Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Wielkopolska w weekend - Chobienice

[23-24.02.2019]

Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.

SPA z zewnątrz / Basen o poranku SPA z boku (hotel wygląda podobnie) Basen wieczorem / Hall SPA Koń z bliży / Stajnia Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł) Dokładny adres / Wolter Pałac Mielżyńskich Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal Park Oficyna w zespole pałacowym / W drodze

Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.

W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).

Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem

Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.

[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 24, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tagi: polska, wolsztyn, chobienice - 0 komentarzy - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Chobienice

[23-24.02.2019]

Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.

SPA z zewnątrz / Basen o poranku SPA z boku (hotel wygląda podobnie) Basen wieczorem / Hall SPA Koń z bliży / Stajnia Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł) Dokładny adres / Wolter Pałac Mielżyńskich Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal Park Oficyna w zespole pałacowym / W drodze

Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.

W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).

Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem

Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.

[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 24, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tagi: polska, wolsztyn, chobienice - 0 komentarzy - Skomentuj


Escape at Dannemora

Oparty o prawdziwe wydarzenia z 2015, serial opisuje brawurową ucieczkę dwóch więźniów z więzienia o podniesionym rygorze. Więźniowie Matt i Sweat, obydwaj skazani na dożywocie za brutalne morderstwa, przypadkiem odkrywają tunel techniczny. Za pomocą zmanipulowanych strażników - niespecjalnie błyskotliwej opiekunki warsztatu krawieckiego i skorumpowanego strażnika eskortującego - uzyskują narzędzia i w kilka miesięcy, noc w noc, wycinają sobie drogę na wolność. Śledztwo wykazuje szereg zaniedbań i braku kontroli, które pozwoliły na ucieczkę.

Zachwalany jako najlepszy serial 2018, jest absolutnie nijaki i do pominięcia. Mimo niezłych aktorów (Benicio del Toro, Patricia Arquette, David Morse), główną zaletą jest doskonała charakteryzacja, upodabniająca aktorów do postaci rzeczywistych. Ani nie ma napięcia, ani emocji. Porównywanie serialu do Prison Break jest oczywiście mocno nie fair, ale takich przeżyć oczekuję od serialu określanego jako najlepszy. Owszem, Matt (del Toro) jest doskonałym manipulantem, z kolei postać Tillie Mitchell (Arquette) jest dość ambiwaletna: zakochana najpierw w Sweacie, potem ulega Mattowi, bo ma złudzenie, że jest dla nich atrakcyjna mimo ewidentnych braków w urodzie i wieku, jednocześnie boi się więźniów i utraty swojego dotychczasowego życia. Ale to nie wystarcza, żeby czekać na kolejne odcinki. Zdecydowanie całość lepiej sprawdziłaby się jako film, a i to raczej paradokumentalny, a nie sensacyjny.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 4 komentarze - Skomentuj


Escape at Dannemora

Oparty o prawdziwe wydarzenia z 2015, serial opisuje brawurową ucieczkę dwóch więźniów z więzienia o podniesionym rygorze. Więźniowie Matt i Sweat, obydwaj skazani na dożywocie za brutalne morderstwa, przypadkiem odkrywają tunel techniczny. Za pomocą zmanipulowanych strażników - niespecjalnie błyskotliwej opiekunki warsztatu krawieckiego i skorumpowanego strażnika eskortującego - uzyskują narzędzia i w kilka miesięcy, noc w noc, wycinają sobie drogę na wolność. Śledztwo wykazuje szereg zaniedbań i braku kontroli, które pozwoliły na ucieczkę.

Zachwalany jako najlepszy serial 2018, jest absolutnie nijaki i do pominięcia. Mimo niezłych aktorów (Benicio del Toro, Patricia Arquette, David Morse), główną zaletą jest doskonała charakteryzacja, upodabniająca aktorów do postaci rzeczywistych. Ani nie ma napięcia, ani emocji. Porównywanie serialu do Prison Break jest oczywiście mocno nie fair, ale takich przeżyć oczekuję od serialu określanego jako najlepszy. Owszem, Matt (del Toro) jest doskonałym manipulantem, z kolei postać Tillie Mitchell (Arquette) jest dość ambiwaletna: zakochana najpierw w Sweacie, potem ulega Mattowi, bo ma złudzenie, że jest dla nich atrakcyjna mimo ewidentnych braków w urodzie i wieku, jednocześnie boi się więźniów i utraty swojego dotychczasowego życia. Ale to nie wystarcza, żeby czekać na kolejne odcinki. Zdecydowanie całość lepiej sprawdziłaby się jako film, a i to raczej paradokumentalny, a nie sensacyjny.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 4 komentarze - Skomentuj


Wojciech Kuczok - Gnój

Po spokojnym, choć czasem dramatycznym, jak przystało na losy rodziny na Śląsku, przerwane II wojną światową, ale oddanym z ironicznym dystansem prologu o historii rodu i domu rodziny K., nie ma żadnego ostrzeżenia przed przejściem do Wtedy. Do polskiego domu z tradycjami i ojcem, Starym K., egzekwującym wychowanie za pomocą bestialskiego bicia. Bicia, które oczywiście jest wyrazem miłości i troski o potomka, bez tego junior by się stoczył. Kuczok używa słów mistrzowsko, budując obraz wewnętrzny kilkuletniego narratora, przedszkolaka-pierwszaka, marzącego o wojnie, która pozwoliłaby na usprawiedliwione, jednorazowe użycie karabinu (wszak dzieci w czasie wojny mogą mieć karabiny, patrz Pomnik Małego Powstańca) do usunięcia Starego K. (bo byłby wtedy żołnierzem, a nie ojcobójcą). Przemocy jest więcej, zarówno w związku małżeńskim państwa K., wśród rodzeństwa (terror wprowadzany przez Starego K. i jednoosobowy zakon siostrzany nieelokwentnemu bratu ich obojga), jak i wśród rówieśników, egzekwujących falę za pomocą pięści, kopniaków i śliny.

To bardzo dobrze zaprojektowana książka, ze znaczącym podziałem zarówno tematycznym, jak i nastrojowym. Część pierwsza - Przedtem - jest nostalgiczna, nieco baśniowa mimo scen wojennych i biedy przeświecającej przez pozory jak przez przesiany materiał. Pojawia się sporo różnorodnych postaci, pełnokrwistych, z problemami i własnymi traumami. To, co znamienne, przedtem nie ma przemocy ani patologii. Część druga - Wtedy - to dorastanie w okolicach Stanu Wojennego, tu raczej (poza epizodem w sanatorium), uwaga skupiona jest na Starym K., ojcu-oprawcy, inteligentnym psychopacie, którego brutalne zapędy próbuje hamować matka, również niszczona psychicznie przez Starego K. Potem - oniryczna wizja zatopienia domu ze starzejącymi się rodzicami w gnojówce - nie przynosi narratorowi katharsis. Czytelnikowi też, niestety. Ale jest warta lektury.

#12/#2 (w trakcie słuchania wzięłam i przeczytałam, bo przez repetycje miałam wrażenie, że ciągle słucham tego samego, a tu nie)

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 15, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, panowie, beletrystyka - 4 komentarze - Skomentuj


Wojciech Kuczok - Gnój

Po spokojnym, choć czasem dramatycznym, jak przystało na losy rodziny na Śląsku, przerwane II wojną światową, ale oddanym z ironicznym dystansem prologu o historii rodu i domu rodziny K., nie ma żadnego ostrzeżenia przed przejściem do Wtedy. Do polskiego domu z tradycjami i ojcem, Starym K., egzekwującym wychowanie za pomocą bestialskiego bicia. Bicia, które oczywiście jest wyrazem miłości i troski o potomka, bez tego junior by się stoczył. Kuczok używa słów mistrzowsko, budując obraz wewnętrzny kilkuletniego narratora, przedszkolaka-pierwszaka, marzącego o wojnie, która pozwoliłaby na usprawiedliwione, jednorazowe użycie karabinu (wszak dzieci w czasie wojny mogą mieć karabiny, patrz Pomnik Małego Powstańca) do usunięcia Starego K. (bo byłby wtedy żołnierzem, a nie ojcobójcą). Przemocy jest więcej, zarówno w związku małżeńskim państwa K., wśród rodzeństwa (terror wprowadzany przez Starego K. i jednoosobowy zakon siostrzany nieelokwentnemu bratu ich obojga), jak i wśród rówieśników, egzekwujących falę za pomocą pięści, kopniaków i śliny.

To bardzo dobrze zaprojektowana książka, ze znaczącym podziałem zarówno tematycznym, jak i nastrojowym. Część pierwsza - Przedtem - jest nostalgiczna, nieco baśniowa mimo scen wojennych i biedy przeświecającej przez pozory jak przez przesiany materiał. Pojawia się sporo różnorodnych postaci, pełnokrwistych, z problemami i własnymi traumami. To, co znamienne, przedtem nie ma przemocy ani patologii. Część druga - Wtedy - to dorastanie w okolicach Stanu Wojennego, tu raczej (poza epizodem w sanatorium), uwaga skupiona jest na Starym K., ojcu-oprawcy, inteligentnym psychopacie, którego brutalne zapędy próbuje hamować matka, również niszczona psychicznie przez Starego K. Potem - oniryczna wizja zatopienia domu ze starzejącymi się rodzicami w gnojówce - nie przynosi narratorowi katharsis. Czytelnikowi też, niestety. Ale jest warta lektury.

#12/#2 (w trakcie słuchania wzięłam i przeczytałam, bo przez repetycje miałam wrażenie, że ciągle słucham tego samego, a tu nie)

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 15, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, panowie, beletrystyka - 4 komentarze - Skomentuj


Maeve Binchy - Szklane jezioro

Lata 50., Irlandia. Mieszkająca w małym miasteczku przy tytułowym jeziorze (które bynajmniej nie jest szklane) rodzina aptekarza McMahona doświadcza tragedii - znika Helen, żona i matka dwójki nastoletnich dzieci. Ponieważ wcześniej kobieta była depresyjna, unikająca kontaktów i często znikająca na samotne spacery, 14-letnia córka Kit uważa, że jej matka popełniła samobójstwo. Żeby uniknąć wstydu i problemów zbawienia duszy matki (nie komentuję, szkoła katolicka, Irlandia, lata 50.), pali znaleziony w sypialni list zaginionej do męża. Po długich poszukiwaniach zostają znalezione jakieś zwłoki, odbywa się katolicki pogrzeb i żałoba. Tyle że oczywiście to nie są zwłoki Helen, która uciekła do kochanka, prawdziwej miłości[1] sprzed lat, bo zaszła z nim w ciążę, a dla uniknięcia łez męża zdecydowała się powiadomić go o tym fakcie listem (i nie, nie jest to dramatyczny zwrot akcji, rzecz się dzieje w zasadzie na początku książki). Helen zmienia imię na Lena, nazwisko na nazwisko kochanka i choć technicznie martwa, rozpoczyna nowe życie w Londynie. Po przeczytaniu w lokalnej irlandzkiej gazecie o tragedii w miasteczku i po początkowej wściekłości na męża, który ewidentnie zataił nawet przed dziećmi fakt, że ich matka i owszem, jest wiarołomna, ale żyje, Lena decyduje się na udawanie “swojej najlepszej przyjaciółki” i zaczyna korespondować z córką za pośrednictwem zakonnicy-pustelniczki. Oczywiście córka decyduje się na wyprawę do Londynu, żeby poznać przyjaciółkę matki i sprawa się sypie, tyle że nie. Kit arbitralnie decyduje, że jej ojciec zasługuje na szczęście i może bigamicznie pojąć za żonę sympatyczną Maurę, a jej brat już stratę przepracował (oraz chyba nie chce odpowiadać za spalenie listu i sprowadzenie na rodzinę kilkuletniej żałoby). Dwa wątki - życia Leny z bawidamkiem Louisem i jej sukcesów biznesowych oraz dorastania Kit - splatają się ze sobą aż do (nagłego) finału.

Nie zakładałam, że będzie to literatura ambitna, ale i tak mnie zaskoczyła poziomem dramy porównywalnym z “Klanem”. Pomijam już samo zawiązanie intrygi (wielką miłość, która pozwala z lekkim sercem zostawić kilkunastoletni związek i dzieci w imię), ale potem nie jest lepiej. Chory psychicznie/opóźniony w rozwoju napadający mieszkańców miasteczka i chroniony przez zakonnicę-pustelniczkę, Kit szantażująca bogatego chłopaka, który rozpowiadał, że z nią sypiał, ale potem ją przeprosił i byli przyjaciółmi (a ojciec zapłacił słoną nawiązkę), toksyczna przyjaciółka Kit, wżeniająca się w rodzinę bogaczy czy wreszcie pomysł brata Kit, żeby jego siostra odciągnęła od jego ukochanej lokalnego lowelasa, w którym Kit się oczywiście zakochuje mimo jego przeszłości. Autentycznie nie mogłam się oderwać, czekając, aż całość grzmotnie z wielkim hukiem. Nie wiem, czy zalety książki - klimat małego irlandzkiego miasteczka, pozytywistyczny rozwój zahamowanej przez “życie przy mężu” żony, wielka akcja odnawiania zaniedbanego hotelu w celu spektakularnego Sylwestra, trochę historyjek o różnie pojmowanej przyjaźni (Kit i Clio, Lena i Ivy) - rekompensują mizerię fabuły.

[1] Prawdziwą miłość poznajemy po tym, że ona go kochała nad życie, on ją też, ale zdecydował się na ślub z bogatą dziedziczką. Kiedy dziedziczka się wymydliła po kilkunastu latach, zbankrutowany on wrócił, żeby o sobie przypomnieć.

Inne tej autorki tutaj.

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 14, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - 1 komentarz - Skomentuj


Maeve Binchy - Szklane jezioro

Lata 50., Irlandia. Mieszkająca w małym miasteczku przy tytułowym jeziorze (które bynajmniej nie jest szklane) rodzina aptekarza McMahona doświadcza tragedii - znika Helen, żona i matka dwójki nastoletnich dzieci. Ponieważ wcześniej kobieta była depresyjna, unikająca kontaktów i często znikająca na samotne spacery, 14-letnia córka Kit uważa, że jej matka popełniła samobójstwo. Żeby uniknąć wstydu i problemów zbawienia duszy matki (nie komentuję, szkoła katolicka, Irlandia, lata 50.), pali znaleziony w sypialni list zaginionej do męża. Po długich poszukiwaniach zostają znalezione jakieś zwłoki, odbywa się katolicki pogrzeb i żałoba. Tyle że oczywiście to nie są zwłoki Helen, która uciekła do kochanka, prawdziwej miłości[1] sprzed lat, bo zaszła z nim w ciążę, a dla uniknięcia łez męża zdecydowała się powiadomić go o tym fakcie listem (i nie, nie jest to dramatyczny zwrot akcji, rzecz się dzieje w zasadzie na początku książki). Helen zmienia imię na Lena, nazwisko na nazwisko kochanka i choć technicznie martwa, rozpoczyna nowe życie w Londynie. Po przeczytaniu w lokalnej irlandzkiej gazecie o tragedii w miasteczku i po początkowej wściekłości na męża, który ewidentnie zataił nawet przed dziećmi fakt, że ich matka i owszem, jest wiarołomna, ale żyje, Lena decyduje się na udawanie “swojej najlepszej przyjaciółki” i zaczyna korespondować z córką za pośrednictwem zakonnicy-pustelniczki. Oczywiście córka decyduje się na wyprawę do Londynu, żeby poznać przyjaciółkę matki i sprawa się sypie, tyle że nie. Kit arbitralnie decyduje, że jej ojciec zasługuje na szczęście i może bigamicznie pojąć za żonę sympatyczną Maurę, a jej brat już stratę przepracował (oraz chyba nie chce odpowiadać za spalenie listu i sprowadzenie na rodzinę kilkuletniej żałoby). Dwa wątki - życia Leny z bawidamkiem Louisem i jej sukcesów biznesowych oraz dorastania Kit - splatają się ze sobą aż do (nagłego) finału.

Nie zakładałam, że będzie to literatura ambitna, ale i tak mnie zaskoczyła poziomem dramy porównywalnym z “Klanem”. Pomijam już samo zawiązanie intrygi (wielką miłość, która pozwala z lekkim sercem zostawić kilkunastoletni związek i dzieci w imię), ale potem nie jest lepiej. Chory psychicznie/opóźniony w rozwoju napadający mieszkańców miasteczka i chroniony przez zakonnicę-pustelniczkę, Kit szantażująca bogatego chłopaka, który rozpowiadał, że z nią sypiał, ale potem ją przeprosił i byli przyjaciółmi (a ojciec zapłacił słoną nawiązkę), toksyczna przyjaciółka Kit, wżeniająca się w rodzinę bogaczy czy wreszcie pomysł brata Kit, żeby jego siostra odciągnęła od jego ukochanej lokalnego lowelasa, w którym Kit się oczywiście zakochuje mimo jego przeszłości. Autentycznie nie mogłam się oderwać, czekając, aż całość grzmotnie z wielkim hukiem. Nie wiem, czy zalety książki - klimat małego irlandzkiego miasteczka, pozytywistyczny rozwój zahamowanej przez “życie przy mężu” żony, wielka akcja odnawiania zaniedbanego hotelu w celu spektakularnego Sylwestra, trochę historyjek o różnie pojmowanej przyjaźni (Kit i Clio, Lena i Ivy) - rekompensują mizerię fabuły.

[1] Prawdziwą miłość poznajemy po tym, że ona go kochała nad życie, on ją też, ale zdecydował się na ślub z bogatą dziedziczką. Kiedy dziedziczka się wymydliła po kilkunastu latach, zbankrutowany on wrócił, żeby o sobie przypomnieć.

Inne tej autorki tutaj.

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 14, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2019 - 1 komentarz - Skomentuj


Zagadki kryminalne panny Fisher

Melbourne, lata 20. XX wieku. Phryne Fisher, siostrzenica podpory lokalnej społeczności, Prudence Fisher, powraca w atmosferze skandalu po wojażach po Europie. Skandalu, bo wbrew oczekiwaniom ciotki, która spodziewa się, że prawie 40-letnia stara panna zajmie się skromnie i w zaciszu salonów działalnością dobroczynną, Phryne decyduje się na rozpoczęcie działalności gospodarczej jako kobieta-detektyw (bezbłędnie wykrywając niszę na rynku). Werbuje ekipę - nieśmiałą, ale przedsiębiorczą Dorothy, dwóch taksówkarzy - Berta i Cecila - o nieco łotrowskim pochodzeniu, lokaja o nazwisku Butler (sic!), speca od broni i wynalazków, a przy tym świetnego organizatora czy wreszcie epizodycznie pojawiającą się cwaną sierotkę Jane. Oczywiście w pracy detektywistycznej przydaje się wsparcie lekarza (często w funkcji patologa), co zapewnia znajoma rudowłosa doktor Mac i lokalnej policji; tu komunikacja na początku nie jest prosta, bo inspektor Jack Robinson ogania się od Phryne z niechęcią jak od brzęczącej muchy, ale po kilku błyskotliwie rozwiązanych sprawach (w czym niewątpliwie pomagają niespotykane zdolności panny Fisher do wchodzenia w miejsca niedostępne i zadawanie trudnych pytań) zaczyna ją doceniać jako partnerkę zawodową.

Jak Oslo w prozie Nesbo, tak Melbourne jest dramatycznie niebezpiecznym miastem, bo trup ściele się gęsto i często. Każdy odcinek to jedna sprawa, chociaż dwukrotnie pojawiają się wątki powracające - jeden dotyczy traumy z dzieciństwa Phryne, drugi jej ojca-utracjusza i bon-vivanta. Drugoplanowo duże napięcie budzi zakazana miłość między Dorothy, chrześcijanką i konstablem Hugh Collinsem, protestantem, nie wspominając o ogromnej chemii między Phryne a Jackiem. Serial ładnie lawiruje między dramatycznymi sytuacjami, wymagającymi śledztwa, a mnóstwem humoru, wprowadzanego przez nie liczącą się z pozorami, zawsze chętną do psot (również sypialnianych) panną Fisher. Bardzo przyjemny, niezobowiązujący kryminał w stylu Agathy Christie.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 13, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Zagadki kryminalne panny Fisher

Melbourne, lata 20. XX wieku. Phryne Fisher, siostrzenica podpory lokalnej społeczności, Prudence Fisher, powraca w atmosferze skandalu po wojażach po Europie. Skandalu, bo wbrew oczekiwaniom ciotki, która spodziewa się, że prawie 40-letnia stara panna zajmie się skromnie i w zaciszu salonów działalnością dobroczynną, Phryne decyduje się na rozpoczęcie działalności gospodarczej jako kobieta-detektyw (bezbłędnie wykrywając niszę na rynku). Werbuje ekipę - nieśmiałą, ale przedsiębiorczą Dorothy, dwóch taksówkarzy - Berta i Cecila - o nieco łotrowskim pochodzeniu, lokaja o nazwisku Butler (sic!), speca od broni i wynalazków, a przy tym świetnego organizatora czy wreszcie epizodycznie pojawiającą się cwaną sierotkę Jane. Oczywiście w pracy detektywistycznej przydaje się wsparcie lekarza (często w funkcji patologa), co zapewnia znajoma rudowłosa doktor Mac i lokalnej policji; tu komunikacja na początku nie jest prosta, bo inspektor Jack Robinson ogania się od Phryne z niechęcią jak od brzęczącej muchy, ale po kilku błyskotliwie rozwiązanych sprawach (w czym niewątpliwie pomagają niespotykane zdolności panny Fisher do wchodzenia w miejsca niedostępne i zadawanie trudnych pytań) zaczyna ją doceniać jako partnerkę zawodową.

Jak Oslo w prozie Nesbo, tak Melbourne jest dramatycznie niebezpiecznym miastem, bo trup ściele się gęsto i często. Każdy odcinek to jedna sprawa, chociaż dwukrotnie pojawiają się wątki powracające - jeden dotyczy traumy z dzieciństwa Phryne, drugi jej ojca-utracjusza i bon-vivanta. Drugoplanowo duże napięcie budzi zakazana miłość między Dorothy, chrześcijanką i konstablem Hugh Collinsem, protestantem, nie wspominając o ogromnej chemii między Phryne a Jackiem. Serial ładnie lawiruje między dramatycznymi sytuacjami, wymagającymi śledztwa, a mnóstwem humoru, wprowadzanego przez nie liczącą się z pozorami, zawsze chętną do psot (również sypialnianych) panną Fisher. Bardzo przyjemny, niezobowiązujący kryminał w stylu Agathy Christie.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 13, 2019

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj