Marty jest bardzo miłym facetem, takim absolutnie sympatycznym, szczerym, a do tego sprawnym doradcą finansowym, zarabia niezłe pieniądze na doradzaniu firmom; spore zyski ma zwłaszcza z prania pieniędzy meksykańskiego kartelu narkotykowego. Niestety pasmo sukcesów przerywają dwa niezależne zdarzenia - on dowiaduje się o zdradzie żony, a kartel dowiaduje się o zdradzie wspólnika Marty'ego, który wyprowadza od lat pieniądze. Próbuje więc ucieczki, ale bez skutku, ostatecznie udaje mu się odroczyć wyrok na siebie i rodzinę za cenę dłuższej współpracy z kartelem - obiecuje, że na prowincji wypierze więcej i skuteczniej. Ozark w Missouri jest wprawdzie całkiem prowincjonalno-letniskowy, ale kiedy się zaczyna bliżej przyglądać, okazuje się, że ciemnych interesów jest tam mnóstwo i wcale nie tak łatwo do nich dołączyć, zwłaszcza bez przykuwania uwagi organów ścigania. To nie koniec problemów - ani żona, ani dwójka dorastających dzieci nie są zachwyceni sytuacją, zwłaszcza kiedy nie udaje się ukryć, że to nie nagła wakacyjna przygoda, a balansowanie na krawędzi.
Na odbiór serialu wpływa mi oczywiście przede wszystkim osoba aktora, który lata temu również wcielił się w biznesmena, usiłującego ratować zbankrutowaną rodzinę; Jason Bateman zdecydowanie bardziej sprawdzał się w emploi lżejszym i bardziej z przymrużeniem oka. Tutaj to takie "Breaking Bad", choć nieco bardziej dwuznaczne moralnie; Marty nie ma wspierającej rodziny, oprócz zagrożenia życia musi sobie przeorganizować małżeństwo, nastoletnie dzieci - wyrwane z zamożnego środowiska Chicago - nienawidzą go lub wykazują ewidentne oznaki stresu, mogące przerodzić się w coś poważnego. Męczyła mnie też trochę formuła, polegająca na wpuszczaniu protagonisty w coraz to gorsze tarapaty, czasem ocierające się o groteskę, z takim puszczaniem oczka do widza - jak myślisz, czy tym razem się podda i nie wypłynie? Pierwszy sezon zakończył się z hukiem, nie spodziewałam się, ale nawet czekam na drugi.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 22, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Marty jest bardzo miłym facetem, takim absolutnie sympatycznym, szczerym, a do tego sprawnym doradcą finansowym, zarabia niezłe pieniądze na doradzaniu firmom; spore zyski ma zwłaszcza z prania pieniędzy meksykańskiego kartelu narkotykowego. Niestety pasmo sukcesów przerywają dwa niezależne zdarzenia - on dowiaduje się o zdradzie żony, a kartel dowiaduje się o zdradzie wspólnika Marty'ego, który wyprowadza od lat pieniądze. Próbuje więc ucieczki, ale bez skutku, ostatecznie udaje mu się odroczyć wyrok na siebie i rodzinę za cenę dłuższej współpracy z kartelem - obiecuje, że na prowincji wypierze więcej i skuteczniej. Ozark w Missouri jest wprawdzie całkiem prowincjonalno-letniskowy, ale kiedy się zaczyna bliżej przyglądać, okazuje się, że ciemnych interesów jest tam mnóstwo i wcale nie tak łatwo do nich dołączyć, zwłaszcza bez przykuwania uwagi organów ścigania. To nie koniec problemów - ani żona, ani dwójka dorastających dzieci nie są zachwyceni sytuacją, zwłaszcza kiedy nie udaje się ukryć, że to nie nagła wakacyjna przygoda, a balansowanie na krawędzi.
Na odbiór serialu wpływa mi oczywiście przede wszystkim osoba aktora, który lata temu również wcielił się w biznesmena, usiłującego ratować zbankrutowaną rodzinę; Jason Bateman zdecydowanie bardziej sprawdzał się w emploi lżejszym i bardziej z przymrużeniem oka. Tutaj to takie "Breaking Bad", choć nieco bardziej dwuznaczne moralnie; Marty nie ma wspierającej rodziny, oprócz zagrożenia życia musi sobie przeorganizować małżeństwo, nastoletnie dzieci - wyrwane z zamożnego środowiska Chicago - nienawidzą go lub wykazują ewidentne oznaki stresu, mogące przerodzić się w coś poważnego. Męczyła mnie też trochę formuła, polegająca na wpuszczaniu protagonisty w coraz to gorsze tarapaty, czasem ocierające się o groteskę, z takim puszczaniem oczka do widza - jak myślisz, czy tym razem się podda i nie wypłynie? Pierwszy sezon zakończył się z hukiem, nie spodziewałam się, ale nawet czekam na drugi.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 22, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Historia to niebanalna - PRL-owski autor kryminałów, Kowerski, jak się potem okazuje połączenie detektywa-hobbysty[1], erotomana[2] i eks-komandosa[3], płynie do Urugwaju, żeby odwiedzić szwagra. Wyprawa nie zaczyna się dobrze - strajkuje elektrownia[4], a wprawdzie celnicy pozwalają na przewiezienie dwóch litrów wódki eksportowej, ale w porcie okazuje się, że szwagier umarł kilka dni temu. Przez mieszkanie szwagra (zrozpaczona żona wyjechała do rodziny na prowincję) przewija się szereg dziwnych postaci - właścicielka domu pogrzebowego, pośrednik handlowy, kobieta o końskiej szczęce, a Kowerski zajmuje się głównie spuszczaniem łomotu napotkanym panom[5] (i niektórym paniom, tym, których nie ciągnie do łóżka), przy czym dziwi się ogromnie, że lokalna policja najpierw nie traktuje go poważnie, a potem ładuje do aresztu, bo są świadkowie pobicia. W ramach karkołomnej intrygi, w którą zaplątany był Interpol, Amerykanin ze złotymi okularami i zębami oraz brutalny szwagier byłej żony szwagra (naprawdę) przypadkiem udaje mu się sprawę rozwikłać i - wraz z niespodziewanie ocalałym szwagrem wraca do Polski, na pokładzie pisząc niniejszą książkę[6].
Się pije: wina, canię (bimber z trzciny cukrowej), mate i mocną czarną kawę.
Się je: drogie, ale niesmaczne obiady w restauracji; sandwicze na gorąco; wstrętną zupę i suchy chleb (w więzieniu), suchary i słodką marmoladę (w przypadkowym miejscu transferowym); kanapki z serem; ryż z kartoflami i z kawałkami baraniny z dodatkiem sałaty gorzkiej jak piołun czy niewyraźną zupę, mocno zaprawioną olejem, baraninę ze smażonymi kartoflami, na deser konfitury z brzoskwiń (na prowincji); pieczoną kurę, kiełbasę i jajka na twardo (w podróży).
[1] Takiego raczej niesprytnego. W celu sprawdzenia, czy rzeczywiście jeden z kaktusów ma zatrute kolce, udaje się do sklepu zoologicznego, kupuje szczura (tylko dlatego, że nie było świnki morskiej) i zwierzę zabija, z czego nic nie wynika. Obserwuje bez zdziwienia słoik z kokainą w biurku szwagra, nie wiążąc tego zupełnie ze śmiercią tego ostatniego.
[2] Kobiety w Ameryce Południowej dzielą się na chętne i płatne. Dzień po przyjeździe usiłuje pocieszyć szarmancko właścicielkę zakładu pogrzebowego, z którą - podobno - sypiał jego brat.
Rozmowa nasza toczyła się w dalszym ciągu, nie zmierzając jednak do żadnego konkretnego celu. W pewnym momencie doszedłem do przekonania, że sytuacja dojrzała już do tego, aby nadać jej charakter bardziej intymny. Podniosłem się więc, pochyliłem się nad piękną właścicielką zakładu pogrzebowego i chciałem ją pocałować.
Odsunęła mnie jednak łagodnie, ale bardzo stanowczo.
– Czy nie uważa pan, że nazbyt szybko pragnie pan wejść w posiadanie spadku po szwagrze? – powiedziała.
Nie mam zwyczaju używać przemocy w stosunku do kobiet. A w tym wypadku daleki byłem od tego, żeby walczyć. Odsunąłem się więc spokojnie i, jak to się zwykle robi w podobnych sytuacjach, sięgnąłem po papierosa.
#seemslegit
Chwilę później, podczas zwiedzania mieszkania żony ogrodnika brata, zabawia kilka godzin w sypialni. Nie ma się oczywiście czemu dziwić.
Znowu wybuchła płaczem. Wstałem, pochyliłem się nad nią i zacząłem ją pocieszać, robiłem to zaś z takim zapałem, że pocałowałem ją w usta. Skutek był natychmiastowy. Przestała szlochać, patrzyła na mnie błyszczącymi, szeroko otwartymi oczami. Czułem się trochę zmieszany. Miałem przecież do czynienia z biedną, zrozpaczoną kobietą. Wróciłem na swoje miejsce i wypiłem wermut. (...) Na usprawiedliwienie pięknej żony kulawego ogrodnika muszę tu sobie zrobić trochę reklamy. Mam sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, ważę dziewięćdziesiąt dwa kilogramy, jestem muskularny, wysportowany i mimo iż przekroczyłem już czterdziestkę, cieszę się świetną formą fizyczną. Czuprynę mam gęstą, ciemnoblond, zaledwie leciutko szpakowatą.
Ale umówmy się, jest człowiekiem z klasą i za seks nie płaci:
Właściwie nie była brzydka, tylko bardzo zaniedbana. Miała ładne, gęste włosy i czarne oczy o mocnym blasku. Trochę może za tęga, ale jeszcze figurę miała dobrą. Siedziała przy ogniu na niskim stołeczku i piła kawę. Widocznie musiała wyczuć, że ją obserwuję, bo po chwili spytała:
– Cóż mi się tak przyglądasz?
– Bo mi się podobasz – odpowiedziałem. Wzruszyła ramionami.
– Jeżeli masz ochotę i piętnaście peso, to możesz ze mną pójść do łóżka.
Ta niedwuznaczna propozycja trochę mnie zaskoczyła. Potrząsnąłem głową.
– Żałuję bardzo, ale nie mam ani ochoty, ani piętnastu peso – wyjaśniłem.
Nawet jeśli pobudki damy są niejasne, naszemu potomkowi kosynierów to nie przeszkadza:
Weszła. Była w piżamie. Wydało mi się, że to dalszy ciąg mych marzeń. Dopiero kiedy poczułem jej pocałunki, zrozumiałem, że to nie sen. Wiedziałem, że pragnie się tylko zemścić na swym mężu, ale w danej chwili nie obchodziło mnie to.
Ba, nawet zdobywa się na ingerencję w życie prywatne damy, którą noc wcześniej obracał w piernatach:
Armando bił żonę. Walił ją grubym, skórzanym bykowcem, używanym przez peonów do poganiania bydła. Obok, na kamiennej płycie starego grobowca, siedział Carlos i paląc papierosa, najspokojniej przyglądał się tej scenie. Alma, zakrywając sobie twarz rękoma, jęczała głucho.
– Ja cię nauczę posłuszeństwa! Ja cię nauczę posłuszeństwa – powtarzał za każdym ciosem Armando.
W normalnych warunkach nie wtrącałbym się do rodzinnych nieporozumień, ale czułem się w jakiś sposób zobowiązany wobec tej kobiety. Chociaż więc sytuacja nie wymagała komentarzy, spytałem:
– Co pan robi?!
[3]
Stara fotografia z czasów wojny: (...) i ja, wszyscy w mundurach komandosów. Dziarskie miny, wyzywające spojrzenia, ileż to lat, ileż wspomnień, ile wspólnie przeżytych walk, niebezpieczeństw, burd, awantur i przygód miłosnych. Bujne to było życie, pełne silnych wrażeń i wielkich nadziei. Byliśmy młodzi, bardzo młodzi i to chyba było najważniejsze. Przypomniała mi się owa pamiętna awantura w Neapolu. Nie wiem właściwie, o co poszło. Najprawdopodobniej o jakąś dziewczynę. Włochów było z piętnastu. Nas trzech. Byliśmy wtedy w formie. Wszystkich naszych przeciwników trzeba było odwieźć do szpitala. Lokal zdemolowaliśmy doszczętnie. Na zakończenie Wojtek zawiesił właściciela knajpy na żyrandolu. Wisiał biedak na pasku i ruszał rękami i nogami, jakby się uczył pływać. Przeklinał przy tym w swym ojczystym języku na czym świat stoi. Wojtek zawsze był pomysłowym chłopakiem.
[4] Oczywiście nie do pomyślenia w Polsce, co autor skrzętnie notuje na wypadek, jakby ktoś czytał.
[5] Chociaż czasem, uwaga, ma przemyślenia!
Ciągle nie mogłem pozbyć się dręczących wątpliwości. Bo jeżeli Garcia nie miał z tą całą sprawą nic wspólnego i tylko ten chłopak napuścił mnie na niego, to nie ulegało wątpliwości, że wygłupiłem się w sposób nieprawdopodobny. Na domiar złego mogłem mieć rzeczywiście poważne przykrości, jeżeli na przykład temu Mulatowi złamałem szczękę. (...) Zacząłem teraz żałować, że zbyt pochopnie zaatakowałem Garcię.
[6]
Wychodzę na pokład. Na leżaku przykryty kilkoma kocami leży Michał. Czyta mój maszynopis. Spogląda na mnie i pyta z uśmiechem:
– Czy masz zamiar dać to do czytania Kasi?
– Ta książka nie jest dozwolona dla mojej żony – odpowiadam.
Inne tego autora tu.
#70
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 21, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2017, kryminal
- 3 komentarze
- Skomentuj
Historia to niebanalna - PRL-owski autor kryminałów, Kowerski, jak się potem okazuje połączenie detektywa-hobbysty[1], erotomana[2] i eks-komandosa[3], płynie do Urugwaju, żeby odwiedzić szwagra. Wyprawa nie zaczyna się dobrze - strajkuje elektrownia[4], a wprawdzie celnicy pozwalają na przewiezienie dwóch litrów wódki eksportowej, ale w porcie okazuje się, że szwagier umarł kilka dni temu. Przez mieszkanie szwagra (zrozpaczona żona wyjechała do rodziny na prowincję) przewija się szereg dziwnych postaci - właścicielka domu pogrzebowego, pośrednik handlowy, kobieta o końskiej szczęce, a Kowerski zajmuje się głównie spuszczaniem łomotu napotkanym panom[5] (i niektórym paniom, tym, których nie ciągnie do łóżka), przy czym dziwi się ogromnie, że lokalna policja najpierw nie traktuje go poważnie, a potem ładuje do aresztu, bo są świadkowie pobicia. W ramach karkołomnej intrygi, w którą zaplątany był Interpol, Amerykanin ze złotymi okularami i zębami oraz brutalny szwagier byłej żony szwagra (naprawdę) przypadkiem udaje mu się sprawę rozwikłać i - wraz z niespodziewanie ocalałym szwagrem wraca do Polski, na pokładzie pisząc niniejszą książkę[6].
Się pije: wina, canię (bimber z trzciny cukrowej), mate i mocną czarną kawę.
Się je: drogie, ale niesmaczne obiady w restauracji; sandwicze na gorąco; wstrętną zupę i suchy chleb (w więzieniu), suchary i słodką marmoladę (w przypadkowym miejscu transferowym); kanapki z serem; ryż z kartoflami i z kawałkami baraniny z dodatkiem sałaty gorzkiej jak piołun czy niewyraźną zupę, mocno zaprawioną olejem, baraninę ze smażonymi kartoflami, na deser konfitury z brzoskwiń (na prowincji); pieczoną kurę, kiełbasę i jajka na twardo (w podróży).
[1] Takiego raczej niesprytnego. W celu sprawdzenia, czy rzeczywiście jeden z kaktusów ma zatrute kolce, udaje się do sklepu zoologicznego, kupuje szczura (tylko dlatego, że nie było świnki morskiej) i zwierzę zabija, z czego nic nie wynika. Obserwuje bez zdziwienia słoik z kokainą w biurku szwagra, nie wiążąc tego zupełnie ze śmiercią tego ostatniego.
[2] Kobiety w Ameryce Południowej dzielą się na chętne i płatne. Dzień po przyjeździe usiłuje pocieszyć szarmancko właścicielkę zakładu pogrzebowego, z którą - podobno - sypiał jego brat.
Rozmowa nasza toczyła się w dalszym ciągu, nie zmierzając jednak do żadnego konkretnego celu. W pewnym momencie doszedłem do przekonania, że sytuacja dojrzała już do tego, aby nadać jej charakter bardziej intymny. Podniosłem się więc, pochyliłem się nad piękną właścicielką zakładu pogrzebowego i chciałem ją pocałować.
Odsunęła mnie jednak łagodnie, ale bardzo stanowczo.
– Czy nie uważa pan, że nazbyt szybko pragnie pan wejść w posiadanie spadku po szwagrze? – powiedziała.
Nie mam zwyczaju używać przemocy w stosunku do kobiet. A w tym wypadku daleki byłem od tego, żeby walczyć. Odsunąłem się więc spokojnie i, jak to się zwykle robi w podobnych sytuacjach, sięgnąłem po papierosa.
#seemslegit
Chwilę później, podczas zwiedzania mieszkania żony ogrodnika brata, zabawia kilka godzin w sypialni. Nie ma się oczywiście czemu dziwić.
Znowu wybuchła płaczem. Wstałem, pochyliłem się nad nią i zacząłem ją pocieszać, robiłem to zaś z takim zapałem, że pocałowałem ją w usta. Skutek był natychmiastowy. Przestała szlochać, patrzyła na mnie błyszczącymi, szeroko otwartymi oczami. Czułem się trochę zmieszany. Miałem przecież do czynienia z biedną, zrozpaczoną kobietą. Wróciłem na swoje miejsce i wypiłem wermut. (...) Na usprawiedliwienie pięknej żony kulawego ogrodnika muszę tu sobie zrobić trochę reklamy. Mam sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, ważę dziewięćdziesiąt dwa kilogramy, jestem muskularny, wysportowany i mimo iż przekroczyłem już czterdziestkę, cieszę się świetną formą fizyczną. Czuprynę mam gęstą, ciemnoblond, zaledwie leciutko szpakowatą.
Ale umówmy się, jest człowiekiem z klasą i za seks nie płaci:
Właściwie nie była brzydka, tylko bardzo zaniedbana. Miała ładne, gęste włosy i czarne oczy o mocnym blasku. Trochę może za tęga, ale jeszcze figurę miała dobrą. Siedziała przy ogniu na niskim stołeczku i piła kawę. Widocznie musiała wyczuć, że ją obserwuję, bo po chwili spytała:
– Cóż mi się tak przyglądasz?
– Bo mi się podobasz – odpowiedziałem. Wzruszyła ramionami.
– Jeżeli masz ochotę i piętnaście peso, to możesz ze mną pójść do łóżka.
Ta niedwuznaczna propozycja trochę mnie zaskoczyła. Potrząsnąłem głową.
– Żałuję bardzo, ale nie mam ani ochoty, ani piętnastu peso – wyjaśniłem.
Nawet jeśli pobudki damy są niejasne, naszemu potomkowi kosynierów to nie przeszkadza:
Weszła. Była w piżamie. Wydało mi się, że to dalszy ciąg mych marzeń. Dopiero kiedy poczułem jej pocałunki, zrozumiałem, że to nie sen. Wiedziałem, że pragnie się tylko zemścić na swym mężu, ale w danej chwili nie obchodziło mnie to.
Ba, nawet zdobywa się na ingerencję w życie prywatne damy, którą noc wcześniej obracał w piernatach:
Armando bił żonę. Walił ją grubym, skórzanym bykowcem, używanym przez peonów do poganiania bydła. Obok, na kamiennej płycie starego grobowca, siedział Carlos i paląc papierosa, najspokojniej przyglądał się tej scenie. Alma, zakrywając sobie twarz rękoma, jęczała głucho.
– Ja cię nauczę posłuszeństwa! Ja cię nauczę posłuszeństwa – powtarzał za każdym ciosem Armando.
W normalnych warunkach nie wtrącałbym się do rodzinnych nieporozumień, ale czułem się w jakiś sposób zobowiązany wobec tej kobiety. Chociaż więc sytuacja nie wymagała komentarzy, spytałem:
– Co pan robi?!
[3]
Stara fotografia z czasów wojny: (...) i ja, wszyscy w mundurach komandosów. Dziarskie miny, wyzywające spojrzenia, ileż to lat, ileż wspomnień, ile wspólnie przeżytych walk, niebezpieczeństw, burd, awantur i przygód miłosnych. Bujne to było życie, pełne silnych wrażeń i wielkich nadziei. Byliśmy młodzi, bardzo młodzi i to chyba było najważniejsze. Przypomniała mi się owa pamiętna awantura w Neapolu. Nie wiem właściwie, o co poszło. Najprawdopodobniej o jakąś dziewczynę. Włochów było z piętnastu. Nas trzech. Byliśmy wtedy w formie. Wszystkich naszych przeciwników trzeba było odwieźć do szpitala. Lokal zdemolowaliśmy doszczętnie. Na zakończenie Wojtek zawiesił właściciela knajpy na żyrandolu. Wisiał biedak na pasku i ruszał rękami i nogami, jakby się uczył pływać. Przeklinał przy tym w swym ojczystym języku na czym świat stoi. Wojtek zawsze był pomysłowym chłopakiem.
[4] Oczywiście nie do pomyślenia w Polsce, co autor skrzętnie notuje na wypadek, jakby ktoś czytał.
[5] Chociaż czasem, uwaga, ma przemyślenia!
Ciągle nie mogłem pozbyć się dręczących wątpliwości. Bo jeżeli Garcia nie miał z tą całą sprawą nic wspólnego i tylko ten chłopak napuścił mnie na niego, to nie ulegało wątpliwości, że wygłupiłem się w sposób nieprawdopodobny. Na domiar złego mogłem mieć rzeczywiście poważne przykrości, jeżeli na przykład temu Mulatowi złamałem szczękę. (...) Zacząłem teraz żałować, że zbyt pochopnie zaatakowałem Garcię.
[6]
Wychodzę na pokład. Na leżaku przykryty kilkoma kocami leży Michał. Czyta mój maszynopis. Spogląda na mnie i pyta z uśmiechem:
– Czy masz zamiar dać to do czytania Kasi?
– Ta książka nie jest dozwolona dla mojej żony – odpowiadam.
Inne tego autora tu.
#70
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 21, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, prl, 2017, kryminal
- 3 komentarze
- Skomentuj
Świeżo po powrocie z ciepłych krajów wspięłam się na wieżyczkę pawilonu 11 Międzynarodowych Targów Poznańskich, chociaż aura nie nastrajała - wiało, palce grabiały i brakowało tylko zamarzającej mżawki do kompletu. Oczywiście - było warto mimo szarego nieba i dalekiego wspomnienia po słońcu. Z wejściem na wieżyczkę pewnie nie jest tak łatwo, bo wymaga wpuszczenia przez osobę upoważnioną (tu gorąco pozdrawiam zarówno "naszego człowieka" na Targach i ekipę #instapoznan), za to - jeśli będziecie mieli okazję - warto zajrzeć do Sali Ziemi przy okazji jakiegoś wydarzenia artystycznego, bo sala jest bardzo wzrokowo ciekawa (oraz nie wieje).
Wieżyczka na pawilonie 11
Sala Ziemi
GALERIA ZDJĘĆ.
Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan6 na instagramie.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 18, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
photowalk, instapoznan, mtp
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Świeżo po powrocie z ciepłych krajów wspięłam się na wieżyczkę pawilonu 11 Międzynarodowych Targów Poznańskich, chociaż aura nie nastrajała - wiało, palce grabiały i brakowało tylko zamarzającej mżawki do kompletu. Oczywiście - było warto mimo szarego nieba i dalekiego wspomnienia po słońcu. Z wejściem na wieżyczkę pewnie nie jest tak łatwo, bo wymaga wpuszczenia przez osobę upoważnioną (tu gorąco pozdrawiam zarówno "naszego człowieka" na Targach i ekipę #instapoznan), za to - jeśli będziecie mieli okazję - warto zajrzeć do Sali Ziemi przy okazji jakiegoś wydarzenia artystycznego, bo sala jest bardzo wzrokowo ciekawa (oraz nie wieje).
Wieżyczka na pawilonie 11
Sala Ziemi
GALERIA ZDJĘĆ.
Dodatkowo, jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia zrobione przez resztę uczestników, a warto - przejrzyjcie tag #poznajpoznan6 na instagramie.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 18, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
photowalk, instapoznan, mtp
- 0 komentarzy
- Skomentuj
"Królowa południa" to pseudo-relacja reporterska przeplatana wspomnieniami bohaterki. 12 lat wcześniej młoda Teresa Mendoza musiała uciekać z meksykańskiego stanu Sinaloa po tym, jak jej chłopak - Blondyn Davila, zwanym mistrzem krótkiego pasa, przemytnik - został zamordowany, a ona cudem uratowała się dzięki szybkiej orientacji i sprytowi. W Hiszpanii dziewczyna zorientowała się, że jest w stanie zorganizować podobną siatkę przemytniczą, tylko z mniejszą szansą na wpadkę i rzeczywiście, w więzieniu wylądowała tylko dlatego, że jeden z celników uznał złapanie jej i jej kolejnego chłopaka za cel życia. Więzienie było również trampoliną do dalszej kariery przemytniczej i kopalnią doświadczeń - Mendoza wyszła z zamiłowaniem do czytania ("Hrabia Monte Christo" jako powieść edukacyjna) i z przyjaźnią Pat O'Farrel, bogatej dziewczyny z pół tony kokainy do wzięcia.
Reverte umie prowadzić akcję w sposób brawurowy i jednocześnie wiarygodny, nie ważne, czy bohaterem jest antykwariusz w średnim wieku, czy dojrzewająca dziewczyna na progu przełomu życiowego. Nie jest istotne, czy opisuje szczegóły wielkiego przedsiębiorstwa transportowego, które jest przykrywką dla przewożenia narkotyków z miejsca na miejsce, czy opowiada o obudzonej namiętności do czytania, czyta się o tym równie smacznie.
Poprzednio czytałam tę książkę ponad 10 lat temu i niewiele pamiętałam poza ogólnym zarysem fabuły i przekonaniem, że zawiera jakiś bardzo skomplikowany twist, który obraca całość akcji. Otóż nie, nie wiem, skąd mi się to wzięło; bardzo dobra powieść sensacyjna, ale bez zakrętki.
Inne tego autora tutaj.
#69/#14
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 16, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, 2017, kryminal
- 1 komentarz
- Skomentuj
"Królowa południa" to pseudo-relacja reporterska przeplatana wspomnieniami bohaterki. 12 lat wcześniej młoda Teresa Mendoza musiała uciekać z meksykańskiego stanu Sinaloa po tym, jak jej chłopak - Blondyn Davila, zwanym mistrzem krótkiego pasa, przemytnik - został zamordowany, a ona cudem uratowała się dzięki szybkiej orientacji i sprytowi. W Hiszpanii dziewczyna zorientowała się, że jest w stanie zorganizować podobną siatkę przemytniczą, tylko z mniejszą szansą na wpadkę i rzeczywiście, w więzieniu wylądowała tylko dlatego, że jeden z celników uznał złapanie jej i jej kolejnego chłopaka za cel życia. Więzienie było również trampoliną do dalszej kariery przemytniczej i kopalnią doświadczeń - Mendoza wyszła z zamiłowaniem do czytania ("Hrabia Monte Christo" jako powieść edukacyjna) i z przyjaźnią Pat O'Farrel, bogatej dziewczyny z pół tony kokainy do wzięcia.
Reverte umie prowadzić akcję w sposób brawurowy i jednocześnie wiarygodny, nie ważne, czy bohaterem jest antykwariusz w średnim wieku, czy dojrzewająca dziewczyna na progu przełomu życiowego. Nie jest istotne, czy opisuje szczegóły wielkiego przedsiębiorstwa transportowego, które jest przykrywką dla przewożenia narkotyków z miejsca na miejsce, czy opowiada o obudzonej namiętności do czytania, czyta się o tym równie smacznie.
Poprzednio czytałam tę książkę ponad 10 lat temu i niewiele pamiętałam poza ogólnym zarysem fabuły i przekonaniem, że zawiera jakiś bardzo skomplikowany twist, który obraca całość akcji. Otóż nie, nie wiem, skąd mi się to wzięło; bardzo dobra powieść sensacyjna, ale bez zakrętki.
Inne tego autora tutaj.
#69/#14
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 16, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, 2017, kryminal
- 1 komentarz
- Skomentuj
[17-26.10.2017]
Pracuję na Sołaczu, pięknej dzielnicy willowej tuż obok malowniczego parku Sołackiego. Z Sołacza jest podziemne przejście na drugą stronę przelotowej Niestachowskiej, gdzie Ogród Dendrologiczny, dalej Golęcin i wreszcie jezioro Rusałka. WTEM okazało się, że mam o dwie minuty jazdy samochodem miejsce, gdzie o poranku przepięknie zaczyna się świat jesienią. Szanowni państwo, poznajcie Rusałkę, jezioro, które w ekranizacji "Ogniem i mieczem" zagrało Dniestr. Rzadko kto się może takim osiągnięciem pochwalić.



GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 13, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
solacz, rusalka
- 3 komentarze
- Skomentuj
[17-26.10.2017]
Pracuję na Sołaczu, pięknej dzielnicy willowej tuż obok malowniczego parku Sołackiego. Z Sołacza jest podziemne przejście na drugą stronę przelotowej Niestachowskiej, gdzie Ogród Dendrologiczny, dalej Golęcin i wreszcie jezioro Rusałka. WTEM okazało się, że mam o dwie minuty jazdy samochodem miejsce, gdzie o poranku przepięknie zaczyna się świat jesienią. Szanowni państwo, poznajcie Rusałkę, jezioro, które w ekranizacji "Ogniem i mieczem" zagrało Dniestr. Rzadko kto się może takim osiągnięciem pochwalić.



GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 13, 2017
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
solacz, rusalka
- 3 komentarze
- Skomentuj