Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

John Fowles - Mag

Lata 50. Nicholas Urfe, 25-letni absolwent prestiżowej brytyjskiej uczelni, nie wie za bardzo, co ze sobą w życiu zrobić, wybiera więc posadę nauczyciela angielskiego na greckiej wyspie Phraxos; krótki wywiad z poprzednim nauczycielem tamże budzi jego ciekawość. W międzyczasie wdaje się w nic dla niego nie znaczący romans z Alison, poznaną na przyjęciu australijską stewardesą. Są ze sobą kilka tygodni, ale kiedy przychodzi rozpoczęcie roku szkolnego, Nicholas bez żalu pakuje się i wyjeżdża na wyspę. Czuje się wyalienowany, nie angażuje się w życie szkoły, nie nawiązuje przyjaźni, po części z poczucia wyższości, po części z zawieszenia, poczekalni. To, co budzi go z powrotem do życia, to spotkanie z Mauricem Conchisem, równie tajemniczym, co bogatym mieszkańcem wyspy - przez niektórych oskarżanym o kolaborację podczas wojny. Conchis proponuje mu gościnę, ale na swoich warunkach: Nicholas będzie uczestniczył w opowieści, ale nie będzie mógł zadawać pytań i w każdej chwili będzie mógł odejść, tyle że wtedy nie pozna końca historii. Nicholas traktuje to jako zabawę aż do momentu, w którym pojawia się Lily, aktorka obsadzona przez Conchise’a w różnych rolach - od ducha swojej zmarłej narzeczonej, przez schizofreniczkę leczoną przez Conchise’a-psychiatrę czy wreszcie brytyjską aktorkę, zakochującą się w Nicholasie bez wiedzy zleceniodawcy. Opowieści milionera i gra prowadzona przez niego zaczyna być coraz bardziej dramatyczna, a młody człowiek traci kontrolę nad swoim życiem; jego obsesją staje się wyjaśnienie całej historii nawet kosztem bólu, jakiego przy tym zazna.

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki. Ani nie polubiłam nihilistycznego Nicholasa, ani Conchise’a, bawiącego się w bliżej nieokreślonym celu w boga i sędziego. Nie wierzę w umiejętność prowadzenia ludzi na uwięzi i grania na ich instynktach z nudów (bo Nicholas nie był pierwszym “obiektem” Conchise’a, był - i owszem - najciekawszym), nie wierzę w oplecenie kogoś siatką ułudy, żeby ten odkrył w sobie coś ważnego. Dużo filozofowania o kondycji ludzkości, która uwolniona z konieczności dbania o byt, popada w egoizm i autoerotykę, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie światem, bezinteresownością i budowaniem zdrowych, wzajemnych kontaktów, nie poprawia przyjemności z lektury. I przy tym wszystkim to nie jest zła książka, tylko we mnie zdołała niczego pozytywnego wzbudzić.

Inne tego autora:

#85

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 27, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


John Fowles - Mag

Lata 50. Nicholas Urfe, 25-letni absolwent prestiżowej brytyjskiej uczelni, nie wie za bardzo, co ze sobą w życiu zrobić, wybiera więc posadę nauczyciela angielskiego na greckiej wyspie Phraxos; krótki wywiad z poprzednim nauczycielem tamże budzi jego ciekawość. W międzyczasie wdaje się w nic dla niego nie znaczący romans z Alison, poznaną na przyjęciu australijską stewardesą. Są ze sobą kilka tygodni, ale kiedy przychodzi rozpoczęcie roku szkolnego, Nicholas bez żalu pakuje się i wyjeżdża na wyspę. Czuje się wyalienowany, nie angażuje się w życie szkoły, nie nawiązuje przyjaźni, po części z poczucia wyższości, po części z zawieszenia, poczekalni. To, co budzi go z powrotem do życia, to spotkanie z Mauricem Conchisem, równie tajemniczym, co bogatym mieszkańcem wyspy - przez niektórych oskarżanym o kolaborację podczas wojny. Conchis proponuje mu gościnę, ale na swoich warunkach: Nicholas będzie uczestniczył w opowieści, ale nie będzie mógł zadawać pytań i w każdej chwili będzie mógł odejść, tyle że wtedy nie pozna końca historii. Nicholas traktuje to jako zabawę aż do momentu, w którym pojawia się Lily, aktorka obsadzona przez Conchise’a w różnych rolach - od ducha swojej zmarłej narzeczonej, przez schizofreniczkę leczoną przez Conchise’a-psychiatrę czy wreszcie brytyjską aktorkę, zakochującą się w Nicholasie bez wiedzy zleceniodawcy. Opowieści milionera i gra prowadzona przez niego zaczyna być coraz bardziej dramatyczna, a młody człowiek traci kontrolę nad swoim życiem; jego obsesją staje się wyjaśnienie całej historii nawet kosztem bólu, jakiego przy tym zazna.

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki. Ani nie polubiłam nihilistycznego Nicholasa, ani Conchise’a, bawiącego się w bliżej nieokreślonym celu w boga i sędziego. Nie wierzę w umiejętność prowadzenia ludzi na uwięzi i grania na ich instynktach z nudów (bo Nicholas nie był pierwszym “obiektem” Conchise’a, był - i owszem - najciekawszym), nie wierzę w oplecenie kogoś siatką ułudy, żeby ten odkrył w sobie coś ważnego. Dużo filozofowania o kondycji ludzkości, która uwolniona z konieczności dbania o byt, popada w egoizm i autoerotykę, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie światem, bezinteresownością i budowaniem zdrowych, wzajemnych kontaktów, nie poprawia przyjemności z lektury. I przy tym wszystkim to nie jest zła książka, tylko we mnie zdołała niczego pozytywnego wzbudzić.

Inne tego autora:

#85

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 27, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


1983

W tytułowym 1983 roku PRL-owską Polską wstrząsnęła seria zamachów, wyburzających kawałki miast (taki 11 września na większą skalę), w których zginęło sporo ludzi, ale dzięki temu państwo wstało silniejsze, a ZSRR odeszło od bram, socjalizm nie został obalony. 20 lat później Polska w dalszym ciągu jest socjalistyczna, ale bardzo zamożna (ale na ulicach dalej maluchy i polonezy); jest broń atomowa, polskie smartfony, narodowi żyje się dostatniej, chociaż nie można podróżować, a każdy jest inwigilowany przez SB, stanowiące państwo w państwie. Rząd jest wspierany przez Kościół Narodowy, chociaż jeszcze przed 1983 rokiem to właśnie kościoły były ostoją opozycji. Tak, absolutnie nic nie trzyma się w tym kupy - nie ma Wałęsy, Polaka-papieża, Europy Zachodniej (poza dziwnymi desantami Irlandczyków, ewidentnie szpiegami nie mówiącymi po polsku); czytałam “wyjaśnienie”, że ta rzeczywistość jest alternatywna nie od 1983 roku, tylko wcześniej. Jedyne, co można z tym zrobić, to traktować “1983” jako luźne sf z elementami PRL-u, inaczej nic się nie klei[1].

Po tych wspomnianych 20 latach, Kajetan - student prawa, osierocony w zamachach w 1983 roku - na obronie pracy magisterskiej dostaje podchwytliwe pytanie o wolność, ale mimo niezrozumienia tematu (patrz wyżej) zdaje. Jego profesor, ważna figura polskiego prawa, opowiada o procesie o zabójstwo, kiedy zarówno on, jak i prowadzący sprawę milicjant, Anatol, wiedzieli, że skazują niewinnego człowieka oraz pokazuje mu potem tajemnicze zdjęcie z pewnego ślubu z 1982 roku, kiedy “to się wszystko zaczęło”. Nie wiadomo, co się zaczęło, bo tej nocy profesora ktoś zabija. Kajetan zaczyna drążyć, porozumiewa się z Anatolem, razem trafiają na trop “Lekkiej Brygady”, anarchistycznej opozycji młodzieżowej, która chce rozsadzić państwo.

I jeszcze to dałoby się wszystko obronić, jakby do tego siadł ktoś z umiejętnością napisania sensownego scenariusza. Ale nie. Bohaterowie kręcą się po Warszawie (która czasem kręcona jest bodajże i we Wrocławiu), tu ktoś ginie, tam coś wybucha, SB aresztuje milicję, w Małym Sajgonie (enklawie osiadłych Wietnamczyków, skądinąd scenograficznie perełka) rządzi mafijny boss Wujek, który jest nie do ruszenia nawet przez rząd. Na 8 odcinków są trzy czy cztery sceny seksu, kilka pań pokazuje piersi (przy czym czasem zupełnie pretekstowo, np. agentka po pozyskaniu płyty z tajnymi materiałami idzie pod prysznic, a potem goła zaczyna zawartość przeglądać) oraz obowiązkowo jest katastrofa samolotowa pod Moskwą, zatajona przez rząd (śmierć ministra), ślad prowadzący w przeszłość, katastrofa w kopalni oraz szpiedzy z różnych ugrupowań, często dość niejasnych.

Mimo zatrudnienia topowych polskich aktorów (Więckiewicz, Chyra, Zborowski, Błaszczyk, Zbrojewicz, Olszówka) gra aktorska jest teatralna, a pierwszoplanowi aktorzy (Kajetan i Ofelia, bo tak w alternatywnej Polsce były nazywane dzieci urodzone pod koniec lat 70., serio) są z kartonu. Z kartonu są też dialogi, nieudolnie tłumaczone na polski z angielskiego (dlaczego?! Przy takim budżecie nie znaleźli nikogo, kto by je napisał po polsku bez błędów językowych i pozwalających na zagranie, a nie na recytację?!), przy czym na szczególne wyróżnienia zasługują: Wujek, recytujący patriotyczne kocopoły o podniosłości “Inwokacji” głosem robota oraz pani-na-zamku-Tałty, mówiąca prawie że dialogami z Harry’ego Pottera.

Oczywiście, że obejrzę drugi sezon, chociażby po to, żeby się popastwić nad scenariuszem.

[1] Kilka dziur w fabule (nie będę wyliczać nieścisłości w pokazaniu PRL-u), w rot13, bo mogą zdradzać fabułę: 1) cb pb cebsrfbe, jfcółcynahwąpl mnznpul m 1983 ebxh, cbxnmnł Xnwrgnabjv mqwępvr v anzójvł tb qb śyrqmgjn?
2) qynpmrtb nofbyhgavr avxg avr xbwnemlł yhqmv mr mqwępvn, qltavgneml nxghnyavr h jłnqml?
3) wnx Cbyfxn, ovrqan v j fgnavr jbwraalz, antyr mnpmęłn olć abjbpmrfaą xenvaą, avrmnyrżaą bq HFN v Rhebcl Mnpubqavrw, avr jfcbzvanwąp b MFEE?
4) wnx xbśpvół, bcbmlpwn jborp cnegvv, JGRZ fgnł fvę wrw fbwhfmavxvrz?
5) wnxvz phqrz xvyxhfrg Jvrganzpmlxój vajvtvyhwr mn cbzbpą Genfmrx 17 zvyvbaój Cbynxój?

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 26, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 6 komentarzy - Skomentuj


1983

W tytułowym 1983 roku PRL-owską Polską wstrząsnęła seria zamachów, wyburzających kawałki miast (taki 11 września na większą skalę), w których zginęło sporo ludzi, ale dzięki temu państwo wstało silniejsze, a ZSRR odeszło od bram, socjalizm nie został obalony. 20 lat później Polska w dalszym ciągu jest socjalistyczna, ale bardzo zamożna (ale na ulicach dalej maluchy i polonezy); jest broń atomowa, polskie smartfony, narodowi żyje się dostatniej, chociaż nie można podróżować, a każdy jest inwigilowany przez SB, stanowiące państwo w państwie. Rząd jest wspierany przez Kościół Narodowy, chociaż jeszcze przed 1983 rokiem to właśnie kościoły były ostoją opozycji. Tak, absolutnie nic nie trzyma się w tym kupy - nie ma Wałęsy, Polaka-papieża, Europy Zachodniej (poza dziwnymi desantami Irlandczyków, ewidentnie szpiegami nie mówiącymi po polsku); czytałam “wyjaśnienie”, że ta rzeczywistość jest alternatywna nie od 1983 roku, tylko wcześniej. Jedyne, co można z tym zrobić, to traktować “1983” jako luźne sf z elementami PRL-u, inaczej nic się nie klei[1].

Po tych wspomnianych 20 latach, Kajetan - student prawa, osierocony w zamachach w 1983 roku - na obronie pracy magisterskiej dostaje podchwytliwe pytanie o wolność, ale mimo niezrozumienia tematu (patrz wyżej) zdaje. Jego profesor, ważna figura polskiego prawa, opowiada o procesie o zabójstwo, kiedy zarówno on, jak i prowadzący sprawę milicjant, Anatol, wiedzieli, że skazują niewinnego człowieka oraz pokazuje mu potem tajemnicze zdjęcie z pewnego ślubu z 1982 roku, kiedy “to się wszystko zaczęło”. Nie wiadomo, co się zaczęło, bo tej nocy profesora ktoś zabija. Kajetan zaczyna drążyć, porozumiewa się z Anatolem, razem trafiają na trop “Lekkiej Brygady”, anarchistycznej opozycji młodzieżowej, która chce rozsadzić państwo.

I jeszcze to dałoby się wszystko obronić, jakby do tego siadł ktoś z umiejętnością napisania sensownego scenariusza. Ale nie. Bohaterowie kręcą się po Warszawie (która czasem kręcona jest bodajże i we Wrocławiu), tu ktoś ginie, tam coś wybucha, SB aresztuje milicję, w Małym Sajgonie (enklawie osiadłych Wietnamczyków, skądinąd scenograficznie perełka) rządzi mafijny boss Wujek, który jest nie do ruszenia nawet przez rząd. Na 8 odcinków są trzy czy cztery sceny seksu, kilka pań pokazuje piersi (przy czym czasem zupełnie pretekstowo, np. agentka po pozyskaniu płyty z tajnymi materiałami idzie pod prysznic, a potem goła zaczyna zawartość przeglądać) oraz obowiązkowo jest katastrofa samolotowa pod Moskwą, zatajona przez rząd (śmierć ministra), ślad prowadzący w przeszłość, katastrofa w kopalni oraz szpiedzy z różnych ugrupowań, często dość niejasnych.

Mimo zatrudnienia topowych polskich aktorów (Więckiewicz, Chyra, Zborowski, Błaszczyk, Zbrojewicz, Olszówka) gra aktorska jest teatralna, a pierwszoplanowi aktorzy (Kajetan i Ofelia, bo tak w alternatywnej Polsce były nazywane dzieci urodzone pod koniec lat 70., serio) są z kartonu. Z kartonu są też dialogi, nieudolnie tłumaczone na polski z angielskiego (dlaczego?! Przy takim budżecie nie znaleźli nikogo, kto by je napisał po polsku bez błędów językowych i pozwalających na zagranie, a nie na recytację?!), przy czym na szczególne wyróżnienia zasługują: Wujek, recytujący patriotyczne kocopoły o podniosłości “Inwokacji” głosem robota oraz pani-na-zamku-Tałty, mówiąca prawie że dialogami z Harry’ego Pottera.

Oczywiście, że obejrzę drugi sezon, chociażby po to, żeby się popastwić nad scenariuszem.

[1] Kilka dziur w fabule (nie będę wyliczać nieścisłości w pokazaniu PRL-u), w rot13, bo mogą zdradzać fabułę: 1) cb pb cebsrfbe, jfcółcynahwąpl mnznpul m 1983 ebxh, cbxnmnł Xnwrgnabjv mqwępvr v anzójvł tb qb śyrqmgjn?
2) qynpmrtb nofbyhgavr avxg avr xbwnemlł yhqmv mr mqwępvn, qltavgneml nxghnyavr h jłnqml?
3) wnx Cbyfxn, ovrqan v j fgnavr jbwraalz, antyr mnpmęłn olć abjbpmrfaą xenvaą, avrmnyrżaą bq HFN v Rhebcl Mnpubqavrw, avr jfcbzvanwąp b MFEE?
4) wnx xbśpvół, bcbmlpwn jborp cnegvv, JGRZ fgnł fvę wrw fbwhfmavxvrz?
5) wnxvz phqrz xvyxhfrg Jvrganzpmlxój vajvtvyhwr mn cbzbpą Genfmrx 17 zvyvbaój Cbynxój?

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 26, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 6 komentarzy - Skomentuj


Akademia policyjna

Otóż w przeciwieństwie do "Flashdance", "Akademia policyjna" nieustająco mnie bawi, pozwalając mieć ślepe plamki na a) podejście do seksualności lat 80. (fellatio znienacka; główny protagonista z piwkiem podgląda koleżanki pod prysznicem oraz udając przełożonego próbuje namówić jedną z koleżanek do obnażenia się i wcale przez to nie wychodzi na creepa, tylko wszyscy dalej go lubią; jest playboy z kilkoma dziewczętami, ale "ustatkowuje się", kiedy przemocą współżyje z nim instruktorka = zwierzchniczka), b) modę z lat 80. (co chyba nie wymaga komentarza). Ale ponieważ nie jest to film specjalnie wigilijny, pozostawię Was z najlepszymi życzeniami i choinką. Tak, mam na choince ogórka. Wesołych!

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 24, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj


Akademia policyjna

Otóż w przeciwieństwie do "Flashdance", "Akademia policyjna" nieustająco mnie bawi, pozwalając mieć ślepe plamki na a) podejście do seksualności lat 80. (fellatio znienacka; główny protagonista z piwkiem podgląda koleżanki pod prysznicem oraz udając przełożonego próbuje namówić jedną z koleżanek do obnażenia się i wcale przez to nie wychodzi na creepa, tylko wszyscy dalej go lubią; jest playboy z kilkoma dziewczętami, ale "ustatkowuje się", kiedy przemocą współżyje z nim instruktorka = zwierzchniczka), b) modę z lat 80. (co chyba nie wymaga komentarza). Ale ponieważ nie jest to film specjalnie wigilijny, pozostawię Was z najlepszymi życzeniami i choinką. Tak, mam na choince ogórka. Wesołych!

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 24, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj


O wchodzeniu wyżej

[14.10.2018]

W piękny, ciepły (#nabosenogi) dzień wyciągnęłam rodzinę na podziwianie złotej jesieni. Na wieży byliśmy już wcześniej, ale wiosną. Tym razem nikt nie spadł i nie oskrobał sobie pleców oraz nie doznał uszczerbku na dumie, za to następnego dnia absolutnie bolały mnie uda. Bardziej niż po wrocławskich schodach na wieżę kościelną.

Studnia Napoleona o nieco szemranej genezie rzeczywiście jest o krok od wieży widokowej, a konkretnie o 500 metrów spaceru przez mosińską uliczkę oraz piękne okoliczności przyrody. Majut obraził się, bo bynajmniej nie ma w niej wody, tylko na poziomie gruntu jest zasypana liśćmi krata.

W Muzeum Arkadego Fiedlera (i wcześniej na lodach u Kostusiaka) byliśmy po raz kolejny. Tym razem Santa Maria miała ścięte maszty, a pod głównym budynkiem muzeum pojawiła się piwnica z indiańskimi płaskorzeźbami i rysunkami (trochę strach!). Kudłaty piesek się nie zmienił, za to moje kudłate dziecko trochę urosło.

Dyniobranie w Łęczycy wcale nie było przedwczesne - zestaw na klatkę schodową ma się dobrze do dziś, chociaż może nie konweniuje z wieńcem świątecznym.

Poprzednie wyprawy: 2008 (Rogalin i Puszczykowo), 2012 (Puszczykowo), 2016 (WPN i Mosina) i 2017 (Łęczyca).

[22.12.2018]

I jako wisienka na czubku - świeżo (na początku grudnia) otwarta wieża widokowa na Szachtach, z obłędnym - nawet zimą - widokiem na jeziora. W odległości samochodowej, zdecydowanie na letnie zachody słońca.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 22, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tagi: polska, puszczykowo, korona-poznania, osowa-gora, mosina, leczyca, szachty - 0 komentarzy - Skomentuj


O wchodzeniu wyżej

[14.10.2018]

W piękny, ciepły (#nabosenogi) dzień wyciągnęłam rodzinę na podziwianie złotej jesieni. Na wieży byliśmy już wcześniej, ale wiosną. Tym razem nikt nie spadł i nie oskrobał sobie pleców oraz nie doznał uszczerbku na dumie, za to następnego dnia absolutnie bolały mnie uda. Bardziej niż po wrocławskich schodach na wieżę kościelną.

Studnia Napoleona o nieco szemranej genezie rzeczywiście jest o krok od wieży widokowej, a konkretnie o 500 metrów spaceru przez mosińską uliczkę oraz piękne okoliczności przyrody. Majut obraził się, bo bynajmniej nie ma w niej wody, tylko na poziomie gruntu jest zasypana liśćmi krata.

W Muzeum Arkadego Fiedlera (i wcześniej na lodach u Kostusiaka) byliśmy po raz kolejny. Tym razem Santa Maria miała ścięte maszty, a pod głównym budynkiem muzeum pojawiła się piwnica z indiańskimi płaskorzeźbami i rysunkami (trochę strach!). Kudłaty piesek się nie zmienił, za to moje kudłate dziecko trochę urosło.

Dyniobranie w Łęczycy wcale nie było przedwczesne - zestaw na klatkę schodową ma się dobrze do dziś, chociaż może nie konweniuje z wieńcem świątecznym.

Poprzednie wyprawy: 2008 (Rogalin i Puszczykowo), 2012 (Puszczykowo), 2016 (WPN i Mosina) i 2017 (Łęczyca).

[22.12.2018]

I jako wisienka na czubku - świeżo (na początku grudnia) otwarta wieża widokowa na Szachtach, z obłędnym - nawet zimą - widokiem na jeziora. W odległości samochodowej, zdecydowanie na letnie zachody słońca.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 22, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend, Maja - Tagi: polska, puszczykowo, korona-poznania, osowa-gora, mosina, leczyca, szachty - 0 komentarzy - Skomentuj


Flashdance

Więc to chyba jest taka reguła, że nie warto odświeżać kultowych filmów z młodości, bo zostaje tylko żal i przewracanie oczami. Oraz może tylko ja tak mam, że straszliwie irytuje mnie brak logiki scenariusza, a to już sprawia, że włącza mi się tryb Waldorfa i Statlera przy oglądaniu i wzruszenia już nie ma.

18-letnia Alex, która przyjechała do Wielkiego Amerykańskiego Miasta z prowincji, mieszka w przerobionym na loft starym magazynie. Zarabia jako spawaczka w fabryce, chociaż w żadnej ze scen nie widać, żeby to, co robi, miało jakikolwiek sens biznesowy (mieliśmy z TŻ-em wrażenie, że mają tam jakiś magazyn złomu i jedni to tną na kawałki, a drudzy spawają z powrotem do kupy). Czasem chodzi do spowiedzi do milczącego księdza, gdzie opowiada, że zgrzeszyła, bo skłamała oraz że myśli o seksie. I marzy o zostaniu zawodową tancerką, a na razie wieczorami tańczy w barze z hamburgerami, który oprócz jedzenia i napitków serwuje też wyrafinowany (jak na lata 80.) program artystyczny; a to dziewczęta tańczą i zrzucają większość szatek, a to kucharz robi stand-up. Ponieważ Alex jest gładka na buzi i należycie rozczochrana, zaczyna interesować się nią właściciel fabryki, w której dziewczę pracuje. Oczywiście bogaty i bardzo atrakcyjny, mimo że dwukrotnie od Alex starszy. Początkowo nie chce się z nim umówić, ale wystarczy, że ten podjedzie po nią porschem i zasugeruje, że skoro nie chce iść na randkę z szefem, to może ją zwolnić, skrupuły magicznie mijają (o tempora, o mores). Z seksu się już Alex nie spowiada. Związek jest burzliwy - ona jeździ rowerem, on za nią samochodem, ona wybija mu okno, bo zobaczyła go z byłą żoną i podejrzewała zdradę, on zaprasza ją do eleganckiej restauracji, gdzie ona - żeby zirytować byłą żonę - rozbiera się z górnej części garderoby, emitując prawie goły biust i symulując fellatio na kawałku kraba. Idzie do Szkoły Baletowej, ale nie składa podania, bo inne dziewczynki w kolejce robią sobie z niej podśmiechujki (oraz bo nie ma udokumentowanego doświadczenia, a bar/klub go-go nie wydaje dyplomów). Kiedy przyjaciółce Alex nie udaje się przejść przez eliminacje w zawodach jazdy na lodzie i rzuca wszystko, żeby pracować w klubie erotycznym, Alex jednak się spina mentalnie i składa papiery do szkoły. Jej absztyfikant dzwoni do kogo trzeba, więc Alex dostaje zaproszenie na przesłuchanie; oczywiście wpada we wściekłość, kiedy się dowiaduje, że inaczej prawdopodobnie nie miałaby szansy. Ale nic to, idzie, tańczy "What a feeling", tłumy wiwatują. Sama scena przesłuchania w ogóle jest przepyszna - jeden z jurorów pali cygaro i ma szkła w okularach prawie centymetrowej grubości, drugi ma katar, a sekretarka przyjmująca wcześniej dokumenty Alex wygląda, jakby właśnie się w Alex zakochała i zaraz straci oddech.

Żeby nie było - Jennifer Beals jest śliczna jak mały szczeniaczek, taniec jest widowiskowy (nawet jak tańczą na ulicy przypadkowi przechodnie, mistrzowie breakdance), mimo że sceny były filmowane z dublerami (rzeczywiście w jednej widać wąsa tancerza!) i muzyka odświeża wspomnienia. Ale całościowo - smuteczek raczej.

Macie jakieś kultówki, które i dzisiaj da się obejrzeć z takim samym napięciem, jak 20+ lat temu? Przychodzi mi do głowy "Pump up the volume" i "Reality bites", które i dziś oglądam bez przykrości mimo pewnej ramotkowatości.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 18, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Flashdance

Więc to chyba jest taka reguła, że nie warto odświeżać kultowych filmów z młodości, bo zostaje tylko żal i przewracanie oczami. Oraz może tylko ja tak mam, że straszliwie irytuje mnie brak logiki scenariusza, a to już sprawia, że włącza mi się tryb Waldorfa i Statlera przy oglądaniu i wzruszenia już nie ma.

18-letnia Alex, która przyjechała do Wielkiego Amerykańskiego Miasta z prowincji, mieszka w przerobionym na loft starym magazynie. Zarabia jako spawaczka w fabryce, chociaż w żadnej ze scen nie widać, żeby to, co robi, miało jakikolwiek sens biznesowy (mieliśmy z TŻ-em wrażenie, że mają tam jakiś magazyn złomu i jedni to tną na kawałki, a drudzy spawają z powrotem do kupy). Czasem chodzi do spowiedzi do milczącego księdza, gdzie opowiada, że zgrzeszyła, bo skłamała oraz że myśli o seksie. I marzy o zostaniu zawodową tancerką, a na razie wieczorami tańczy w barze z hamburgerami, który oprócz jedzenia i napitków serwuje też wyrafinowany (jak na lata 80.) program artystyczny; a to dziewczęta tańczą i zrzucają większość szatek, a to kucharz robi stand-up. Ponieważ Alex jest gładka na buzi i należycie rozczochrana, zaczyna interesować się nią właściciel fabryki, w której dziewczę pracuje. Oczywiście bogaty i bardzo atrakcyjny, mimo że dwukrotnie od Alex starszy. Początkowo nie chce się z nim umówić, ale wystarczy, że ten podjedzie po nią porschem i zasugeruje, że skoro nie chce iść na randkę z szefem, to może ją zwolnić, skrupuły magicznie mijają (o tempora, o mores). Z seksu się już Alex nie spowiada. Związek jest burzliwy - ona jeździ rowerem, on za nią samochodem, ona wybija mu okno, bo zobaczyła go z byłą żoną i podejrzewała zdradę, on zaprasza ją do eleganckiej restauracji, gdzie ona - żeby zirytować byłą żonę - rozbiera się z górnej części garderoby, emitując prawie goły biust i symulując fellatio na kawałku kraba. Idzie do Szkoły Baletowej, ale nie składa podania, bo inne dziewczynki w kolejce robią sobie z niej podśmiechujki (oraz bo nie ma udokumentowanego doświadczenia, a bar/klub go-go nie wydaje dyplomów). Kiedy przyjaciółce Alex nie udaje się przejść przez eliminacje w zawodach jazdy na lodzie i rzuca wszystko, żeby pracować w klubie erotycznym, Alex jednak się spina mentalnie i składa papiery do szkoły. Jej absztyfikant dzwoni do kogo trzeba, więc Alex dostaje zaproszenie na przesłuchanie; oczywiście wpada we wściekłość, kiedy się dowiaduje, że inaczej prawdopodobnie nie miałaby szansy. Ale nic to, idzie, tańczy "What a feeling", tłumy wiwatują. Sama scena przesłuchania w ogóle jest przepyszna - jeden z jurorów pali cygaro i ma szkła w okularach prawie centymetrowej grubości, drugi ma katar, a sekretarka przyjmująca wcześniej dokumenty Alex wygląda, jakby właśnie się w Alex zakochała i zaraz straci oddech.

Żeby nie było - Jennifer Beals jest śliczna jak mały szczeniaczek, taniec jest widowiskowy (nawet jak tańczą na ulicy przypadkowi przechodnie, mistrzowie breakdance), mimo że sceny były filmowane z dublerami (rzeczywiście w jednej widać wąsa tancerza!) i muzyka odświeża wspomnienia. Ale całościowo - smuteczek raczej.

Macie jakieś kultówki, które i dzisiaj da się obejrzeć z takim samym napięciem, jak 20+ lat temu? Przychodzi mi do głowy "Pump up the volume" i "Reality bites", które i dziś oglądam bez przykrości mimo pewnej ramotkowatości.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 18, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj