Beverly (Tamsin Grieg[1]) i Sean (Steven Mangan[2]) Lincolnowie, brytyjscy scenarzyści, właśnie odebrali nagrodę za serial komediowy, kiedy dopada ich Merc Lapidus, amerykański producent, który sugeruje remake nagrodzonego serialu w USA. Multi dinero, multi fik-fik, scenariusz już macie, sami wybierzecie obsadę, Los Angeles, willa z basenem, Emmy i sława. Pierwszy sezon rozpoczyna się przewrotnie od finału, gdzie małżeństwo Lincolnów właśnie sypie się w gruzy, bo pojawiła się ta trzecia, a produkcja serialu to dramatyczne rozczarowanie. Zacznijmy od tego, że Lapidus w ogóle zakupionego serialu nie oglądał, trzeba go dostosować do realiów amerykańskich, któr zdecydowanie cenią inny typu humoru, znika oryginalny tytuł, a co najgorsze, główny bohater, elokwentny erudyta - dyrektor szkoły, zostaje zastąpiony trenerem hokeja. Zamiast dystyngowanego aktora szekspirowskiego po 60. zostaje zatrudniony… Matt LeBlanc, wyciągnięty z lamusa odtwórca roli Joeya z “Friends”.
Jest to absolutnie pyszny serial, w którym nie chodzi zupełnie o komediowe wygrywanie różnic między Brytyjczykami a Amerykanami, chociaż oczywiście jest robione z wielką przyjemnością w każdym odcinku. Beverly jest osobą mocniej stąpającą po ziemi, neurotycznką, nie cierpi Ameryki, ale z czasem zaprzyjaźnia się z kochanką producenta, Carol, oraz nie jest w stanie odmówić imprezom, na których rozdawane są gratisy. Sean łatwo daje się uwieść przyjacielskiemu LeBlancowi, mimo kryzysu, który następuje, kiedy ten ostatni zbyt hojnie macha swoim przyrodzeniem (a wieść niesie, że jest imponujące). Po trzech sezonach wszyscy pracujący przy serialu serdecznie go nienawidzą (serialu, nie Matta, chociaż jego też kilka osób chętnie by wywiesiło na pierwszym napotkanym drzewie), ale mają syndrom sztokholmski, na szczęście sezonów jest pięć i w kolejnych historia wychodzi na szersze wody aż do zgrabnego finału.
[1] Friday Dinner Night, Black Books czy wreszcie cudowny Green Wing.
[2] Holistyczna Agencja Dirka Gently w wersji brytyjskiej i Green Wing, gdzie Mangan jest adoratorem Grieg, ale układ między nimi jest jakże inny.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 7, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Beverly (Tamsin Grieg[1]) i Sean (Steven Mangan[2]) Lincolnowie, brytyjscy scenarzyści, właśnie odebrali nagrodę za serial komediowy, kiedy dopada ich Merc Lapidus, amerykański producent, który sugeruje remake nagrodzonego serialu w USA. Multi dinero, multi fik-fik, scenariusz już macie, sami wybierzecie obsadę, Los Angeles, willa z basenem, Emmy i sława. Pierwszy sezon rozpoczyna się przewrotnie od finału, gdzie małżeństwo Lincolnów właśnie sypie się w gruzy, bo pojawiła się ta trzecia, a produkcja serialu to dramatyczne rozczarowanie. Zacznijmy od tego, że Lapidus w ogóle zakupionego serialu nie oglądał, trzeba go dostosować do realiów amerykańskich, któr zdecydowanie cenią inny typu humoru, znika oryginalny tytuł, a co najgorsze, główny bohater, elokwentny erudyta - dyrektor szkoły, zostaje zastąpiony trenerem hokeja. Zamiast dystyngowanego aktora szekspirowskiego po 60. zostaje zatrudniony… Matt LeBlanc, wyciągnięty z lamusa odtwórca roli Joeya z “Friends”.
Jest to absolutnie pyszny serial, w którym nie chodzi zupełnie o komediowe wygrywanie różnic między Brytyjczykami a Amerykanami, chociaż oczywiście jest robione z wielką przyjemnością w każdym odcinku. Beverly jest osobą mocniej stąpającą po ziemi, neurotycznką, nie cierpi Ameryki, ale z czasem zaprzyjaźnia się z kochanką producenta, Carol, oraz nie jest w stanie odmówić imprezom, na których rozdawane są gratisy. Sean łatwo daje się uwieść przyjacielskiemu LeBlancowi, mimo kryzysu, który następuje, kiedy ten ostatni zbyt hojnie macha swoim przyrodzeniem (a wieść niesie, że jest imponujące). Po trzech sezonach wszyscy pracujący przy serialu serdecznie go nienawidzą (serialu, nie Matta, chociaż jego też kilka osób chętnie by wywiesiło na pierwszym napotkanym drzewie), ale mają syndrom sztokholmski, na szczęście sezonów jest pięć i w kolejnych historia wychodzi na szersze wody aż do zgrabnego finału.
[1] Friday Dinner Night, Black Books czy wreszcie cudowny Green Wing.
[2] Holistyczna Agencja Dirka Gently w wersji brytyjskiej i Green Wing, gdzie Mangan jest adoratorem Grieg, ale układ między nimi jest jakże inny.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 7, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mężczyzna o (zmienionym) imieniu Louis był w latach 80. dawcą nasienia w Holandii. Na skutek kilku czynników - nieokreślonego prawodawstwa w kwestii anonimowości dawców, braku kontroli klinik, dzięki czemu dochodziło do niedozwolonych praktyk podczas zapładniania, rewolucji seksualnej czy wreszcie autystycznego mężczyzny, owładniętego poczuciem misji spłodzenia jak najwięcej potomków - urodziła się bliżej nieokreślona liczba spokrewnionych ze sobą dzieci. Brązowookich, o ciemniejszej skórze, nie podobnych do danych anonimowych dawców, opisanych w "paszportach dawcy". W poszukiwaniu biologicznego ojca dwójka z nich, nastoletnich, wzięła udział w programie telewizyjnym, w wyniku czego zaczęły odnajdywać się kolejne dzieci o podobnym garniturze genów. Zgłosił się wreszcie, mimo wysiłków kliniki, dawca, tytułowy Louis, z pochodzenia Surinamczyk; nadzwyczaj chętny do poznania swoich licznych potomków.
Autor reportażu na barwnym tle Holandii lat 80., z samotnymi z wyboru matkami, opisuje ewolucję koncepcji dawstwa nasienia - od pełnej anonimowości, do warunkowej, wreszcie do uporządkowania tego kawałka medycyny regulacjami Unii Europejskiej. Odrębnymi historiami są opowieści dzieci z dawstwa: o odkrywaniu prawdy o swoim pochodzeniu, czasem skrywanej, przewadze biologii nad wychowaniem i odwrotnie, więziach łączących pół-rodzeństwo ze sobą, czy wreszcie ich stosunku do człowieka, którego komórka stała się zaczątkiem ich istnienia. Trzecia perspektywa to historia samego Louisa, człowieka w spektrum autyzmu, który nie mając realnych szans na trwały związek z kobietą, wybrał inną metodę rozsiania swoich genów.
#10
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 5, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2019, reportaz
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mężczyzna o (zmienionym) imieniu Louis był w latach 80. dawcą nasienia w Holandii. Na skutek kilku czynników - nieokreślonego prawodawstwa w kwestii anonimowości dawców, braku kontroli klinik, dzięki czemu dochodziło do niedozwolonych praktyk podczas zapładniania, rewolucji seksualnej czy wreszcie autystycznego mężczyzny, owładniętego poczuciem misji spłodzenia jak najwięcej potomków - urodziła się bliżej nieokreślona liczba spokrewnionych ze sobą dzieci. Brązowookich, o ciemniejszej skórze, nie podobnych do danych anonimowych dawców, opisanych w "paszportach dawcy". W poszukiwaniu biologicznego ojca dwójka z nich, nastoletnich, wzięła udział w programie telewizyjnym, w wyniku czego zaczęły odnajdywać się kolejne dzieci o podobnym garniturze genów. Zgłosił się wreszcie, mimo wysiłków kliniki, dawca, tytułowy Louis, z pochodzenia Surinamczyk; nadzwyczaj chętny do poznania swoich licznych potomków.
Autor reportażu na barwnym tle Holandii lat 80., z samotnymi z wyboru matkami, opisuje ewolucję koncepcji dawstwa nasienia - od pełnej anonimowości, do warunkowej, wreszcie do uporządkowania tego kawałka medycyny regulacjami Unii Europejskiej. Odrębnymi historiami są opowieści dzieci z dawstwa: o odkrywaniu prawdy o swoim pochodzeniu, czasem skrywanej, przewadze biologii nad wychowaniem i odwrotnie, więziach łączących pół-rodzeństwo ze sobą, czy wreszcie ich stosunku do człowieka, którego komórka stała się zaczątkiem ich istnienia. Trzecia perspektywa to historia samego Louisa, człowieka w spektrum autyzmu, który nie mając realnych szans na trwały związek z kobietą, wybrał inną metodę rozsiania swoich genów.
#10
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 5, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2019, reportaz
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Santiago zrezygnował z nowicjatu, bo ciągnął go świat i został pasterzem. Podczas wędrówki przez piękne hiszpańskie pastwiska, ponownie śni mu się sen o skarbie pod piramidami. Idzie sobie powróżyć do Cyganki, ale ostatecznie przekonuje go spotkanie z mitycznym królem Salemem, który wie wszystko o wszystkich ludziach (a udowadnia, że wie wszystko o Santiago poprzez szczegóły autoerotycznych uniesień młodego pasterza, popełniach w ukryciu). Nakręcony opowieścią o wierności własnej legendzie, oddaje mitycznemu królowi 1/10 swoich owiec (nie, nie wiem, po co półbogowi przyziemne owce), sprzedaje resztę i odpływa do Maroka. Zostaje okradziony na targowisku, ale radzi sobie mimo braku znajomości języka, zatrudniając się w sklepie z kryształami. A że jest pracowity i szybko się uczy, zbiera w niedługi czas pieniądze wystarczające na powrót do domu i odkupienie owiec, decyduje się jednak na kontynuowanie podróży przez Saharę. Na postoju w oazie poznaje piękną Beduinkę Fatimę i już-już chce zarzucić wszystko i z nią zostać, ale poznaje Alchemika, który mu wyjaśnia, że jak mu pisane jest znaleźć skarb, to powinien iść, bo będzie żałował. Idzie, zostaje znowu okradziony, potem zostaje okradziony po raz trzeci, wreszcie pod piramidami zamiast skarbu ma kolejny sen, że skarb jest w punkcie wyjścia.
Jaki to jest miałki i przegadany bieda-coaching o uzasadnianiu podążania do życiowego celu za pomocą "głosu wszechświata"! Król Salem i wszechświat pomagają tym wszystkim, którzy wypełniają własną życiową legendę. Chyba że to nie jest ich legenda, wtedy im nie pomagają. O tym, czy człowiek żyje według temu, co mu było pisane, pokazuje powodzenie życiowe - jeśli mu nie idzie, to znaczy, że nie było mu pisane. Albo się za mało starał, bo tylko tym, co się starają, wszechświat sprzyja. Jest sporo metafor o dostosowywaniu się rytmem życia do otoczenia, a konkretnie pustyni, która pozwala człowiekowi przez nią przejść pod warunkiem bliżej niesprecyzowanego dostosowania się (oczywiście, jeśli coś pójdzie nie tak, człowiek ginie, ale widać nie podążał swoją legendą albo za mało się starał). Jest i o miłości, którą można spokojnie opuścić na czas nieokreślony, bo jeśli to prawdziwa miłość, to poczeka na powrót (a jak się nie doczeka, to przynajmniej będzie dumna, że pustynia kochanka pochłonęła i wróci jako sokół czy inny podmuch wiatru), a jak nie była prawdziwa miłość, to nie szkodzi. Ja przesłuchałam, więc Wy już nie musicie.
#9/#1
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 4, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019, ameryka-poludniowa
- 4 komentarze
- Skomentuj
Santiago zrezygnował z nowicjatu, bo ciągnął go świat i został pasterzem. Podczas wędrówki przez piękne hiszpańskie pastwiska, ponownie śni mu się sen o skarbie pod piramidami. Idzie sobie powróżyć do Cyganki, ale ostatecznie przekonuje go spotkanie z mitycznym królem Salemem, który wie wszystko o wszystkich ludziach (a udowadnia, że wie wszystko o Santiago poprzez szczegóły autoerotycznych uniesień młodego pasterza, popełniach w ukryciu). Nakręcony opowieścią o wierności własnej legendzie, oddaje mitycznemu królowi 1/10 swoich owiec (nie, nie wiem, po co półbogowi przyziemne owce), sprzedaje resztę i odpływa do Maroka. Zostaje okradziony na targowisku, ale radzi sobie mimo braku znajomości języka, zatrudniając się w sklepie z kryształami. A że jest pracowity i szybko się uczy, zbiera w niedługi czas pieniądze wystarczające na powrót do domu i odkupienie owiec, decyduje się jednak na kontynuowanie podróży przez Saharę. Na postoju w oazie poznaje piękną Beduinkę Fatimę i już-już chce zarzucić wszystko i z nią zostać, ale poznaje Alchemika, który mu wyjaśnia, że jak mu pisane jest znaleźć skarb, to powinien iść, bo będzie żałował. Idzie, zostaje znowu okradziony, potem zostaje okradziony po raz trzeci, wreszcie pod piramidami zamiast skarbu ma kolejny sen, że skarb jest w punkcie wyjścia.
Jaki to jest miałki i przegadany bieda-coaching o uzasadnianiu podążania do życiowego celu za pomocą "głosu wszechświata"! Król Salem i wszechświat pomagają tym wszystkim, którzy wypełniają własną życiową legendę. Chyba że to nie jest ich legenda, wtedy im nie pomagają. O tym, czy człowiek żyje według temu, co mu było pisane, pokazuje powodzenie życiowe - jeśli mu nie idzie, to znaczy, że nie było mu pisane. Albo się za mało starał, bo tylko tym, co się starają, wszechświat sprzyja. Jest sporo metafor o dostosowywaniu się rytmem życia do otoczenia, a konkretnie pustyni, która pozwala człowiekowi przez nią przejść pod warunkiem bliżej niesprecyzowanego dostosowania się (oczywiście, jeśli coś pójdzie nie tak, człowiek ginie, ale widać nie podążał swoją legendą albo za mało się starał). Jest i o miłości, którą można spokojnie opuścić na czas nieokreślony, bo jeśli to prawdziwa miłość, to poczeka na powrót (a jak się nie doczeka, to przynajmniej będzie dumna, że pustynia kochanka pochłonęła i wróci jako sokół czy inny podmuch wiatru), a jak nie była prawdziwa miłość, to nie szkodzi. Ja przesłuchałam, więc Wy już nie musicie.
#9/#1
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 4, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019, ameryka-poludniowa
- 4 komentarze
- Skomentuj
Na wysokim poziomie to historia przeplatających się losów dwóch rodzin - mieszkających w Ameryce Belseyów i w Wielkiej Brytanii Kippsów. Howard Belsey i Monty Kipps są wykładowcami uniwersyteckimi, w konflikcie nie tylko ze względu na publikacje w tej samej dziedzinie i kąśliwe komentarze w prasie fachowej, ale też ze względu na skrajną prawicowość tego drugiego, co jest o tyle ciekawe, że właśnie rodzina Kippsów jest konsekwentnie ciemnoskóra, gdy tymczasem Belseyowie są mieszani - Howard jest biały, a jego żona Kiki nie. Tym bardziej boli Howarda, gdy jego starszy syn zamieszkuje u Kippsów, zakochuje się w ich pięknej córce i nurkuje w intensywną religijność, mimo że po pierwszym zauroczeniu Kippsowie go rozczarowali. Sytuacja się komplikuje, kiedy Monty decyduje się na pracę na tym samym uniwersytecie co Howard. Ich żony - rozczarowana niewiernością męża Kiki i ciężko chora Charlene zaczynają się przyjaźnić, Zora Belsey konkuruje z Victorią Kipps, a panowie spierają się na szczeblu administracyjnym o definicję wolności słowa.
To książka, w której dużo się dzieje, zwłaszcza że autorka co jakiś czas zmienia narratorów - Howard opisuje swoją walkę o powrót w łaski zdradzonej żony, Kiki mówi o swojej rozpaczy i o próbach przyjaźni z zaskakująco trudną Charlene, ambitna Zora opisuje trudy studiowania na uczelni, na której pracuje kochanka ojca, zaś najmłodszy syn Belseyów, Levi, włącza się w anarchistyczny ruch emigrantów z Haiti. Co ciekawe, nie ma równowagi - Kippsowie są obiektami opisu, autorka unika pokazania ich strony. Zarówno Stany, jak i Wielka Brytania to tło do rozmyślań o tożsamości kulturowej ciemnoskórych, zarówno tych osiadłych (jak Kiki, z odziedziczonym pięknym domem w dobrej dzielnicy, a przecież ciągle czującą się jak służąca we własnym domu), jak i właśnie rozpoczynających amerykański sen od sprzedaży podróbek na ulicy i sprzątania mieszkań.
Inne tej autorki tutaj.
#8
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 27, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Na wysokim poziomie to historia przeplatających się losów dwóch rodzin - mieszkających w Ameryce Belseyów i w Wielkiej Brytanii Kippsów. Howard Belsey i Monty Kipps są wykładowcami uniwersyteckimi, w konflikcie nie tylko ze względu na publikacje w tej samej dziedzinie i kąśliwe komentarze w prasie fachowej, ale też ze względu na skrajną prawicowość tego drugiego, co jest o tyle ciekawe, że właśnie rodzina Kippsów jest konsekwentnie ciemnoskóra, gdy tymczasem Belseyowie są mieszani - Howard jest biały, a jego żona Kiki nie. Tym bardziej boli Howarda, gdy jego starszy syn zamieszkuje u Kippsów, zakochuje się w ich pięknej córce i nurkuje w intensywną religijność, mimo że po pierwszym zauroczeniu Kippsowie go rozczarowali. Sytuacja się komplikuje, kiedy Monty decyduje się na pracę na tym samym uniwersytecie co Howard. Ich żony - rozczarowana niewiernością męża Kiki i ciężko chora Charlene zaczynają się przyjaźnić, Zora Belsey konkuruje z Victorią Kipps, a panowie spierają się na szczeblu administracyjnym o definicję wolności słowa.
To książka, w której dużo się dzieje, zwłaszcza że autorka co jakiś czas zmienia narratorów - Howard opisuje swoją walkę o powrót w łaski zdradzonej żony, Kiki mówi o swojej rozpaczy i o próbach przyjaźni z zaskakująco trudną Charlene, ambitna Zora opisuje trudy studiowania na uczelni, na której pracuje kochanka ojca, zaś najmłodszy syn Belseyów, Levi, włącza się w anarchistyczny ruch emigrantów z Haiti. Co ciekawe, nie ma równowagi - Kippsowie są obiektami opisu, autorka unika pokazania ich strony. Zarówno Stany, jak i Wielka Brytania to tło do rozmyślań o tożsamości kulturowej ciemnoskórych, zarówno tych osiadłych (jak Kiki, z odziedziczonym pięknym domem w dobrej dzielnicy, a przecież ciągle czującą się jak służąca we własnym domu), jak i właśnie rozpoczynających amerykański sen od sprzedaży podróbek na ulicy i sprzątania mieszkań.
Inne tej autorki tutaj.
#8
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 27, 2019
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Uwaga, lektura poniższego może zepsuć oglądanie filmu lub czytanie książki.
Do pięknej, nieco zapuszczonej willi gdzieś w północnych Włoszech, zamieszkałej latem przez włosko-amerykańskiego profesora z rodziną, przyjeżdża Oliver, kolejny doktorant na wakacje. Pomóc profesorowi w papierowej robocie, napisać kawałek swojej książki, odpocząć. Taka doroczna tradycja. Elio, 17-letni syn profesora, czeka na niego niechętnie, bo to oznacza, że musi opuścić swój pokój i przenieść się do mniejszego. Nie pomaga też pierwsze spotkanie z Oliverem, który przesypia część dnia, wydaje się być dość arogancki i przekonany o własnej ważności, a przy tym starszy od kilka lat od Elio, który czuje się ciągle jak dzieciak. Wszyscy - domownicy, przyjaciele rodziny, sąsiedzi, równolatkowie Elio - wszyscy uwielbiają Olivera, rozsiewającego niezobowiązująco swój amerykański urok. Elio podejrzewa, że Oliver sypia z dziewczętami, które się koło niego kręcą; absurdalnie, zaczyna być o to zazdrosny, chce, żeby to z nim Oliver spędzał czas. Wyczuwa, że i że strony Olivera jest zainteresowanie, ale nie umie go rozgryźć. Przez większość wakacji gra w grę, w którą grają wszyscy zakochani - jak nie być tym, który musi zrobić pierwszy krok, jak nie narazić się na śmieszność, źle odczytując sygnały drugiej strony (wszak może miłość jest jednostronna), jak zachowywać się na tyle niezobowiązująco, żeby otoczenie nie zauważyło[2]. W tle leniwy, sielski początek lat 80., upalne włoskie lato, sady z brzoskwiniami, jezioro i ogromny wpływ antycznej kultury.
To prześliczna, pastelowa historia coming to age, o dojrzewaniu do miłości i związku; TŻ już z offu dodał, że w takich pięknych okolicznościach przyrody to on i w koniu by się zakochał, ja tylko zarezerwowałam w Umbrii wakacje (ale na wszelki wypadek będę unikać koni). Film skupia się na wspólnym lecie superinteligentnego, ale zaskakująco dziecięcego Elio i pokrywającego nieśmiałość brawurą Olivera, starszego, ale jednocześnie z większym bagażem emocjonalnym i kulturowym. Książka wychodzi trochę dalej - po trudnej rozmowie w święto Chanuka (na której kończy się film), pokazuje kolejne spotkania Elio i Olivera, kilkadziesiąt lat później. Wbrew temu, że narratorem jest Elio, po rozstaniu z Oliverem niewiele wiadomo o jego życiu, w przeciwieństwie do życia Olivera, nieustająco obecnego w myślach Elio. Czy obaj są szczęśliwi? Czy mogliby być równie, a może bardziej szczęśliwi, gdyby spróbowali być razem? Czy letnia miłość, pierwsze zaślepienie, oderwane od kontekstu i narażone na codzienność, miałoby szansę przetrwać?
Poza pięknymi obrazami (ta willa! to miasteczko! ta przyroda!) świetna jest muzyka. Leniwa, wpadająca w ucho, zgrabnie łącząca się z hitami lat 80., granymi w radio i podczas imprez. Przypomina mi ścieżkę dźwiękową do "Garden State" czy amerykańskiego remake'u "Apartamentu", coś, co zostaje na dłużej w uchu po filmie.
[1] Absolutnie nie rozumiem, po co polscy dystrybutorzy zepsuli znaczący przecież tytuł (zamieniając "Call Me by Your Name" na bezpłciowe "Tamte dni, tamte noce", zwłaszcza że film zrezygnował z perspektywy narracyjnej dorosłego Elio). Oliver proponuje Elio, żeby mówili do siebie nawzajem swoimi imionami, żeby każdy z nich stał się tym drugim, piękniejszym i lepszym od siebie.
[2] Ależ oczywiście, że spostrzegawczy i czuli rodzice widzą. Jest kilka analiz, w których wskazane są sceny, pokazujące, że matka Elio wiedziała, ale pozostała z boku, ale przede wszystkim jest piękna scena rozmowy z Elio z ojcem, który jest pełen zrozumienia i wsparcia, bez szyderstw i wzmacniających, ale deprecjonujących uproszczeń:
Zazdroszczę ci. Większość rodziców na moim miejscu liczyłaby na to, że wszystko rozejdzie się po kościach albo modliłaby się, żeby ich syn szybko stanął na nogi. Ale ja nie jestem takim rodzicem. Jeśli jest ból, pielęgnuj go, a jeśli jest płomień, nie zdmuchuj go, nie obchodź się z nim brutalnie. Ból rozstania potrafi być straszny, a patrzenie, jak druga strona zapomina, jeszcze go pogłębia. Chcąc jak najszybciej zapomnieć, wyrywamy z siebie mnóstwo uczuć i każdej następnej osobie mamy mniej do zaoferowania, a w wieku trzydziestu lat jesteśmy bankrutami. Ale nic nie czuć, żeby nie musieć czuć – co za marnotrawstwo!
Inne tego autora:
#7 (chociaż chronologicznie to #10, ale mam zaległości)
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 26, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Uwaga, lektura poniższego może zepsuć oglądanie filmu lub czytanie książki.
Do pięknej, nieco zapuszczonej willi gdzieś w północnych Włoszech, zamieszkałej latem przez włosko-amerykańskiego profesora z rodziną, przyjeżdża Oliver, kolejny doktorant na wakacje. Pomóc profesorowi w papierowej robocie, napisać kawałek swojej książki, odpocząć. Taka doroczna tradycja. Elio, 17-letni syn profesora, czeka na niego niechętnie, bo to oznacza, że musi opuścić swój pokój i przenieść się do mniejszego. Nie pomaga też pierwsze spotkanie z Oliverem, który przesypia część dnia, wydaje się być dość arogancki i przekonany o własnej ważności, a przy tym starszy od kilka lat od Elio, który czuje się ciągle jak dzieciak. Wszyscy - domownicy, przyjaciele rodziny, sąsiedzi, równolatkowie Elio - wszyscy uwielbiają Olivera, rozsiewającego niezobowiązująco swój amerykański urok. Elio podejrzewa, że Oliver sypia z dziewczętami, które się koło niego kręcą; absurdalnie, zaczyna być o to zazdrosny, chce, żeby to z nim Oliver spędzał czas. Wyczuwa, że i że strony Olivera jest zainteresowanie, ale nie umie go rozgryźć. Przez większość wakacji gra w grę, w którą grają wszyscy zakochani - jak nie być tym, który musi zrobić pierwszy krok, jak nie narazić się na śmieszność, źle odczytując sygnały drugiej strony (wszak może miłość jest jednostronna), jak zachowywać się na tyle niezobowiązująco, żeby otoczenie nie zauważyło[2]. W tle leniwy, sielski początek lat 80., upalne włoskie lato, sady z brzoskwiniami, jezioro i ogromny wpływ antycznej kultury.
To prześliczna, pastelowa historia coming to age, o dojrzewaniu do miłości i związku; TŻ już z offu dodał, że w takich pięknych okolicznościach przyrody to on i w koniu by się zakochał, ja tylko zarezerwowałam w Umbrii wakacje (ale na wszelki wypadek będę unikać koni). Film skupia się na wspólnym lecie superinteligentnego, ale zaskakująco dziecięcego Elio i pokrywającego nieśmiałość brawurą Olivera, starszego, ale jednocześnie z większym bagażem emocjonalnym i kulturowym. Książka wychodzi trochę dalej - po trudnej rozmowie w święto Chanuka (na której kończy się film), pokazuje kolejne spotkania Elio i Olivera, kilkadziesiąt lat później. Wbrew temu, że narratorem jest Elio, po rozstaniu z Oliverem niewiele wiadomo o jego życiu, w przeciwieństwie do życia Olivera, nieustająco obecnego w myślach Elio. Czy obaj są szczęśliwi? Czy mogliby być równie, a może bardziej szczęśliwi, gdyby spróbowali być razem? Czy letnia miłość, pierwsze zaślepienie, oderwane od kontekstu i narażone na codzienność, miałoby szansę przetrwać?
Poza pięknymi obrazami (ta willa! to miasteczko! ta przyroda!) świetna jest muzyka. Leniwa, wpadająca w ucho, zgrabnie łącząca się z hitami lat 80., granymi w radio i podczas imprez. Przypomina mi ścieżkę dźwiękową do "Garden State" czy amerykańskiego remake'u "Apartamentu", coś, co zostaje na dłużej w uchu po filmie.
[1] Absolutnie nie rozumiem, po co polscy dystrybutorzy zepsuli znaczący przecież tytuł (zamieniając "Call Me by Your Name" na bezpłciowe "Tamte dni, tamte noce", zwłaszcza że film zrezygnował z perspektywy narracyjnej dorosłego Elio). Oliver proponuje Elio, żeby mówili do siebie nawzajem swoimi imionami, żeby każdy z nich stał się tym drugim, piękniejszym i lepszym od siebie.
[2] Ależ oczywiście, że spostrzegawczy i czuli rodzice widzą. Jest kilka analiz, w których wskazane są sceny, pokazujące, że matka Elio wiedziała, ale pozostała z boku, ale przede wszystkim jest piękna scena rozmowy z Elio z ojcem, który jest pełen zrozumienia i wsparcia, bez szyderstw i wzmacniających, ale deprecjonujących uproszczeń:
Zazdroszczę ci. Większość rodziców na moim miejscu liczyłaby na to, że wszystko rozejdzie się po kościach albo modliłaby się, żeby ich syn szybko stanął na nogi. Ale ja nie jestem takim rodzicem. Jeśli jest ból, pielęgnuj go, a jeśli jest płomień, nie zdmuchuj go, nie obchodź się z nim brutalnie. Ból rozstania potrafi być straszny, a patrzenie, jak druga strona zapomina, jeszcze go pogłębia. Chcąc jak najszybciej zapomnieć, wyrywamy z siebie mnóstwo uczuć i każdej następnej osobie mamy mniej do zaoferowania, a w wieku trzydziestu lat jesteśmy bankrutami. Ale nic nie czuć, żeby nie musieć czuć – co za marnotrawstwo!
Inne tego autora:
#7 (chociaż chronologicznie to #10, ale mam zaległości)
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 26, 2019
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2019
- 0 komentarzy
- Skomentuj