Dwie linie czasu. W okolicach 2030, tuż przed "pulą" (szeroko pojętą epidemią, w której wyginęło 80% ludzkości[1]) gdzieś na amerykańskiej prowincji, w zasadzie rządzonej przez skorupowaną kartelami narkotykowymi władzę, żyje Flynne Fisher z rodziną - śmiertelnie chorą matką i bratem-weteranem (oraz jego kumplami) uszkodzonym przez bliżej nieokreśloną wojnę. Utrzymuje się z "farmienia", płatnego grania w gry komputerowe w zastępstwie znudzonych bogaczy oraz półlegalnego drukowania 3d rzeczy na sprzedaż. Kiedy zastępuje brata w grze, jest świadkiem tajemniczego morderstwa. Druga linia czasu, jak się okazuje, dzieje sie kilkaset lat później, w mocno ograniczonym populacyjnie świecie po "puli", gdzie zostali celebryci i bogacze. Will Netherton, specjalista od PR znanej performerki/celebrytki Daedry, zalicza spektakularną klapę, kiedy jego podopieczna (i eks-kochanka) na oczach całego świata wymordowuje Plamiarzy - mieszkańców sztucznej wyspy, odzyskujących plastik.Chwilę później znika siostra Daedry, Aelita, a Will zaczyna drążyć, co się naprawdę stało. Łatwo się domyślić, że to zaginięcie Aelity widziała "w grze" Flynne.
Okazuje się, że obie linie czasu mogą się ze sobą spotkać za pomocą chińskiego serwera, który pozwala na dwustronną komunikację między czasami. Ba, za pomocą tzw. peryferali (białkowych androidów, do których da się przetransferować czyjąś osobowość) można się nawet przenieść do przyszłości (w drugą stronę istnieje coś takiego jak odpowiednik naszej telekonferencji). Oczywiście w momencie zaistnienia komunikacji przeszłość zostaje tzw. kikutem, odgałęzieniem czasu, które rozpoczyna budowę własnej przyszłości. Wykorzystując to, Will ze swoimi sojusznikami usiłuje zapobiec nadejściu "puli" w tym świecie, a w swoim wyjaśnić morderstwo i stojacą za nim intrygę.
[1] Strasznie się męczyłam czytając, mimo że to nie jest pierwsza książka Gibsona. Narracja nie jest spójna, dialogi są chropawe, czasem miałam wrażenie, że brakuje części narracji pomiędzy, nasycenie neologizmami ogromne, plus wcale nie pomaga koślawe tłumaczenie. Wspomniana wyżej "pula", "kleptowie" (oligarchowie okolic XXII wieku), "ćwiartka z pensem" (welocyped) czy ogólna niezgrabność języka ewidentnie wynika z przekładu. Dodatkowo, jeśli ktoś czytał oryginał - czy rzeczywiście Griff w linii czasu Flynn jest mężczyzną?!
Inne tego autora.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 14, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panowie, sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Dwie linie czasu. W okolicach 2030, tuż przed "pulą" (szeroko pojętą epidemią, w której wyginęło 80% ludzkości[1]) gdzieś na amerykańskiej prowincji, w zasadzie rządzonej przez skorupowaną kartelami narkotykowymi władzę, żyje Flynne Fisher z rodziną - śmiertelnie chorą matką i bratem-weteranem (oraz jego kumplami) uszkodzonym przez bliżej nieokreśloną wojnę. Utrzymuje się z "farmienia", płatnego grania w gry komputerowe w zastępstwie znudzonych bogaczy oraz półlegalnego drukowania 3d rzeczy na sprzedaż. Kiedy zastępuje brata w grze, jest świadkiem tajemniczego morderstwa. Druga linia czasu, jak się okazuje, dzieje sie kilkaset lat później, w mocno ograniczonym populacyjnie świecie po "puli", gdzie zostali celebryci i bogacze. Will Netherton, specjalista od PR znanej performerki/celebrytki Daedry, zalicza spektakularną klapę, kiedy jego podopieczna (i eks-kochanka) na oczach całego świata wymordowuje Plamiarzy - mieszkańców sztucznej wyspy, odzyskujących plastik.Chwilę później znika siostra Daedry, Aelita, a Will zaczyna drążyć, co się naprawdę stało. Łatwo się domyślić, że to zaginięcie Aelity widziała "w grze" Flynne.
Okazuje się, że obie linie czasu mogą się ze sobą spotkać za pomocą chińskiego serwera, który pozwala na dwustronną komunikację między czasami. Ba, za pomocą tzw. peryferali (białkowych androidów, do których da się przetransferować czyjąś osobowość) można się nawet przenieść do przyszłości (w drugą stronę istnieje coś takiego jak odpowiednik naszej telekonferencji). Oczywiście w momencie zaistnienia komunikacji przeszłość zostaje tzw. kikutem, odgałęzieniem czasu, które rozpoczyna budowę własnej przyszłości. Wykorzystując to, Will ze swoimi sojusznikami usiłuje zapobiec nadejściu "puli" w tym świecie, a w swoim wyjaśnić morderstwo i stojacą za nim intrygę.
[1] Strasznie się męczyłam czytając, mimo że to nie jest pierwsza książka Gibsona. Narracja nie jest spójna, dialogi są chropawe, czasem miałam wrażenie, że brakuje części narracji pomiędzy, nasycenie neologizmami ogromne, plus wcale nie pomaga koślawe tłumaczenie. Wspomniana wyżej "pula", "kleptowie" (oligarchowie okolic XXII wieku), "ćwiartka z pensem" (welocyped) czy ogólna niezgrabność języka ewidentnie wynika z przekładu. Dodatkowo, jeśli ktoś czytał oryginał - czy rzeczywiście Griff w linii czasu Flynn jest mężczyzną?!
Inne tego autora.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 14, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panowie, sf-f
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kiedy się oczekuje dziecka, to spodziewa się (zwłaszcza matka), że będzie ładne, mądre, zabawne i z perspektywami. Czasem jednak tak nie jest - On, zwany Śpikiem nie jest dla matki obiektem dumy, ale wstydu. Zewnętrznego, bo kto widział takiego nieudanego syna mieć, ale też i wewnętrznego - bo może jednak nie warto było dziecka przenosić, tylko zrobić cesarkę? Może wtedy byłby normalny? Bo nie jest mądry, raczej głupawo naiwny, nie umie ładnie pisać, uczy się z oporami, wszystko rozumie literalnie, jest obiektem żartów i kozłem do bicia bardziej ogarniętych kolegów z podstawówki. A najbardziej lubi tramwaje - zna na pamięć ich numery, trasy i czasy odjazdów. Nakładając na to schyłkowy PRL lata 80. ze wszystkimi jego wadami (chociaż w trakcie edukacji Śpika pojawia się i psycholog!) to jednocześnie smutna historia niedostosowania i ciepła opowieść o tym, że da się kochać nawet takiego mniej idealnego.
Pewną wadą - dla mnie - jest doklejenie do akcji rzeczywistości magicznej - tajemniczego opiekuna, który się pojawia losowo w życiu rodziny i samego Śpika oraz wprowadzenie sennej maligny/wizji, która się przetacza przez głowę bohatera. W porównaniu z "Szopką" nie jest tak przez łzy zabawnie, raczej smutno-nostalgicznie.
Inne tej autorki.
#49
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 9, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, obyczajowy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kiedy się oczekuje dziecka, to spodziewa się (zwłaszcza matka), że będzie ładne, mądre, zabawne i z perspektywami. Czasem jednak tak nie jest - On, zwany Śpikiem nie jest dla matki obiektem dumy, ale wstydu. Zewnętrznego, bo kto widział takiego nieudanego syna mieć, ale też i wewnętrznego - bo może jednak nie warto było dziecka przenosić, tylko zrobić cesarkę? Może wtedy byłby normalny? Bo nie jest mądry, raczej głupawo naiwny, nie umie ładnie pisać, uczy się z oporami, wszystko rozumie literalnie, jest obiektem żartów i kozłem do bicia bardziej ogarniętych kolegów z podstawówki. A najbardziej lubi tramwaje - zna na pamięć ich numery, trasy i czasy odjazdów. Nakładając na to schyłkowy PRL lata 80. ze wszystkimi jego wadami (chociaż w trakcie edukacji Śpika pojawia się i psycholog!) to jednocześnie smutna historia niedostosowania i ciepła opowieść o tym, że da się kochać nawet takiego mniej idealnego.
Pewną wadą - dla mnie - jest doklejenie do akcji rzeczywistości magicznej - tajemniczego opiekuna, który się pojawia losowo w życiu rodziny i samego Śpika oraz wprowadzenie sennej maligny/wizji, która się przetacza przez głowę bohatera. W porównaniu z "Szopką" nie jest tak przez łzy zabawnie, raczej smutno-nostalgicznie.
Inne tej autorki.
#49
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 9, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, obyczajowy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Problem wakacji rozpoczęła grubsza rozkmina matematyczna - jakkolwiek bym nie liczyła, to 93 dni wolne w ciągu roku kalendarzowego, jakimi obdarowuje moje dziecko tryb edukacji podstawowej nijak nie dadzą się pokryć[1] przez 26 dni urlopu mojego i 26 dni urlopu TŻ, nawet zakładając, że spędzamy czas wolny z dzieckiem rotacyjnie, nie jadąc na wspólne wakacje. Część wakacji więc Majut spędził u dziadków, skąd wrócił nauczony pływania i objedzony po uszy, na kolejną część poza tzw. łataniem, zaplanowaliśmy półkolonie.
Na pierwszy turnus trafiliśmy do Fundacji ARS na Nowowiejskiego, gdzie młodzież rysowała, malowała, chodziła nurzać się w sztuce w Muzeum Narodowym (żeby potem ze znudzeniem rzucić, przejeżdżając mimo, że "a tak, byłam, malowaliśmy tam stopami, bo nie chciałam brudzić rąk"). Ja z imprezy wyniosłam najlepszy chyba portret ever ("Mama, rysunek w węglu") oraz zaprzyjaźnienie się z uroczą kawiarnią "Dobra", gdzie o poranku można dostać pyszne, ogromne kanapki (również wegetariańskie) z chleba pieczonego na miejscu, jajecznicę i kawę. W ciągu dnia - ciasta, zupę z soczewicy i inne, pun intended, dobra. Więcej o kawiarni tutaj [link nieaktualny]. Maj odbierał poprawnie (w końcu ktoś zachwycał się wykonywaną sztuką, what not to like), ale bez większej ekscytacji.

Cafe Dobra, Nowowiejskiego 15

Mój najlepszy portret, czarna sukienka w kwiatki i buty na obcasach
Co innego z turnusem drugim - Klub jeździecki Pony na Strzeszynie (nie zwracajcie uwagi na stan strony www) okazał się absolutnym hitem wakacji. Młodzież wracała na adrenalinie, rzucała słownictwem fachowym (stęp, kłus, boltyżerka, flaga, uprząż, palcat, to takie kółeczko do trzymania się) i rano nie mogła się doczekać, kiedy znowu. Niebagatelnie pomogło w tym pewnie to, że w imprezie uczestniczyła również Najlepsza Przyjaciółka oraz że na terenie poza baranem Mańkiem (można karmić czymkolwiek), czarną szczeciniastą świnką Pumbą (można karmić czymkolwiek) były też dwa koty - czarno-biała Aldona i biała Elza (która sama się bezwstydnie zorganizowała w kwestii kiełbasek na ognisku). Niestety, całościowo oznacza to, że będziemy musieli ogarnąć kwestię częstszych wizyt w stadninie, ponieważ się spodobało i zaczęły padać niepokojące pytania typu "kiedy będę mogła sama galopować[2] bez lonży?". Moja mała córeczka, która jeszcze wczoraj nie umiała chodzić.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Anegdotka bez związku. Idę niebawem na urlop (ten wspólny z TŻ i dzieckiem) i w korespondencji służbowej obejmującej wydarzenia odbywające się w tym okresie zapowiadam zastępstwa. Potknęłam się ostatnio, próbując wyjaśnić korespondentowi, że "I'm on vacation, but kindly please to worry not, because I will be covered by my coworker", na szczęście przeredagowałam treść komunikatu.
[2] Troszkę smuteczek - latami Maj używał uroczych przekręceń typu "gumerang" czy "galofować", ale to znika z czasem.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 7, 2016
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Problem wakacji rozpoczęła grubsza rozkmina matematyczna - jakkolwiek bym nie liczyła, to 93 dni wolne w ciągu roku kalendarzowego, jakimi obdarowuje moje dziecko tryb edukacji podstawowej nijak nie dadzą się pokryć[1] przez 26 dni urlopu mojego i 26 dni urlopu TŻ, nawet zakładając, że spędzamy czas wolny z dzieckiem rotacyjnie, nie jadąc na wspólne wakacje. Część wakacji więc Majut spędził u dziadków, skąd wrócił nauczony pływania i objedzony po uszy, na kolejną część poza tzw. łataniem, zaplanowaliśmy półkolonie.
Na pierwszy turnus trafiliśmy do Fundacji ARS na Nowowiejskiego, gdzie młodzież rysowała, malowała, chodziła nurzać się w sztuce w Muzeum Narodowym (żeby potem ze znudzeniem rzucić, przejeżdżając mimo, że "a tak, byłam, malowaliśmy tam stopami, bo nie chciałam brudzić rąk"). Ja z imprezy wyniosłam najlepszy chyba portret ever ("Mama, rysunek w węglu") oraz zaprzyjaźnienie się z uroczą kawiarnią "Dobra", gdzie o poranku można dostać pyszne, ogromne kanapki (również wegetariańskie) z chleba pieczonego na miejscu, jajecznicę i kawę. W ciągu dnia - ciasta, zupę z soczewicy i inne, pun intended, dobra. Więcej o kawiarni tutaj [link nieaktualny]. Maj odbierał poprawnie (w końcu ktoś zachwycał się wykonywaną sztuką, what not to like), ale bez większej ekscytacji.

Cafe Dobra, Nowowiejskiego 15

Mój najlepszy portret, czarna sukienka w kwiatki i buty na obcasach
Co innego z turnusem drugim - Klub jeździecki Pony na Strzeszynie (nie zwracajcie uwagi na stan strony www) okazał się absolutnym hitem wakacji. Młodzież wracała na adrenalinie, rzucała słownictwem fachowym (stęp, kłus, boltyżerka, flaga, uprząż, palcat, to takie kółeczko do trzymania się) i rano nie mogła się doczekać, kiedy znowu. Niebagatelnie pomogło w tym pewnie to, że w imprezie uczestniczyła również Najlepsza Przyjaciółka oraz że na terenie poza baranem Mańkiem (można karmić czymkolwiek), czarną szczeciniastą świnką Pumbą (można karmić czymkolwiek) były też dwa koty - czarno-biała Aldona i biała Elza (która sama się bezwstydnie zorganizowała w kwestii kiełbasek na ognisku). Niestety, całościowo oznacza to, że będziemy musieli ogarnąć kwestię częstszych wizyt w stadninie, ponieważ się spodobało i zaczęły padać niepokojące pytania typu "kiedy będę mogła sama galopować[2] bez lonży?". Moja mała córeczka, która jeszcze wczoraj nie umiała chodzić.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Anegdotka bez związku. Idę niebawem na urlop (ten wspólny z TŻ i dzieckiem) i w korespondencji służbowej obejmującej wydarzenia odbywające się w tym okresie zapowiadam zastępstwa. Potknęłam się ostatnio, próbując wyjaśnić korespondentowi, że "I'm on vacation, but kindly please to worry not, because I will be covered by my coworker", na szczęście przeredagowałam treść komunikatu.
[2] Troszkę smuteczek - latami Maj używał uroczych przekręceń typu "gumerang" czy "galofować", ale to znika z czasem.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 7, 2016
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Lata 70., Oxford. Inspektor Morse prowadzi śledztwo w sprawie zamordowania i gwałtu młodej maszynistki[1], znalezionej na podwórku za pubem. Śledztwo idzie dość mozolnie, bo ani nikt nie chce się przyznać do podwiezienia denatki i jej koleżanki autostopem, na co jest świadek, ani wspomniana koleżanka się do towarzystwa ostatniego wieczoru nie przyznaje. Wiadomo, że pojawił się czerwony samochód, a bardzo prawdopodobne, że tajemniczy list napisany na maszynie może wyjaśnic tajemnicę.
To nie jest ten uroczy, młody inspektor Morse z serialu Endeavour, tylko starszy, źle ubrany, nieco nieokrzesany (acz ciągle kochliwy) policjant dobrze po 40. Gdzieś w tle przewija się informacja, że studiował kiedyś w Oxfordzie, wśród wykładowców są podejrzani, ale równie dobrze akcję tego tomu można by osadzić gdziekolwiek. Jak przystało na lata 70., się dużo pali (wszyscy). Morse, samotnik, zwykle żywi sie w pubach, ale i sam sobie gotuje ("przysmak złożony z bekonu, pomidorów i grzybów"). Kiedy niespodziewanie wpada na pomysł, żeby zagipsować dziurę w ścianie, spada z drabiny i boleśnie uszkadza stopę; niespodziewanie posuwa to śledztwo do przodu.
Pobocznie - jako jedno z miejsc akcji pojawia się Pałac Blenheim - zdecydowany must-have na liście miejsc na następną wycieczkę do pięknej, wesołej Anglii.
[1] Takiej od maszyny do pisania, a nie lokomotywy.
Inne tego autora:
#48
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 2, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panowie, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lata 70., Oxford. Inspektor Morse prowadzi śledztwo w sprawie zamordowania i gwałtu młodej maszynistki[1], znalezionej na podwórku za pubem. Śledztwo idzie dość mozolnie, bo ani nikt nie chce się przyznać do podwiezienia denatki i jej koleżanki autostopem, na co jest świadek, ani wspomniana koleżanka się do towarzystwa ostatniego wieczoru nie przyznaje. Wiadomo, że pojawił się czerwony samochód, a bardzo prawdopodobne, że tajemniczy list napisany na maszynie może wyjaśnic tajemnicę.
To nie jest ten uroczy, młody inspektor Morse z serialu Endeavour, tylko starszy, źle ubrany, nieco nieokrzesany (acz ciągle kochliwy) policjant dobrze po 40. Gdzieś w tle przewija się informacja, że studiował kiedyś w Oxfordzie, wśród wykładowców są podejrzani, ale równie dobrze akcję tego tomu można by osadzić gdziekolwiek. Jak przystało na lata 70., się dużo pali (wszyscy). Morse, samotnik, zwykle żywi sie w pubach, ale i sam sobie gotuje ("przysmak złożony z bekonu, pomidorów i grzybów"). Kiedy niespodziewanie wpada na pomysł, żeby zagipsować dziurę w ścianie, spada z drabiny i boleśnie uszkadza stopę; niespodziewanie posuwa to śledztwo do przodu.
Pobocznie - jako jedno z miejsc akcji pojawia się Pałac Blenheim - zdecydowany must-have na liście miejsc na następną wycieczkę do pięknej, wesołej Anglii.
[1] Takiej od maszyny do pisania, a nie lokomotywy.
Inne tego autora:
#48
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 2, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panowie, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W trzeciej części Elena - młoda mężatka, publikuje odważną książkę, rodzi dwie córki, po czym wraca do swojej młodzieńczej miłości - Nina, dawnego kochanka Lili. Zostawia dla niego męża, wraca do Neapolu, odważnie - jak na przełom lat 60. i 70. - prowadzi rodzinę patchworkową, współdzieląc opiekę nad córkami. Niestety, Nino nie dość, że nie zostawia swojej żony i dzieci, to jeszcze jest niewierny w zasadzie z kimkolwiek. Po części dzięki temu Lena wraca do przyjaźni z Lilą, zwłaszcza że obie, prawie jednocześnie, zachodzą w ciążę i rodzą córki - Immę i Tinę.
Część czwarta - ostatnia - była dla mnie rozczarowaniem. Dygresyjna narracja nie przyniosła wyjaśnień - skupiła się na polityce w dzielnicy, śmierci braci Solarów, aresztowaniu "terrorysty" - przyjaciela z dzieciństwa, Pasquale'a. Nie wiadomo, czemu nagle Lila zniknęła, nie wiadomo, jaki los spotkał jej młodszą córkę. Wiem, autorce wolno tak prowadzić opowieść, jak chce, ale mnie - jako czytelnikowi - wolno pozostać z poczuciem braku fabularnego.
Inne tej autorki.
#46-#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 31, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, beletrystyka, włochy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W trzeciej części Elena - młoda mężatka, publikuje odważną książkę, rodzi dwie córki, po czym wraca do swojej młodzieńczej miłości - Nina, dawnego kochanka Lili. Zostawia dla niego męża, wraca do Neapolu, odważnie - jak na przełom lat 60. i 70. - prowadzi rodzinę patchworkową, współdzieląc opiekę nad córkami. Niestety, Nino nie dość, że nie zostawia swojej żony i dzieci, to jeszcze jest niewierny w zasadzie z kimkolwiek. Po części dzięki temu Lena wraca do przyjaźni z Lilą, zwłaszcza że obie, prawie jednocześnie, zachodzą w ciążę i rodzą córki - Immę i Tinę.
Część czwarta - ostatnia - była dla mnie rozczarowaniem. Dygresyjna narracja nie przyniosła wyjaśnień - skupiła się na polityce w dzielnicy, śmierci braci Solarów, aresztowaniu "terrorysty" - przyjaciela z dzieciństwa, Pasquale'a. Nie wiadomo, czemu nagle Lila zniknęła, nie wiadomo, jaki los spotkał jej młodszą córkę. Wiem, autorce wolno tak prowadzić opowieść, jak chce, ale mnie - jako czytelnikowi - wolno pozostać z poczuciem braku fabularnego.
Inne tej autorki.
#46-#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 31, 2016
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
2016, panie, beletrystyka, włochy
- 0 komentarzy
- Skomentuj