Stanisław Goszczurny - Sylwestrowa noc #17
Lista osób:
- Zofia Soja - zaginiona, lubi się zabawić, ale niekoniecznie z mężem
- Adam Soja - niezbyt stroskany mąż, lubi wypić z każdym
- Marta Zawada - koleżanka Zofii, stateczniejsza mężatka
- major Wyzga - prowadzi śledztwo
- kapital Kowal - jak wyżej
- Sierżant Sitek - ma nastroszone brwi, ale pogodną twarz
- Matysik - dozorca w Domu Kultury, czasem wykidajło
- kapitan Kazimierz Mazur - komendant z Nowego Portu, kolega Kowala
- Ian Bergsen - Szwed, marynarz z Ingeborgi, lubi polskie dziewczęta
- Elżbieta Fryc - koleżanka Sojowej, pielęgniarka
- Aniela Kraś - sprzątaczka na dworcu, znalazła torebkę zaginionej
- Antoni Kawka - dozorca z cukrowni, nie odmawia, jak ktoś przynosi alkohol
- Józefa Kawkowa - mąż pijak, syn siedzi w więzieniu, takie życie
10 stycznia. Na komisariat w trójmiejskim Nowym Porcie zgłasza się obywatel Soja i z zaniepokojeniem informuje, że zaginęła mu w Sylwestra małżonka, Zofia (również Soja). Wyszli z potańcówki pokłóceni, on przysnął na stacji, a jak się obudził, to jej już nie było. Major Wyzga i kapitan Kowal rozpoczynają poszukiwania - odpytują wspólnych znajomych pary, szukają marynarza, z którym Zofia tańczyła, ale co ciekawe, nie sprawdzają w miejscu pracy zaginionej, czy nie ma od niej żadnej wiadomości. Mimo mocno ograniczonych możliwości (nie ma kamer, telefonów komórkowych czy śladów płatności) udaje im się wyśledzić, co naprawdę zdarzyło się 10 dni wcześniej. Przestępca, któremu rzucono w twarz fakty, opuszcza głowę i się przyznaje.
Się pali: giewonty.
Się nosi w torebce: pantofle (na zmianę), szalik, chusteczkę, kosmetyczkę, gumkę od weka i dowód osobisty.
Adam Hauert - Dlaczego pan zabił moją mamę? #19
Lista osób:
- kapitan Zbigniew Bolski - taki polski James Bond, tylko lepszy
- kapitan Syk - humorzasty jak baba
- Barbara Kułacka (24) - aktorka z Łodzi, raczej wulgarna
- Blanka - nieudana podrywka Bolskiego, pojawia się anegdotycznie
- Dorotka Kostrzewska - szuka mamy
- Joanna Kostrzewska (29) - aktorka, rozwiedziona i zaginiona
- sierżant Ryszard Wronik - ekspert od załatwiania spraw, ma instynkt
- Henryk Jakubiak - zalewa robaka przy barze, dawna miłość Kostrzewskiej
- Tino Ferretti (38) - żonaty Włoch, aktualna miłość Kostrzewskiej
- Alfred Tobrucki - alter ego Bolskiego
- pani Ferretti - rasowa Włoszka
Zwykle nie mam problemu z wywęszeniem propagandy w peerelowskich kryminałkach, ale w przypadku tego tomiku zdecydowanie węszę ewidentną szyderę. Śledztwo w sprawie utopionej (a wcześniej otrutej) kobiety oraz pisanych dziecięcą ręką anonimów, przeplatane jest dygresjami o dawnych sprawach kapitana Bolskiego, który dzięki błyskotliwej inteligencji, znajomości życia wyższych sfer, urokowi osobistemu[1] oraz wykształceniu prawniczemu (przed wstąpieniem do milicji był prawnikiem) rozwiązał, na przykład kradzieży ryb w transporcie czy skrywanej ciąży u psów.
Kapitan Bolski był dandysem: “elegancki, zawsze ogolony; major podejrzewał go o używanie wyłącznie angielskich perfum; Bolski zresztą sam bardzo się sobie podobał. Opowiadano o nim w komendzie, że kiedy dostał nagle, nie wiadomo dlaczego, kostropatej wysypki - przestał nawet pić w trosce o urodę. Na szczęście okazało się, że to nie od jarzębiaku, w związku z czym mógł dalej pić bez przeszkód, co zresztą wcale mu nie przeszkadzało w doskonałym wywiązywaniu się z obowiązków służbowych”. Jego współpracownik, plutonowy Wronik, to z kolei odpowiednik Sancho Pansy - doskonały kierowca, bokser, często w pracy pomagał mu prawy sierpowy. I ten duet dostał do rozpracowania tzw. delikatną sprawę - ktoś rozesłał do kilku większych hoteli w polskich miastach (w tym do poznańskiego Merkurego) anonim z tytułową treścią.
Bolski zaczął od analizy gości hotelowych z hotelu w Warszawie, wykluczając np. aktora skazanego za bigamię, bo ten raczej się ponownie ożeni niż kobietę zamorduje. Potem odwiedził Poznań, gdzie koperta od anonimu skierowała go do Szczecina, gdzie rozpoczął wędrówkę od szkoły do szkoły, pokazując list nauczycielom i już trzeciego dnia znalazł autorkę listu. Połączenie jej matki z jednym z egzotycznych gości warszawskiego hotelu nie było trudne, więc obaj panowie w pożyczonym z komendy milicji krążowniku szos rozpoczęli pogoń przez pół Polski za przestępcą.
[1]
Korzystając ze swego znakomitego wyglądu, rozkochał kiedyś młodą dziewczynę, przy pomocy której usiłowano wywieźć z Polski większą ilość bezcennej, starej biżuterii. Dziewczyna doszła do wniosku, że lepsze parę dni miłości w kraju niż nie wiadomo jakie losy za granicą. (...) Bolski zresztą od pierwszej chwili oświadczył dziewczynie, że jest oficerem MO.
Na podstawie książki nakręcono jeden z odcinków “07 zgłoś się”.
Inne z tego cyklu tutaj.
#53
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 29, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2018, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Stanisław Goszczurny - Sylwestrowa noc #17
Lista osób:
- Zofia Soja - zaginiona, lubi się zabawić, ale niekoniecznie z mężem
- Adam Soja - niezbyt stroskany mąż, lubi wypić z każdym
- Marta Zawada - koleżanka Zofii, stateczniejsza mężatka
- major Wyzga - prowadzi śledztwo
- kapital Kowal - jak wyżej
- Sierżant Sitek - ma nastroszone brwi, ale pogodną twarz
- Matysik - dozorca w Domu Kultury, czasem wykidajło
- kapitan Kazimierz Mazur - komendant z Nowego Portu, kolega Kowala
- Ian Bergsen - Szwed, marynarz z Ingeborgi, lubi polskie dziewczęta
- Elżbieta Fryc - koleżanka Sojowej, pielęgniarka
- Aniela Kraś - sprzątaczka na dworcu, znalazła torebkę zaginionej
- Antoni Kawka - dozorca z cukrowni, nie odmawia, jak ktoś przynosi alkohol
- Józefa Kawkowa - mąż pijak, syn siedzi w więzieniu, takie życie
10 stycznia. Na komisariat w trójmiejskim Nowym Porcie zgłasza się obywatel Soja i z zaniepokojeniem informuje, że zaginęła mu w Sylwestra małżonka, Zofia (również Soja). Wyszli z potańcówki pokłóceni, on przysnął na stacji, a jak się obudził, to jej już nie było. Major Wyzga i kapitan Kowal rozpoczynają poszukiwania - odpytują wspólnych znajomych pary, szukają marynarza, z którym Zofia tańczyła, ale co ciekawe, nie sprawdzają w miejscu pracy zaginionej, czy nie ma od niej żadnej wiadomości. Mimo mocno ograniczonych możliwości (nie ma kamer, telefonów komórkowych czy śladów płatności) udaje im się wyśledzić, co naprawdę zdarzyło się 10 dni wcześniej. Przestępca, któremu rzucono w twarz fakty, opuszcza głowę i się przyznaje.
Się pali: giewonty.
Się nosi w torebce: pantofle (na zmianę), szalik, chusteczkę, kosmetyczkę, gumkę od weka i dowód osobisty.
Adam Hauert - Dlaczego pan zabił moją mamę? #19
Lista osób:
- kapitan Zbigniew Bolski - taki polski James Bond, tylko lepszy
- kapitan Syk - humorzasty jak baba
- Barbara Kułacka (24) - aktorka z Łodzi, raczej wulgarna
- Blanka - nieudana podrywka Bolskiego, pojawia się anegdotycznie
- Dorotka Kostrzewska - szuka mamy
- Joanna Kostrzewska (29) - aktorka, rozwiedziona i zaginiona
- sierżant Ryszard Wronik - ekspert od załatwiania spraw, ma instynkt
- Henryk Jakubiak - zalewa robaka przy barze, dawna miłość Kostrzewskiej
- Tino Ferretti (38) - żonaty Włoch, aktualna miłość Kostrzewskiej
- Alfred Tobrucki - alter ego Bolskiego
- pani Ferretti - rasowa Włoszka
Zwykle nie mam problemu z wywęszeniem propagandy w peerelowskich kryminałkach, ale w przypadku tego tomiku zdecydowanie węszę ewidentną szyderę. Śledztwo w sprawie utopionej (a wcześniej otrutej) kobiety oraz pisanych dziecięcą ręką anonimów, przeplatane jest dygresjami o dawnych sprawach kapitana Bolskiego, który dzięki błyskotliwej inteligencji, znajomości życia wyższych sfer, urokowi osobistemu[1] oraz wykształceniu prawniczemu (przed wstąpieniem do milicji był prawnikiem) rozwiązał, na przykład kradzieży ryb w transporcie czy skrywanej ciąży u psów.
Kapitan Bolski był dandysem: “elegancki, zawsze ogolony; major podejrzewał go o używanie wyłącznie angielskich perfum; Bolski zresztą sam bardzo się sobie podobał. Opowiadano o nim w komendzie, że kiedy dostał nagle, nie wiadomo dlaczego, kostropatej wysypki - przestał nawet pić w trosce o urodę. Na szczęście okazało się, że to nie od jarzębiaku, w związku z czym mógł dalej pić bez przeszkód, co zresztą wcale mu nie przeszkadzało w doskonałym wywiązywaniu się z obowiązków służbowych”. Jego współpracownik, plutonowy Wronik, to z kolei odpowiednik Sancho Pansy - doskonały kierowca, bokser, często w pracy pomagał mu prawy sierpowy. I ten duet dostał do rozpracowania tzw. delikatną sprawę - ktoś rozesłał do kilku większych hoteli w polskich miastach (w tym do poznańskiego Merkurego) anonim z tytułową treścią.
Bolski zaczął od analizy gości hotelowych z hotelu w Warszawie, wykluczając np. aktora skazanego za bigamię, bo ten raczej się ponownie ożeni niż kobietę zamorduje. Potem odwiedził Poznań, gdzie koperta od anonimu skierowała go do Szczecina, gdzie rozpoczął wędrówkę od szkoły do szkoły, pokazując list nauczycielom i już trzeciego dnia znalazł autorkę listu. Połączenie jej matki z jednym z egzotycznych gości warszawskiego hotelu nie było trudne, więc obaj panowie w pożyczonym z komendy milicji krążowniku szos rozpoczęli pogoń przez pół Polski za przestępcą.
[1]
Korzystając ze swego znakomitego wyglądu, rozkochał kiedyś młodą dziewczynę, przy pomocy której usiłowano wywieźć z Polski większą ilość bezcennej, starej biżuterii. Dziewczyna doszła do wniosku, że lepsze parę dni miłości w kraju niż nie wiadomo jakie losy za granicą. (...) Bolski zresztą od pierwszej chwili oświadczył dziewczynie, że jest oficerem MO.
Na podstawie książki nakręcono jeden z odcinków “07 zgłoś się”.
Inne z tego cyklu tutaj.
#53
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 29, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2018, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
1943, Węgry. 14-letnia Gina zostaje w zasadzie z dnia na dzień wysłana przez ukochanego ojca do przyklasztornego internatu w małym mieście. Jest tym faktem oburzona, bo decyzja została podjęta poza jej plecami, a ona byłaby absolutnie szczęśliwa, mogąc utrzymać aktualny tryb życia - ukochaną francuską guwernantkę, wesołą szkołę w okolicy domu i przyjęcia u ciotki, na których pojawia się jej adorator, porucznik Femi. Dodatkowo nie rozumie, czemu ojciec, z którym do tej pory dogadywała się doskonale, odmawia wyjaśnień, chociaż widać, że nie podjął tej decyzji z lekkim sercem. Szkoła okazuje się dramatyczna dla przyzwyczajonej do wygód, ładnych ubrań i flirtu dziewczyny - zakaz prywatnych rzeczy, włosy splątane w sztywne warkocze i prawie że więzienny rygor. Gina szybko wywołuje konflikt, który odsuwa ją od reszty klasy; uważa dziewczęta za idiotki, emocjonujące się obserwacją miłości między wychowawcami - śliczną diakonisą Zuzanną i przystojnym Kalmarem, czy bawiące się w infantylne gry, często kosztem mniej błyskotliwych nauczycieli (zwłaszcza nieporadnego Koniga). Irytuje ją zwłaszcza uwielbienie dla posągu młodej dziewczyny w ogrodzie, zwanego Abigel, któremu dziewczęta powierzają swoje tajemnice i proszą o pomoc w dramatycznych dla nich sytuacjach. Nieobecny ojciec, z którym nie może swobodnie porozmawiać i osłabiająca codzienna próba sił z dziewczętami popycha ją do podjęcia próby ucieczki, nieudanej. Przerażony ojciec przyjeżdża i wyjaśnia jej tym razem powody izolacji - szkoła nie jest więzieniem, tylko schronieniem przed wrogami ojca, zaangażowanego w węgierski ruch oporu.
Gina nagle dorasta, rozumiejąc, jak niemądre było jej wcześniejsze zachowanie - konflikt, ignorowanie opiekunów, walka z klasą; jest wojna, w której jej kraj opowiedział się po złej stronie. Zaczyna uważniej obserwować to, co dzieje się w szkole i wokół, odkrywając, że posąg Abigel może i nie jest sam w sobie cudowny, ale służy jako skrzynka kontaktowa, a w mieście działa ruch oporu.
Absurdalnie, nimb kultowości dookoła książki długo mnie odrzucał (również cena starszych wydań na allegro, zanim pojawiło się stosunkowo niedawno nowe). Tym bardziej jestem zaskoczona tym, że to nie romansidełko dla nastolatek, a porządny thriller psychologiczny z prawie że kryminalną tajemnicą.
#52 (chciałam powiedzieć, że już nie czytam, ale z rozpędu przeczytałam kolejne trzy ksiązki)
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 28, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2018
- 2 komentarze
- Skomentuj
1943, Węgry. 14-letnia Gina zostaje w zasadzie z dnia na dzień wysłana przez ukochanego ojca do przyklasztornego internatu w małym mieście. Jest tym faktem oburzona, bo decyzja została podjęta poza jej plecami, a ona byłaby absolutnie szczęśliwa, mogąc utrzymać aktualny tryb życia - ukochaną francuską guwernantkę, wesołą szkołę w okolicy domu i przyjęcia u ciotki, na których pojawia się jej adorator, porucznik Femi. Dodatkowo nie rozumie, czemu ojciec, z którym do tej pory dogadywała się doskonale, odmawia wyjaśnień, chociaż widać, że nie podjął tej decyzji z lekkim sercem. Szkoła okazuje się dramatyczna dla przyzwyczajonej do wygód, ładnych ubrań i flirtu dziewczyny - zakaz prywatnych rzeczy, włosy splątane w sztywne warkocze i prawie że więzienny rygor. Gina szybko wywołuje konflikt, który odsuwa ją od reszty klasy; uważa dziewczęta za idiotki, emocjonujące się obserwacją miłości między wychowawcami - śliczną diakonisą Zuzanną i przystojnym Kalmarem, czy bawiące się w infantylne gry, często kosztem mniej błyskotliwych nauczycieli (zwłaszcza nieporadnego Koniga). Irytuje ją zwłaszcza uwielbienie dla posągu młodej dziewczyny w ogrodzie, zwanego Abigel, któremu dziewczęta powierzają swoje tajemnice i proszą o pomoc w dramatycznych dla nich sytuacjach. Nieobecny ojciec, z którym nie może swobodnie porozmawiać i osłabiająca codzienna próba sił z dziewczętami popycha ją do podjęcia próby ucieczki, nieudanej. Przerażony ojciec przyjeżdża i wyjaśnia jej tym razem powody izolacji - szkoła nie jest więzieniem, tylko schronieniem przed wrogami ojca, zaangażowanego w węgierski ruch oporu.
Gina nagle dorasta, rozumiejąc, jak niemądre było jej wcześniejsze zachowanie - konflikt, ignorowanie opiekunów, walka z klasą; jest wojna, w której jej kraj opowiedział się po złej stronie. Zaczyna uważniej obserwować to, co dzieje się w szkole i wokół, odkrywając, że posąg Abigel może i nie jest sam w sobie cudowny, ale służy jako skrzynka kontaktowa, a w mieście działa ruch oporu.
Absurdalnie, nimb kultowości dookoła książki długo mnie odrzucał (również cena starszych wydań na allegro, zanim pojawiło się stosunkowo niedawno nowe). Tym bardziej jestem zaskoczona tym, że to nie romansidełko dla nastolatek, a porządny thriller psychologiczny z prawie że kryminalną tajemnicą.
#52 (chciałam powiedzieć, że już nie czytam, ale z rozpędu przeczytałam kolejne trzy ksiązki)
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 28, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2018
- 2 komentarze
- Skomentuj
Kocia kawiarnia jest świeżynką w Poznaniu. Ma dwie sale - "kocią" z grupą małych kociąt i "konsumencką", bez zwierząt (chociaż podobno z opcją przyprowadzenia własnego. W sali "kociej" jest 12 (lub 13) kociąt - od 6 tygodni do 4 miesięcy. Do sali konsumenckiej można wejść z ulicy, do sali "kociej" należy się umówić na godzinę[1] z co najmniej dziennym wyprzedzeniem. Z zamówionymi przy barze kawą i słodyczami można wejść do sali, gdzie są kocięta.
Idąc do kociej kawiarni, miałam mieszane uczucia i po wizycie tam dalej nie mam jednoznacznej opinii. Owszem, miło jest wypić kawę, siedząc na jednym krześle z rozkosznie posapującym kociątkiem, które śpi i jest w ten sen bardzo zaangażowane, podobnie jak miło jest pobawić się z maluchami, które wskrobują się do torby, gonią ogonki i wykonują desant na stół z parapetu. Niestety, na tym kończą się zalety. W moim domu koty mają zakaz przebywania na stole czy kuchennym blacie[2], w kawiarni obsługa rozdaje plastikowe pudełka, żeby przykryć deser przed łakomym kociątkiem, które nie zważa na zdejmowanie ze stołu czy próby odizolowania od jedzenia. Martwi mnie, że kilkanaście kotów przebywa w jednym pomieszczeniu, z którego wyjść mogą tylko do zabudowanego kącika z kuwetami. Kocia kawiarnia, w której byłam na Tajwanie, była częścią domu właścicielki, koty przemieszczały się swobodnie między publiczną salą kawiarni, a mieszkaniem, do którego goście nie mieli wstępu. W "Kocimiętce" tego brakuje. Czytałam kilka opinii skrajnie negatywnych, w tym behawiorystki, nie mam zdania na temat wyżywienia, zabezpieczeń czy typu żwirku do kuwety, ale widzę, że część kociąt ma chorobę sierocą (są zbyt małe na życie bez matki), zastanawiam się też nad losem kotów, kiedy biznes jednak nie będzie przynosił dochodu. Nie wiem, czy pójdę tam ponownie (chociaż Maj lobbuje, bo kocięta).
[1] Niestety, jest mnóstwo drobnego druczku przy umawianiu, o którym się nie wie podczas rezerwowania, a obsługa nie wspomina o tym, chociażby że dzieci do lat 14 mogą przebywać w kawiarni tylko w godzinach 13-17, a konkretnie 13-14 i 15-17, bo w godzinach 14-15 jest przerwa.
[2] Tak, wiem, tylko wtedy, kiedy patrzę. Ale i tak.








Adres: Ratajczaka 18 (pod kinem Apollo).
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 25, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Koty, Fotografia+, Moje miasto -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Kocia kawiarnia jest świeżynką w Poznaniu. Ma dwie sale - "kocią" z grupą małych kociąt i "konsumencką", bez zwierząt (chociaż podobno z opcją przyprowadzenia własnego. W sali "kociej" jest 12 (lub 13) kociąt - od 6 tygodni do 4 miesięcy. Do sali konsumenckiej można wejść z ulicy, do sali "kociej" należy się umówić na godzinę[1] z co najmniej dziennym wyprzedzeniem. Z zamówionymi przy barze kawą i słodyczami można wejść do sali, gdzie są kocięta.
Idąc do kociej kawiarni, miałam mieszane uczucia i po wizycie tam dalej nie mam jednoznacznej opinii. Owszem, miło jest wypić kawę, siedząc na jednym krześle z rozkosznie posapującym kociątkiem, które śpi i jest w ten sen bardzo zaangażowane, podobnie jak miło jest pobawić się z maluchami, które wskrobują się do torby, gonią ogonki i wykonują desant na stół z parapetu. Niestety, na tym kończą się zalety. W moim domu koty mają zakaz przebywania na stole czy kuchennym blacie[2], w kawiarni obsługa rozdaje plastikowe pudełka, żeby przykryć deser przed łakomym kociątkiem, które nie zważa na zdejmowanie ze stołu czy próby odizolowania od jedzenia. Martwi mnie, że kilkanaście kotów przebywa w jednym pomieszczeniu, z którego wyjść mogą tylko do zabudowanego kącika z kuwetami. Kocia kawiarnia, w której byłam na Tajwanie, była częścią domu właścicielki, koty przemieszczały się swobodnie między publiczną salą kawiarni, a mieszkaniem, do którego goście nie mieli wstępu. W "Kocimiętce" tego brakuje. Czytałam kilka opinii skrajnie negatywnych, w tym behawiorystki, nie mam zdania na temat wyżywienia, zabezpieczeń czy typu żwirku do kuwety, ale widzę, że część kociąt ma chorobę sierocą (są zbyt małe na życie bez matki), zastanawiam się też nad losem kotów, kiedy biznes jednak nie będzie przynosił dochodu. Nie wiem, czy pójdę tam ponownie (chociaż Maj lobbuje, bo kocięta).
[1] Niestety, jest mnóstwo drobnego druczku przy umawianiu, o którym się nie wie podczas rezerwowania, a obsługa nie wspomina o tym, chociażby że dzieci do lat 14 mogą przebywać w kawiarni tylko w godzinach 13-17, a konkretnie 13-14 i 15-17, bo w godzinach 14-15 jest przerwa.
[2] Tak, wiem, tylko wtedy, kiedy patrzę. Ale i tak.








Adres: Ratajczaka 18 (pod kinem Apollo).
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 25, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Koty, Fotografia+, Moje miasto -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Dawid, student ostatniego roku prawa, poznaje na popijawie u kumpla jego młodszą siostrę, Kaśkę. Kaśka ma 15 lat, nie jest w żaden sposób kobieca, nosi zamiast sukienek koszulki metalowych zespołów podebrane bratu, a bardziej niż Dawidem interesuje się konsolą do gier. Dawid, który ma świadomość, że za chwilę skończy studia i nieuchronnie stanie się dorosły (praca, żona, kredyt na mieszkanie, dzieci, siwizna, śmierć), zakochuje się w młodszej od niego o 10 lat dziewczynie, traktując ją jako marzenie o powrocie do świata, w którym nie musiał podejmować decyzji. Jedzie za Kaśką do domu jej matki i proponuje jej ucieczkę w Polskę, na co 15-latka się zgadza, tylko poczekaj, zapakuję konsolę. Zanim dwoje uciekinierów zgarnie literacki analog detektywa Rutkowskiego, okradną staruszkę, będą udawać świadków Jehowy[1], trafią na bandyckich dresiarzy, festiwal muzyki alternatywnej, kręcenie amatorskiego filmu porno czy wreszcie zaprzyjaźnią się z Wiktorem, człowiekiem z dredem (oraz dwa razy zgubią Kaśkę). Historia miłosna, a w zasadzie wielopiętrowa miłosna intryga, dziejąca się w głowie Dawida, jest skontrowana cynicznymi, acz celnym obserwacjami społecznymi.
Książkę poniekąd znałam z egzaltowanych cytatów, często pojawiających się u nastolatek w wieku dowolnym. Nie jest to najlepsza książka Żulczyka, chociaż oczywiście czyta się świetnie, bo język i obserwacja. Trochę doskwierała mi perspektywa rodzica, którego dziecko za kilka lat może zawrócić w głowie komuś starszemu o prawie że pokolenie, nieco za mocno, żeby zachwycić się kiełkującym uczuciem czy potraktować całość jako quasi-groteskę.
[1] No ale serio - przecież nie celowo ją wzięłam z półki! Przypadek!
Inne tego autora tutaj.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 24, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Dawid, student ostatniego roku prawa, poznaje na popijawie u kumpla jego młodszą siostrę, Kaśkę. Kaśka ma 15 lat, nie jest w żaden sposób kobieca, nosi zamiast sukienek koszulki metalowych zespołów podebrane bratu, a bardziej niż Dawidem interesuje się konsolą do gier. Dawid, który ma świadomość, że za chwilę skończy studia i nieuchronnie stanie się dorosły (praca, żona, kredyt na mieszkanie, dzieci, siwizna, śmierć), zakochuje się w młodszej od niego o 10 lat dziewczynie, traktując ją jako marzenie o powrocie do świata, w którym nie musiał podejmować decyzji. Jedzie za Kaśką do domu jej matki i proponuje jej ucieczkę w Polskę, na co 15-latka się zgadza, tylko poczekaj, zapakuję konsolę. Zanim dwoje uciekinierów zgarnie literacki analog detektywa Rutkowskiego, okradną staruszkę, będą udawać świadków Jehowy[1], trafią na bandyckich dresiarzy, festiwal muzyki alternatywnej, kręcenie amatorskiego filmu porno czy wreszcie zaprzyjaźnią się z Wiktorem, człowiekiem z dredem (oraz dwa razy zgubią Kaśkę). Historia miłosna, a w zasadzie wielopiętrowa miłosna intryga, dziejąca się w głowie Dawida, jest skontrowana cynicznymi, acz celnym obserwacjami społecznymi.
Książkę poniekąd znałam z egzaltowanych cytatów, często pojawiających się u nastolatek w wieku dowolnym. Nie jest to najlepsza książka Żulczyka, chociaż oczywiście czyta się świetnie, bo język i obserwacja. Trochę doskwierała mi perspektywa rodzica, którego dziecko za kilka lat może zawrócić w głowie komuś starszemu o prawie że pokolenie, nieco za mocno, żeby zachwycić się kiełkującym uczuciem czy potraktować całość jako quasi-groteskę.
[1] No ale serio - przecież nie celowo ją wzięłam z półki! Przypadek!
Inne tego autora tutaj.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 24, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
"Deep water"
to 4-odcinkowa miniseria, w której para detektywów (niedoświadczona, impulsywna Tori[1] i starszy, cyniczny Nick[1]) szukają mordercy młodego homoseksualisty, zwabionego przez portal randkowy dla gejów. Tori szybko odkrywa, że sprawa ciągnie się od kilkunastu lat - w latach 80. i 90. w okolicach Sydney buszowały gangi, które specjalizowały się w usuwaniu homoseksualistów. Wiele z tych spraw zatuszowano, określono jako samobójstwa albo nieszczęśliwe wypadki, między innymi śmierć brata Tori. To niezły serial, trzyma w napięciu, niestety akcja budowana jest na zbiegach okoliczności, ułańskiej fantazji czy przypadkowym zdradzeniu tajemnicy komuś spoza śledztwa.
[1] Lorna de Loca z "Orange is the New Black" oraz Hitler z "Preachera".
"Fallet" to z kolei szwedzka komedia kryminalna. Dwoje nieudaczników - kostyczny Anglik Tom Brown, który za wszystko przeprasza (i rozmawia z nieżyjącą matką) oraz narwana Szwedka Sophie Borg, szybsza w strzelaniu niż myśleniu - zostają karnie oddelegowani do rozwiązania morderstwa w małym szwedzkim miasteczku, z którego pochodzi Sophie. Przyjezdny Anglik, pastor, zostaje znaleziony podtopiony, podpalony, rozkawałkowany i pozszywany, a na końcu powieszony, po czym na jego twarzy morderca wycina łacińskie słowa, a na szyi - biblię. Na miejscu zastają absolutnie niezorganizowany posterunek - niezbyt inteligentnego komendanta, uwikłanego w lokalną politykę, jego syna idiotę (niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale tutaj syn jest wyjątkowym matołem) - asystenta na komisariacie oraz fińską patolog, która z absolutnym brakiem wyczucia opowiada anegdotki z prosektorium. Wszystko, co można w śledztwie spaprać, zostaje spaprane, ale z czasem cała grupa zaczyna odnosić sukcesy. Sophie musi zderzyć się ze swoim konfliktem z matką, Tom odkrywa miłość.
Poza bogatym zestawem absurdalnych scen, serial ma doskonale przygotowane tło: jest sporo wątków feministycznych i społecznych, całkiem na serio, mimo że podanych w komediowym sosie. Nawiązanie do Breaking Bad w jednym z końcowych odcinków zwala z nóg. Ma długość podobną jak "Deep water" - 8 krótkich odcinków.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 22, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj
"Deep water"
to 4-odcinkowa miniseria, w której para detektywów (niedoświadczona, impulsywna Tori[1] i starszy, cyniczny Nick[1]) szukają mordercy młodego homoseksualisty, zwabionego przez portal randkowy dla gejów. Tori szybko odkrywa, że sprawa ciągnie się od kilkunastu lat - w latach 80. i 90. w okolicach Sydney buszowały gangi, które specjalizowały się w usuwaniu homoseksualistów. Wiele z tych spraw zatuszowano, określono jako samobójstwa albo nieszczęśliwe wypadki, między innymi śmierć brata Tori. To niezły serial, trzyma w napięciu, niestety akcja budowana jest na zbiegach okoliczności, ułańskiej fantazji czy przypadkowym zdradzeniu tajemnicy komuś spoza śledztwa.
[1] Lorna de Loca z "Orange is the New Black" oraz Hitler z "Preachera".
"Fallet" to z kolei szwedzka komedia kryminalna. Dwoje nieudaczników - kostyczny Anglik Tom Brown, który za wszystko przeprasza (i rozmawia z nieżyjącą matką) oraz narwana Szwedka Sophie Borg, szybsza w strzelaniu niż myśleniu - zostają karnie oddelegowani do rozwiązania morderstwa w małym szwedzkim miasteczku, z którego pochodzi Sophie. Przyjezdny Anglik, pastor, zostaje znaleziony podtopiony, podpalony, rozkawałkowany i pozszywany, a na końcu powieszony, po czym na jego twarzy morderca wycina łacińskie słowa, a na szyi - biblię. Na miejscu zastają absolutnie niezorganizowany posterunek - niezbyt inteligentnego komendanta, uwikłanego w lokalną politykę, jego syna idiotę (niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale tutaj syn jest wyjątkowym matołem) - asystenta na komisariacie oraz fińską patolog, która z absolutnym brakiem wyczucia opowiada anegdotki z prosektorium. Wszystko, co można w śledztwie spaprać, zostaje spaprane, ale z czasem cała grupa zaczyna odnosić sukcesy. Sophie musi zderzyć się ze swoim konfliktem z matką, Tom odkrywa miłość.
Poza bogatym zestawem absurdalnych scen, serial ma doskonale przygotowane tło: jest sporo wątków feministycznych i społecznych, całkiem na serio, mimo że podanych w komediowym sosie. Nawiązanie do Breaking Bad w jednym z końcowych odcinków zwala z nóg. Ma długość podobną jak "Deep water" - 8 krótkich odcinków.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 22, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj