Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Sezon na szparagi

Przełamując własne lenistwo (a wierzcie mi, nie chciało mi się[1]), trzymając się zasady JFDI, wyszłam z domu wieczorem. Na randkę ze szparagiem. Jakiś czas temu zapisałam się na warsztaty kulinarne w restauracji "Dąbrowskiego 42". Restauracja mieści się w pięknym zabytkowym budynku, pokrytym drewnianym szalunkiem, który przez wiele lat niszczał zaraz obok rynku Jeżyckiego, aż wreszcie został wyremontowany (i nie powstał w nim bank, czego się można w Poznaniu spodziewać). Do tej pory bywałam tylko w restauracji; tym razem wspięłam się na trzecie piętro. Warsztaty były przygotowane świetnie - sala jest dość jasna, na środku duża wyspa (starczyło miejsca dla 12 osób) z nożami, kuchenkami, naczyniami i toną szparagów. Bo ze szparagów miała być zupa, tarta, sałatka i szparagi zapiekane. Warsztaty prowadził szef kuchni z hotelu Sheraton, Krystian i - mimo moich obaw, bo pierwszy raz i przecież nie może być AŻ TAK sympatycznie - było świetnie. Wprawdzie ostatecznie przekonałam się, że jednak nie chcę mieć restauracji i być pełnoetatowym kucharzem, to dzięki wspólnemu gotowaniu z profesjonalistą przestałam się bać ciasta kruchego, chociaż to nie ja gniotłam, zdecydowanie lepiej wychodziło mi krojenie, kroić mogę bez oporów. I mieszać sos.

Jest coś przyjemnie pierwotnego we wspólnym gotowaniu. Podsuwanie sobie składników, drobne rozmowy nad garnkiem, czytanie receptur ("ile to jest 0,01 kg mięty?"), zaglądanie sobie w talerze i różnice w daniach mimo identycznego sposobu przygotowania. Wprawdzie najbardziej lubię dania małoskładnikowe (może dlatego najbardziej mi się spodobały szparagi w szynce serrano i z sosem orzechowym), ale jest niesamowicie fascynujące przechodzić przez poszczególne etapy skomplikowanego i czasochłonnego przepisu, kiedy nigdzie się nie spieszysz, a na samym końcu dostajesz do złączenia kilka elementów i nagle masz danie.

Zabawne jest to, że nawet w wielkim mieście, spotykając kilkunastu nieznajomych, okazuje się, że człowiek niespecjalnie jest anonimowy, kiedy wyjaśni, że najpierw pracował przy jednej megabudowie (zwanej lejem po bombie), a potem przeniósł się służbowo w drugie rozkopki, to już wszyscy wiedzą, gdzie pracuje. I, mental note to self, wizytówki nosić i przy pogodzie.

Więcej zdjęć z warsztatów na stronie "Akademii 24".

[2026 - link nieaktualny]

[1] Całe moje życie to nieustająca walka ze sobą. Najchętniej nie wychodziłabym z łóżka (chyba że w ciepłych krajach, wtedy bym wychodziła, żeby iść na hamak i spać na zewnątrz).

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 24, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, JFDI - - 2 komentarze - Skomentuj


Sezon na szparagi

Przełamując własne lenistwo (a wierzcie mi, nie chciało mi się[1]), trzymając się zasady JFDI, wyszłam z domu wieczorem. Na randkę ze szparagiem. Jakiś czas temu zapisałam się na warsztaty kulinarne w restauracji "Dąbrowskiego 42". Restauracja mieści się w pięknym zabytkowym budynku, pokrytym drewnianym szalunkiem, który przez wiele lat niszczał zaraz obok rynku Jeżyckiego, aż wreszcie został wyremontowany (i nie powstał w nim bank, czego się można w Poznaniu spodziewać). Do tej pory bywałam tylko w restauracji; tym razem wspięłam się na trzecie piętro. Warsztaty były przygotowane świetnie - sala jest dość jasna, na środku duża wyspa (starczyło miejsca dla 12 osób) z nożami, kuchenkami, naczyniami i toną szparagów. Bo ze szparagów miała być zupa, tarta, sałatka i szparagi zapiekane. Warsztaty prowadził szef kuchni z hotelu Sheraton, Krystian i - mimo moich obaw, bo pierwszy raz i przecież nie może być AŻ TAK sympatycznie - było świetnie. Wprawdzie ostatecznie przekonałam się, że jednak nie chcę mieć restauracji i być pełnoetatowym kucharzem, to dzięki wspólnemu gotowaniu z profesjonalistą przestałam się bać ciasta kruchego, chociaż to nie ja gniotłam, zdecydowanie lepiej wychodziło mi krojenie, kroić mogę bez oporów. I mieszać sos.

Jest coś przyjemnie pierwotnego we wspólnym gotowaniu. Podsuwanie sobie składników, drobne rozmowy nad garnkiem, czytanie receptur ("ile to jest 0,01 kg mięty?"), zaglądanie sobie w talerze i różnice w daniach mimo identycznego sposobu przygotowania. Wprawdzie najbardziej lubię dania małoskładnikowe (może dlatego najbardziej mi się spodobały szparagi w szynce serrano i z sosem orzechowym), ale jest niesamowicie fascynujące przechodzić przez poszczególne etapy skomplikowanego i czasochłonnego przepisu, kiedy nigdzie się nie spieszysz, a na samym końcu dostajesz do złączenia kilka elementów i nagle masz danie.

Zabawne jest to, że nawet w wielkim mieście, spotykając kilkunastu nieznajomych, okazuje się, że człowiek niespecjalnie jest anonimowy, kiedy wyjaśni, że najpierw pracował przy jednej megabudowie (zwanej lejem po bombie), a potem przeniósł się służbowo w drugie rozkopki, to już wszyscy wiedzą, gdzie pracuje. I, mental note to self, wizytówki nosić i przy pogodzie.

Więcej zdjęć z warsztatów na stronie "Akademii 24".

[2026 - link nieaktualny]

[1] Całe moje życie to nieustająca walka ze sobą. Najchętniej nie wychodziłabym z łóżka (chyba że w ciepłych krajach, wtedy bym wychodziła, żeby iść na hamak i spać na zewnątrz).

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 24, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, JFDI - - 2 komentarze - Skomentuj


Terry Pratchett - Spryciarz z Londynu

Londyn z czasów Sweeneya Toda, Karola Dickensa, Roberta Peela, Bena Disraeliego i młodej królowej Wiktorii. Pod miastem znajduje się drugie miasto - kanalizacja, powoli używana nie tylko do odprowadzania brudnej wody, ale i do odbierania z domostw fekaliów oraz stanowi miejsce pracy dla zbieraczy. Jednym z najlepszych jest Dodger, który sprawnie pozyskuje monety, drobną biżuterię i inne walory. I którejś ciemnej o burzliwej nocy pozyskuje wyrzuconą z powozu pobitą dziewczynę zaraz po tym, jak spuszcza łomot jej dręczycielom. Dziewczyna mówi z nieco zagranicznym akcentem, ma na palcu pierścień i szybko się okazuje, że jest przyczyną sporego konfliktu dyplomatycznego oraz celem kilku płatnych morderców. Dodger w porozumieniu z Karolem Dickensem oraz swoim mentorem żydowskiego pochodzenia, Salem Cohenem, usiłuje uratować życie dziewczyny, nie zważając na wiele konwenansów. I politykę. Muszę, naprawdę muszę wspomnieć o tym, że Dodger i Sal opiekują się śmierdzącym psem o dźwięcznym imieniu Onan.

I jak z poprzednimi książkami Pratchetta, niezwiązanymi z cyklem o Świecie Dysku, mam poczucie, że szkoda czasu i ręki Pratchetta na nie. Historia z tej książki świetnie mogłaby się zdarzyć w sztafażu dyskowym, z dyskową Nocną Strażą i wszyscy byliby zachwyceni. Osadzając ją w XIX wieku zapewne świetnie spełnił postulat "bawiąc-uczyć", co zresztą jawnie opisuje w posłowiu, licząc na to, że historia londyńskiej biedoty nie zniknie zapomniana. Tyle że ja chcę Vimesa, trolle i Vetinariego. Oczywiście nawet bez Świata Dysku jest to książka dobrze napisana, płynną a cyniczną pratchettowską frazą; tłumaczenie też wydaje mi się niezłe, mimo że nie tłumaczył PWC.

Inne tego autora tu.

#38

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 22, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2013 - 1 komentarz - Skomentuj


Terry Pratchett - Spryciarz z Londynu

Londyn z czasów Sweeneya Toda, Karola Dickensa, Roberta Peela, Bena Disraeliego i młodej królowej Wiktorii. Pod miastem znajduje się drugie miasto - kanalizacja, powoli używana nie tylko do odprowadzania brudnej wody, ale i do odbierania z domostw fekaliów oraz stanowi miejsce pracy dla zbieraczy. Jednym z najlepszych jest Dodger, który sprawnie pozyskuje monety, drobną biżuterię i inne walory. I którejś ciemnej o burzliwej nocy pozyskuje wyrzuconą z powozu pobitą dziewczynę zaraz po tym, jak spuszcza łomot jej dręczycielom. Dziewczyna mówi z nieco zagranicznym akcentem, ma na palcu pierścień i szybko się okazuje, że jest przyczyną sporego konfliktu dyplomatycznego oraz celem kilku płatnych morderców. Dodger w porozumieniu z Karolem Dickensem oraz swoim mentorem żydowskiego pochodzenia, Salem Cohenem, usiłuje uratować życie dziewczyny, nie zważając na wiele konwenansów. I politykę. Muszę, naprawdę muszę wspomnieć o tym, że Dodger i Sal opiekują się śmierdzącym psem o dźwięcznym imieniu Onan.

I jak z poprzednimi książkami Pratchetta, niezwiązanymi z cyklem o Świecie Dysku, mam poczucie, że szkoda czasu i ręki Pratchetta na nie. Historia z tej książki świetnie mogłaby się zdarzyć w sztafażu dyskowym, z dyskową Nocną Strażą i wszyscy byliby zachwyceni. Osadzając ją w XIX wieku zapewne świetnie spełnił postulat "bawiąc-uczyć", co zresztą jawnie opisuje w posłowiu, licząc na to, że historia londyńskiej biedoty nie zniknie zapomniana. Tyle że ja chcę Vimesa, trolle i Vetinariego. Oczywiście nawet bez Świata Dysku jest to książka dobrze napisana, płynną a cyniczną pratchettowską frazą; tłumaczenie też wydaje mi się niezłe, mimo że nie tłumaczył PWC.

Inne tego autora tu.

#38

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 22, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2013 - 1 komentarz - Skomentuj




KontenerART

Wyjątkowo udało mi się dotrzymać danej sobie obietnicy, bo z tym u mnie przeraźliwie krucho, i pojechałam obejrzeć poznańskie wydanie Restaurant Day. Cała rodzina zachwycona - Maj grzebała w piasku i skakała na kanapie, TŻ dostał wegańskie ciasto z rabarbarem i Fritz Kolę, a ja widok na sporą część mojego poznańskiego startu - Wartę, most Rocha i Politechnikę Poznańską. W KontenerART (-arcie?) byłam po raz pierwszy i chyba polubiłam mimo tymczasowości miejsca (a może właśnie dzięki temu?). Na piasku, rozsypanym między kolorowymi kontenerami, na paletach i oponach, kłębił się tłum dzieci, psów i dorosłych w różnym wieku. Ludzie w mieście chcą być razem, chcą przestrzeni bez samochodów, tylko na relaks. I to jest to miejsce. Scena, na której można skakać, bębny do bębnienia i jedzenie, którego nie można dostać gdzie indziej. Idea Restaurant Day jest taka, że otwiera się restaurację na jeden dzień i sprzedaje coś, co się przygotowało - ciasta, przekąski, warzywa, hummus, kanapki. I ta idea do mnie bardzo przemawia. Następna odsłona 18 sierpnia, polecam.

A dzisiaj byłam na pikniku na Cytadeli, ale ponieważ wczoraj pojawiła się urocza przygodówka z nawiedzoną posiadłością, to zrobiłam tylko lemoniadę truskawkową. I kupiliśmy wraz ze współpiknikowiczami pizzę w Umberto. To był nader świetny piknik.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 20, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Maja - Tag: cytadela - 2 komentarze - Skomentuj


KontenerART

Wyjątkowo udało mi się dotrzymać danej sobie obietnicy, bo z tym u mnie przeraźliwie krucho, i pojechałam obejrzeć poznańskie wydanie Restaurant Day. Cała rodzina zachwycona - Maj grzebała w piasku i skakała na kanapie, TŻ dostał wegańskie ciasto z rabarbarem i Fritz Kolę, a ja widok na sporą część mojego poznańskiego startu - Wartę, most Rocha i Politechnikę Poznańską. W KontenerART (-arcie?) byłam po raz pierwszy i chyba polubiłam mimo tymczasowości miejsca (a może właśnie dzięki temu?). Na piasku, rozsypanym między kolorowymi kontenerami, na paletach i oponach, kłębił się tłum dzieci, psów i dorosłych w różnym wieku. Ludzie w mieście chcą być razem, chcą przestrzeni bez samochodów, tylko na relaks. I to jest to miejsce. Scena, na której można skakać, bębny do bębnienia i jedzenie, którego nie można dostać gdzie indziej. Idea Restaurant Day jest taka, że otwiera się restaurację na jeden dzień i sprzedaje coś, co się przygotowało - ciasta, przekąski, warzywa, hummus, kanapki. I ta idea do mnie bardzo przemawia. Następna odsłona 18 sierpnia, polecam.

A dzisiaj byłam na pikniku na Cytadeli, ale ponieważ wczoraj pojawiła się urocza przygodówka z nawiedzoną posiadłością, to zrobiłam tylko lemoniadę truskawkową. I kupiliśmy wraz ze współpiknikowiczami pizzę w Umberto. To był nader świetny piknik.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 20, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Maja - Tag: cytadela - 2 komentarze - Skomentuj


Camilla Läckberg - Księżniczka z lodu

Fjällacka, małe szwedzkie miasteczko letniskowe, koło 1000 mieszkańców. Zimą się nic nie dzieje, nie licząc znalezienia zwłok 35-letniej kobiety, która jako dziecko wychowywała się we Fjällbacce. Erika, pisarka-biografka, porządkuje rzeczy w domu, który otrzymała w spadku po nagłej śmierci rodziców i zupełnie przypadkiem wplątuje się w sprawę. Potencjalna samobójczyni, Alex, która szybko okazuje się zamordowaną, jest jej przyjaciółką ze szkoły, z którą nagle się urwał kontakt. Nie dość, że rodzice Alex uważają ją za godną zaufania i proszą o napisanie artykułu wspomnieniowego o córce, to jeszcze na posterunku w miasteczku obok spotyka zakochanego w niej w czasach szkolnych Patrika. I tak im się udaje sprawnie połączyć romans ze śledztwem.

Niby wszystko jak trzeba, ale pozostawia niedosyt. Erica, wtrącająca się w śledztwo, jest dość irytująca (nie tak, jak Chmielewska w najlepszym okresie, ale jednak). Dodatkowo jest to kryminał typowo "babski", z narzekaniem na wagę, opisami bielizny i kulinariów (co pewnie jest zaletą, skoro autorka opublikowała książkę kucharską z Fjällbacki). Chętnie pożyczę kolejne, ale nie chce mi się kolekcjonować na półce.

O tym, że autorka niespecjalnie korzysta w opisach z sielskiego uroku miasteczka, pisała na swoim blogu Theli.

Inne tej autorki:

#37

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 19, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, kryminal, 2013 - 4 komentarze - Skomentuj


Camilla Läckberg - Księżniczka z lodu

Fjällacka, małe szwedzkie miasteczko letniskowe, koło 1000 mieszkańców. Zimą się nic nie dzieje, nie licząc znalezienia zwłok 35-letniej kobiety, która jako dziecko wychowywała się we Fjällbacce. Erika, pisarka-biografka, porządkuje rzeczy w domu, który otrzymała w spadku po nagłej śmierci rodziców i zupełnie przypadkiem wplątuje się w sprawę. Potencjalna samobójczyni, Alex, która szybko okazuje się zamordowaną, jest jej przyjaciółką ze szkoły, z którą nagle się urwał kontakt. Nie dość, że rodzice Alex uważają ją za godną zaufania i proszą o napisanie artykułu wspomnieniowego o córce, to jeszcze na posterunku w miasteczku obok spotyka zakochanego w niej w czasach szkolnych Patrika. I tak im się udaje sprawnie połączyć romans ze śledztwem.

Niby wszystko jak trzeba, ale pozostawia niedosyt. Erica, wtrącająca się w śledztwo, jest dość irytująca (nie tak, jak Chmielewska w najlepszym okresie, ale jednak). Dodatkowo jest to kryminał typowo "babski", z narzekaniem na wagę, opisami bielizny i kulinariów (co pewnie jest zaletą, skoro autorka opublikowała książkę kucharską z Fjällbacki). Chętnie pożyczę kolejne, ale nie chce mi się kolekcjonować na półce.

O tym, że autorka niespecjalnie korzysta w opisach z sielskiego uroku miasteczka, pisała na swoim blogu Theli.

Inne tej autorki:

#37

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 19, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, kryminal, 2013 - 4 komentarze - Skomentuj