Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Nie lubię latać sama

Brakuje mi zawsze kogoś, komu mogę pokazywać blask słońca zza chmur, mgłę w zagłębieniach między pagórkami i odbicie nieba w jeziorach. Do niedawna brakowało mi tylko TŻ, teraz do tego dochodzi jeszcze tęsknota za trzyletnim zachwytem ("ja też jecę siamojotem!"). Pierwszy raz rozstałam się z córką na dłużej niż kilka godzin (nie licząc jednej nocy w Budzyniu, ale wtedy jeszcze była malutka). I pewnie jej będzie łatwiej, znowu.

OLT mnie zdziwiło pozytywnie, bo dali chusteczkę, tortillę (z kurczakiem, wybór dla wegetarian był chyba tylko jak w Aeroflocie[1]) i kawę. I hiszpańskiego pilota, który leciał małym ATR-em gładko jak po szkle.

[1] Czy chce pan obiad? - pyta stewardesa. A jaki jest wybór? - zaciekawia się pasażer. Tak albo nie - wyjaśnia stewardesa.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 13, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Polska, Maja - - 2 komentarze - Skomentuj


Nie lubię latać sama

Brakuje mi zawsze kogoś, komu mogę pokazywać blask słońca zza chmur, mgłę w zagłębieniach między pagórkami i odbicie nieba w jeziorach. Do niedawna brakowało mi tylko TŻ, teraz do tego dochodzi jeszcze tęsknota za trzyletnim zachwytem ("ja też jecę siamojotem!"). Pierwszy raz rozstałam się z córką na dłużej niż kilka godzin (nie licząc jednej nocy w Budzyniu, ale wtedy jeszcze była malutka). I pewnie jej będzie łatwiej, znowu.

OLT mnie zdziwiło pozytywnie, bo dali chusteczkę, tortillę (z kurczakiem, wybór dla wegetarian był chyba tylko jak w Aeroflocie[1]) i kawę. I hiszpańskiego pilota, który leciał małym ATR-em gładko jak po szkle.

[1] Czy chce pan obiad? - pyta stewardesa. A jaki jest wybór? - zaciekawia się pasażer. Tak albo nie - wyjaśnia stewardesa.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 13, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Polska, Maja - - 2 komentarze - Skomentuj




O tym, jak nie pojechałam do Gniezna

W dzieciństwie nie pojechałam, bo wizyta Szlakiem Piastowskim zakończyła się w Kruszwicy i Biskupinie (na grupowym zdjęciu kwiecista, pastelowa sukieneczka i zawzięte spojrzenie spod prostej grzywki, mała torebka na ukos przez chudą sylwetkę, w torebce wstydliwie schowane okulary korekcyjne[1]).

Potem się nie składało przez wiele lat, tylko za każdym przejazdem z i do, na którego trasie wypadało Gniezno, obiecywałam sobie, że kiedyś na pewno.

Tydzień temu padało.

Dziś Maj obudził się jeszcze bardziej zapuchnięty niż wczoraj, z zaklejonymi jak pieczęcią rzęsami, nawet mało pojękliwy, ale niespecjalnie nadający się na szeroko zakrojone zwiedzanie pleneru. I nie pojechaliśmy, poczekamy, aż dziecko zacznie odczuwać przyjemność z patrzenia w słońce. Apteka zeznała, że jest środek bez recepty (Sulfacetamidum mojej ostatnio ulubionej (;-)) firmy Polpharma) i zaiste jest on i działa. Zamiast Gniezna była huśtawka (i obowiązkowe okulary przeciwsłoneczne, już bez obciachu) oraz obserwowanie ślimaków po deszczu, a było ich milion[3].

Może się w tym roku uda?

[1] Bo wstyd[2].

[2] Ale jednak chyba mniejszy niż eksponowanie kupionego na straganie mikroposteru z Modern Talking w wykonaniu kolegi S.

[3] Zanęcam Maja do powrotu w pielesze z huśtawki, podając jako atrakcję ślimaka jedzącego na chodniku liść. TŻ mimochodem: "A może, jak tylko się odwróciłaś, to ślimak "szuuuu" i zwiał?".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 10, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, jak nie pojechałam do Gniezna

W dzieciństwie nie pojechałam, bo wizyta Szlakiem Piastowskim zakończyła się w Kruszwicy i Biskupinie (na grupowym zdjęciu kwiecista, pastelowa sukieneczka i zawzięte spojrzenie spod prostej grzywki, mała torebka na ukos przez chudą sylwetkę, w torebce wstydliwie schowane okulary korekcyjne[1]).

Potem się nie składało przez wiele lat, tylko za każdym przejazdem z i do, na którego trasie wypadało Gniezno, obiecywałam sobie, że kiedyś na pewno.

Tydzień temu padało.

Dziś Maj obudził się jeszcze bardziej zapuchnięty niż wczoraj, z zaklejonymi jak pieczęcią rzęsami, nawet mało pojękliwy, ale niespecjalnie nadający się na szeroko zakrojone zwiedzanie pleneru. I nie pojechaliśmy, poczekamy, aż dziecko zacznie odczuwać przyjemność z patrzenia w słońce. Apteka zeznała, że jest środek bez recepty (Sulfacetamidum mojej ostatnio ulubionej (;-)) firmy Polpharma) i zaiste jest on i działa. Zamiast Gniezna była huśtawka (i obowiązkowe okulary przeciwsłoneczne, już bez obciachu) oraz obserwowanie ślimaków po deszczu, a było ich milion[3].

Może się w tym roku uda?

[1] Bo wstyd[2].

[2] Ale jednak chyba mniejszy niż eksponowanie kupionego na straganie mikroposteru z Modern Talking w wykonaniu kolegi S.

[3] Zanęcam Maja do powrotu w pielesze z huśtawki, podając jako atrakcję ślimaka jedzącego na chodniku liść. TŻ mimochodem: "A może, jak tylko się odwróciłaś, to ślimak "szuuuu" i zwiał?".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 10, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 0 komentarzy - Skomentuj


O kotach i muralach

Na Ostrowie Tumskim i Śródce interesują mnie zawsze dwie rzeczy. Czy może tym razem pojawiło się coś nowego, co pozwoli mieć nadzieję, że Śródka stanie się wreszcie ośrodkiem turystycznym z małymi sklepikami, klimatem i czy dalej po Ostrowie hula jurny czaro-biało kocur, zostawiając tony podobnych kociąt. Żeby nie pozostawać wszystkich w niepewności, od razu dodam, że populacja czarno-białych kotów ma się świetnie (jeden szedł wzdłuż rzeczki, jeden w księżym ogrodzie, dwa - z czego jeden mały - w przydomowym ogródku, kolejny w parku przykatedralnym i jeszcze jeden przyjacielski na murku), acz pojawiła się pewna przeciwwaga, bo widziałam dwa szaraki pręgowane.

Po kwietniowej akcji "Sprawa krótka - czysta Śródka" [2022 - link nieaktualny] murale, które wtedy powstały, dalej trochę rozpraszają szarość kamienic. Vine Bridge ma się świetnie, wypuścił nawet mackę na drugą stronę uliczki - można napić się i zjeść na drewnianym podeście z widokiem na tramwaje. I parking. I można wchodzić na każdy schodek i pukać do każdych drzwi. I liczyć kłódki na moście (ręka do góry, kto jeszcze przeszedł górą, gdy przęsła mostu były jeszcze częścią mostu Rocha?).

I przed katedrą z ekumenicznym azjatycko-perskim przepychem można usiąść na poduszkach pod powiewającymi chorągiewkami-plakatami (trochę czuję się jak punk w dowcipie, co to nie widział wanny, bo nie chodził do kościoła, bo nie wiem, co to). I popatrzeć na ludzi wychodzących z katedry już razem (czy TŻ zasugerował Majutowi, żeby podbiegł do tego pana w garniturze i krzyknął "Tata!"? Ależ).

(Część zdjęć jest z kwietnia; więcej tu).

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 9, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Koty, Fotografia+, Moje miasto, Maja - Tagi: murale, ostrow-tumski, srodka - 5 komentarzy - Skomentuj


O kotach i muralach

Na Ostrowie Tumskim i Śródce interesują mnie zawsze dwie rzeczy. Czy może tym razem pojawiło się coś nowego, co pozwoli mieć nadzieję, że Śródka stanie się wreszcie ośrodkiem turystycznym z małymi sklepikami, klimatem i czy dalej po Ostrowie hula jurny czaro-biało kocur, zostawiając tony podobnych kociąt. Żeby nie pozostawać wszystkich w niepewności, od razu dodam, że populacja czarno-białych kotów ma się świetnie (jeden szedł wzdłuż rzeczki, jeden w księżym ogrodzie, dwa - z czego jeden mały - w przydomowym ogródku, kolejny w parku przykatedralnym i jeszcze jeden przyjacielski na murku), acz pojawiła się pewna przeciwwaga, bo widziałam dwa szaraki pręgowane.

Po kwietniowej akcji "Sprawa krótka - czysta Śródka" [2022 - link nieaktualny] murale, które wtedy powstały, dalej trochę rozpraszają szarość kamienic. Vine Bridge ma się świetnie, wypuścił nawet mackę na drugą stronę uliczki - można napić się i zjeść na drewnianym podeście z widokiem na tramwaje. I parking. I można wchodzić na każdy schodek i pukać do każdych drzwi. I liczyć kłódki na moście (ręka do góry, kto jeszcze przeszedł górą, gdy przęsła mostu były jeszcze częścią mostu Rocha?).

I przed katedrą z ekumenicznym azjatycko-perskim przepychem można usiąść na poduszkach pod powiewającymi chorągiewkami-plakatami (trochę czuję się jak punk w dowcipie, co to nie widział wanny, bo nie chodził do kościoła, bo nie wiem, co to). I popatrzeć na ludzi wychodzących z katedry już razem (czy TŻ zasugerował Majutowi, żeby podbiegł do tego pana w garniturze i krzyknął "Tata!"? Ależ).

(Część zdjęć jest z kwietnia; więcej tu).

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 9, 2012

Link bezpośredni - Kategorie: Koty, Fotografia+, Moje miasto, Maja - Tagi: murale, ostrow-tumski, srodka - 5 komentarzy - Skomentuj


Jo Nesbø - Łowcy głów

Jak bardzo lubię Nesbø piszącego o wysoce moralnym acz nie do końca przepisowym i czasem nietrzeźwym Harrym Hole'u, tak historia zarozumiałego head huntera, Rogera Browna, który dodatkowo utrzymuje się z kradzieży dzieł sztuki, nie podobała mi się wcale. Szukając dyrektorów i innych ważnych ludzi odpytuje kandydatów o zainteresowania ze szczególnym uwzględnieniem dzieł sztuki, następnie sprytnie się włamuje i podmienia obrazy na fałszywki. Nadwyżki finansowe lokuje w galerii sztuki ukochanej żony, bo czuje się winny, że kazał jej przed laty usunąć ciążę. I do tego jest nadętym bucem, jeśli jeszcze nie wspomniałam. I jakoś się wszystko kręci, aż trafia do niego z polecenia żony wysoko notowany na giełdzie służbowej Holender. Potem się wszystko nagle przestaje kręcić (w trakcie przestawania pada trochę trupów, wychodek służy jako wonna kryjówka, a liczba zwrotów akcji godna jest wczesnego Deavera).

Książka w stylu podobna do "Handlarza broni" Hugh Laurie, pisana w podobnym hollywoodzko-efekciarskim stylu, z monologiem wewnętrznym bohatera. Owszem, świetnie się czyta, ale psychologicznie jest słaba. Nie dziwi mnie, że właśnie do kin wchodzi jej ekranizacja.

Inne tego autora tu.

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 9, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jo Nesbø - Łowcy głów

Jak bardzo lubię Nesbø piszącego o wysoce moralnym acz nie do końca przepisowym i czasem nietrzeźwym Harrym Hole'u, tak historia zarozumiałego head huntera, Rogera Browna, który dodatkowo utrzymuje się z kradzieży dzieł sztuki, nie podobała mi się wcale. Szukając dyrektorów i innych ważnych ludzi odpytuje kandydatów o zainteresowania ze szczególnym uwzględnieniem dzieł sztuki, następnie sprytnie się włamuje i podmienia obrazy na fałszywki. Nadwyżki finansowe lokuje w galerii sztuki ukochanej żony, bo czuje się winny, że kazał jej przed laty usunąć ciążę. I do tego jest nadętym bucem, jeśli jeszcze nie wspomniałam. I jakoś się wszystko kręci, aż trafia do niego z polecenia żony wysoko notowany na giełdzie służbowej Holender. Potem się wszystko nagle przestaje kręcić (w trakcie przestawania pada trochę trupów, wychodek służy jako wonna kryjówka, a liczba zwrotów akcji godna jest wczesnego Deavera).

Książka w stylu podobna do "Handlarza broni" Hugh Laurie, pisana w podobnym hollywoodzko-efekciarskim stylu, z monologiem wewnętrznym bohatera. Owszem, świetnie się czyta, ale psychologicznie jest słaba. Nie dziwi mnie, że właśnie do kin wchodzi jej ekranizacja.

Inne tego autora tu.

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 9, 2012

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj