działań wojennych, ale z powodu głodu i chorób.
I tak jak nastrój początkowych dwóch części książki jest raczej lekki, bo zabawne jest zetknięcie prostego Ugwu z wyrafinowaną śmietanką intelektualną (scena prasowania skarpetek) czy łagodnie irytujące są intrygi matki Odenigbo, nie akceptującej jego wyzwolonej partnerki, tak od połowy klimat zmienia się drastycznie. Pijani nadzieją na samodzielne państwo intelektualiści nagle trafiają w sam środek brutalnej wojny. Wyrzuceni z domów, pod ostrzałem, stłoczeni na wyniszczonej ziemi z innymi uchodźcami, bez dostępu do jedzenia, lekarstw i czasem nawet czystej wody, obserwują, jak ich nowopowstający kraj rozsypuje się z powodu wewnętrznego rozłamu, obserwowany w milczeniu przez świat. Nie wiem, czy znając drugą połowę książki, chciałabym ją przeczytać; zostawia w głowie ślad.
– Ale jak to u nas powiadają, wojna światowa oprócz zła przyniosła również dobro – powiedział Okeoma. – Brat mojego ojca walczył w Burmie i wrócił podekscytowany jednym tylko pytaniem: otóż dlaczego dotychczas nikt nie powiedział mu, że biali nie są nieśmiertelni?
– Dlaczego pan to robi?
Hrabia ponownie nałożył okulary.
– Pracowałem z bojownikami o wolność w Etiopii, a wcześniej latałem wspomagać warszawskie getto – powiedział, uśmiechając się nieznacznie, jakby to miało stanowić odpowiedź na pytanie.
Inne tej autorki tutaj.
#30
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 9, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[1.03.2020]
Na swoje usprawiedliwienie mam, że mieszkam tu raptem od niespełna pięciu lat. Miałam prawo nie wiedzieć, że tuż obok (Google Maps sugeruje przejście na szagę* przez tory kolejowe, oczywiście nie polecam, da się podejść od drugiej strony, od Opolskiej, ale nie wiem jeszcze jak) mam zapomniany, choć nie do końca, cmentarz przy Samotnej, wśród lasów i nieużytków. Nieużywany od końca II wojny światowej, odwiedzany zapewne przez rodziny oraz - sądząc po szczątkach butelek - entuzjastów napojów wyskokowych. Wrócę na wiosnę, jak wszystko zakwitnie.
GALERIA ZDJĘĆ.
*na szagę - na skróty, na przełaj.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 8, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
cmentarz, debiec
- 2 komentarze
- Skomentuj
[1.03.2020]
Na swoje usprawiedliwienie mam, że mieszkam tu raptem od niespełna pięciu lat. Miałam prawo nie wiedzieć, że tuż obok (Google Maps sugeruje przejście na szagę* przez tory kolejowe, oczywiście nie polecam, da się podejść od drugiej strony, od Opolskiej, ale nie wiem jeszcze jak) mam zapomniany, choć nie do końca, cmentarz przy Samotnej, wśród lasów i nieużytków. Nieużywany od końca II wojny światowej, odwiedzany zapewne przez rodziny oraz - sądząc po szczątkach butelek - entuzjastów napojów wyskokowych. Wrócę na wiosnę, jak wszystko zakwitnie.
GALERIA ZDJĘĆ.
*na szagę - na skróty, na przełaj.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 8, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
cmentarz, debiec
- 2 komentarze
- Skomentuj
Mecenasa Natorskiego znowu (zakładam, że chonologicznie rzecz się dzieje po wydarzeniach “Zaczeło się w sobotę”) odwiedza dziwny klient, tuż przed zamknięciem biura. Niejaki Bonder, mówiący z silnym akcentem re-emigrant z milionami dolarów, sporządza testament w trybie pilnym, twierdząc, że wpadł w panikę z powodu wróżby, jakoby śmierć była blisko. Niedługo potem milicja prosi Natorskiego o rozpoznanie zwłok zamordowanego; Natorski rozpoznaje w denacie swojego klienta, chociaż głównie po oznakach zewnętrznych (strój, okulary). Co ciekawe, w kwestii badań grafologicznych próbek i testamentu biegli dają sprzeczne opinie. Milicja zaczyna analizować potencjalnych spadkobierców - nieślubnego syna, Konrada, studenta filologii polskiej w Filadelfii (sic!), który sporo opowiada o swoim ojcu, jak już przełamuje niechęć do władz[1] i dość pretensjonalną[2] byłą żonę, Aldonę, której zmarły zapisał cały majątek. Szybko okazuje się, że była żona przyjaźni się z panem Sowickim, właścicielem mercedesa i entuzjastą pięknych i młodych dam, który z kolei jest zaprzyjaźniony z atrakcyjną Weroniką[3], przyjaciółką Konrada, a wszyscy dodatkowo znają się z panem Falczewskim, który uprzejmie użyczył kawalerki denatowi, żeby ten nie musiał się włóczyć po hotelach. W celu uzyskania potwierdzenia, że ktoś się pod Bondera podszył, milicja wytacza solidne działa: Downar przebiera się za zagranicznego turystę[4], żeby wybadać panią Aldonę, atrakcyjna funkcjonariuszka Barbara[5] podrywa Sowickiego i indaguje go o okulary i wadę wzroku (znowu astygmatyzm!), klasycznie jest pozyskiwana szklanka[6], wreszcie w celu “dyskretnego” zbadania mercedesa podejrzanego, milicja dokonuje przypadkowej stłuczki, żeby samochód wylądował w warsztacie znajomego Pakuły.
[1]
- Dlaczego nie zwrócił się pan od razu do milicji?
Chłopak zmieszał się.
- Bo ja wiem... Myślałem o tym, ale... U nas, w Chicago, trzeba się dobrze zastanowić zanim ktoś zdecyduje się zwrócić w takiej sprawie do policji. Nigdy nie wiadomo czy policja nie ma jakichś powiązań ze sprawą. Można sobie jeszcze zaszkodzić.
Downar pokiwał głową.
- No tak. Ale tutaj nie Ameryka.
[2]
Pieniądze wydane na gabinety kosmetyczne, na przeróżne kremy, odżywki i masaże nie poszły na marne. Miała już dobrze po pięćdziesiątce, ale wyglądała o wiele młodziej. Twarz gładka, leciutko opalona, oczy niebieskie, pełne młodzieńczego blasku, misterne uczesanie było niewątpliwie dziełem doświadczonego fryzjera. Szczupła, zgrabna. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za młodą dziewczynę, gdyby nie szyja, na której czas pozostawił ślady. Miała na sobie bardzo elegancki komplet, zakupiony w paryskim domu mody. Na nogach pantofelki z jaszczurczej skóry. W ręku torebka także z jaszczurki, czy może z węża. Można ją było uznać za bardzo przystojną i szykowną panią, ale... Doświadczony obserwator już po paru minutach rozmowy orientował się bez trudu, że ta cała kosztowna i starannie wyreżyserowana elegancja nie zdoła całkowicie zatuszować wrodzonej wulgarności.
Przyszła, roztaczając wokół siebie woń paryskich perfum. Długa, jedwabna spódnica, przechodząca u góry w rodzaj małego gorseciku, nadawała jej postaci cechy teatralnej pretensjonalności. Wrażenie to potęgowała bluzka z bufiastymi rękawami, zapięta wysoko pod szyją. Ten dziwny ubiór uzupełniał słomkowy kapelusz z dużym rondem, ozdobiony
kolorową wstążką. Mimo woli to wszystko kojarzyło się z bohaterkami sztuk Przybyszewskiego, Zapolskiej czy Pirandello.
Downar z pewnym wysiłkiem zapanował nad początkowym osłupieniem następnie zaś w gładkich słowach wyraził swój zachwyt.
[3]
To była rzeczywiście bardzo efektowna dziewczyna. Wysoka, świetnie zbudowana blondynka o dużych ciemnych oczach, których spojrzenie łączyło w sobie naiwność dziecka z wyrachowaniem i bezwzględnością doświadczonej, bardzo sprytnej kobiety. Downar momentalnie zdał sobie sprawę z tego, że ma przed sobą przeciwnika, którego lekceważyć mu nie wolno.
- Nic specjalnie ciekawego. Inteligentna, włada paroma językami. Studiowała romanistykę, ale rzuciła. Przeniosła się na prawo, także nie skończyła. Obecnie, zupełnie prywatnie, pilotuje cudzoziemskich turystów.
- Czyli kurwa.
- Coś w tym rodzaju. Tylko że ze znakiem „A”. Najlepszy towar, za dolary, ewentualnie za zachodnioniemieckie marki.
[4]
Przez następnych parę dni Downar kręcił się po mieście ucharakteryzowany na rodaka z zagranicy. Słomkowy kapelusz z szerokim rondem, barwny krawat z nagą tancerką, zamszowe mokasyny, przeciwsłoneczne okulary, a na szyi zawieszony potężny aparat fotograficzny. Był opalony na ciemny brąz i prezentował się bardzo efektownie.
[5]
W momencie kiedy nalewał do filiżanki śmietankę, weszła właśnie bardzo młoda i bardzo ładna dziewczyna. Oprócz tego była fantastycznie zgrabna i efektownie ubrana. Długa kolorowa spódnica, obcisły, złotawy sweterek bez rękawów, podkreślający opaleniznę, a na szyi drewniane korale. Jasnoblond włosy, swobodnie rozpuszczone, były puszyste, porządnie wyszczotkowane.
[6]
- Mam także jego odciski palców.
- Odciski palców? - zdziwił się Downar. - A to jakim sposobem?
- Zwyczajnie. Na wszelki wypadek wziąłem do kieszeni szklaneczkę. Pili coca-colę. Jak tylko wstali to ja ciach do ich stolika. Zabrałem jego szklanką a swoją postawiłem i za nimi. Linie papilarne zawsze mogą się nam przydać.
Się pali: amerykańskie cygara (i zostawia odciski palców).
Się pije: Courvoisier u mecenasa, wódkę z winem i szampanem na chrzcinach, gin z
sokiem grapefruitowym, z lodem oczywiście.
Szowinizm codzienny:
- No powiedz co u ciebie? Żenisz się?
- Na razie nie.
- Masz rację. Po diabła sobie brać babę na kark. Zawsze to skrępowanie. „A gdzie byłeś?” „A dokąd idziesz?” „A kiedy wrócisz?” Jak brzydka, to żadna frajda, a jak ładna, to znowu
kłopoty. Nie warto.
Inne tego autora tu.
#29
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 6, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2020, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mecenasa Natorskiego znowu (zakładam, że chonologicznie rzecz się dzieje po wydarzeniach “Zaczeło się w sobotę”) odwiedza dziwny klient, tuż przed zamknięciem biura. Niejaki Bonder, mówiący z silnym akcentem re-emigrant z milionami dolarów, sporządza testament w trybie pilnym, twierdząc, że wpadł w panikę z powodu wróżby, jakoby śmierć była blisko. Niedługo potem milicja prosi Natorskiego o rozpoznanie zwłok zamordowanego; Natorski rozpoznaje w denacie swojego klienta, chociaż głównie po oznakach zewnętrznych (strój, okulary). Co ciekawe, w kwestii badań grafologicznych próbek i testamentu biegli dają sprzeczne opinie. Milicja zaczyna analizować potencjalnych spadkobierców - nieślubnego syna, Konrada, studenta filologii polskiej w Filadelfii (sic!), który sporo opowiada o swoim ojcu, jak już przełamuje niechęć do władz[1] i dość pretensjonalną[2] byłą żonę, Aldonę, której zmarły zapisał cały majątek. Szybko okazuje się, że była żona przyjaźni się z panem Sowickim, właścicielem mercedesa i entuzjastą pięknych i młodych dam, który z kolei jest zaprzyjaźniony z atrakcyjną Weroniką[3], przyjaciółką Konrada, a wszyscy dodatkowo znają się z panem Falczewskim, który uprzejmie użyczył kawalerki denatowi, żeby ten nie musiał się włóczyć po hotelach. W celu uzyskania potwierdzenia, że ktoś się pod Bondera podszył, milicja wytacza solidne działa: Downar przebiera się za zagranicznego turystę[4], żeby wybadać panią Aldonę, atrakcyjna funkcjonariuszka Barbara[5] podrywa Sowickiego i indaguje go o okulary i wadę wzroku (znowu astygmatyzm!), klasycznie jest pozyskiwana szklanka[6], wreszcie w celu “dyskretnego” zbadania mercedesa podejrzanego, milicja dokonuje przypadkowej stłuczki, żeby samochód wylądował w warsztacie znajomego Pakuły.
[1]
- Dlaczego nie zwrócił się pan od razu do milicji?
Chłopak zmieszał się.
- Bo ja wiem... Myślałem o tym, ale... U nas, w Chicago, trzeba się dobrze zastanowić zanim ktoś zdecyduje się zwrócić w takiej sprawie do policji. Nigdy nie wiadomo czy policja nie ma jakichś powiązań ze sprawą. Można sobie jeszcze zaszkodzić.
Downar pokiwał głową.
- No tak. Ale tutaj nie Ameryka.
[2]
Pieniądze wydane na gabinety kosmetyczne, na przeróżne kremy, odżywki i masaże nie poszły na marne. Miała już dobrze po pięćdziesiątce, ale wyglądała o wiele młodziej. Twarz gładka, leciutko opalona, oczy niebieskie, pełne młodzieńczego blasku, misterne uczesanie było niewątpliwie dziełem doświadczonego fryzjera. Szczupła, zgrabna. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za młodą dziewczynę, gdyby nie szyja, na której czas pozostawił ślady. Miała na sobie bardzo elegancki komplet, zakupiony w paryskim domu mody. Na nogach pantofelki z jaszczurczej skóry. W ręku torebka także z jaszczurki, czy może z węża. Można ją było uznać za bardzo przystojną i szykowną panią, ale... Doświadczony obserwator już po paru minutach rozmowy orientował się bez trudu, że ta cała kosztowna i starannie wyreżyserowana elegancja nie zdoła całkowicie zatuszować wrodzonej wulgarności.
Przyszła, roztaczając wokół siebie woń paryskich perfum. Długa, jedwabna spódnica, przechodząca u góry w rodzaj małego gorseciku, nadawała jej postaci cechy teatralnej pretensjonalności. Wrażenie to potęgowała bluzka z bufiastymi rękawami, zapięta wysoko pod szyją. Ten dziwny ubiór uzupełniał słomkowy kapelusz z dużym rondem, ozdobiony
kolorową wstążką. Mimo woli to wszystko kojarzyło się z bohaterkami sztuk Przybyszewskiego, Zapolskiej czy Pirandello.
Downar z pewnym wysiłkiem zapanował nad początkowym osłupieniem następnie zaś w gładkich słowach wyraził swój zachwyt.
[3]
To była rzeczywiście bardzo efektowna dziewczyna. Wysoka, świetnie zbudowana blondynka o dużych ciemnych oczach, których spojrzenie łączyło w sobie naiwność dziecka z wyrachowaniem i bezwzględnością doświadczonej, bardzo sprytnej kobiety. Downar momentalnie zdał sobie sprawę z tego, że ma przed sobą przeciwnika, którego lekceważyć mu nie wolno.
- Nic specjalnie ciekawego. Inteligentna, włada paroma językami. Studiowała romanistykę, ale rzuciła. Przeniosła się na prawo, także nie skończyła. Obecnie, zupełnie prywatnie, pilotuje cudzoziemskich turystów.
- Czyli kurwa.
- Coś w tym rodzaju. Tylko że ze znakiem „A”. Najlepszy towar, za dolary, ewentualnie za zachodnioniemieckie marki.
[4]
Przez następnych parę dni Downar kręcił się po mieście ucharakteryzowany na rodaka z zagranicy. Słomkowy kapelusz z szerokim rondem, barwny krawat z nagą tancerką, zamszowe mokasyny, przeciwsłoneczne okulary, a na szyi zawieszony potężny aparat fotograficzny. Był opalony na ciemny brąz i prezentował się bardzo efektownie.
[5]
W momencie kiedy nalewał do filiżanki śmietankę, weszła właśnie bardzo młoda i bardzo ładna dziewczyna. Oprócz tego była fantastycznie zgrabna i efektownie ubrana. Długa kolorowa spódnica, obcisły, złotawy sweterek bez rękawów, podkreślający opaleniznę, a na szyi drewniane korale. Jasnoblond włosy, swobodnie rozpuszczone, były puszyste, porządnie wyszczotkowane.
[6]
- Mam także jego odciski palców.
- Odciski palców? - zdziwił się Downar. - A to jakim sposobem?
- Zwyczajnie. Na wszelki wypadek wziąłem do kieszeni szklaneczkę. Pili coca-colę. Jak tylko wstali to ja ciach do ich stolika. Zabrałem jego szklanką a swoją postawiłem i za nimi. Linie papilarne zawsze mogą się nam przydać.
Się pali: amerykańskie cygara (i zostawia odciski palców).
Się pije: Courvoisier u mecenasa, wódkę z winem i szampanem na chrzcinach, gin z
sokiem grapefruitowym, z lodem oczywiście.
Szowinizm codzienny:
- No powiedz co u ciebie? Żenisz się?
- Na razie nie.
- Masz rację. Po diabła sobie brać babę na kark. Zawsze to skrępowanie. „A gdzie byłeś?” „A dokąd idziesz?” „A kiedy wrócisz?” Jak brzydka, to żadna frajda, a jak ładna, to znowu
kłopoty. Nie warto.
Inne tego autora tu.
#29
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 6, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2020, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj