Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kazuo Ishiguro - Okruchy dnia

Stevens, kamerdyner, najlepszy z najlepszych, dostaje od swojego aktualnego pana, Amerykanina, który "odziedziczył" go wraz z zakupem posiadłości, tydzień wolnego, żeby się "rozerwał" i pozwiedzał Anglię. Początkowo nie jest tym pomysłem zachwycony, bo wolałby trenować poczucie humoru, wymagane - jak mu się wydaje - przez aktualnego pracodawcę, ale wpada na inny pomysł: połączy wycieczkę ze spotkaniem z dawną gospodynią, pracującą w dworze, mając nadzieję, że namówi ją na powrót do pracy. Po drodze notuje swoje spostrzeżenia, które bardzo szybko skupiają się na retrospekcjach, a nie na opisach widoków pięknej, wesołej Anglii. Szybko okazuje się, że kamerdyner całe swoje życie podporządkował zdobyciu "godności" jako wartości najwyższej w swojej pracy, przy czym przez godność rozumiał absolutne pozbycie się jakichkolwiek uczuć, które przeszkadzały mu w pełnieniu swoich obowiązków. Nie budzi jego smutku fakt, że większą wartość miało dla niego podawanie kolejnej flaszki luksusowego alkoholu gościom swojego pana niż uczestniczenie w śmierci ojca; to potwierdzenie jego godności.

Nietrudno też dostrzec, że zaszczyt służenia lordowi Darlingtonowi, który - po latach - nie cieszy się dobrą sławą jako kolaborujący z hitlerowcami, tylko pozornie był ukoronowaniem życia Stevensa. Spotykał wielkich tego świata, czasem przebywających w posiadłości lorda incognito, ale on sam zawsze był w cieniu, ocierał się o wielki świat, będąc sprowadzonym do roli mebla. Kamerdyner usiłuje wyjaśnić sobie postępowanie lorda jego idealizmem, naiwnością, chęcią uniknięcia kolejnej wojny, wpływem otoczenia (np. wyrzucenie z pracy pokojówek pochodzenia żydowskiego), gratulując sobie przy tym, że nie odwrócił się od pana nawet wtedy, kiedy wiadomo już było, że racje Darlingtona niekoniecznie są zgodne z aktualną polityką Wielkiej Brytanii.

Podróż trwa pięć dni i ten piąty dzień jest najważniejszy - lakoniczna rozmowa ze spotkaną po latach gospodynią pokazuje drugie dno wszystkich scen, które przedstawił z dużą pewnością siebie kamerdyner.

Inne tego autora:

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 12, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2017 - 2 komentarze - Skomentuj


Kazuo Ishiguro - Okruchy dnia

Stevens, kamerdyner, najlepszy z najlepszych, dostaje od swojego aktualnego pana, Amerykanina, który "odziedziczył" go wraz z zakupem posiadłości, tydzień wolnego, żeby się "rozerwał" i pozwiedzał Anglię. Początkowo nie jest tym pomysłem zachwycony, bo wolałby trenować poczucie humoru, wymagane - jak mu się wydaje - przez aktualnego pracodawcę, ale wpada na inny pomysł: połączy wycieczkę ze spotkaniem z dawną gospodynią, pracującą w dworze, mając nadzieję, że namówi ją na powrót do pracy. Po drodze notuje swoje spostrzeżenia, które bardzo szybko skupiają się na retrospekcjach, a nie na opisach widoków pięknej, wesołej Anglii. Szybko okazuje się, że kamerdyner całe swoje życie podporządkował zdobyciu "godności" jako wartości najwyższej w swojej pracy, przy czym przez godność rozumiał absolutne pozbycie się jakichkolwiek uczuć, które przeszkadzały mu w pełnieniu swoich obowiązków. Nie budzi jego smutku fakt, że większą wartość miało dla niego podawanie kolejnej flaszki luksusowego alkoholu gościom swojego pana niż uczestniczenie w śmierci ojca; to potwierdzenie jego godności.

Nietrudno też dostrzec, że zaszczyt służenia lordowi Darlingtonowi, który - po latach - nie cieszy się dobrą sławą jako kolaborujący z hitlerowcami, tylko pozornie był ukoronowaniem życia Stevensa. Spotykał wielkich tego świata, czasem przebywających w posiadłości lorda incognito, ale on sam zawsze był w cieniu, ocierał się o wielki świat, będąc sprowadzonym do roli mebla. Kamerdyner usiłuje wyjaśnić sobie postępowanie lorda jego idealizmem, naiwnością, chęcią uniknięcia kolejnej wojny, wpływem otoczenia (np. wyrzucenie z pracy pokojówek pochodzenia żydowskiego), gratulując sobie przy tym, że nie odwrócił się od pana nawet wtedy, kiedy wiadomo już było, że racje Darlingtona niekoniecznie są zgodne z aktualną polityką Wielkiej Brytanii.

Podróż trwa pięć dni i ten piąty dzień jest najważniejszy - lakoniczna rozmowa ze spotkaną po latach gospodynią pokazuje drugie dno wszystkich scen, które przedstawił z dużą pewnością siebie kamerdyner.

Inne tego autora:

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 12, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2017 - 2 komentarze - Skomentuj


White Gold

Tytułowe "white gold" to plastikowe okna, na które był w latach 80. boom w Wielkiej Brytanii. Victor, lokalny cwaniaczek, ze swoimi dwoma kolegami - nieudacznikiem Fitzpatrickiem i fajtłapowatym Lavenderem - bez żadnych oporów wciskają staruszkom i naiwnym mieszczanom swój towar (czasem kilkukrotnie), bo najważniejsze, żeby hajs się zgadzał. Serial jest do bólu brytyjski ze wszystkimi tego konsekwencjami: jest lokalny świat przestępczy, zdrady małżeńskie (czego do końca nie rozumiem, albowiem Vincent[1] ma uroczą, mądrą żonę), nałogowe palenie papierosów, konflikt między Anglikami i Irlandczykami, blond loki i garnitury o bardzo złym kroju.

Nie pamiętam, kto mi ten serial podsunął, ale dziękuję - to bardzo odświeżające.

[1]Ostatni odcinek zbiegł mi się z informacją o podwójnym oskarżeniu o gwałt, jakie padło pod adresem Eda Westwicka (Vincenta). Zastanawiam się, jakie będą losy serialu - czy po pierwszym sezonie powstanie drugi; czy decyzja Netflixa w sprawie House of Cards (dla tych, co nie śledzą: po oskarżeniu Kevina Spaceya o gwałt, Netflix zawiesił produkcję najbardziej znanego serialu) będzie precedensowa?

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 12, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


White Gold

Tytułowe "white gold" to plastikowe okna, na które był w latach 80. boom w Wielkiej Brytanii. Victor, lokalny cwaniaczek, ze swoimi dwoma kolegami - nieudacznikiem Fitzpatrickiem i fajtłapowatym Lavenderem - bez żadnych oporów wciskają staruszkom i naiwnym mieszczanom swój towar (czasem kilkukrotnie), bo najważniejsze, żeby hajs się zgadzał. Serial jest do bólu brytyjski ze wszystkimi tego konsekwencjami: jest lokalny świat przestępczy, zdrady małżeńskie (czego do końca nie rozumiem, albowiem Vincent[1] ma uroczą, mądrą żonę), nałogowe palenie papierosów, konflikt między Anglikami i Irlandczykami, blond loki i garnitury o bardzo złym kroju.

Nie pamiętam, kto mi ten serial podsunął, ale dziękuję - to bardzo odświeżające.

[1]Ostatni odcinek zbiegł mi się z informacją o podwójnym oskarżeniu o gwałt, jakie padło pod adresem Eda Westwicka (Vincenta). Zastanawiam się, jakie będą losy serialu - czy po pierwszym sezonie powstanie drugi; czy decyzja Netflixa w sprawie House of Cards (dla tych, co nie śledzą: po oskarżeniu Kevina Spaceya o gwałt, Netflix zawiesił produkcję najbardziej znanego serialu) będzie precedensowa?

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 12, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Puerto de la Cruz

[3.11, 7-8.11.2017]

Oczywistym chyba jest, że wyjazd w deszczowym, szarym i zimnym listopadzie w miejsce, gdzie słońce, palmy[1], piasek i grzeczna temperatura 20-25 stopni, jest pomysłem bardzo dobrym.

Puerto de la Cruz, turystyczne miasto na północy wyspy, to taki Sopot - wzdłuż wybrzeża promenada z hotelami, sklepami i restauracjami, ładna, wakacyjna architektura, w głębi dla odmiany hotele i centra handlowe, a do tego czarne plaże. Z opcji centrów handlowych niespecjalnie skorzystaliśmy, chociaż Wyspy Kanaryjskie to strefa niskich podatków i teoretycznie wszelkie dobra luksusowe są nieco tańsze, za to z plaż - i owszem. Od wschodu można się wykąpać na dość kamienistej i niezbyt wygodnej Martiánez, od zachodu - na znacznie przyjemniejszej, z idealnie gładkim piaseczkiem, Playa Jardín (chociaż akurat dwa dni z rzędu trafiliśmy na czerwoną flagę i mega fale, uniemożliwiające wejście dalej niż na kilka metrów w głąb wody). Dla fanów latarni morskich - jest bardzo ciekawa - nowoczesna, nie można niestety wejść, ale stanowi ładny akcent, zwłaszcza o zachodzie słońca.

Po mieście chodzą luzem małe kurki.

Promenada koło Playa Martiánez Playa Jardin / Latarnia morska / Playa Martiánez Pani bardzo entuzjastycznie reagowała na oblewanie przez fale

Czego nie udało mi się zobaczyć w Puerto Cruz, a żałuję: ogrodu botanicznego (Jardin Botanico), parku Taoro, ogrodu orchidei (Jardin de Orquideas de Sitio Litre) i Miejskiej Hali Targowej (Mercado Municipal).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Nieustająco kiwam się w wewnętrznym osłupieniu, że ja ośmioletnia nie uwierzyłabym sobie, że będę spędzać nie dość, że wakacje pod palmami, to jeszcze w listopadzie. Przez pierwsze osiem lat życia byłam z rodzicami na wczasach zakładowych w Ustce, Kołobrzegu i Karpaczu oraz z wizytami u rodziny w Warszawie, pod Warszawą i w okolicach Białowieży.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teneryfa, puerto-de-la-cruz - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Teide

Ja wiem, że Kanary to przede wszystkim plaże i ciepło, ale chociażby tylko dla możliwości spojrzenia z góry na chmury, kłębiące się poniżej wulkanu, warto wjechać na Teide.

Nie opowiem, jak to zrobić, żeby dostać się na sam czubek, bo to opcja wymagająca pozwolenia i/lub nocowania w schronisku, a ja - oczywiste - jestem na to za leniwa, ale mam znajomych, co owszem. Wybrałam opcję wjechania samochodem pod stację kolejki linowej, wjazd kolejką i krótki spacer w górę (w moim przypadku bardzo krótki, o czym za moment). Co warto zrobić, to kupić bilety on-line przed wjazdem - teoretycznie kupuje się je na określoną godzinę, ale w razie czego można je prawie do samego końca przełożyć na później; dodatkowo, system rezerwacyjny informuje mailem o tym, że konkretnego dnia kolejka nie jeździ z powodu kiepskich warunków atmosferycznych i pozwala na zmianę terminu w ramach wolnych miejsc. Bilety - tak jak do Obserwatorium - kupowałam na stronie www.volcanoteide.com; są różne opcje (sam wjazd, przewodnik, wjazd połączony z wizytą w Obserwatorium) oraz warto poszukać kodów (aktualnie działa "wyspy-szczesliwe10" na 10% zniżki).

Po drodze na Teide są dwa parkingi, oba bezpłatne - jeden niżej, mniejszy, na jakieś kilkadziesiąt samochodów, można zaparkować i wejść do stacji kolejki po stromiźnie (co zapewne nie zajmuje kwadransa, ale to już jak kto lubi), drugi większy tuż przy stacji kolejki, oba bywają zatłoczone, ale jest dość płynny ruch i miejsce się znajduje (oczywiście jak się ma bilety i za 5 minut upływa termin, to bywa gorąco). Wszędzie wiszą ostrzeżenia, że na górnej stacji (wjazd z 2356 na 3555 m n.p.m.) temperatura spada drastycznie, a odczuwalna bywa poniżej 0. Czy sprawia to, że ludzie nie wjeżdżają w sandałach lub w odzieży bez rękawów? Ależ. Sam wagonik ma ładowność 44 osoby i zwykle tyle wjeżdża, więc aż do wyjścia ze stacji jest w miarę ciepło, ale potem już zdecydowanie nie. Jak wyżej już przeczytaliście, nie weszłam zbyt wysoko, chociaż ze stacji można iść w górę jakieś kilkaset metrów. Nie ze względu na zimno (chociaż wiało upiornie i grabiały palce podczas robienie zdjęć), ale ze względu na ciśnienie - wysokość odczuwałam głównie w zatokach szczękowych, co dało taki efekt, jakby bolały mnie wszystkie zęby z tyłu szczęki. Nie polecam. Nawet jak o tym teraz piszę, to mnie boli!

Sam wulkan to kupa kamieni, ale jak się patrzy w dół - jest przepięknie. Zbocza są porośnięte zielono i rudo, są kaktusy i krzewinki. I chmury. Wtem świat u stóp i wiadomo, że to bzdura, że chmury są zrobione z pary wodnej, a nie z waty cukrowej.

Tędy pieszo na Teide Krajobraz marsjański / Dojazd przez lasek / Kolorowe przy drodze Można wejść trochę wyżej niż stacja kolejki Wagon w paśniku / Przy podporze się gwałtownie kołysze Parking pod dolną stacją

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teneryfa, teide - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Puerto de la Cruz

[3.11, 7-8.11.2017]

Oczywistym chyba jest, że wyjazd w deszczowym, szarym i zimnym listopadzie w miejsce, gdzie słońce, palmy[1], piasek i grzeczna temperatura 20-25 stopni, jest pomysłem bardzo dobrym.

Puerto de la Cruz, turystyczne miasto na północy wyspy, to taki Sopot - wzdłuż wybrzeża promenada z hotelami, sklepami i restauracjami, ładna, wakacyjna architektura, w głębi dla odmiany hotele i centra handlowe, a do tego czarne plaże. Z opcji centrów handlowych niespecjalnie skorzystaliśmy, chociaż Wyspy Kanaryjskie to strefa niskich podatków i teoretycznie wszelkie dobra luksusowe są nieco tańsze, za to z plaż - i owszem. Od wschodu można się wykąpać na dość kamienistej i niezbyt wygodnej Martiánez, od zachodu - na znacznie przyjemniejszej, z idealnie gładkim piaseczkiem, Playa Jardín (chociaż akurat dwa dni z rzędu trafiliśmy na czerwoną flagę i mega fale, uniemożliwiające wejście dalej niż na kilka metrów w głąb wody). Dla fanów latarni morskich - jest bardzo ciekawa - nowoczesna, nie można niestety wejść, ale stanowi ładny akcent, zwłaszcza o zachodzie słońca.

Po mieście chodzą luzem małe kurki.

Promenada koło Playa Martiánez Playa Jardin / Latarnia morska / Playa Martiánez Pani bardzo entuzjastycznie reagowała na oblewanie przez fale

Czego nie udało mi się zobaczyć w Puerto Cruz, a żałuję: ogrodu botanicznego (Jardin Botanico), parku Taoro, ogrodu orchidei (Jardin de Orquideas de Sitio Litre) i Miejskiej Hali Targowej (Mercado Municipal).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Nieustająco kiwam się w wewnętrznym osłupieniu, że ja ośmioletnia nie uwierzyłabym sobie, że będę spędzać nie dość, że wakacje pod palmami, to jeszcze w listopadzie. Przez pierwsze osiem lat życia byłam z rodzicami na wczasach zakładowych w Ustce, Kołobrzegu i Karpaczu oraz z wizytami u rodziny w Warszawie, pod Warszawą i w okolicach Białowieży.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teneryfa, puerto-de-la-cruz - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Teide

Ja wiem, że Kanary to przede wszystkim plaże i ciepło, ale chociażby tylko dla możliwości spojrzenia z góry na chmury, kłębiące się poniżej wulkanu, warto wjechać na Teide.

Nie opowiem, jak to zrobić, żeby dostać się na sam czubek, bo to opcja wymagająca pozwolenia i/lub nocowania w schronisku, a ja - oczywiste - jestem na to za leniwa, ale mam znajomych, co owszem. Wybrałam opcję wjechania samochodem pod stację kolejki linowej, wjazd kolejką i krótki spacer w górę (w moim przypadku bardzo krótki, o czym za moment). Co warto zrobić, to kupić bilety on-line przed wjazdem - teoretycznie kupuje się je na określoną godzinę, ale w razie czego można je prawie do samego końca przełożyć na później; dodatkowo, system rezerwacyjny informuje mailem o tym, że konkretnego dnia kolejka nie jeździ z powodu kiepskich warunków atmosferycznych i pozwala na zmianę terminu w ramach wolnych miejsc. Bilety - tak jak do Obserwatorium - kupowałam na stronie www.volcanoteide.com; są różne opcje (sam wjazd, przewodnik, wjazd połączony z wizytą w Obserwatorium) oraz warto poszukać kodów (aktualnie działa "wyspy-szczesliwe10" na 10% zniżki).

Po drodze na Teide są dwa parkingi, oba bezpłatne - jeden niżej, mniejszy, na jakieś kilkadziesiąt samochodów, można zaparkować i wejść do stacji kolejki po stromiźnie (co zapewne nie zajmuje kwadransa, ale to już jak kto lubi), drugi większy tuż przy stacji kolejki, oba bywają zatłoczone, ale jest dość płynny ruch i miejsce się znajduje (oczywiście jak się ma bilety i za 5 minut upływa termin, to bywa gorąco). Wszędzie wiszą ostrzeżenia, że na górnej stacji (wjazd z 2356 na 3555 m n.p.m.) temperatura spada drastycznie, a odczuwalna bywa poniżej 0. Czy sprawia to, że ludzie nie wjeżdżają w sandałach lub w odzieży bez rękawów? Ależ. Sam wagonik ma ładowność 44 osoby i zwykle tyle wjeżdża, więc aż do wyjścia ze stacji jest w miarę ciepło, ale potem już zdecydowanie nie. Jak wyżej już przeczytaliście, nie weszłam zbyt wysoko, chociaż ze stacji można iść w górę jakieś kilkaset metrów. Nie ze względu na zimno (chociaż wiało upiornie i grabiały palce podczas robienie zdjęć), ale ze względu na ciśnienie - wysokość odczuwałam głównie w zatokach szczękowych, co dało taki efekt, jakby bolały mnie wszystkie zęby z tyłu szczęki. Nie polecam. Nawet jak o tym teraz piszę, to mnie boli!

Sam wulkan to kupa kamieni, ale jak się patrzy w dół - jest przepięknie. Zbocza są porośnięte zielono i rudo, są kaktusy i krzewinki. I chmury. Wtem świat u stóp i wiadomo, że to bzdura, że chmury są zrobione z pary wodnej, a nie z waty cukrowej.

Tędy pieszo na Teide Krajobraz marsjański / Dojazd przez lasek / Kolorowe przy drodze Można wejść trochę wyżej niż stacja kolejki Wagon w paśniku / Przy podporze się gwałtownie kołysze Parking pod dolną stacją

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 8, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teneryfa, teide - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Los Gigantes

Mówi się, że na Teneryfie jest jednocześnie kilka stref klimatycznych; od zimy w górach, wiosny w lasach do lata w zachodnich zatokach. Okolice Acantilados de los Gigantes, klifów na zachodnim wybrzeżu, to miejsce bardzo ciepłe, z temperaturą dochodzącą do 30 stopni (kiedy na północy jest raczej koło 23-25). Oczywiście nie tylko dla temperatury warto na klify, ale dla widoków. Nie darmo klify zwane są Los Gigantes - olbrzymie masywy skalne mają wysokość do 600 m n.p.m. Jedzie się oczywiście przez kręte górskie drogi i - jak zawsze - jest kilka sposobów, żeby dotrzeć. Najbardziej wytrzymali podróżnicy mogą dojechać do wioski Masca najbardziej stromymi drogami na wyspie (a znam takich, co jeżdżą tam rowerami i to jest dopiero konkretny hardcore), przejść kilka kilometrów wąwozem do plaży Masca, na którą zawija raz na jakiś statek i zabrać się na wycieczkę w celu podziwiania klifów i delfinów (przy czym klify są zawsze, a delfiny - niekoniecznie). Można oczywiście wersję bardziej leniwą i dojechać bezpośrednio do miasteczka Acantilados de los Gigantes, gdzie da się zjeść bardzo przyzwoity obiad (i już po tym, jak się wysilało swoją kulawą hiszpańszczyznę przez pół godziny, dowiedzieć się, że obsługiwał kelner-Polak, pozdrawiam). Wszystkie drogi prowadzą do portu (albo na pobliską czarną, malutką plażę Los Guios, poza sezonem niespecjalnie tłoczną, w sezonie pewnie i owszem). W porcie pełna oferta z różnymi opcjami - wycieczka w morze od godziny do kilku (z posiłkiem) czy podwózka wspomnianą na plażę Masca i trekking wąwozem. Nie kosztuje to jakichś dramatycznych pieniędzy - najtańsze rejsy łodzią motorową kosztują koło 10 euro.

Widok na klify z wody, zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca, jest wart wszystkich pieniędzy. Na północy przy dobrej widoczności widać La Gomerę i półwysep Teno. Szybka łódka też dostarcza dodatkowych atrakcji, zwłaszcza kawalersko prowadzona z rozpryskiem. Niestety, Maj doznał srogiego rozczarowania, bo klify klifami, ale ani delfinów, ani waleni nie było. Następnym razem.

GALERIA ZDJĘĆ.
Restauracja: Paraiso Del Sol, Av. Jose Gonzalez Forte 4.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 7, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teneryfa, los-gigantes - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Los Gigantes

Mówi się, że na Teneryfie jest jednocześnie kilka stref klimatycznych; od zimy w górach, wiosny w lasach do lata w zachodnich zatokach. Okolice Acantilados de los Gigantes, klifów na zachodnim wybrzeżu, to miejsce bardzo ciepłe, z temperaturą dochodzącą do 30 stopni (kiedy na północy jest raczej koło 23-25). Oczywiście nie tylko dla temperatury warto na klify, ale dla widoków. Nie darmo klify zwane są Los Gigantes - olbrzymie masywy skalne mają wysokość do 600 m n.p.m. Jedzie się oczywiście przez kręte górskie drogi i - jak zawsze - jest kilka sposobów, żeby dotrzeć. Najbardziej wytrzymali podróżnicy mogą dojechać do wioski Masca najbardziej stromymi drogami na wyspie (a znam takich, co jeżdżą tam rowerami i to jest dopiero konkretny hardcore), przejść kilka kilometrów wąwozem do plaży Masca, na którą zawija raz na jakiś statek i zabrać się na wycieczkę w celu podziwiania klifów i delfinów (przy czym klify są zawsze, a delfiny - niekoniecznie). Można oczywiście wersję bardziej leniwą i dojechać bezpośrednio do miasteczka Acantilados de los Gigantes, gdzie da się zjeść bardzo przyzwoity obiad (i już po tym, jak się wysilało swoją kulawą hiszpańszczyznę przez pół godziny, dowiedzieć się, że obsługiwał kelner-Polak, pozdrawiam). Wszystkie drogi prowadzą do portu (albo na pobliską czarną, malutką plażę Los Guios, poza sezonem niespecjalnie tłoczną, w sezonie pewnie i owszem). W porcie pełna oferta z różnymi opcjami - wycieczka w morze od godziny do kilku (z posiłkiem) czy podwózka wspomnianą na plażę Masca i trekking wąwozem. Nie kosztuje to jakichś dramatycznych pieniędzy - najtańsze rejsy łodzią motorową kosztują koło 10 euro.

Widok na klify z wody, zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca, jest wart wszystkich pieniędzy. Na północy przy dobrej widoczności widać La Gomerę i półwysep Teno. Szybka łódka też dostarcza dodatkowych atrakcji, zwłaszcza kawalersko prowadzona z rozpryskiem. Niestety, Maj doznał srogiego rozczarowania, bo klify klifami, ale ani delfinów, ani waleni nie było. Następnym razem.

GALERIA ZDJĘĆ.
Restauracja: Paraiso Del Sol, Av. Jose Gonzalez Forte 4.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 7, 2017

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: wyspy-kanaryjskie, hiszpania, teneryfa, los-gigantes - 0 komentarzy - Skomentuj