Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Frankfurt nad Menem, czyli o delegacjach

[1-2.02.2018]

Największym pechem jest lecieć w delegację w ciekawe fotograficznie miejsce: a) podłą, ciemną zimą, b) tylko z planem na siedzenie w biurowcu, kiedy światło dzienne, c) z rosnącą gorączką podczas tych kilku godzin przed lotem powrotnym. Poza przejmującym zimnem i poczuciem absolutnego zniechęcenia światem, zarejestrowałam tylko trochę kolorów i faktur. I niezłą włoską restaurację (służbowo).

GALERIA ZDJĘĆ.

Restauracja: Das Leben Ist Schön - Hanauer Landstraße 198 (kuchnia włoska).

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 2, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: niemcy, frankfurt - 0 komentarzy - Skomentuj


Frankfurt nad Menem, czyli o delegacjach

[1-2.02.2018]

Największym pechem jest lecieć w delegację w ciekawe fotograficznie miejsce: a) podłą, ciemną zimą, b) tylko z planem na siedzenie w biurowcu, kiedy światło dzienne, c) z rosnącą gorączką podczas tych kilku godzin przed lotem powrotnym. Poza przejmującym zimnem i poczuciem absolutnego zniechęcenia światem, zarejestrowałam tylko trochę kolorów i faktur. I niezłą włoską restaurację (służbowo).

GALERIA ZDJĘĆ.

Restauracja: Das Leben Ist Schön - Hanauer Landstraße 198 (kuchnia włoska).

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 2, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: niemcy, frankfurt - 0 komentarzy - Skomentuj


Zadie Smith - Lost and Found

Zbiorek trzech opowiadań, niestety obarczonych tym, co w opowiadaniach najmniej cenię - zarysem akcji i brakiem rozwinięcia, nie wspominając o puencie. Co z tego, że świat ciekawy, język gładki, a postaci budzą zaintrygowanie, jak całość urywa się przed pierwszym zakrętem?

"Martho, Martho" to nowelka o wynajmie mieszkania - Martha, nietypowa, samotna kobieta zjawia się i między wierszami opowiada o swoim życiu podczas ustalania warunków wynajmu i oglądania domu. Ba, wszystko odbywa się między wierszami - i pracowniczka biura pośrednictwa myśli mimo woli o zmianach w swoim życiu, i aktualni lokatorzy zaczynają mówić o zmianie, jaka ich czeka. Historia kończy się tym, że Martha wychodzi, nie podjąwszy decyzji.

"Hanwell w piekle" to wspomnienie, jakim dzieli się z córką tytułowego Hanwella człowiek, który spędził z jej ojcem przypadkiem jedną noc. Nic zdrożnego - najpierw Hanwell podał mu awaryjną kolację w restauracji, potem poprosił go o nietypową przysługę (doradztwo). Między wierszami jest o rozbitej rodzinie i próbie odkrycia, czemu się rozbiła przed laty.

Najbliżej do powieści ostatniemu opowiadaniu - "Ambasadzie Kambodży"; jest najdłuższe, podzielone na rozdziały, a akcja trwa jakiś mierzalny czas. Na przedmieściach Londynu w jednej z willi mieści się Ambasada Kambodży, wchodzą tam i wychodzą różni ludzie, a za wysokim murem ktoś rozgrywa niekończącą się partię badmintona. Fatou, służąca w jednym z okolicznych domów, w zasadzie niewolnica, bo pozbawiona paszportu i nie zarabiająca poza wiktem i łóżkiem do spania, przechodzi obok Ambasady w drodze na basen, z którego nielegalnie (na wejściówkę swoich państwa) korzysta. Historia kończy się, kiedy Fatou z bliżej niewiadomych względów (po tym, jak uratowała życie duszącej się dziewczynce) zostaje zwolniona, a za murem Ambasady w dalszym ciągu trwa mecz.

Inne tej autorki.

#6

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 29, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Zadie Smith - Lost and Found

Zbiorek trzech opowiadań, niestety obarczonych tym, co w opowiadaniach najmniej cenię - zarysem akcji i brakiem rozwinięcia, nie wspominając o puencie. Co z tego, że świat ciekawy, język gładki, a postaci budzą zaintrygowanie, jak całość urywa się przed pierwszym zakrętem?

"Martho, Martho" to nowelka o wynajmie mieszkania - Martha, nietypowa, samotna kobieta zjawia się i między wierszami opowiada o swoim życiu podczas ustalania warunków wynajmu i oglądania domu. Ba, wszystko odbywa się między wierszami - i pracowniczka biura pośrednictwa myśli mimo woli o zmianach w swoim życiu, i aktualni lokatorzy zaczynają mówić o zmianie, jaka ich czeka. Historia kończy się tym, że Martha wychodzi, nie podjąwszy decyzji.

"Hanwell w piekle" to wspomnienie, jakim dzieli się z córką tytułowego Hanwella człowiek, który spędził z jej ojcem przypadkiem jedną noc. Nic zdrożnego - najpierw Hanwell podał mu awaryjną kolację w restauracji, potem poprosił go o nietypową przysługę (doradztwo). Między wierszami jest o rozbitej rodzinie i próbie odkrycia, czemu się rozbiła przed laty.

Najbliżej do powieści ostatniemu opowiadaniu - "Ambasadzie Kambodży"; jest najdłuższe, podzielone na rozdziały, a akcja trwa jakiś mierzalny czas. Na przedmieściach Londynu w jednej z willi mieści się Ambasada Kambodży, wchodzą tam i wychodzą różni ludzie, a za wysokim murem ktoś rozgrywa niekończącą się partię badmintona. Fatou, służąca w jednym z okolicznych domów, w zasadzie niewolnica, bo pozbawiona paszportu i nie zarabiająca poza wiktem i łóżkiem do spania, przechodzi obok Ambasady w drodze na basen, z którego nielegalnie (na wejściówkę swoich państwa) korzysta. Historia kończy się, kiedy Fatou z bliżej niewiadomych względów (po tym, jak uratowała życie duszącej się dziewczynce) zostaje zwolniona, a za murem Ambasady w dalszym ciągu trwa mecz.

Inne tej autorki.

#6

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 29, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Cieplak - Lata powyżej zera

2001. Samolot porwany przez terrorystów wbił się w wieżowce World Trade Center, co zmieniło kształt wielkiego świata. Czy miało wpływ na dorastanie w prowincjonalnym Będzinie, gdzie celem życia był wypad po kasetę do walkmana na targowisko? Anita, która kończy szkołę podstawową, dochodzi do momentu granicznego - wyrzuca kasety z dzieciństwa, bo oznaką dorosłości i przemiany jest dla niej (i niektórych rówieśników) nowa płyta Paktofoniki. Jak każda (auto)biografia, to nie książka akcji, prowadząca do jakiegoś spektakularnego fabularnego rozwiązania, ale to nostalgiczna (chociaż pozbawiona kolorów) opowieść o czasach post-PRL: komunikacja statusami na Gadu-gadu, pierwsze ciężkie cegły telefonów komórkowych tylko dla zamożnych, perspektywa "do zakończenia szkoły", bo przyszłość jest absolutnie nieznana, układanie swojego dorastania w kontaktach z dorosłymi.

Nie jest to dokument czy świadectwo pokolenia. Ba, nawet sama bohaterka jest pretekstem do pokazania szerszego tła - 40-letnich "starych", którzy łapią jeszcze resztki młodości (będąc oczywiście śmiesznymi dla swoich dzieci), pierwszych nastoletnich miłości, prób aspirowania do tego, co pokazują zagraniczne seriale czy ilustrowane czasopisma. Co ciekawe, Anita z inteligentnego dziecka wyrasta na na wskroś przeciętną nastolatkę, która podejmuje szereg kiepskich decyzji i ląduje "na zmywaku" bez perspektyw, chociaż "rokowała". Czepiać się mogę otwartego zakończenia, pozostawiającego narratorkę tuż przed otwarciem koperty z informacją, która zdeterminuje resztę jej życia; mimo to czyta się gładko, nawet jeśli nie jest tym pokoleniem (ale ma dobrą pamięć).

Inne tej autorki:

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 27, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Cieplak - Lata powyżej zera

2001. Samolot porwany przez terrorystów wbił się w wieżowce World Trade Center, co zmieniło kształt wielkiego świata. Czy miało wpływ na dorastanie w prowincjonalnym Będzinie, gdzie celem życia był wypad po kasetę do walkmana na targowisko? Anita, która kończy szkołę podstawową, dochodzi do momentu granicznego - wyrzuca kasety z dzieciństwa, bo oznaką dorosłości i przemiany jest dla niej (i niektórych rówieśników) nowa płyta Paktofoniki. Jak każda (auto)biografia, to nie książka akcji, prowadząca do jakiegoś spektakularnego fabularnego rozwiązania, ale to nostalgiczna (chociaż pozbawiona kolorów) opowieść o czasach post-PRL: komunikacja statusami na Gadu-gadu, pierwsze ciężkie cegły telefonów komórkowych tylko dla zamożnych, perspektywa "do zakończenia szkoły", bo przyszłość jest absolutnie nieznana, układanie swojego dorastania w kontaktach z dorosłymi.

Nie jest to dokument czy świadectwo pokolenia. Ba, nawet sama bohaterka jest pretekstem do pokazania szerszego tła - 40-letnich "starych", którzy łapią jeszcze resztki młodości (będąc oczywiście śmiesznymi dla swoich dzieci), pierwszych nastoletnich miłości, prób aspirowania do tego, co pokazują zagraniczne seriale czy ilustrowane czasopisma. Co ciekawe, Anita z inteligentnego dziecka wyrasta na na wskroś przeciętną nastolatkę, która podejmuje szereg kiepskich decyzji i ląduje "na zmywaku" bez perspektyw, chociaż "rokowała". Czepiać się mogę otwartego zakończenia, pozostawiającego narratorkę tuż przed otwarciem koperty z informacją, która zdeterminuje resztę jej życia; mimo to czyta się gładko, nawet jeśli nie jest tym pokoleniem (ale ma dobrą pamięć).

Inne tej autorki:

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 27, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2018 - 0 komentarzy - Skomentuj


O chrypie

Plecy mnie bolą, ale tak, że najlepszym przyjacielem moim stał się Voltaren (mimo groźby niepożądanych objawów typu krwawa biegunka), dzięki czemu przespałam noc i siedziałam na krześle bez zmieniania pozycji co 30 sekund. Ale ja nie o tym. Cotygodniowe podsumowanie projektu, reprezentacja Polski (ja), USA, Indii i Niemiec. Plus połączenie konferencyjne o kwestionowalnej jakości, konkretnie z trzaskami. Polska chrypi zmysłowym sznaps-barytonem, USA ma za złe, Indie pokasłują, a Niemcy - również z chrypą i zamierającym, słabym głosem, zgadzają się na wszystko (nie poprosiłam o reparacje, bo jednak nie do końca dowieźliśmy w projekcie to, co mieliśmy dowieźć, więc znaj proporcję). A na to wszystko trzeszczący skype. Jeszcze mam nerwowe tiki.

Za to w przyszły czwartek wstaję o 4:30, żeby wsiąść w samolot o 6:45. Mam nadzieję, że naprawię kręgosłup do tego czasu, albo że nie zabiorą mi na bramce najlepszego przyjaciela.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 25, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Z głowy, czyli z niczego - - 2 komentarze - Skomentuj


O chrypie

Plecy mnie bolą, ale tak, że najlepszym przyjacielem moim stał się Voltaren (mimo groźby niepożądanych objawów typu krwawa biegunka), dzięki czemu przespałam noc i siedziałam na krześle bez zmieniania pozycji co 30 sekund. Ale ja nie o tym. Cotygodniowe podsumowanie projektu, reprezentacja Polski (ja), USA, Indii i Niemiec. Plus połączenie konferencyjne o kwestionowalnej jakości, konkretnie z trzaskami. Polska chrypi zmysłowym sznaps-barytonem, USA ma za złe, Indie pokasłują, a Niemcy - również z chrypą i zamierającym, słabym głosem, zgadzają się na wszystko (nie poprosiłam o reparacje, bo jednak nie do końca dowieźliśmy w projekcie to, co mieliśmy dowieźć, więc znaj proporcję). A na to wszystko trzeszczący skype. Jeszcze mam nerwowe tiki.

Za to w przyszły czwartek wstaję o 4:30, żeby wsiąść w samolot o 6:45. Mam nadzieję, że naprawię kręgosłup do tego czasu, albo że nie zabiorą mi na bramce najlepszego przyjaciela.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 25, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Z głowy, czyli z niczego - - 2 komentarze - Skomentuj


Blade Runner / Blade Runner 2049

Blade Runner 2049 nie zwalił mnie z nóg, nie zostawił w głowie kłębowiska myśli i ciśnienia, żeby teraz-zaraz-natychmiast obejrzeć ponownie, nie kazał mi analizować ścieżek, które mogą doprowadzić do takiej, a nie innej przyszłości. Może za bardzo skupiłam się na zabawie "znajdź replikanta", nie wiem. To nie tak, że mi się nie podobał - bo owszem, bardzo. Mimo braku namiętności do Goslinga, otwarcie grającego posłusznego replikanta Nexusa-9, to świetna postać, a ścieżka, jaką podąża, jest logiczna. Nexus-9, zwany K, ma przenieść na emeryturę replikanta z generacji Nexus-8, trochę chłopaki ze sobą rozmawiają, trochę się szamoczą, w efekcie K znajduje zakopany szkielet kobiety, która umarła przy porodzie. I to jest ten moment, kiedy decyduje się na odkrycie, co za tym stoi. Dla fanów filmowego pierwowzoru - wizualnie i muzycznie spójny oraz pojawia się Deckard (co jakby wyjaśnia wszelkie kontrowersje między wersjami z voice-over i bez, czy Deckard był replikantem, czy jednak nie).

Na fali klimatu przypomniałam sobie Blade Runnera 2018(!). O tym, że jest to film wyprodukowany w 1982 roku, świadczy chyba tylko to, że postaci otwarcie palą papierosy (i trochę stylówa, bo jednak makijaż z rapidografu i tapir się nieco wytarły estetycznie); jak na prawie zupełny brak efektów komputerowych, to film wizualnie doskonały. Deszcz, w którym spływają łzy Roya, zasłania wszystkie potencjalne niedostatki, łapałam się na tym, że widziałam w filmie współczesność wielkiego miasta (oczywiście z zachowaniem proporcji, jednak zamiast eksploracji kosmosu i androidów mamy samojezdne odkurzacze i swipe-right w Tinderze). Ten film zostawił mnie z burzą w głowie i poczuciem, że powinnam wejść do Internetu i napisać "Słuchajcie, widziałam doskonały film, Blade Runner, widzieliście?!".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 21, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 2 komentarze - Skomentuj


Blade Runner / Blade Runner 2049

Blade Runner 2049 nie zwalił mnie z nóg, nie zostawił w głowie kłębowiska myśli i ciśnienia, żeby teraz-zaraz-natychmiast obejrzeć ponownie, nie kazał mi analizować ścieżek, które mogą doprowadzić do takiej, a nie innej przyszłości. Może za bardzo skupiłam się na zabawie "znajdź replikanta", nie wiem. To nie tak, że mi się nie podobał - bo owszem, bardzo. Mimo braku namiętności do Goslinga, otwarcie grającego posłusznego replikanta Nexusa-9, to świetna postać, a ścieżka, jaką podąża, jest logiczna. Nexus-9, zwany K, ma przenieść na emeryturę replikanta z generacji Nexus-8, trochę chłopaki ze sobą rozmawiają, trochę się szamoczą, w efekcie K znajduje zakopany szkielet kobiety, która umarła przy porodzie. I to jest ten moment, kiedy decyduje się na odkrycie, co za tym stoi. Dla fanów filmowego pierwowzoru - wizualnie i muzycznie spójny oraz pojawia się Deckard (co jakby wyjaśnia wszelkie kontrowersje między wersjami z voice-over i bez, czy Deckard był replikantem, czy jednak nie).

Na fali klimatu przypomniałam sobie Blade Runnera 2018(!). O tym, że jest to film wyprodukowany w 1982 roku, świadczy chyba tylko to, że postaci otwarcie palą papierosy (i trochę stylówa, bo jednak makijaż z rapidografu i tapir się nieco wytarły estetycznie); jak na prawie zupełny brak efektów komputerowych, to film wizualnie doskonały. Deszcz, w którym spływają łzy Roya, zasłania wszystkie potencjalne niedostatki, łapałam się na tym, że widziałam w filmie współczesność wielkiego miasta (oczywiście z zachowaniem proporcji, jednak zamiast eksploracji kosmosu i androidów mamy samojezdne odkurzacze i swipe-right w Tinderze). Ten film zostawił mnie z burzą w głowie i poczuciem, że powinnam wejść do Internetu i napisać "Słuchajcie, widziałam doskonały film, Blade Runner, widzieliście?!".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 21, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 2 komentarze - Skomentuj