Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Michael Haag - Durrellowie z Korfu

Za sprawą świetnego brytyjskiego serialu, który niedawno się pojawił, powstała kolejna wersja historii nietypowej rodziny, która uciekając przed długami, depresją i angielską mżawką, osiedliła się w latach 30. na Korfu. Kolejna wersja, bo wcześniejsze pojawiły się za sprawą twórczości dwóch synów - Geralda (zwanego Gerrym) i Lawrence’a (zwanego Larrym), a każda z nich opowiadała jakiś absolutnie subiektywny wycinek wspomnień.

Bogata w zdjęcia historia rodziny Durrellów, głównie skupiona jest na okresie spędzonym przez Durrelów na Korfu i próbuje namierzać rozjazdy między prozą Gerry’ego i Larry’ego a bardziej obiektywnymi źródłami. I jakkolwiek przeczytałam całość z zainteresowaniem, tak nie wiem, czy lektura cokolwiek wniosła do mojego postrzegania bohaterów. Są rzeczy świeże - dramatyczna historia śmierci Durella seniora, ewakuacja z Korfu (w tym krótka, ale wstrząsająca informacja o cesarskim cięciu na żywo u Margo) i epilog, oszczędnie opisujący losy rodziny po powrocie z wyspy - ale to trochę mało, żeby do książki wracać. Chyba że po zdjęcia, zdjęć jest sporo.

Dziękuję C. za pożyczenie.

#84

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 8, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, biografia, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Haag - Durrellowie z Korfu

Za sprawą świetnego brytyjskiego serialu, który niedawno się pojawił, powstała kolejna wersja historii nietypowej rodziny, która uciekając przed długami, depresją i angielską mżawką, osiedliła się w latach 30. na Korfu. Kolejna wersja, bo wcześniejsze pojawiły się za sprawą twórczości dwóch synów - Geralda (zwanego Gerrym) i Lawrence’a (zwanego Larrym), a każda z nich opowiadała jakiś absolutnie subiektywny wycinek wspomnień.

Bogata w zdjęcia historia rodziny Durrellów, głównie skupiona jest na okresie spędzonym przez Durrelów na Korfu i próbuje namierzać rozjazdy między prozą Gerry’ego i Larry’ego a bardziej obiektywnymi źródłami. I jakkolwiek przeczytałam całość z zainteresowaniem, tak nie wiem, czy lektura cokolwiek wniosła do mojego postrzegania bohaterów. Są rzeczy świeże - dramatyczna historia śmierci Durella seniora, ewakuacja z Korfu (w tym krótka, ale wstrząsająca informacja o cesarskim cięciu na żywo u Margo) i epilog, oszczędnie opisujący losy rodziny po powrocie z wyspy - ale to trochę mało, żeby do książki wracać. Chyba że po zdjęcia, zdjęć jest sporo.

Dziękuję C. za pożyczenie.

#84

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 8, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, biografia, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Bohemian Rhapsody

Zacznę od tzw. części osobistej, bo film już wszyscy zdążyli obejrzeć. W 1991 roku Queen znałam głównie z Listy Przebojów Programu III i, okazjonalnie, z teledysków w telewizji (zwłaszcza fantastycznego, niepokojącego teledysku do Radio GaGa). Właśnie wyszła płyta Innuendo, kończąca się piosenką-deklaracją “Show must go on”; wiadomość o śmierci Freddiego Mercurego była absolutnie niespodziewana. I polaryzująca - jak u Sistermoon, rodzice i nauczyciele (a przynajmniej ci, którzy w ogóle ogarniali rzeczywistość poza Polską) byli raczej po stronie moralizatorsko-homofobicznej (“jakby nie ćpał i nie był gejem, to by nie złapał AIDS”) - co tylko pogłębiało konflikt pokoleń. Nie byłam (i nie zostałam) ultra-fanką, ale większość tekstów, zwłaszcza tych, z którym się wówczas identyfikowałam typu “I want to break free”, znałam na pamięć. Do dziś została mi ogromna sympatia do mężczyzn z makijażem (chociaż nie ukrywam, że raczej wolę andogyniczne typy jak Prince) i w damskich fatałaszkach.

Wracając do meritum, to absolutnie nie oczekiwałam od Bohemian Rhapsody ani wierności historii (zwłaszcza że zasadne jest pytanie - czyjej historii, skoro główny bohater nie żyje, a każdy z pozostałych miał inną, osobistą perspektywę), ani chronologii, ani obiektywizmu. Nie rozczarowałam się - to ponad 2 godziny muzyki, kolorów i doskonałej kreacji Ramiego Maleka[1]; drugi plan też nie rozczarowuje, łapałam się parokrotnie na myśli, że odtwórcy ról Deacona czy Maya są spokrewnieni z oryginalnymi postaciami. Wzruszająca scena w szpitalu i jako finał bezbłędny, mam wrażenie, że nawet lepszy od oryginału, koncert na Wembley. Oraz oczywiście że śpiewałam w kinie.

[1] Wiadomo, do momentu kiedy Malek nie zahodował sobie wąsa à la Tom of Finland, i tak miałam wrażenie, że za chwilę wyciągnie laptop i zasugeruje chłopakom, żeby jednak włamać się do E Corpu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 2, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Bohemian Rhapsody

Zacznę od tzw. części osobistej, bo film już wszyscy zdążyli obejrzeć. W 1991 roku Queen znałam głównie z Listy Przebojów Programu III i, okazjonalnie, z teledysków w telewizji (zwłaszcza fantastycznego, niepokojącego teledysku do Radio GaGa). Właśnie wyszła płyta Innuendo, kończąca się piosenką-deklaracją “Show must go on”; wiadomość o śmierci Freddiego Mercurego była absolutnie niespodziewana. I polaryzująca - jak u Sistermoon, rodzice i nauczyciele (a przynajmniej ci, którzy w ogóle ogarniali rzeczywistość poza Polską) byli raczej po stronie moralizatorsko-homofobicznej (“jakby nie ćpał i nie był gejem, to by nie złapał AIDS”) - co tylko pogłębiało konflikt pokoleń. Nie byłam (i nie zostałam) ultra-fanką, ale większość tekstów, zwłaszcza tych, z którym się wówczas identyfikowałam typu “I want to break free”, znałam na pamięć. Do dziś została mi ogromna sympatia do mężczyzn z makijażem (chociaż nie ukrywam, że raczej wolę andogyniczne typy jak Prince) i w damskich fatałaszkach.

Wracając do meritum, to absolutnie nie oczekiwałam od Bohemian Rhapsody ani wierności historii (zwłaszcza że zasadne jest pytanie - czyjej historii, skoro główny bohater nie żyje, a każdy z pozostałych miał inną, osobistą perspektywę), ani chronologii, ani obiektywizmu. Nie rozczarowałam się - to ponad 2 godziny muzyki, kolorów i doskonałej kreacji Ramiego Maleka[1]; drugi plan też nie rozczarowuje, łapałam się parokrotnie na myśli, że odtwórcy ról Deacona czy Maya są spokrewnieni z oryginalnymi postaciami. Wzruszająca scena w szpitalu i jako finał bezbłędny, mam wrażenie, że nawet lepszy od oryginału, koncert na Wembley. Oraz oczywiście że śpiewałam w kinie.

[1] Wiadomo, do momentu kiedy Malek nie zahodował sobie wąsa à la Tom of Finland, i tak miałam wrażenie, że za chwilę wyciągnie laptop i zasugeruje chłopakom, żeby jednak włamać się do E Corpu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 2, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Kate Atkinson - Transciption

Życie Juliet Montgomery pokazane jest w trzech odsłonach - w 1981 roku niespełna 60-letnia Juliet w dramatycznej chwili przypomina sobie swoją przeszłość: tę z 1940, z czasów, kiedy jako 18-latka pracowała w Secret Service i tę 10 lat późniejszą, kiedy już dojrzała 28-latka była producentką radiową w BBC. Książka zbudowana jest jak lejek - wspomnienia przenoszą Juliet najpierw do 1950 roku, kiedy to spotyka na ulicy Godfreya Toby’ego, kogoś, kto w przeszłości był dla niej ważny, ale teraz jej nie poznał. To z kolei przenosi ją (i czytelnika) do 1940 roku. Jak większość Brytyjczyków, w 1940 roku (kiedy dotarła do Wielkiej Brytanii groźba, że Hitler jednak jest dla nich też potencjalnie niebezpieczny) wciągnęło ją Ministerstwo Wojny i po dziwnej rozmowie “rekrutacyjnej” trafiła najpierw za biuro do obsługi i archiwizowania przychodzących na tony dokumentów, a potem wybrano ją do tajnej akcji. Miała spisywać transkrypcje (stąd tytuł) rozmów agenta MI5 Toby’ego, który udawał agenta gestapo i dzięki temu sprytnemu zabiegowi przechwytywał informacje londyńskiej Piątej Kolumny[1]. Dla Juliet to też wejście w świat fikcji i udawania; szybko zostaje zaangażowana w inwigilację środowiska dam wspierających Hitlera, udając ich sojuszniczkę. I ogromna chęć bycia kochaną przez swojego bezpośredniego szefa, Perry’ego. Na początku 18-latka traktuje to jako przygodę, ale w pewnym momencie dociera do niej, że weszła w świat wojny równie brutalnej co ta na froncie. Po 10 latach, chwilę po wyrywającym ją ze spokojnej równowagi spotkaniu z agentem Tobym, dostaje anonim, który burzy jej spokój całkowicie. Okazuje się, że koniec wojny wcale nie oznaczał ani dla MI5, ani dla Juliet złożenia broni.

Nie wiem, jak Atkinson (a wcześniej Willis czy Morton) to robi, ale wojenny Londyn jest absolutnie realny, codzienne życie - grzanie wody na herbatę, zasypianie z mgłą za oknem, ludzie mijani na ulicy. Również ten powojenny - wczesne lata BBC, egzotyka programów nadawanych na żywo czy na “pół” żywo, które mogły zniknąć na zawsze wraz ze zgubioną taśmą; to też przypomina mi rejwach w opowieściach Willis o organizacji podróży w czasie. Mimo to nie jest to moja ulubiona książka - ma wadę współdzieloną przez chyba wszystkie książki szpiegowskie: dwuznaczność moralną postaci (bo czy zabicie wroga systemu automatycznie zdejmuje z kogoś odium mordercy?), ciągnące się bez końca zależności i uwikłania czy odpowiedzialność za swoje czyny (nawet wykonane jako polecenie służbowe!). I zakończenie. Nie polubiłam zakończenia.

[1] To w ogóle ciekawy wątek - brytyjska szlachta była gęsto spowinowacona z niemiecką (patrz chociażby drzewo genealogiczne rodziny królewskiej), dodatkowo sporo ludzi u władzy uważało, że będzie bezpieczniej dla kraju zostać sojusznikiem Rzeszy.

Inne tej autorki tutaj.

#83

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 1, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Kate Atkinson - Transciption

Życie Juliet Montgomery pokazane jest w trzech odsłonach - w 1981 roku niespełna 60-letnia Juliet w dramatycznej chwili przypomina sobie swoją przeszłość: tę z 1940, z czasów, kiedy jako 18-latka pracowała w Secret Service i tę 10 lat późniejszą, kiedy już dojrzała 28-latka była producentką radiową w BBC. Książka zbudowana jest jak lejek - wspomnienia przenoszą Juliet najpierw do 1950 roku, kiedy to spotyka na ulicy Godfreya Toby’ego, kogoś, kto w przeszłości był dla niej ważny, ale teraz jej nie poznał. To z kolei przenosi ją (i czytelnika) do 1940 roku. Jak większość Brytyjczyków, w 1940 roku (kiedy dotarła do Wielkiej Brytanii groźba, że Hitler jednak jest dla nich też potencjalnie niebezpieczny) wciągnęło ją Ministerstwo Wojny i po dziwnej rozmowie “rekrutacyjnej” trafiła najpierw za biuro do obsługi i archiwizowania przychodzących na tony dokumentów, a potem wybrano ją do tajnej akcji. Miała spisywać transkrypcje (stąd tytuł) rozmów agenta MI5 Toby’ego, który udawał agenta gestapo i dzięki temu sprytnemu zabiegowi przechwytywał informacje londyńskiej Piątej Kolumny[1]. Dla Juliet to też wejście w świat fikcji i udawania; szybko zostaje zaangażowana w inwigilację środowiska dam wspierających Hitlera, udając ich sojuszniczkę. I ogromna chęć bycia kochaną przez swojego bezpośredniego szefa, Perry’ego. Na początku 18-latka traktuje to jako przygodę, ale w pewnym momencie dociera do niej, że weszła w świat wojny równie brutalnej co ta na froncie. Po 10 latach, chwilę po wyrywającym ją ze spokojnej równowagi spotkaniu z agentem Tobym, dostaje anonim, który burzy jej spokój całkowicie. Okazuje się, że koniec wojny wcale nie oznaczał ani dla MI5, ani dla Juliet złożenia broni.

Nie wiem, jak Atkinson (a wcześniej Willis czy Morton) to robi, ale wojenny Londyn jest absolutnie realny, codzienne życie - grzanie wody na herbatę, zasypianie z mgłą za oknem, ludzie mijani na ulicy. Również ten powojenny - wczesne lata BBC, egzotyka programów nadawanych na żywo czy na “pół” żywo, które mogły zniknąć na zawsze wraz ze zgubioną taśmą; to też przypomina mi rejwach w opowieściach Willis o organizacji podróży w czasie. Mimo to nie jest to moja ulubiona książka - ma wadę współdzieloną przez chyba wszystkie książki szpiegowskie: dwuznaczność moralną postaci (bo czy zabicie wroga systemu automatycznie zdejmuje z kogoś odium mordercy?), ciągnące się bez końca zależności i uwikłania czy odpowiedzialność za swoje czyny (nawet wykonane jako polecenie służbowe!). I zakończenie. Nie polubiłam zakończenia.

[1] To w ogóle ciekawy wątek - brytyjska szlachta była gęsto spowinowacona z niemiecką (patrz chociażby drzewo genealogiczne rodziny królewskiej), dodatkowo sporo ludzi u władzy uważało, że będzie bezpieczniej dla kraju zostać sojusznikiem Rzeszy.

Inne tej autorki tutaj.

#83

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 1, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


John O’Farrell - Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie

Ogólnie wiadomo, że mężowie z czasem przestają słuchać swoich żon (pozdrawiam!) oraz zapominać o ważnych rzeczach związanych z domem, dziećmi i żoną (rocznica ślubu, zrobić zakupy, powiesić oprawione zdjęcia). Vaughan zapomniał nagle o wszystkim - kim jest, gdzie mieszka, gdzie pracuje, że w ogóle ma żonę i dzieci (zachowując jednak pamięć o otaczającym świecie czy technologii). Zatarła się ta część pamięci, która przechowywała sprawy prywatne. W szpitalu, kiedy już lekarze uwierzyli, że nie symuluje, przypomniał sobie numer telefonu do swojego najlepszego kumpla[1] i zaczął powoli odzyskiwać swoje życie. Nie nastroiło go pozytywnie to, że piękna kobieta, przedstawiona mu jako jego żona, nienawidzi go i właśnie się z nim rozwodzi. Problemy się zaczęły mnożyć, kiedy rozpoczął odkrywać kolejne urywki ze swojej historii, bo okazało się, że był (jest?) osobą antypatyczną, nieprzyjemną i często powodującą konflikty, znienawidzoną w szkole, w której uczył historii. Kiedy z zewnątrz, bez zaangażowania emocjonalnego zaczął oceniać swoje zachowanie np. na filmie nagranym podczas rodzinnego grilla, dotarło do niego, że jego żona podjęła sensowną decyzję o rozstaniu. Czując, że jest zupełnie innym człowiekiem niż był, próbuje więc - mniej lub bardziej zgrabnie - ratować swój związek.

Jest to, jak inne tego autora, książka humorystyczna (ale bez drwiny, serio zabawna[2]), nie spodziewałam się moralitetu i realności zachowania. Pomysł próby odtworzenia swojego życia przez publicznie dostępną stronę w Wikipedii są urocze, podobnie wspomnienia, wyciągane z niepamięci. Trochę scen wzruszających, trochę wymagających silnego kołka do zawieszania niewiary, trochę gorzkich (z dziećmi, świadkami walki rodziców). Nieźli bohaterowie drugoplanowi (wspomniany kolega-moron czy nadaktywna teściowa). Rozwiązanie fabularne finału jest dość karkołomne, ale to nie szwedzki kryminał, tylko angielska klasa średnia.

[1] Który był, oględnie mówiąc, moronem. Wyobraźcie sobie, że Wasz najlepszy przyjaciel traci pamięć, o czym mu mówicie? O swoim życiu prywatnym i wspólnych balangach, kłamiąc co jakiś czas dla zabawy, czy jednak rozpoczynacie od tego, gdzie mieszka, z kim jest w związku, że ma dzieci, umierającego ojca w szpitalu? No właśnie.

[2]

Spojrzeli na siebie, delikatnie potrząsnęli z irytacją głowami i wrócili do szukania podobieństw pomiędzy moim wyglądem a zdjęciem [zaginionej] nastolatki, sikha i Jacka Russella terriera, który jak przynajmniej przyznali, znalazł się w niewłaściwym segregatorze.
Dopiero koło czterdziestki jest czas, by wreszcie złapać oddech, przeanalizować wszystko i zastanowić się, w jakim jest się punkcie i co się osiągnęło. I wtedy zdajemy sobie sprawę, że jest to dalekie od tego, na co liczyliśmy i leniwie oczekiwaliśmy, że samo z siebie się wydarzy. Czterdziestka to Dekada Rozczarowań.

Inne tego autora tutaj.

#82

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 27, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


John O’Farrell - Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie

Ogólnie wiadomo, że mężowie z czasem przestają słuchać swoich żon (pozdrawiam!) oraz zapominać o ważnych rzeczach związanych z domem, dziećmi i żoną (rocznica ślubu, zrobić zakupy, powiesić oprawione zdjęcia). Vaughan zapomniał nagle o wszystkim - kim jest, gdzie mieszka, gdzie pracuje, że w ogóle ma żonę i dzieci (zachowując jednak pamięć o otaczającym świecie czy technologii). Zatarła się ta część pamięci, która przechowywała sprawy prywatne. W szpitalu, kiedy już lekarze uwierzyli, że nie symuluje, przypomniał sobie numer telefonu do swojego najlepszego kumpla[1] i zaczął powoli odzyskiwać swoje życie. Nie nastroiło go pozytywnie to, że piękna kobieta, przedstawiona mu jako jego żona, nienawidzi go i właśnie się z nim rozwodzi. Problemy się zaczęły mnożyć, kiedy rozpoczął odkrywać kolejne urywki ze swojej historii, bo okazało się, że był (jest?) osobą antypatyczną, nieprzyjemną i często powodującą konflikty, znienawidzoną w szkole, w której uczył historii. Kiedy z zewnątrz, bez zaangażowania emocjonalnego zaczął oceniać swoje zachowanie np. na filmie nagranym podczas rodzinnego grilla, dotarło do niego, że jego żona podjęła sensowną decyzję o rozstaniu. Czując, że jest zupełnie innym człowiekiem niż był, próbuje więc - mniej lub bardziej zgrabnie - ratować swój związek.

Jest to, jak inne tego autora, książka humorystyczna (ale bez drwiny, serio zabawna[2]), nie spodziewałam się moralitetu i realności zachowania. Pomysł próby odtworzenia swojego życia przez publicznie dostępną stronę w Wikipedii są urocze, podobnie wspomnienia, wyciągane z niepamięci. Trochę scen wzruszających, trochę wymagających silnego kołka do zawieszania niewiary, trochę gorzkich (z dziećmi, świadkami walki rodziców). Nieźli bohaterowie drugoplanowi (wspomniany kolega-moron czy nadaktywna teściowa). Rozwiązanie fabularne finału jest dość karkołomne, ale to nie szwedzki kryminał, tylko angielska klasa średnia.

[1] Który był, oględnie mówiąc, moronem. Wyobraźcie sobie, że Wasz najlepszy przyjaciel traci pamięć, o czym mu mówicie? O swoim życiu prywatnym i wspólnych balangach, kłamiąc co jakiś czas dla zabawy, czy jednak rozpoczynacie od tego, gdzie mieszka, z kim jest w związku, że ma dzieci, umierającego ojca w szpitalu? No właśnie.

[2]

Spojrzeli na siebie, delikatnie potrząsnęli z irytacją głowami i wrócili do szukania podobieństw pomiędzy moim wyglądem a zdjęciem [zaginionej] nastolatki, sikha i Jacka Russella terriera, który jak przynajmniej przyznali, znalazł się w niewłaściwym segregatorze.
Dopiero koło czterdziestki jest czas, by wreszcie złapać oddech, przeanalizować wszystko i zastanowić się, w jakim jest się punkcie i co się osiągnęło. I wtedy zdajemy sobie sprawę, że jest to dalekie od tego, na co liczyliśmy i leniwie oczekiwaliśmy, że samo z siebie się wydarzy. Czterdziestka to Dekada Rozczarowań.

Inne tego autora tutaj.

#82

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 27, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Cormac McCarthy - Droga

Świat się skończył, nie wiadomo dlaczego. Zimno, nie ma już słońca, przemysłu, rządów, prądu. Po popiołach cywilizacji idą ojciec z synem, pchając sklepowy wózek z zapasami, znalezionymi po drodze. Idą, bo nie jest bezpiecznie zostawać w jednym miejscu, a dodatkowo na wybrzeżu jest cieplej. Czasem są głodni, czasem muszą uciekać przed ludźmi, którzy mogą ich skrzywdzić. Bo nie ma już zwierząt, ale najgroźniejszym drapieżnikiem jest człowiek, odarty ze społecznych konwencji, skupiony na przeżyciu zdziczały kanibal. Narratorem jest ojciec, który ma scenariusz na sytuację, kiedy jego syn umrze (jedyna kula w pistolecie), ale nie jest w stanie przejść do wyobrażenia sobie tego, co się stanie z odwrotną kolejnością. Co robić, jeśli on już wie, że nie ma nadziei, ale ze wszystkich sił chce sprawić, żeby jego syn miał siłę na kolejne dni. Pada najważniejsze pytanie: “A skąd wiemy, że to my jesteśmy ci dobrzy, tatusiu?”.

I może jest to kolejna powieść katastroficzna, ale taka, że z przerażeniem wyglądasz przez okno i idziesz przytulić dziecko. To się mogło zdarzyć w czasie Zimnej Wojny, to się może zdarzyć jutro. Już same rozważania o wyborze śmierci dziecka jako mniejszego zła przyprawiają o dreszcze. Oszczędna forma - krótkie, mocne zdania, nieprzypisane dialogi, przemieszanie wspomnień ojca o świecie, w którym desygnaty pojęć straciły już swoje znaczenie z obserwacją umierającego świata bez przyszłości, to wszystko sprawia, że to bolesna lektura, w której można znaleźć (przynajmniej ja znalazłam) obicie swoich lęków macierzyńskich. Podobny strach odczuwałam lata temu przy "Ostatnim brzegu" Shute'a.

#81

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2018 - 1 komentarz - Skomentuj


Cormac McCarthy - Droga

Świat się skończył, nie wiadomo dlaczego. Zimno, nie ma już słońca, przemysłu, rządów, prądu. Po popiołach cywilizacji idą ojciec z synem, pchając sklepowy wózek z zapasami, znalezionymi po drodze. Idą, bo nie jest bezpiecznie zostawać w jednym miejscu, a dodatkowo na wybrzeżu jest cieplej. Czasem są głodni, czasem muszą uciekać przed ludźmi, którzy mogą ich skrzywdzić. Bo nie ma już zwierząt, ale najgroźniejszym drapieżnikiem jest człowiek, odarty ze społecznych konwencji, skupiony na przeżyciu zdziczały kanibal. Narratorem jest ojciec, który ma scenariusz na sytuację, kiedy jego syn umrze (jedyna kula w pistolecie), ale nie jest w stanie przejść do wyobrażenia sobie tego, co się stanie z odwrotną kolejnością. Co robić, jeśli on już wie, że nie ma nadziei, ale ze wszystkich sił chce sprawić, żeby jego syn miał siłę na kolejne dni. Pada najważniejsze pytanie: “A skąd wiemy, że to my jesteśmy ci dobrzy, tatusiu?”.

I może jest to kolejna powieść katastroficzna, ale taka, że z przerażeniem wyglądasz przez okno i idziesz przytulić dziecko. To się mogło zdarzyć w czasie Zimnej Wojny, to się może zdarzyć jutro. Już same rozważania o wyborze śmierci dziecka jako mniejszego zła przyprawiają o dreszcze. Oszczędna forma - krótkie, mocne zdania, nieprzypisane dialogi, przemieszanie wspomnień ojca o świecie, w którym desygnaty pojęć straciły już swoje znaczenie z obserwacją umierającego świata bez przyszłości, to wszystko sprawia, że to bolesna lektura, w której można znaleźć (przynajmniej ja znalazłam) obicie swoich lęków macierzyńskich. Podobny strach odczuwałam lata temu przy "Ostatnim brzegu" Shute'a.

#81

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2018 - 1 komentarz - Skomentuj