Firma Alejandry sprzedaje zaprojektowany przez nią budynek za grube miliony euro. Oscar, mąż Alejandry dzwoni do niej z wyjazdu służbowego z Frankfurtu, gratuluje i sugeruje, żeby jednak zrobili sobie dziecko. Alex zasypia szczęśliwa, ale budzi ją telefon z policji z prośbą o identyfikację zwłok męża, który popełnił samobójstwo. Tak zaczyna się czas zmiany w życiu kobiety, z jednej strony to koszmar - okazuje się, że jej mąż od 8 lat dzieli czas na życie z nią i z inną kobietą, do której jeździ zamiast podróżować służbowo (bo i z pracy go wyrzucono kilka lat wcześniej). Z jednej strony, bo oznacza też zaskakującą zmianę - Alex poznaje Veronicę, ekscentryczną kochankę męża, mieszkającą na pięknej prowincji (przy tytułowej przystani). Zamiast jednak jej nienawidzić, zaprzyjaźnia się z nią i wynajmuje od niej pokój, udając badaczkę ptaków. Powoli odkrywa kolejne tajemnice Oscara i dociera do niej, że chyba jednak Oscarowi ktoś pomógł przenieść się na tamten świat. Ma to oczywiście wpływ na dotychczasowe życie Alejandry - nie jest już zadowolona z zaprojektowanego budynku, jej przyjaciółka okazuje się o wszystkim wiedzieć, a matka-pisarka (Cecilia Roth) w tajemnicy przed nią zaczyna pisać książkę o wydarzeniach z życia córki.
Serial jest świetny na wielu płaszczyznach. Niejednoznaczny, z wieloma wątkami i często pokazujący te same sytuacje z różnych perspektyw; pojawia się prowincjonalny policjant/muzyk rockowy po przejściach i nieco obszarpany, ale atrakcyjny przewoźnik. Wreszcie sama postać Veroniki, to chyba chciał osiągnąć Żuławski w Szamance, ale mu nie wyszło - jest uczciwa, kobieca, odważna i na trwałe zjednoczona z okolicą, w której mieszka. A i okolica - koło Albufery - jest piękna i malownicza, sama rzuciłabym pracę, żeby siedzieć cały dzień na tarasie i patrzeć na plażę opodal.
Pierwszy sezon nie przynosi odpowiedzi na pytanie, kto zabił Oscara, za to zostawia dość rozwojowe zawieszenie akcji.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 14, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Firma Alejandry sprzedaje zaprojektowany przez nią budynek za grube miliony euro. Oscar, mąż Alejandry dzwoni do niej z wyjazdu służbowego z Frankfurtu, gratuluje i sugeruje, żeby jednak zrobili sobie dziecko. Alex zasypia szczęśliwa, ale budzi ją telefon z policji z prośbą o identyfikację zwłok męża, który popełnił samobójstwo. Tak zaczyna się czas zmiany w życiu kobiety, z jednej strony to koszmar - okazuje się, że jej mąż od 8 lat dzieli czas na życie z nią i z inną kobietą, do której jeździ zamiast podróżować służbowo (bo i z pracy go wyrzucono kilka lat wcześniej). Z jednej strony, bo oznacza też zaskakującą zmianę - Alex poznaje Veronicę, ekscentryczną kochankę męża, mieszkającą na pięknej prowincji (przy tytułowej przystani). Zamiast jednak jej nienawidzić, zaprzyjaźnia się z nią i wynajmuje od niej pokój, udając badaczkę ptaków. Powoli odkrywa kolejne tajemnice Oscara i dociera do niej, że chyba jednak Oscarowi ktoś pomógł przenieść się na tamten świat. Ma to oczywiście wpływ na dotychczasowe życie Alejandry - nie jest już zadowolona z zaprojektowanego budynku, jej przyjaciółka okazuje się o wszystkim wiedzieć, a matka-pisarka (Cecilia Roth) w tajemnicy przed nią zaczyna pisać książkę o wydarzeniach z życia córki.
Serial jest świetny na wielu płaszczyznach. Niejednoznaczny, z wieloma wątkami i często pokazujący te same sytuacje z różnych perspektyw; pojawia się prowincjonalny policjant/muzyk rockowy po przejściach i nieco obszarpany, ale atrakcyjny przewoźnik. Wreszcie sama postać Veroniki, to chyba chciał osiągnąć Żuławski w Szamance, ale mu nie wyszło - jest uczciwa, kobieca, odważna i na trwałe zjednoczona z okolicą, w której mieszka. A i okolica - koło Albufery - jest piękna i malownicza, sama rzuciłabym pracę, żeby siedzieć cały dzień na tarasie i patrzeć na plażę opodal.
Pierwszy sezon nie przynosi odpowiedzi na pytanie, kto zabił Oscara, za to zostawia dość rozwojowe zawieszenie akcji.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 14, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Oczywiście jest tak, że mieszkając 14 lat w Suchym Lesie, nie wiedziałam, że w zasięgu ręki mam takie urocze miejsce jak Kokoryczkowe Wzgórze[1] (ba, nie wiedziałam, że porastająca je fioletowo-biała roślinka to kokorycz), więc aktualnie musiałam przejechać przez cały Poznań, żeby się przespacerować po pozostałościach najpierw przyklasztornego, potem przypałacowego parku z XIX wieku. Pałac w dalszym ciągu istnieje, niestety tylko w postaci zrujnowanej bryły. Krajobrazowy park jest o tyle ciekawy, że częściowo położony jest na stromej skarpie i w naturalny sposób łączy się z lasami porastającymi dolinę rzeki. Na samym szczycie wzgórza znajduje się ruinka, co ciekawe, zaprojektowana jako ruina od samego początku. Podobno można znaleźć zapomniany cmentarz, mnie się nie udało. Przy wejściu do parku jest gospodarstwo z koniem i kozami, wszystkie bardzo przyjacielskie; plotki głoszą, że kozom zdarza się wypuścić do parku na szaber. Wczesną wiosną park jest żółty od kwitnącej złoci (łąkowej i żółtej) i rannika zimowego. Potem przechodzi w fiolety za sprawą kokoryczy (pełnej i pustej) i miodunki ćmej. Aktualnie jest faza fioletowa. I soczyście zielona, odżywająca po tygodniu porannych przymrozków i przejmującego wiatru.
Jak widać po zdjęciach, wyprowadziłam na spacer nowy gadżet, budząc pewne zdziwienie wśród spotkanych w parku ludzi (“To pani jest wróżką?”). Nie jest to oryginalna kula Lensball, której reklamy pojawiają się na instagramie, tylko tańszy ekwiwalent z amazon.de (głównie z powodu ceny, ale też z powodu konieczności przesyłki z USA i potencjalnego zamieszania z cłem), na pierwszy rzut oka nie widzę różnicy. Do kuli jest dołączona szklana podstawka, która jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż czasem pojawiająca się w zestawach drewniana (drewno widać jako brązową plamę na “górze” zdjęcia, szkła nie), nie ma za to zamszowego woreczka ani ściereczki, niezbędnych do czyszczenia i przenoszenia, ale to można ogarnąć we własnym zakresie (noszę kulę w nieużywanym woreczku od długiego obiektywu). Z góry wspomnę, że owszem, to nie jest narzędzie profesjonalnego fotografa, ale ja profesjonalna zdecydowanie nie jestem i traktuję kulę jako fajną zabawkę. Ze znalezionych wad: nieustająco trzeba ją wycierać, bo ślady paluchów widać bardzo oraz trzeba mieć nieskazitelny manicure do zdjęcia “z ręką”, bo wstyd inaczej (tak, wiem, mam obrzępolone skórki na kciuku). Nie zaobserwowałam zjawiska, że kula skupia promienie słońca i wypala dziurę w ręku po kilku sekundach, może kwestia pory roku i wysokości słońca. W każdym razie dzisiaj, jak to mówią Amerykanie, poszłam do miasta ze zdjęciami w kuli. W przyszłości postaram się ograniczać.
Link do sklepu (nieafiliacyjny) - amazon.de - są różne wielkości, ja mam kulę o średnicy 80mm, co wydaje mi się sensownym rozmiarem do łatwego trzymania w ręku (kuli 150mm już bym nie dała rady utrzymać inaczej niż na wyciągniętej dłoni) i do uzyskiwanych efektów. Ale jak kto ma power w łapie, to czemu nie.
Kokorycz z bliży / Kokorycz z dali
Pałac rodziny von Treskov, AD 2019
Kokorycz (biała, nie wiem czy to pusta, czy pełna) / Coś, co nie jest miodunką
Poplątane
Ruinka kapliczki / Pole kokoryczy
Zielono mocno
Zielone / Przydatny pieniek jest przydatny
Drzewostan
Kapliczka / Pozostałości pałacu
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] O tym, że zaraz obok mam Rezerwat Meteorytów Morasko, wiedziałam od zawsze. Czy udało mi się pojechać? Oczywiście, że nie. Nie bądźcie jak Zuzanka, odwiedzajcie fajne miejsca blisko domu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 14, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend -
Tag:
radojewo
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Oczywiście jest tak, że mieszkając 14 lat w Suchym Lesie, nie wiedziałam, że w zasięgu ręki mam takie urocze miejsce jak Kokoryczkowe Wzgórze[1] (ba, nie wiedziałam, że porastająca je fioletowo-biała roślinka to kokorycz), więc aktualnie musiałam przejechać przez cały Poznań, żeby się przespacerować po pozostałościach najpierw przyklasztornego, potem przypałacowego parku z XIX wieku. Pałac w dalszym ciągu istnieje, niestety tylko w postaci zrujnowanej bryły. Krajobrazowy park jest o tyle ciekawy, że częściowo położony jest na stromej skarpie i w naturalny sposób łączy się z lasami porastającymi dolinę rzeki. Na samym szczycie wzgórza znajduje się ruinka, co ciekawe, zaprojektowana jako ruina od samego początku. Podobno można znaleźć zapomniany cmentarz, mnie się nie udało. Przy wejściu do parku jest gospodarstwo z koniem i kozami, wszystkie bardzo przyjacielskie; plotki głoszą, że kozom zdarza się wypuścić do parku na szaber. Wczesną wiosną park jest żółty od kwitnącej złoci (łąkowej i żółtej) i rannika zimowego. Potem przechodzi w fiolety za sprawą kokoryczy (pełnej i pustej) i miodunki ćmej. Aktualnie jest faza fioletowa. I soczyście zielona, odżywająca po tygodniu porannych przymrozków i przejmującego wiatru.
Jak widać po zdjęciach, wyprowadziłam na spacer nowy gadżet, budząc pewne zdziwienie wśród spotkanych w parku ludzi (“To pani jest wróżką?”). Nie jest to oryginalna kula Lensball, której reklamy pojawiają się na instagramie, tylko tańszy ekwiwalent z amazon.de (głównie z powodu ceny, ale też z powodu konieczności przesyłki z USA i potencjalnego zamieszania z cłem), na pierwszy rzut oka nie widzę różnicy. Do kuli jest dołączona szklana podstawka, która jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż czasem pojawiająca się w zestawach drewniana (drewno widać jako brązową plamę na “górze” zdjęcia, szkła nie), nie ma za to zamszowego woreczka ani ściereczki, niezbędnych do czyszczenia i przenoszenia, ale to można ogarnąć we własnym zakresie (noszę kulę w nieużywanym woreczku od długiego obiektywu). Z góry wspomnę, że owszem, to nie jest narzędzie profesjonalnego fotografa, ale ja profesjonalna zdecydowanie nie jestem i traktuję kulę jako fajną zabawkę. Ze znalezionych wad: nieustająco trzeba ją wycierać, bo ślady paluchów widać bardzo oraz trzeba mieć nieskazitelny manicure do zdjęcia “z ręką”, bo wstyd inaczej (tak, wiem, mam obrzępolone skórki na kciuku). Nie zaobserwowałam zjawiska, że kula skupia promienie słońca i wypala dziurę w ręku po kilku sekundach, może kwestia pory roku i wysokości słońca. W każdym razie dzisiaj, jak to mówią Amerykanie, poszłam do miasta ze zdjęciami w kuli. W przyszłości postaram się ograniczać.
Link do sklepu (nieafiliacyjny) - amazon.de - są różne wielkości, ja mam kulę o średnicy 80mm, co wydaje mi się sensownym rozmiarem do łatwego trzymania w ręku (kuli 150mm już bym nie dała rady utrzymać inaczej niż na wyciągniętej dłoni) i do uzyskiwanych efektów. Ale jak kto ma power w łapie, to czemu nie.
Kokorycz z bliży / Kokorycz z dali
Pałac rodziny von Treskov, AD 2019
Kokorycz (biała, nie wiem czy to pusta, czy pełna) / Coś, co nie jest miodunką
Poplątane
Ruinka kapliczki / Pole kokoryczy
Zielono mocno
Zielone / Przydatny pieniek jest przydatny
Drzewostan
Kapliczka / Pozostałości pałacu
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] O tym, że zaraz obok mam Rezerwat Meteorytów Morasko, wiedziałam od zawsze. Czy udało mi się pojechać? Oczywiście, że nie. Nie bądźcie jak Zuzanka, odwiedzajcie fajne miejsca blisko domu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 14, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend -
Tag:
radojewo
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Pojechali na zieloną szkołę wszyscy nasi, więc film bez dubbingu.
Scott Lang kończy dwuletni okres aresztu domowego (z zakazem korzystania z urządzeń elektronicznych oraz kontaktu z dawnymi współpracownikami), kiedy przypadkiem jego umysł łączy się z umysłem zaginionej przed laty w przestrzeni kwantowej Janet, żony Howarda Pyma i matki Hope. Następną rzeczą, jaką zauważa, jest to, że zamiast niego w domu znajduje się mrówka-robot (z policyjną bransoletką na odnóżu), a on sam jedzie zminiaturyzowanym samochodem do Tajemniczego Laboratorium Pymów. Okazuje się, że dzięki wizycie Langa w przestrzeni kwantowej, udało się nawiązać kontakt z zaginioną 30 lat temu superbohaterką i może uda się ją sprowadzić. Fabuła jest raczej z tych szalonych i najlepiej streszcza ją chyba porównanie do przerzucania gorącego kartofla. Wszyscy - czarnorynkowy handlarz elektroniką, skorumpowany policjant, dawny współpracownik Pyma i jego rozedrgana kwantowo podopieczna - chcą przejąć laboratorium, dzięki czemu po całym San Francisco na zmianę ktoś się ściga (doskonały patent z pudełkiem Hot Wheelsów), ktoś maleje lub rośnie albo się naparza w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. A skoro San Francisco, to jest malowniczy pościg w dół Lombard i dramatyczna scena na Fisherman’s Wharf. Jak to zwykle w filmach Marvela, jest cameo Stana Lee oraz - co bardziej wyjątkowe - niesporczaka.
Świetny film familijny, nie jest brutalny, a przemoc jest dość komiksowo-umowna (powiększający się kilkadziesiąt razy budynek zapewne zgniata stojących na powierzchni ludzi, ale tego nie widać, więc nie ma problemu); tak jak w przypadku Ant-Mana mam wątpliwości (krwawe crash-testy ze zmniejszaniem owieczek), tak tutaj myślę, że dla 9-10 latka może się już przyjąć. Dialogi bardzo dobre, niewulgarne. Będę testować.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 12, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pojechali na zieloną szkołę wszyscy nasi, więc film bez dubbingu.
Scott Lang kończy dwuletni okres aresztu domowego (z zakazem korzystania z urządzeń elektronicznych oraz kontaktu z dawnymi współpracownikami), kiedy przypadkiem jego umysł łączy się z umysłem zaginionej przed laty w przestrzeni kwantowej Janet, żony Howarda Pyma i matki Hope. Następną rzeczą, jaką zauważa, jest to, że zamiast niego w domu znajduje się mrówka-robot (z policyjną bransoletką na odnóżu), a on sam jedzie zminiaturyzowanym samochodem do Tajemniczego Laboratorium Pymów. Okazuje się, że dzięki wizycie Langa w przestrzeni kwantowej, udało się nawiązać kontakt z zaginioną 30 lat temu superbohaterką i może uda się ją sprowadzić. Fabuła jest raczej z tych szalonych i najlepiej streszcza ją chyba porównanie do przerzucania gorącego kartofla. Wszyscy - czarnorynkowy handlarz elektroniką, skorumpowany policjant, dawny współpracownik Pyma i jego rozedrgana kwantowo podopieczna - chcą przejąć laboratorium, dzięki czemu po całym San Francisco na zmianę ktoś się ściga (doskonały patent z pudełkiem Hot Wheelsów), ktoś maleje lub rośnie albo się naparza w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. A skoro San Francisco, to jest malowniczy pościg w dół Lombard i dramatyczna scena na Fisherman’s Wharf. Jak to zwykle w filmach Marvela, jest cameo Stana Lee oraz - co bardziej wyjątkowe - niesporczaka.
Świetny film familijny, nie jest brutalny, a przemoc jest dość komiksowo-umowna (powiększający się kilkadziesiąt razy budynek zapewne zgniata stojących na powierzchni ludzi, ale tego nie widać, więc nie ma problemu); tak jak w przypadku Ant-Mana mam wątpliwości (krwawe crash-testy ze zmniejszaniem owieczek), tak tutaj myślę, że dla 9-10 latka może się już przyjąć. Dialogi bardzo dobre, niewulgarne. Będę testować.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 12, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Więc owszem, dlatego raz na jakiś czas lubię przeczytać jakąś podłą książkę, żeby potem docenić te fantastyczne. “Księcia przypływów” możecie zapewne znać z ekranizacji (Nolte/Streisand), ja nie znałam[1], co pozwoliło mi się w pełni[2] cieszyć fabułą książki.
Współcześnie (w latach 70.) Tom Wingo, bezrobotny trener i nauczyciel angielskiego, mąż i ojciec trzech córek, dowiaduje się o jednocześnie o kolejnej próbie samobójczej swojej siostry-bliźniaczki Savannah, poetki, oraz o tym, że jego ukochana żona chce się z nim rozstać, a on sam nie jest takim ojcem, za jakiego zawsze się uważał. Opuszcza więc rodzinne okolice i jedzie do Nowego Jorku, żeby przemyśleć swoje życie i związek oraz spotkać się z siostrą. Na miejscu dowiaduje się, że siostra jest w katatonii, potrafi wypluwać z siebie tylko chaotyczne frazy, a jej psychiatra, dr Lowenstein, próbuje z tego rozszyfrować przeszłość. Od tej pory spotkania Toma z dr Lowenstein przeplatają się z opowieściami o trudnym dzieciństwie w rozlewiskach Karoliny Południowej. Brutalny ojciec, ofiara dwóch wojen (II i w Korei), często nieobecny, ale podczas czasu w domu egzekwujący przemocą swoją wizję wychowania dzieci; pojawia się pierwowzór wątku z “Gnoju”, gdzie kilkulatki modlą się, żeby ojciec zginął na wojnie albo marzą, żeby udało się zmienić przeszłość i ich rodzice nigdy się nie spotkali. Ciężko doświadczona matka, rodząca (poza trójką żywych) martwe dzieci, dodatkowo opętana ambicją wejścia do wyższych sfer w lokalnej społeczności; gorzknieje z czasem, według narratora buduje swój świat na kłamstwie, co ma niebagatelny wpływ na dzieci. Do tego dochodzą dramatyczne wydarzenia, czasem w postaci rodzinnych legend (peregrynacje ojca w czasie II wojny światowej), czasem przywołane po wieloletnim wyparciu.
I przy tym wszystkim to książka absurdalnie pogodna, mimo przerażających wspomnień. Tom, Savannah i Luke budują sobie fantastyczny świat, w którym wzajemnie się chronią przez zewnętrzną grozą. Naznaczony religijnym szaleństwem, ale łagodny dziadek Amos jest lokalną ciekawostką, kiedy co roku na Wielkanoc wyciąga krzyż i odtwarza drogę krzyżową na ulicach miasteczka (i tylko raz krzyż był na kółkach). Babcia Tolitha, która opuściła męża i syna, jest bigamistką, ale nie boi się podjąć ryzyka przepieprzenia całego majątku na podróż dookoła świata oraz z wielką radością kładzie się w trumnie, żeby spłatać psikusa lokalnej plotkarce. Tom, główny kronikarz rodziny, który jako jedyny pamięta przeszłość i - z biegiem wydarzeń - opowiada o wszystkim zaangażowanej pani doktor, jest człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru, dzięki czemu nawet opis zabijania i przemocy jest kontrapunktowany nieco ironicznym komentarzem. Wiadomo, jest to mechanizm przystosowania, sprawdzający się nieco lepiej niż szaleństwo siostry czy idee-fixe starszego brata. To wszystko nałożone jest na nostalgiczny obraz nieistniejącego już Południa - krainy rybaków, ludzi prostych, ale uczciwych; miejsca, gdzie wszystko było możliwe - domowa menażeria z tygrysem, kradzież morświna z parku rozrywki czy włamanie i pozostawienie w domu znienawidzonego człowieka rozkładających się zwłok ogromnego żółwia.
To mocna i przejmująca książka, ale napisana tak, że mam ochotę do niej wrócić, nawet kosztem przebijania się przez kilkaset stron opowiadających o koszmarnym dzieciństwie, które zostawiło na wszystkich dzieciach Wingo blizny.
[1] A chcę? Nie rozczaruję się filmem sprzed lat?
[2] Mimo tłumaczenia Łozińskiego. Nie porównywałam z oryginałem, ale przy czytaniu nie znalazłam wielu baboli (niezrozumiałych zdań, bo kilka niezgrabności i niekonsekwencji i owszem - “szkolarskie pismo”, “słoje Masona” czy “entuzjastki drużyny”).
#23
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 8, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Więc owszem, dlatego raz na jakiś czas lubię przeczytać jakąś podłą książkę, żeby potem docenić te fantastyczne. “Księcia przypływów” możecie zapewne znać z ekranizacji (Nolte/Streisand), ja nie znałam[1], co pozwoliło mi się w pełni[2] cieszyć fabułą książki.
Współcześnie (w latach 70.) Tom Wingo, bezrobotny trener i nauczyciel angielskiego, mąż i ojciec trzech córek, dowiaduje się o jednocześnie o kolejnej próbie samobójczej swojej siostry-bliźniaczki Savannah, poetki, oraz o tym, że jego ukochana żona chce się z nim rozstać, a on sam nie jest takim ojcem, za jakiego zawsze się uważał. Opuszcza więc rodzinne okolice i jedzie do Nowego Jorku, żeby przemyśleć swoje życie i związek oraz spotkać się z siostrą. Na miejscu dowiaduje się, że siostra jest w katatonii, potrafi wypluwać z siebie tylko chaotyczne frazy, a jej psychiatra, dr Lowenstein, próbuje z tego rozszyfrować przeszłość. Od tej pory spotkania Toma z dr Lowenstein przeplatają się z opowieściami o trudnym dzieciństwie w rozlewiskach Karoliny Południowej. Brutalny ojciec, ofiara dwóch wojen (II i w Korei), często nieobecny, ale podczas czasu w domu egzekwujący przemocą swoją wizję wychowania dzieci; pojawia się pierwowzór wątku z “Gnoju”, gdzie kilkulatki modlą się, żeby ojciec zginął na wojnie albo marzą, żeby udało się zmienić przeszłość i ich rodzice nigdy się nie spotkali. Ciężko doświadczona matka, rodząca (poza trójką żywych) martwe dzieci, dodatkowo opętana ambicją wejścia do wyższych sfer w lokalnej społeczności; gorzknieje z czasem, według narratora buduje swój świat na kłamstwie, co ma niebagatelny wpływ na dzieci. Do tego dochodzą dramatyczne wydarzenia, czasem w postaci rodzinnych legend (peregrynacje ojca w czasie II wojny światowej), czasem przywołane po wieloletnim wyparciu.
I przy tym wszystkim to książka absurdalnie pogodna, mimo przerażających wspomnień. Tom, Savannah i Luke budują sobie fantastyczny świat, w którym wzajemnie się chronią przez zewnętrzną grozą. Naznaczony religijnym szaleństwem, ale łagodny dziadek Amos jest lokalną ciekawostką, kiedy co roku na Wielkanoc wyciąga krzyż i odtwarza drogę krzyżową na ulicach miasteczka (i tylko raz krzyż był na kółkach). Babcia Tolitha, która opuściła męża i syna, jest bigamistką, ale nie boi się podjąć ryzyka przepieprzenia całego majątku na podróż dookoła świata oraz z wielką radością kładzie się w trumnie, żeby spłatać psikusa lokalnej plotkarce. Tom, główny kronikarz rodziny, który jako jedyny pamięta przeszłość i - z biegiem wydarzeń - opowiada o wszystkim zaangażowanej pani doktor, jest człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru, dzięki czemu nawet opis zabijania i przemocy jest kontrapunktowany nieco ironicznym komentarzem. Wiadomo, jest to mechanizm przystosowania, sprawdzający się nieco lepiej niż szaleństwo siostry czy idee-fixe starszego brata. To wszystko nałożone jest na nostalgiczny obraz nieistniejącego już Południa - krainy rybaków, ludzi prostych, ale uczciwych; miejsca, gdzie wszystko było możliwe - domowa menażeria z tygrysem, kradzież morświna z parku rozrywki czy włamanie i pozostawienie w domu znienawidzonego człowieka rozkładających się zwłok ogromnego żółwia.
To mocna i przejmująca książka, ale napisana tak, że mam ochotę do niej wrócić, nawet kosztem przebijania się przez kilkaset stron opowiadających o koszmarnym dzieciństwie, które zostawiło na wszystkich dzieciach Wingo blizny.
[1] A chcę? Nie rozczaruję się filmem sprzed lat?
[2] Mimo tłumaczenia Łozińskiego. Nie porównywałam z oryginałem, ale przy czytaniu nie znalazłam wielu baboli (niezrozumiałych zdań, bo kilka niezgrabności i niekonsekwencji i owszem - “szkolarskie pismo”, “słoje Masona” czy “entuzjastki drużyny”).
#23
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 8, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tego samego dnia 1989 roku na całym świecie jednocześnie rodzi się czterdzieścioro troje dzieci, mimo że żadna z ich matek nie była w ciąży. Siedmioro[1] z nowonarodzonych adoptuje ekscentryczny miliarder, sir Reginald Hargreeve, który odkrywa, że mają nadnaturalne moce. Jedynka (Luther) jest nadludzko silny, Dwójka (Diego) miota ze 100% celnością bronią, Trójka (Allison) umie frazą wywierać wpływ na ludzi, Czwórka (Klaus) rozmawia ze zmarłymi, bezimienny Piątka potrafi się teleportować (i - jak się okazuje - podróżować w czasie), Szóstka (Ben) zamienia się w ogromną ośmiornicę, zaś Siódemka (Vanya)... nie ma żadnych mocy i jest przez oschłego opiekuna wykluczona. Hargreeve buduje z dzieci drużynę superbohaterską, prasa trąbi o kolejnych sukcesach. Przeskok do współczesności. Luther od 4 lat prowadzi misję na księżycu, Allison jest znaną aktorką (ale straciła przy rozwodzie prawo do opieki nad córką), Diego jest eks-policjantem zwolnionym ze służby, Klaus jest na krawędzi przedawkowania narkotyków, Ben nie żyje, zaś Vanya jest drugorzędną skrzypaczką bez większych sukcesów w życiu. Wszyscy zbierają się na pogrzebie “ojca”, zorganizowanym przez kamerdynera Pogo (mówiącego szympansa) i Matkę (robota-opiekunkę). W tym momencie pojawia się zaginiony przed laty Piątka (58-letni, acz wyglądający na 15 lat, które miał w momencie zaginięcia) i oznajmia, że za 8 dni nastąpi apokalipsa, więc fajnie było coś z tym zrobić. Niedługo potem pojawia się para podróżników w czasie (Hazel i Cha-cha), którzy mają w planach zabicie Piątki oraz Leonard, żywotnie zainteresowany Vanyą.
Po pierwszym dwóch czy trzech odcinkach miałam ochotę rzucić w kąt. Męczące oko ciemne ujęcia z plamami światła (artsy-fartsy, ale ja jestem ślepawa i nic tam nie widzę), fabuła pierwszych odcinków jest raczej ekspozycyjna i nie wciągają. I wtem wszystkie wątki się splatają, a do końca jest napięcie. Są doskonałe i zróżnicowane postaci (szczególnie uwielbiam Klausa jako element chaotyczny i tarantinowską Cha-chę, graną przez niesamowicie opanowaną Mary J. Blige), jest tajemnicza organizacja, dbająca o spójność linii czasu przez usuwanie kluczowych dla historii osób (książę Ferdynand, JFK) i mnóstwo reperkusji z dzieciństwa cudownych dzieci, które po latach dopiero się ujawniają. I jeszcze ta muzyka[2], świetnie dobrana, taka, jaką lubię.
[1] Ha, czemu tylko siedmioro? Co z pozostałymi 36 dziećmi, ha? Pojawią się w drugim sezonie?
[2] The Kinks, Queen ("Don't stop me now"), Nina Simone, The Doors, Radiohead, Bay City Rollers czy Hooverphonic.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 5, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Tego samego dnia 1989 roku na całym świecie jednocześnie rodzi się czterdzieścioro troje dzieci, mimo że żadna z ich matek nie była w ciąży. Siedmioro[1] z nowonarodzonych adoptuje ekscentryczny miliarder, sir Reginald Hargreeve, który odkrywa, że mają nadnaturalne moce. Jedynka (Luther) jest nadludzko silny, Dwójka (Diego) miota ze 100% celnością bronią, Trójka (Allison) umie frazą wywierać wpływ na ludzi, Czwórka (Klaus) rozmawia ze zmarłymi, bezimienny Piątka potrafi się teleportować (i - jak się okazuje - podróżować w czasie), Szóstka (Ben) zamienia się w ogromną ośmiornicę, zaś Siódemka (Vanya)... nie ma żadnych mocy i jest przez oschłego opiekuna wykluczona. Hargreeve buduje z dzieci drużynę superbohaterską, prasa trąbi o kolejnych sukcesach. Przeskok do współczesności. Luther od 4 lat prowadzi misję na księżycu, Allison jest znaną aktorką (ale straciła przy rozwodzie prawo do opieki nad córką), Diego jest eks-policjantem zwolnionym ze służby, Klaus jest na krawędzi przedawkowania narkotyków, Ben nie żyje, zaś Vanya jest drugorzędną skrzypaczką bez większych sukcesów w życiu. Wszyscy zbierają się na pogrzebie “ojca”, zorganizowanym przez kamerdynera Pogo (mówiącego szympansa) i Matkę (robota-opiekunkę). W tym momencie pojawia się zaginiony przed laty Piątka (58-letni, acz wyglądający na 15 lat, które miał w momencie zaginięcia) i oznajmia, że za 8 dni nastąpi apokalipsa, więc fajnie było coś z tym zrobić. Niedługo potem pojawia się para podróżników w czasie (Hazel i Cha-cha), którzy mają w planach zabicie Piątki oraz Leonard, żywotnie zainteresowany Vanyą.
Po pierwszym dwóch czy trzech odcinkach miałam ochotę rzucić w kąt. Męczące oko ciemne ujęcia z plamami światła (artsy-fartsy, ale ja jestem ślepawa i nic tam nie widzę), fabuła pierwszych odcinków jest raczej ekspozycyjna i nie wciągają. I wtem wszystkie wątki się splatają, a do końca jest napięcie. Są doskonałe i zróżnicowane postaci (szczególnie uwielbiam Klausa jako element chaotyczny i tarantinowską Cha-chę, graną przez niesamowicie opanowaną Mary J. Blige), jest tajemnicza organizacja, dbająca o spójność linii czasu przez usuwanie kluczowych dla historii osób (książę Ferdynand, JFK) i mnóstwo reperkusji z dzieciństwa cudownych dzieci, które po latach dopiero się ujawniają. I jeszcze ta muzyka[2], świetnie dobrana, taka, jaką lubię.
[1] Ha, czemu tylko siedmioro? Co z pozostałymi 36 dziećmi, ha? Pojawią się w drugim sezonie?
[2] The Kinks, Queen ("Don't stop me now"), Nina Simone, The Doors, Radiohead, Bay City Rollers czy Hooverphonic.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 5, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj